Co to znaczy… – Zestaw JubileuszowyTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Drodzy Czytelnicy,

muszę się przyznać do pewnego oszustwa. Dawno, dawno temu, w czasach, kiedy większości z Was nie było jeszcze na świecie (a mówiąc dokładniej – przed dziesięciu laty), mój synek, Kacper, codziennie zadawał mi pytania w rodzaju:

– Co to znaczy „mieć fiu-bździu w głowie”?

Albo:

– Co to znaczy „skoczyć jak po ogień”?

Odpowiadałem cierpliwie, bo taka jest rola rodzica – a w mojej głowie rodził się pomysł napisania króciutkich opowiadań. Każde miało tłumaczyć powiedzonka, o które podpytywał Kacper – i każde miało być śmieszne. Żeby dzieci oszukać!

– Oszukać? – Kacper spojrzał na mnie z oburzeniem.

– Oszukać – pokiwałem z zapałem głową. – Dzieci będę myślały, że to są dowcipy, a nie opowiadania. Dlatego chętniej je przeczytają.

Tak, wiem, to nieładnie oszukiwać. A jednak napisałem ponad dwieście udających dowcipy historyjek. I wcale nie jest mi z tego powodu wstyd. Bo dzieci czytają, śmieją się – a że przy okazji poznają znaczenie różnych dziwnych powiedzonek, to… trudno. A raczej – to wspaniale!

Mam więc nadzieję, że oszustwo zostanie mi wybaczone. Ale musiałem się do niego przyznać – bo bardzo swoich czytelników szanuję.

Miłej zabawy Wam życzę,

Autor


W książce występują:


Dziadek Henio

tata taty; zakochany w swoim domku

na wsi oraz w żonie, którą jest…

(patrz: babcia Jadwiga)

Babcia Jadwiga

mama taty; zakochana w swoim domku na wsi oraz w mężu,

którym jest…

(patrz: dziadek Henio)

Ciotka Danusia

siostra mamy

Bartuś

jest w waszym wieku i nie przejmuje

się tym, że czegoś jeszcze nie wie;

jako dziecko ma do tego prawo

Mama

mama Bartusia, rzecz jasna;

sympatyczna, choć czasami zmęczona

Wujek Grzesiek

młodszy brat mamy;

ulubiony wujek Bartusia;

podobno niedojrzały

Tata

trochę leniuch, ale cóż zrobić, poza tym – duży dzieciak

Ciotka Iwona

siostra mamy

Dziadek Staszek

tata mamy; spokojny łasuch uwielbiający stare książki

Babcia Marysia

mama mamy;

energiczna aż do przesady

oraz:

– pani Krysia i pani Halinka – koleżanki mamy z pracy,

– pani Ela, praktykantka w szkole Bartusia,

– pan dyrektor ze szkoły Bartusia,

– wychowawczyni i pan Różnicki, nauczyciele ze szkoły Bartusia,

– szefowie mamy i taty,

– stryjek Łukasz i wujek Arek,

– Patrycja i inne narzeczone wujka Grześka,

– pan Jurek, współpracownik mamy,

i inni…

Ani na lekarstwo


Bartuś lubi jeździć do babci, bo babcia dokarmia go słodyczami. Po dwóch dniach jest zwykle grubszy o cztery kilogramy.

– Dużo zostało tych pierniczków? – zapytał Bartuś, leżąc nieruchomo przed telewizorem.

Babcia zajrzała do miseczki.

– Ani na lekarstwo – powiedziała.

Bartuś spojrzał na nią ze zdziwieniem.

– Z pierniczków robi się lekarstwa?

Babcia roześmiała się.

– Ani na lekarstwo – zaczęła wyjaśniać – to znaczy bardzo, bardzo mało, prawie nic.

– Czyli coś jeszcze zostało? – oblizał się Bartuś.

– Okruszki… – mruknęła babcia. I natychmiast je zjadła.

Biały kruk

Dziadek Bartusia ma dwie życiowe pasje: jedną z nich jest jego żona, a drugą – czytanie książek. Nie przepada natomiast za zwierzętami.

Jakież więc było zdziwienie Bartusia, gdy dowiedział się, że dziadek trzyma w domu białego kruka!

– Pokażesz mi? – Bartuś aż podskakiwał z niecierpliwości.

Dziadek, dumny jak paw, ruszył do swego gabinetu, a po chwili wrócił z… rozpadającą się książką w ręku.

– Co to jest? – Bartuś nie umiał ukryć zawodu.

– Prawdziwy rarytas! – mlasnął z zachwytem dziadek. – Rzadkość na rynku, wydano ją ponad sto lat temu!

Bartuś spojrzał na książkę krytycznym wzrokiem.

– Ale co ona ma wspólnego z białym krukiem?

– Jak to co?! – zirytował się dziadek. – Znaleźć białego kruka byłoby równie trudno, jak tę książkę! Rozumiesz?

Bartuś wzruszył ramionami. Ech, ci dorośli…

Biec jak na skrzydłach

Tata Bartusia postanowił wziąć udział w maratonie. Co było tym bardziej zaskakujące, że nigdy wcześniej nie trenował. Teraz jednak codziennie po przyjściu z pracy zakładał dres – i biegał tam i z powrotem po osiedlowych alejkach. „Biegał” – to za dużo powiedziane. Przez pierwszych pięć minut truchtał, a potem już tylko powłóczył nogami – nie zapominając jednak o sportowej minie.

– A może powinieneś przełożyć start na przyszły rok?… – zaproponowała nieśmiało mama.

Tata jednak nie chciał o tym słyszeć.

– Maraton dopiero za miesiąc – wysapał ciężko. – Do tego czasu będę biegał jak na skrzydłach!

Bartuś spojrzał pytająco na mamę. Jak na skrzydłach?!

– To znaczy lekko, szybko, bez zmęczenia – westchnęła mama, patrząc na znikającego za blokiem tatę. Nie mogła uwierzyć w ten miesiąc.

Jakież więc było jej zdumienie, gdy po chwili ujrzała swego męża biegnącego z powrotem – i to w wielkim tempie.

Za nim – jeszcze szybciej – pędził bulterier sąsiadów.

– To jest właśnie bieg jak na skrzydłach? – upewnił się Bartuś.

– Prawie… – wyjąkała mama. – Trochę za mało w nim radości.

Budować zamki na lodzie

Przeważnie na plaży jest tak: mama się opala, tata się nudzi, a Bartuś jęczy, że chce popływać.


Wczoraj jednak było inaczej. Ledwo tata rozłożył koc, zaraz przeciągnął się, złapał łopatkę Bartusia i krzyknął, że będzie budował zamek. Ogromny – z wieżami, z fosami, ze zwodzonym mostem – najwyższy i najpiękniejszy na plaży!…

Mama westchnęła, a Bartuś rozejrzał się zdziwiony dookoła.

– A przecież tu nigdzie nie ma lodu – powiedział nagle. – Taki na patyku wystarczy?

– Co ty gadasz?! – zdenerwował się tata. – Po co mi lód?!

– Mama zawsze mówi – wyjaśnił Bartuś – że ty umiesz budować tylko zamki na lodzie!

Tata spojrzał na mamę takim wzrokiem, że powinna zapaść się pod ziemię.

Ale nie zapadła się.

– To znaczy, że tata trochę fantazjuje – wycedziła. – Snuje nierealne plany! Przecenia swoje możliwości! Wyolbrzymia…

– Starczy, starczy! – przerwał jej tata.


A potem zbudował zamek – może nie największy i nie najpiękniejszy, ale jednak!

Być kozłem ofiarnym

Tego dnia mama Bartusia miała wrócić późno. A że Bartuś nudził się, tata wymyślił kilka zajmujących zabaw. Najpierw bawili się klockami. Potem grali w piłkę. Potem w kometkę. Potem rzucali poduszkami. Potem zrobili dyskotekę. Potem puszczali samoloty z balkonu. Potem strzelali z łuku. Potem opryskiwali się wodą. Potem obsypywali się mąką. Potem przyszła mama…

Popatrzyła na przewrócone do góry nogami mieszkanie, uśmiechnęła się kwaśno i poprosiła, by Bartuś poszedł na chwilę do swego pokoju.

Co było później, łatwo się domyślić.

Po półgodzinie Bartuś wyjrzał z pokoju. Tata kończył właśnie zamiatać podłogę w kuchni. Był wyraźnie rozżalony.

– Znowu zostałem kozłem ofiarnym!

– To znaczy?

– To znaczy, że narozrabialiśmy razem – wysapał tata – a oberwałem tylko ja! Czy to jest sprawiedliwe?

Bartuś westchnął. Takie już jest życie…

Być na świeczniku

Rodzice Bartusia zaprosili na kolację kilkoro znajomych, między innymi panią Halinkę – koleżankę mamy z pracy.

– Mam być dla niej miły, tak? – zapytał Bartuś.

– No oczywiście, co za pytanie?! – Mama Bartusia spojrzała na niego podejrzliwie.

Bartuś przysiągł sobie w duchu, że tym razem naprawdę postara się być miły. Ledwo wszyscy zasiedli do stołu, przyniósł z drugiego pokoju świecznik – i wręczył go pani Halince.

– Ale… po co mi to? – wykrztusiła pani Halinka.


– Jak to po co?… – Bartuś wzruszył ramionami. – Mama mówiła, że pani zawsze lubi być na świeczniku, więc… Proszę.

Wszyscy znieruchomieli.

Bartuś zerknął na zaczerwienioną mamę i domyślił się, że coś jest nie tak.

– Być na świeczniku – wyjaśniła w końcu pani Halinka – to znaczy zwracać na siebie uwagę, koncentrować uwagę na swojej osobie…

 

– No to chyba się pani udało – wymamrotał zakłopotany Bartuś.

– Tobie również. – Pani Halinka uśmiechnęła się do Bartusia cierpko.

I wyszła.

Być nie w sosie

Babcia Marysia zapowiedziała, że jej noga więcej już nie postanie w domu Bartusia – a wszystko przez tatę.

– Dlaczego przeze mnie? – jęknął tata.

– Bo gdy przychodzi z wizytą, zawsze jesteś nie w sosie! – warknęła mama. – I nie potrafisz, albo nie chcesz tego ukryć! Myślisz, że tego nie widać?!

Bartuś uważnie przyjrzał się tacie. Rzeczywiście, mama miała rację.

– Mógłbyś chociaż raz się postarać – powiedział Bartuś, gdy zostali już sami.

– Ba, myślisz, że to takie proste? – westchnął tata.

– No, nie przesadzaj, co w tym trudnego? – Bartuś prychnął z lekceważeniem. – Przecież potem się umyjesz.

Tata wybałuszył na Bartusia oczy.

– O czym ty mówisz? – zapytał.

– O sosie. – Bartuś spojrzał na tatę niepewnie. – Skoro babci Marysi tak zależy, żebyś się wysmaro…

Tata parsknął śmiechem. Minęło sporo czasu, zanim wreszcie był w stanie wykrztusić choć słowo.

– Być nie w sosie – wyjaśnił w końcu – znaczy być w złym humorze, źle się czuć, być źle usposobionym… Wyobrażasz sobie minę babci, gdybym otworzył jej drzwi cały wysmarowany sosem?!

Bartuś uśmiechnął się. Ale wyobrazić sobie tej sytuacji nie potrafił.

Być w siódmym niebie

Ledwo mama wyjechała na szkolenie, zaraz Bartuś wygrzebał skądś lunetę, wyszedł na balkon i zaczął wpatrywać się w niebo.

– Co ten chłopak wyprawia?! – spytała babcia Bartusia.

Ale tata wzruszył tylko ramionami; przed chwilą przypalił dwa garnki i potłukł prawie wszystkie talerze, nie miał więc ochoty na pogawędkę.

– Bartuś, co robisz? – dopytywała się babcia.

– Szukam mamy – mruknął Bartuś.

– W górze?! – wykrzyknęła babcia.

– Podobno mama jest teraz w siódmym niebie – wyjaśnił Bartuś. – Ale zdaje się, że moja luneta jest za słaba, widzę tylko pierwsze niebo…

Babcia spojrzała na tatę.

– Powiedziałem mu – warknął tata – że mama wyjechała i na pewno jest tam bardzo szczęśliwa. Choćby dlatego, że nie musi zajmować się domem!

Po czym pobiegł do kuchni, skąd rozchodził się swąd przypalonych kotletów.

Chodzić spać z kurami


Bartuś uparł się, że tej zimy nie pojedzie na ferie.

– Ale dlaczego? – zapytała zdumiona mama. – Przecież mieliśmy jechać w góry, do stryjka Łukasza!

– Właśnie dlatego! – burknął Bartuś. – Nie będę spał na grzędzie!

Mama spojrzała na niego jak na wariata.

– Co ci przyszło do głowy?

– Mało to razy słyszałem, że stryjek chodzi spać z kurami?! – zdenerwował się Bartuś.

Mama parsknęła śmiechem.

– Chodzić spać z kurami to znaczy chodzić spać wcześnie – wyjaśniła. – Kury zasypiają wcześnie, a i stryjek nie lubi siedzieć długo wieczorem. Ale zapewniam cię, że śpi w łóżku. To co, jedziemy?

Bartuś uśmiechnął się i pokiwał głową.

Cicha woda

Na ten dzień Bartuś czekał od dawna! Zerwał się o świcie, wyciągnął spod poduszki pistolet na wodę, a potem – cichutko, by nikogo nie obudzić – ruszył do sypialni dziadków, u których, jak co roku, spędzał wielkanocne święta.

Ostrożnie otworzył drzwi, podniósł pistolet i nagle…

Chlust! Lodowata woda zmroziła go od stóp do głów.


Babcia zaśmiewała się, leżąc w łóżku. Dziadek wyszedł zza drzwi z wiadrem w ręku – miał minę niewiniątka.

– No to już wiem… – mruknął po chwili Bartuś – dlaczego babcia mówi na ciebie cicha woda. Naprawdę nic nie słyszałem.

Dziadek roześmiał się.

– Cicha woda to ktoś, kto na pozór wydaje się nam spokojny – wyjaśnił. – A w rzeczywistości wcale taki nie jest.

– Ciii! – uciszyła ich babcia. – Chowajcie się za drzwi! Zaraz tu przyjdzie tata!

Cienko śpiewać

Ach, jakże się Bartuś ucieszył, że w niedzielę ma do nich przyjść babcia Marysia!…

Mama patrzyła na niego ze zdziwieniem.

– Przecież nie lubisz tych niedzielnych obiadków – mruknęła podejrzliwie.

– E tam, obiadki. – Bartuś wzruszył ramionami. – Za to wreszcie usłyszę, jak tata śpiewa!

Mamę zamurowało. Tatę zresztą też – wybałuszywszy oczy, przyglądał się Bartusiowi z niekłamanym zdumieniem.

– Jak to? – wykrztusiła po chwili mama.

– No, babcia mówiła – zaczął Bartuś – że jak zobaczy tatę, to tata będzie cienko śpiewał!

Mama spojrzała na struchlałego tatę.

– Możesz mi to wyjaśnić? – poprosiła ze słodkim uśmiechem.

– Cienko śpiewać – pisnął tata – to znaczy być w trudnym położeniu, z trudem dawać sobie z czymś radę…

– Wiem, co znaczy „cienko śpiewać”! – przerwała mu mama. – Powiedz lepiej, czym znowu naraziłeś się mojej mamie?!

– Nie mam pojęcia – jęknął tata. – Może chodzi o to, że gdy myłem jej okna, to przy okazji kilka szyb pękło? Trudno powiedzieć.

Ciepłe kluchy

Bartuś po przyjściu ze szkoły zachowywał się dziwnie; najpierw zmierzył sobie temperaturę, a potem stanął przed lustrem z torebką makaronu w ręku i stał tak aż do obiadu.

– Źle się czujesz? – zapytała zaniepokojona mama.

Bartuś wzruszył tylko ramionami.

Po chwili jednak nie wytrzymał.

– Mamo? – zapytał. – Czy ja jestem podobny do makaronu?

Mama otworzyła usta ze zdumienia.

– Co ci strzeliło do głowy?!

– Moja koleżanka… – bąknął zawstydzony Bartuś – powiedziała, że…

– Że?

– Że ja jestem… ciepłe kluchy!

Mama parsknęła śmiechem.

– Chciała pewnie powiedzieć, że jesteś ślamazarą! – domyśliła się. – Gamoniem.

– Naprawdę?! – zdenerwował się Bartuś. – A to zimna pyza!!!

Coś komuś wychodzi uszami

Niektórzy lubią niedzielne obiadki, a inni nie – tak było, jest i będzie. Na przykład Bartuś ostatnio je uwielbia. Ale już jego tata – nie za bardzo.

– Ile osób przyjdzie tym razem? – jęczy od samego rana.

– Jak ci nie wstyd?! – denerwuje się mama Bartusia. I przez następnych kilka godzin nie pozwala tacie wejść do kuchni; sama przygotowuje zupę, drugie danie, deser – a gdy wszyscy goście siedzą już przy stole, mama wzdycha ciężko i mówi, że tata znowu w niczym jej nie pomógł.

– Jak ci nie wstyd?! – Babcia Marysia zaczyna wtedy strofować tatę.

A tata robi się purpurowy ze złości.

Tak było i tym razem.

– Oho! – ucieszył się Bartuś. – Teraz patrzcie na taty uszy!

Tata spojrzał na Bartusia osłupiałym wzrokiem. Babcia Marysia też.


– Dlaczego na uszy? – zapytała mama.

– A co, nie słyszałaś? – zdziwił się Bartuś. – Tata mówił, że te niedzielne obiadki wychodzą mu uszami!

Zaległa cisza. Tata miał bardzo dziwną minę.

– Tak się mówi – wycedziła babcia Marysia – gdy ma się czegoś dosyć. Jeśli tak, to…

– Ależ to jakaś pomyłka! – pisnął tata.

Nikt mu jednak nie uwierzył.

Czarna owca

Wujek Grzesiek, ulubiony wujek Bartusia, rzadko pojawia się na rodzinnych uroczystościach. A to dlatego, że wszystkie ciotki od razu zaczynają go wypytywać, kiedy się ustatkuje – czyli kiedy skończy studia, znajdzie pracę, ożeni się…

Nigdy jednak nie opuścił urodzin Bartusia.

– Oho! – zawołał tata, gdy skupiona wokół tortu rodzinka usłyszała dzwonek. – Idzie nasza czarna owca!

Bartuś spojrzał na niego osłupiały. Czyżby jeszcze jeden prezent?


Zamiast beczącego zwierzaka do pokoju wszedł wujek Grzesiek.

– Przepraszam za spóźnienie – wysapał.

Ciotka Iwonka wymownie spojrzała na zegarek.

– Jak zwykle – wycedziła. – Wszyscy przychodzą na czas, tylko ty nie!

– Wszyscy są ubrani wizytowo – dodała ciotka Danusia. – A ty w dżinsach!

– Wszyscy kupili Bartusiowi słowniki – kontynuowała ciotka Iwonka – a ty pewnie…

Wujek Grzesiek wyciągnął z torby pistolet na strzałki.

– A ja taki drobiazg… – mruknął zawstydzony.

– Hurra! – Bartuś aż podskoczył. Ciotka Iwonka zgromiła go wzrokiem.

– Uważaj! – pogroziła Bartusiowi palcem. – Bo i ty się wyrodzisz z naszej rodziny!

Czuć do kogoś miętę

Wracając ze szkoły, Bartuś natknął się – zupełnie przypadkowo – na wujka Grześka. Siedział na ławce w parku pochłonięty rozmową z jakąś dziewczyną.

– Cześć, wujku! – krzyknął Bartuś, podchodząc do ławki.

– Cześć! – Wujek Grzesiek z trudem powrócił do rzeczywistości. – Znacie się? Mój siostrzeniec, Bartuś. Iga, moja… koleżanka.

Iga uśmiechnęła się do Bartusia i wyciągnęła do niego rękę. Bartuś nie mógł się powstrzymać – pochylony nad dłonią Igi obwąchiwał ją z zapałem.

– Co ty wyprawiasz?! – wykrztusił wujek Grzesiek.

– Przepraszam – zawstydził się Bartuś i popatrzył na osłupiałą Igę. – Tata mówi, że wujek czuje do pani miętę, ale szczerze mówiąc… zupełnie nie wiem dlaczego.

Wujek Grzesiek zrobił się czerwony jak burak. Iga parsknęła śmiechem.

– Naprawdę? – chichotała. – To znaczy, że podkochujesz się we mnie? Jesteś pod moim urokiem? Czujesz do mnie pociąg?

– Mniej więcej – wymamrotał wujek Grzesiek. – Ale do Bartusia to chyba czuję w tej chwili pokrzywę.

Dawać za coś głowę

Dyrektor szkoły przyłapał Bartusia na wagarach.

– Aa, tuś mi, bratku! – wyciągnął Bartusia z komórki przy boisku. – I pomyśleć, że nie dalej jak godzinę temu twój ojciec dawał mi głowę za to, że nigdy już więcej nie uciekniesz z żadnej lekcji. No, ładnie!

Bartuś wybuchł spazmatycznym płaczem.

– Proszę nie zabierać tacie głowy… – wyszlochał. – Ja pana bardzo proszę!

Dyrektor chrząknął.

– Dziecko, uspokój się – powiedział po chwili. – Dawać głowę to znaczy ręczyć za coś, być pewnym, że tak się stanie. Tata był pewny, że nigdy już nie pójdziesz na wagary.

– Ja się tylko spóźniłem – wyjęczał Bartuś. – Ale chciałem iść na następną!

Dyrektor wzniósł oczy do nieba.

– Dobrze już, dobrze – mruknął. – Szoruj do szkoły… Ale daję ci głowę, że jeszcze jedno spóźnienie i będziesz miał pałę z zachowania!

Dojść do głosu

Tata Bartusia obudził się z chrypką i potężnym bólem gardła – co bardzo ucieszyło mamę, bo przecież mówiła mu, żeby nie chodził bez szalika…

– A widzisz, a widzisz?! – triumfowała przy śniadaniu. A potem zaczęła opowiadać o różnych chorobach, których mógł się nabawić lub których jeszcze się nabawi, jeżeli nie będzie jej słuchał. Tata próbował parokrotnie przerwać, wreszcie jednak zrezygnowany machnął ręką, wstał i bez słowa wyszedł z kuchni.

– Gdzie on poszedł? – zapytała zdumiona mama, patrząc na Bartusia.

– Mówił, że chce iść do jakiegoś głosu – wyjaśnił Bartuś. – O ile dobrze zrozumiałem… – dodał niepewnie.

Mama wybiegła z kuchni.

– Gdzie ty idziesz w takim stanie?! – usłyszał Bartuś. – Kim jest ten Głos?! Znam go?!

– Do apteki idę… – wycharczał tata Bartusia. – Po jakiś lek na gardło!… Bo gdy mówię cicho, to nie dajesz mi dojść do głosu!

Mama wróciła do kuchni. Bartuś spojrzał na nią pytająco.

– Dojść do głosu – wyjaśniła wreszcie mama – to znaczy doczekać się chwili, gdy inni nic nie mówią i można powiedzieć coś samemu.

– Oo, to tata trochę poczeka – wyrwało się Bartusiowi.


Ale nie powiedział nic więcej, bo mama zdenerwowała się, że obydwaj jej nie słuchają – i nie dopuściła go już tego ranka do głosu.

 

Dolewać oliwy do ognia

Babcia Bartusia ma domek na wsi; bardzo jest w nim miło. A już najmilej wieczorem, przy kominku.

– Babciu, a gdzie jest drewno? – dopytywał Bartuś.

– W drewutni.

– A zapałki?

– Na kominku.

– A oliwa?

Babcia spojrzała na niego zdziwiona.

– A po co oliwa?

– A bo ty podobno zawsze dolewasz oliwy do ognia.

Babcia zazgrzytała zębami.

– Kto tak powiedział? – zapytała. – Mama, tak?!

– Tak… – bąknął niepewnie Bartuś. – To znaczy, że nie dolewasz do kominka?

– Nie! Nie dolewam! – powiedziała babcia. – Dolewać oliwy do ognia to znaczy powiedzieć lub zrobić coś takiego, że ludzie, którzy się kłócą, zaczynają się kłócić jeszcze bardziej!

– Czyli dolałem oliwy do waszej kłótni? – ucieszył się Bartuś.

– Właśnie – warknęła babcia.