BezmiarTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Olga wybiegła pewnej nocy z pałacu. Było już chłodno, może nawet zbierało się na deszcz. Nie pamięta. Ale kiedy stanęła przed tym wyrzeźbionym ptakiem, pomyślała, że nawet kamień płacze, taki mokry. A ona nie potrafi. I już nigdy nie będzie umiała płakać. Myślała, że taka właśnie jest cena. Nie zapominasz. Czas nie leczy z takich spraw. Po prostu twardniejesz w tych miejscach, które są potrzebne, żeby przytulać. Zwyczajnie, niczego już odtąd nie pragniesz.

Nie wiadomo, jak to się stało, że rzeźbiarz wyszedł z domu. Po co by wychodził nocą na deszcz? Jakby czuł, że na niego czeka, ale że nie zadzwoni, nie zapuka. Już prędzej zamarznie, jeśli przyjdzie teraz nagle zima.

– Chodź, dam ci herbaty z prądem – powiedział po prostu. Przytulił ją, a ona nie zaprotestowała. Nauczyła się nie odpychać ręki.

Tego dnia przyznała mu się, że nie ma już dziecka. Objął ją wtedy ramieniem. Nie powiedział ani słowa, pozwolił, żeby płakała. Więc płakała, aż koty zaczęły ocierać się o jej nogi. Nie wiedziała, czy to te same koty co przed laty, chciała zapytać, ale płakała tak bardzo, że przecież nie mogła nagle przestać.

Od tamtego czasu Anka już nigdy jej się nie pokazała.

[1] Juliusz Słowacki, Pieśń Konfederatów.

Rozdział ósmy

Kiedyś

Od długiego czasu żadna literka nie pokazała się na komunikatorze. Wyprostował grzbiet i położył się na fali. To jest właśnie istota rozmowy z morzem. Balans. Ten zadziwiający stan równowagi pomiędzy grawitacją i wypornością. Jeśli potrafisz go odszukać, morze stanie po twojej stronie. Najpierw będzie próbowało cię z siebie zrzucić. Oszukać. Zdeptać. Jak koń, zanim nauczy się szanować jeźdźca. Jego też na początku próbowało ograć, a może po prostu sprawdzić? Byli wówczas w morzu tak długo, żeby dotrzeć do granic wytrzymałości. Dla niektórych z nich oznaczało to, że muszą te granice przekroczyć. Nie mieli na sobie tych ultranowoczesnych skafandrów, które w zależności od potrzeby pozwalają płynąć albo zanurkować. Mieli zwykłe treningowe ubrania. Kiedy nie miał już siły płynąć, oderwał nogawkę od spodni, nadmuchał ją, zacisnął węzeł i położył sobie pod głowę. To wystarczyło, żeby znaleźć równowagę.

Poczuł wibracje.

„B.READY”.

Wysłał sygnał potwierdzenia i uruchomił kamery. Tę w lunecie i tę, którą miał na opasce na głowie. Gdzieś w Pentagonie albo może tylko w którejś bazie w Kuwejcie na wielkich ekranach wyświetlił się obraz wybrzeża.

Ciekawe, czy widzą też obraz Druida, pomyślał. Nie mógł zapytać. Przyjdzie na to pora, ale teraz musiał skupić się na zadaniu. Fale były coraz wyższe. Nieznacznie, ale jeśli umiesz je przeczytać, będziesz wiedział, że coś się zmienia. Teraz, kiedy powietrze nad pustynią nagrzewało się coraz bardziej, zaczął wiać wiatr od lądu. To nie było po jego myśli. Lepiej być na dziewięciuset metrach niż na tysiącu stu.

Elektronicznie spreparowany obraz z lunety na taką odległość nie dawał stuprocentowej pewności. Może za pięć, dziesięć, piętnaście lat będzie inaczej. Nadejdą czasy sztucznej inteligencji i takie zadania będą wykonywać automaty. Będą się skradać po ziemi, w wodzie i w powietrzu, będą bezszelestnie docierać w miejsce, czekać godzinami bez znużenia. A kiedy przyjdzie odpowiedni moment, będą kąsać bez litości. Kiedyś wojna była inna. Trójmasztowce uderzały o siebie burtami, a żeglarze przeskakiwali z pokładu na pokład, żeby dokonać abordażu. Potem kolosalne pancerniki strzelały do siebie z największych dział jakie można sobie było wyobrazić. W Wietnamie dywanowe naloty ruszały tylko po to, żeby zlikwidować jeden, konkretny cel. Dzisiaj wojna z Talibanem czy z piratami z Rogu Afryki albo z ludźmi od human traffic jest zupełnie inna. Cicha. Po jednej stronie supertechnologia i bezwzględność bandytów, bo oni przecież mogą sobie kupić taką broń i wyposażenie, jakie tylko zechcą. Z drugiej – wiedza operacyjna zwiadowców krępowana kagańcem regulaminów i zasadami prawa międzynarodowego. Dlatego dzisiaj na wojnę nie posyła się już ani pancernych zagonów ani nawet dywizjonu bombowców, ale ich dwóch: Druida i Lutra. Dziś większy efekt przyniosą wyspecjalizowane zadaniowe grupy. Zamiast dywanowego nalotu jeden samolot z rakietą i dwóch operatorów naprowadzania. Trafić w okno budynku, który widzi te 956 metrów przed sobą, jest banalnie łatwo. Operator potrzebny jest, kiedy trzeba wykryć i wskazać cel, który jest w ruchu. Jeśli wywiad miał rację i jeśli obaj terroryści poszukiwani od lat wielkim nakładem środków mają się tu dzisiaj spotkać, to będzie dobry dzień dla świata.

Jaafar Tayar. Specjalista od broni chemicznej, terrorysta odpowiedzialny za zamachy z 2009 roku, spotyka Abu Arifa, dowódcę Bojowników Allacha, człowieka, który lubi odcinać głowy chrześcijanom z Syrii i Kurdystanu.

Wyostrzył, niepewny już, czy naprawdę widział ten pył ponad krawędzią wydm, czy to tylko złudzenie. Może stado ptaków? Nie, no jakich ptaków? Morskie ptaki potrafiłby rozpoznać. Zresztą nie było powodów, żeby poszukiwały czegoś w głębi lądu, chyba że istniało tam jakieś wysypisko. Zdjęcia satelitarne tego nie potwierdzały. Ale kopalnia zatrudniała sporo ludzi, mogli wyrzucić gdzieś na wydmach truchło jakiejś krowy. Zawsze to taniej przywieźć rzeźnika i kilka sztuk bydła niż transportować mrożone półtusze przez całą pustynię.

Wiosłował delikatnie lewą ręką i nogami, żeby nie pozwolić pływom odepchnąć go z pozycji, z jakiej straci z oczu podjazd i wejście do budynku mieszkalnego. Jeszcze z pięćdziesiąt metrów i wszystko zniknęłoby za pirsem. Ciekawe, czy Druid dopłynął. Jaką ma pozycję? Ciekawe, kiedy będzie można się wreszcie napić wody… Żel pomagał ugasić pragnienie, ale nie na długo. A teraz, kiedy zrobiło się już naprawdę gorąco, pragnienie stawało się nieznośne.

Miał na plecach 250 mililitrów wody w worku, ale nie mógł po nią sięgnąć, dopóki nie wykona zadania.

Jest. Na przełamaniu wydm zobaczył błysk. Słońce odbiło się na moment w szybie samochodu. Odnalazł go i wyostrzył. Toyota Land Cruiser. Biała, sfatygowana, taka jaką poruszają się po pustyni wszyscy pracownicy zagranicznych korporacji, urzędnicy i nawet działacze Czerwonego Krzyża. Kierowca znał swój fach i zupełnie się nie pierniczył. Wystarczyła mu minuta, żeby samochód zniknął na przeciwstoku, ale wkrótce pokonał kolejną wydmę i zjechał na nadbrzeżną drogę dla ciężarówek. Luter miał złudzenie, że słyszy jazgot silnika i pisk opon, kiedy te dotknęły wreszcie asfaltu.

Wibracje. Przełożył lunetę do prawej ręki.

„O.S.?” – zapytały litery.

– Widzę, no jasne, że widzę – mruknął. Musiał oderwać wzrok od samochodu, żeby wcisnąć sygnał potwierdzenia. Zdenerwował się. To nie było profesjonalne. Kto tam, kurwa, siedzi za tą konsolą? Pewnie jakiś rekrut z poboru. Może obraz, który mają z kamery, nie jest najlepszej jakości? Ale skoro operator jest na miejscu, to znaczy, że widzi to, co ma zobaczyć.

Toyota zatrzymała się przed budynkiem.

Kurz opadał. Nic się nie działo. To tylko pozory. Z okien na piętrze bystre oczy snajpera z pewnością przeczesywały teren. Taliban nie jest głupi. O nie. I mają świetnie wyszkolonych ludzi, bo takich ludzi też można dzisiaj kupić. Minęła minuta. Toyota stała nieporuszona. Drzwi się nie otwierały. Kurz opadł. Coś było nie tak… Nie chciał spuszczać wzroku z samochodu, ale korciło go, żeby zobaczyć, co się dzieje dookoła. Może się zorientowali? Przechwycili sygnał komunikatora? Może wypatrzył go obserwator? Może zobaczył odbicie światła w obiektywie lunety? Nie, przecież słońce było za plecami. Czekał. Dopóki auto nie ruszy, trzeba czekać. Nagle dostrzegł lekki błysk, lśnienie na dachu najwyższego budynku. Zrozumiał. Z okna oderwał się niewielki, biały przedmiot i poleciał prosto w kierunku morza, kilka stopni w prawo od jego pozycji.

Dron. Chuje mieli drona. Ciekawe, jaki ma zasięg. Pewnie kilometr ma. Luter rozpłaszczył się na fali jeszcze bardziej. Najbardziej, jak mógł. Jego atutem było słońce. Pod słońce w tej kamerce z drona nie będą widzieli za wiele, jeżeli się nie poruszy. Odruch, żeby patrzeć, dokąd leci maszyna, był bardzo silny, ale przecież te brodate cwele nie są głupie. Nie mogą wiedzieć, czy ktoś ich obserwuje. Skąd niby mieliby to wiedzieć? Oni wysłali flarę. Podpuchę… Drzwi toyoty otworzyły się i wysiadł z niej wysoki, ubrany w dżalabiję gość w ciemnych okularach. Podszedł do drzwi, a z nich wyszedł otyły starszy mężczyzna w okularach. Luter przyjrzał mu się uważnie. Tak… to był Jaafar. Na siedemdziesiąt pięć procent to on. Stał w cieniu, ale wyglądał jak na zdjęciu. Tylko skąd się wziął, skoro miał przyjechać dopiero rano? Może przywieźli go w nocy? Na pewno w nocy, nie może być inaczej. Jego samochód musi być ukryty gdzieś poza domem. Na dziewięćdziesiąt procent to Jaafar. Wysoki podszedł do niego i ujął wyciągniętą dłoń w obie swoje ręce, po czym pochylił głowę i pocałował. To nie był Abu Arif. Arif nie ma prawej dłoni. Nie mógłby się tak zachować.

Wibracje.

„?” – zapytały litery.

– Negative – zadecydował obserwator. – Nie strzelamy.

Nie jest łatwo podjąć decyzję, czy rozpierdolić w drobny mak bandytę, za którego głowę wyznaczono pięć milionów dolarów nagrody, czy czekać, aż pojawi się ten drugi. Najlepiej byłoby ich ustrzelić teraz, kiedy gadają przed domem, bo nie ma pewności, czy w środku nie ma przypadkiem jakiegoś bunkra. Przy okazji budowy kopalni Taliban mógł przecież wybudować sobie specjalne umocnienia, a rakieta Hellfire wystrzelona z Predatora trafia doskonale po wiązce naprowadzającej, ale jeśli budynek jest opancerzony, to potrzebna byłaby głowica 114M. A, nie D… Kurwa. No tak, ale zdecydował. Czekamy. Trzeba ufać przeczuciom.

Facet w dżalabii sięgnął po radiostację i powiedział kilka słów, żywo przy tym gestykulując i kiwając głową. Luter spojrzał dookoła w poszukiwaniu drona. Nie było widać tego dziada, może miał go gdzieś za plecami? Wątpliwe, zwyczajne drony nie są zbyt sprawne na dużą odległość. Kusiło go, żeby się rozejrzeć za maszyną, ale w tym samym momencie na wydmach zobaczył znowu krótkie, ostre lśnienie słońca odbitego w jakiejś szklanej powierzchni. Wyostrzył. Ku morzu zjeżdżała druga toyota. Identyczna. Ale na dachu miała wiązkę anten. A więc jeśli kierownik Talibanu przyjechał, to siedzi w tym drugim pojeździe – pomyślał. Predator był wysoko. Rakieta potrzebowałaby trzech minut, żeby tu dotrzeć. Jeśli wyśle sygnał w tej chwili, to akurat dość czasu, żeby samochód dotarł na miejsce. Wtedy oznaczy cel i po zawodach. Ale jeśli to nie jest Abu Arif, tylko jakieś dziwki? Może nawet dziewczyny z Polski? Podobno obciągnąć grubemu bandycie z Arabii to dobry interes dla najlepszych modelek. Zdrętwiał od tego bezruchu. Ale przynajmniej zapomniał o pragnieniu. Jeszcze półtorej minuty. Toyota wspinała się już na podjazd. Wolno, wolniej niż pierwsze auto. Nie chcieli pewnie zakurzyć stojących w drzwiach mężczyzn.

 

Otworzyły się drzwi pasażera i wysiadł z nich uzbrojony mężczyzna w kamizelce kuloodpornej. Miał w łapie krótki automat, na głowie bandanę. Biały. Najemnik. Otworzył drzwi pasażera i na chwilę zasłonił obraz, ale sekundę później Luter zobaczył Arifa. Wysunął rękę z wody i wysłał sygnał „Positive” – zanim literki o cokolwiek go zapytały.

Aniele Boży, stróżu mój, spraw, żeby te krwawe chuje, mordercy kobiet i dzieci, miały ochotę na modlitwę, na papierosa, na to, żeby się poklepać po plecach.

Abu Arif przywitał się Jaafarem. Rozmawiają, poklepują się po plecach. Gość w kamizelce kuloodpornej idzie za węgieł budynku i szcza przodem do morza. Tamci kręcą głowami z zadowoleniem. Pewnie sobie opowiadają jakieś dowcipy o Żydach.

Aniele Boży, stróżu mój, niech zapalą papierosy.

Hahahaha – słyszy w głowie Luter. Arif trzyma się za brzuch. A może to nie dowcip? Może sobie opowiadają, jak gwałcili dziewczynki Jazydów? Przecież i tak miały zaraz umrzeć. A ten chuj, nowy facet Asi, chce ich wszystkich zaprosić do Polski. Proszę bardzo, przyjeżdżajcie, wszystkie dzieci są nasze. Kurwa jego mać, Aniele Boży, Ojcze nasz, gdzie ta pierdolona rakieta? Arif pyta o coś. Jaafar kręci głową jak Hindus. Nie wiadomo, czy tak, czy nie. Śmieją się, ale nie wyciągają papierosów. Ten w kamizelce kończy szczać. Ci trzej znikają we drzwiach. Ten w kamizelce opiera się o próg. Wyciąga fajki. Nie ma innej rady. Luter wysyła wiązkę prosto na niego i minutę później Hellfire robi z całej posiadłości jebany tatar. Kłąb dymu jest oleisty i czarny. Jeśli nie wylecieli w powietrze, to może zdechną od ran, może się poduszą, myśli Luter, ale wolałby, żeby zdychali powoli, żeby ich ciała płonęły jak na stosie. Żeby wiedzieli, że nie uciekną, żeby ich bolało tak, jak bolały serca matek, którym kazali patrzeć, jak odcinają głowy ich córkom i synom.

Piętnaście sekund później druga rakieta rozpierdala to, co zostało z budynku w drobny mak.

No i pozamiatane – myśli Luter.

Ale nie wie, czy nie mieli wewnątrz bunkra. I czy tam gdzieś nie siedzą jak szczury.

Wibracje.

„Confirmed?” – pytają literki.

Gówno tam wiem!

„Negative” – wysyła. Patrzy jeszcze raz przez lunetę i widzi, jak z terenu kopalni ruszają samochody. Wyciąga ramiona i zaczyna płynąć do brzegu. Płynie pod wiatr, ale i tak przyspiesza.

Rozdział dziewiąty

Teraz

Pewnie będzie pod wiatr. Ale i tak to zrobi. Pobiegnie. Niedziela to dobry dzień, idealny dzień, żeby pobiegać. Miała głębokie przekonanie, że właśnie tak zrobi. Wciągnie na siebie spodnie do biegania, założy buty, po praniu czyściutkie jak nowe, choć podeszwy wytarte, a od strony pięty w środku już się poprzecierały. Stanęła przed lustrem. Nie było tak źle. Blizny na przegubach i na kostkach wciąż miały ten sinoczerwony odcień, ale blizny dodają charakteru dziewczynom, które o wszystko muszą walczyć, i nie będzie ich zakrywać latem na żadnej plaży. Co ty gadasz, dziewczyno, na jakiej plaży? Byłaś kiedyś na jakiejś plaży? Poza tą nad Świdrem? Stanęła bokiem. Brzuch nie był jakiś szczególnie wielki. Ale nie będzie jadła w robocie żadnych czekoladek ani nie będzie jadła już żadnych pączków. To powinno wystarczyć. Ale pupa była ładna. Już nie taka smutna jak przez ostatnie kilka lat. To pewnie z miłości. Z miłości facetom brzuchy robią się płaskie, a dziewczynom robią się ładne pośladki. Podciągnęła je w górę dłonią. Nie, no nie jest najgorzej, ale tych obcisłych legginsów do biegania dzisiaj nie wciągnie. Raczej normalne, ortalionowe, szerokie spodnie. Nastawiła czajnik i otworzyła internet.

Przejrzała wiadomości. Szczyt G20, topnieje przewaga PiS nad Platformą, znani ludzie wspominają Wojciecha Młynarskiego… Słowo „żałoba” przypomniało jej o Ance. „Żałoba”. Przejrzała listę wyników. „Żałoba to trwanie w milczeniu”. Otworzyła. To była relacja ze spotkania w Żydowskim Ośrodku Kultury JCC. Justyna Sobolewska zaprosiła dwóch pisarzy i rabina Schudricha.

– Jeśli ktoś bliski umiera Żydowi, to nie może on się modlić aż do dnia pogrzebu. Nawet przed jedzeniem się nie może modlić. I nie może jeść mięsa. I nie może wychodzić z domu. A pierwszy posiłek po pogrzebie musi mu przygotować ktoś drugi. Nie wolno tego uczynić samemu. To uczy człowieka dwóch spraw: ten, kto umarł, nie powróci. A ty, który pozostajesz, nie jesteś w świecie sam. Ale ten, kto przychodzi cię pocieszyć w czasie żałoby, nie powinien odzywać się pierwszy. Musi po prostu usiąść i wysłuchać. To wielka prawda i wielki dar, trwanie w milczeniu. Jeśli chcesz pomóc komuś, kto cierpi, przyjdź i milcz razem z nim, aż do tej chwili, kiedy zechce mówić. Wtedy słuchaj. Słuchaj i milcz. Bo i tak nie ma słów, które mogłyby coś zmienić.

Pomyślała, że wtedy Siwy, Doliński, jej dowódca, tak właśnie się zachował. Nie mówił. No i dawał jej robotę, od razu kiedy tylko wyszła ze szpitala i kiedy tylko mogła bez bólu głowy pochylić się nad nią.

– Nie dostaniesz żadnego zadania w terenie – powiedział – dopóki opinia psychologiczna nie będzie pozytywna, a to z pewnością trochę potrwa. Nie będę naciskał, jeśli zechcesz odejść, nie wiem, żeby w banku popracować czy gdzieś. Zrozumiem. Ale jeśli zechcesz zostać, masz obowiązek spotkań z psychologiem, aż napisze, że wszystko z tobą w porządku, że nie skrewisz. Wtedy wrócisz w teren. A do tego czasu – papiery. Będziesz czytać dokumentacje spraw, których nie udało się rozwikłać. Szukaj błędów. Szukaj śladów. Ucz się. Dzisiaj jest tak, jak jest.

– Tak jest – powiedziała. – Tak, jak jest.

O Ankę nie zapytał. Ani o tego jej męża, który znalazł sobie nową miłość, w czasie kiedy Olga leżała w szpitalu.

Była wdzięczna, że dowódca o nic ją nie zapytał. Zajęła się papierami. Nie odkryła zbyt wiele, ale wiele się nauczyła.

Zadzwoniła do Siwego.

Telefon milczał.

Spróbowała jeszcze raz. Bez skutku. Cholera, co jest…? Coś jest nie tak… Nie dzwoniła do Siwego od dawna, co najmniej od dwóch tygodni. Sporo pracy, czas szybko biegł, nie dzwoniła. A przecież nie miał nikogo. To znaczy nikogo na co dzień, bo w ogóle to miał, miał córkę, ale nie było między nimi dobrze. On – były esbek. Ona zawsze po drugiej stronie. Nie chciała stać tam, gdzie stało ZOMO. Nie interesowała się ojcem. Nie spędzali razem Świąt. Nie dzwoniła. W ostatnich latach miał więc właściwie tylko ją, Serbię, ale nie dzwoniła. Sama się temu dziwiła. Jak łatwo ci, z którymi przestajemy pracować, znikają z naszego życia. Zwłaszcza kiedy okazuje się, że są chorzy i że mogą czegoś chcieć. Albo czegoś potrzebować. Znajdować usprawiedliwienia. No bo przecież on też mógł zadzwonić. I kogoś tam jednak miał, bo przecież na Święta przygotował mu ktoś pierogi. Jeśli nikogo nie masz, jesz te z Biedronki. Znała ich smak doskonale. Uszka z Biedronki z barszczem Winiary. Pycha. Zadzwoni później.

Zaparkowała nad kanałkiem i przebiegła jedno pełne okrążenie. Pięć kilometrów. W słuchawkach Sting: „On and on the rain will fall, like tears from a star, like tears from a star”[2]. Padało i pewnie dlatego było jej szalenie zimno. Palce powykręcało, czuła, że skóra na twarzy pęka. Psy po chodnikach szły z lękiem, może od soli bolały je łapy? Sypią, kiedy ślisko, a potem to wszystko przecież zostaje na wierzchu. A psy widać zatraciły już kompletnie instynkt zwierzęcia lasu, które biegłoby po śniegu obok ścieżki. Pies, zdrajca świata zwierząt. Wciąż przypominał zwierzę swoją czworonożną postawą. Ale żyje z nosem na wysokości ludzkich kolan, gotowy na każde wyzwanie w zamian za ciasteczko albo kawałek kiełbasy. Kiedy patrzyła, jak spacerują w ubrankach, wydawały jej się tylko wspomnieniem samych siebie. Zupełnie jak ich opiekunowie, dzieciaki i dorośli z nosami w ekranach telefonów.

Do samochodu dotarła z ulgą. Na szczęście do domu blisko, wykąpała się, zrobiła sobie kawy, okryła kocem, włączyła telewizję, wyciszyła i zadzwoniła do Kosińskiego. Poprosiła o raport. Tak mu powiedziała.

– Raport?! – zdziwił się. – Po ludzku nie możesz powiedzieć?

– No żartuję, o śmierci tej kobiety, tej Brzeskiej, możesz mi powiedzieć? Gotowy jesteś?

– Ja swoje odrobiłem. Powiedz mi, co wiesz, żebym się nie powtarzał.

– Nic nie wiem. Wiem, że się protesty odbywają, że prokuratura i my nie potrafimy znaleźć sprawców. Tyle wiem. I że to stara sprawa. Trwa dłużej niż moja robota w fabryce.

– No to było w 2011. Wieczorem, 1 marca gość był z psem na spacerze. Tam w Lesie Kabackim za Parkiem Kultury w Powsinie jest taka polana, gdzie ludzie grilla robią latem. No i dalej, na południe się ciągnie taka leśna droga. To tam było. Ludzie tam często biegają, z psami chodzą. I temu gościowi pies zaczął szczekać, ciągnąć. Gość idzie, patrzy, ciało jeszcze się dymi. Ale już nie było kogo ratować, zwłoki tylko się dopalały. Było zimno, bezchmurnie, jakieś minus dwa, może o tej wpół do piątej minus trzy. Nie padał deszcz ani nie padał śnieg. Leżała twarzą do ziemi, nogi wyprostowane, jedna ręka zgięta, druga włożona pod głowę. Skóra była tak spalona, że nawet rodzina jej nie potrafiła rozpoznać. Ale to dopiero za kilka dni. No i kiedy przyjechali ci z Mokotowa, z Malczewskiego, to z ubrania zostały tylko buty. No ale torebkę znaleźli, torebka się nie spaliła. Otwarta, ale nie wiadomo, czego brakowało, były klucze, zegarek, fragmenty gazet. Nie było dokumentów i nie było aparatu słuchowego, ale wtedy nikt nie wiedział, kim jest denatka, no i nie mogli podejrzewać nawet, że była niedosłysząca. Najciekawsze są wnioski z sekcji zwłok. Badanie wykazało obecność sadzy w dolnych drogach oddechowych.

– Co to znaczy?

– Że oddychała jeszcze, kiedy płonęła.

– Kurwa. Przytomna była?

– No tego na pewno nie wiadomo. Nieprzytomni przecież mają oddech, co nie? W każdym razie nie odkryli na jej ciele żadnych śladów, żeby była uderzona, dźgnięta, pobita, żadnej rany po kuli, po nożu… nie wiadomo.

– Czy umarła z poparzeń?

– Przyczyną śmierci był wstrząs termiczny. Nasi uznali, że to samobójstwo.

– Dlaczego?

– No bo nie było żadnych śladów walki, przemocy, nic.

– Ale mówiłeś, że spalona była tak, że nie można było jej rozpoznać.

– No właśnie. Jest taka uwaga nawet w tym raporcie: „Nie da się wykluczyć, że na ciele były drobne obrażenia w miejscach, które strawił ogień”.

– Ciekawe, jakie to są drobne obrażenia.

– No mogła mieć nóż przystawiony do szyi. Twarz całkiem spłonęła.

– Czyli w dupie była prokuratura?

– W czarnej dupie. Na Mokotowie nikt nie skojarzył, że to jest ta Brzeska, a mieli zgłoszenia zaginięcia. Córka złożyła. No a potem pół roku trwało, aż przyszło potwierdzenie z badań genetycznych. Nasi przejęli sprawę od Mokotowa cztery miesiące po zdarzeniu. No to już wtedy nie było śladów na miejscu żadnych. Więc dupa. W dodatku te protesty się zaczęły. Jest taki gość, Jan Baranek, działał z Brzeską w sprawie tego przejmowania kamienic. No i to on nakręcił gazety, do dziennikarzy chodził. Mówił, że przecież nikt samobójstwa nie popełnia przez samospalenie.

– Ale to nieprawda przecież. – Przypomniała sobie w jednej chwili tę opowieść, bo kiedyś zrobiła na niej ogromne wrażenie.

– Jak to?

– Był taki gość, który się spalił na Stadionie Dziesięciolecia. Polał się benzyną i podpalił. Nazywał się Siwiec. Podpalił się, bo chciał pokazać, że Polska protestuje, że Jaruzelski poprowadził Ludowe Wojsko na Czechosłowację. No w każdym razie on protestował. Może ona też chciała zaprotestować? Mówisz, że działała w jakimś ruchu.

 

– Ale jakby to był protest, to by przecież list zostawiła. Albo by się podpaliła gdzieś na mieście, a nie w lesie, w krzakach – powiedział Kosiński.

– Prawda…

– No więc kiedy nasi dostali dochodzenie, to już nawet do świadków dotrzeć było nie sposób. Nie wiadomo, co kto pamięta, a co mu się wydaje. Przesłuchiwali w nieskończoność tę córkę Brzeskiej, tego gościa od psa, ale to nic nie dało. Przesłuchali tych wszystkich ludzi z protestu przeciwko przejmowaniu kamienic. Jakichś ludzi znaleźli, co tam ognisko palili tego dnia. Tych z Parku Kultury, czy nikogo nie widzieli. I nic. Dupa. Nikt nic nie słyszał, nic nie widział.

– Sprawdzali, co robiła tego dnia? – Serbia poczuła się nagle osamotniona. Pomyślała, że musi zadzwonić do Szymona. Pobyć z nim, choćby przez telefon. I że może by sobie pomalowała paznokcie? Przestraszyła się tej myśli. Głupio jej się zrobiło. Ale może to endorfiny po bieganiu nie dają jej spokoju.

Usłyszała, jak Kosiński grzebie w notatkach.

– No tak, sprawdzili i to dokładnie. Była na Puławskiej w banku o 13.07. To jest ostatnia pewna godzina. Była potem jeszcze w domu, bo ją tam widzieli, jak wchodziła. Trzy godziny później nie żyła. Sprawdzili monitoring na całej trasie, jaką by szła z domu do autobusu 519, bo tam, do Kabackiego, to jedzie z Mokotowa 519. Sprawdzili wszystkie możliwe opcje z przesiadkami, wszystkie zapisy monitoringu i nic.

– A metro?

– Metro sprawdzili od razu, bo to najłatwiejsze. Monitoring jest. Jakby przyjechała metrem, to musiałaby się gdzieś pojawić. Ale się nie pojawiła. Więc pomyśleli, że jednak 519.

– To mieli jeszcze ten monitoring po czterech miesiącach?

– Nie, no, to chyba jeszcze sprawdzali chłopaki z Mokotowa.

– A… czyli nie byli całkiem do kitu…

– Nie, no zrobili wszystko jak należy. Psa nawet sprowadzili. Ale pies nie poszedł na pętlę 519 tylko do drogi i stanął.

– Czyli samochodem przyjechała. – Serbia znowu złapała się na myśli o tych paznokciach. Ale skąd jej to przyszło? Przecież nie robiła nic takiego od śmierci Anki.

– No nie ma pewności.

– Co nie ma pewności?

– Ten od psa nie miał pewności, pies mógł czuć jakieś mięso, jakiegoś innego psa. Nie musiał iść za zapachem torebki, a zwłok nie dali mu wąchać, bo sama spalenizna.

– Ale mogła samochodem przyjechać.

– Mogła.

– Miała samochód?

– Nie miała.

– Taksówki sprawdzili? – Gdzieś powinna mieć jeszcze buteleczkę lakieru z dawnych, szczęśliwych czasów.

– Tak. Sprawdzili. Ale bez rezultatu.

– A co prokurator? Jak się zrobiło gorąco, to przecież musieli zareagować?

– No był nadzór apelacyjnego i nie miał zastrzeżeń.

– A ci co przejęli kamienicę?

– Też ich przesłuchiwali. Mossakowski i Massalski. Mossakowski znał Brzeską, bo jak mu oddali kamienicę, znaczy, jak już miał akt własności, to, czekaj – usłyszała, jak przekłada papiery – na Nabielaka 9, to do jej domu przychodził, żeby się wynosiła. Wszyscy się stamtąd wyprowadzili, a ona nie chciała. Czynsz jej podniósł kilka razy, to nie płaciła. No i co? Sąd stanął po jego stronie, wygrał, komornika przysłał i ją wynieśli. Komornik miał licytować jej majątek na poczet jego należności, więc jego zdaniem to było samobójstwo. Dowiedział się od Massalskiego, a Massalski od córki tej Brzeskiej, bo zaczęła im wygrażać, że matkę zaszczuli. Że musiała po pięćset złotych płacić za przejście od drzwi do drzwi, że tam jakiś płot jej postawił, żeby nie mogła wejść do mieszkania. No tam jakieś szykany były.

Olga milczała dłuższą chwilę. Myślała. Czego brakowało w tym wszystkim? O co sama zapytałaby, gdyby to ona analizowała papiery?

– Wariograf przeszedł?

– Nic tu nie piszą, więc nie wiem.

– No to jeszcze sprawdź, co? Popytaj. Ale jak nie ma protokołu, to pewnie nie było decyzji. – Chciała się już pożegnać, ale przyszło jej jeszcze coś do głowy. – Ty, a było jakieś dochodzenie w sprawie tej kamienicy? Czy tam wszystko w porządku było?

– Z tego, co wiem, nie było takiej sprawy. Ten Mossakowski skupował roszczenia spadkobierców i uzbierał ich tyle, że wszedł w prawo własności. To nawet nie była cała kamienica, bo niektórzy tam już nabyli własność i mu nie chcieli odsprzedać. Ale przejął te mieszkania, co były w puli miasta.

– Podpisywała mu decyzje Gronkiewicz-Waltz?

– No nie, bo on zdobył własność w 2006, wtedy była dziwna sytuacja, prezydentem był Lech Kaczyński, ale już było po wyborach na prezydenta Polski i Kaczyński wygrał. Był już myślami raczej w pałacu prezydenckim niż w urzędzie miasta, no i udzielił pełnomocnictw – znowu szelest papieru, tym razem dłuższą chwilę – Markowi Kochalskiemu, sekretarzowi miasta, i Kochalski podpisał decyzję na Mossakowskiego. Zresztą niejedyną.

– Jak niejedyną?

– On ma z pięćdziesiąt działek. Skupował akty własności od starych ludzi, którzy już nie mieszkali w Warszawie albo mieli już inne życie. Skupował za małe pieniądze, ale uzbierał wielki majątek. Kawiarnię Literacką ma na Starówce i kamienicę na Hożej, trzy kamienice na Krakowskim Przedmieściu, no naprawdę to bogaty gość jest. W zeszłym roku „Wyborcza” napisała, że ma już czternaście kamienic. Ale chce dostać od miasta jeszcze kolejnych sześćdziesiąt.

– No ja pierdolę! No to jaki on by mógł mieć motyw w sprawie tej Brzeskiej? O jedno jakieś mieszkanie by się tak napinał, skoro ma kilkanaście kamienic?

– Właśnie w tym kłopot: nie ma motywu, nikt nie miał motywu. Ten Mossakowski już ją wyrzucił. Za długi, jakie mu była winna, komornik miał ją zlicytować. Dlatego nasi uznali, że ona miała motyw do samobójstwa.

– A jaki to wszystko ma związek z moją sprawą? Ten Mossakowski ma kamienicę, w której mieszkał ten nasz Pawliszuk?

– No sprawdzę. Jaki to adres?

– Wilcza ileś. – Do jasnej cholery, nie potrafiła sobie przypomnieć numeru.

– Nie ma nic na Wilczej, ale o zwrot dwóch właśnie się stara.

– No dobrze, dziękuję ci, spisałeś się. A moje akta czytałeś? Śmierci tego Pawliszuka?

– W trakcie jestem – powiedział takim tonem, że wiedziała, iż kłamie.

– A z tym pedofilem, co go złapałam, wiadomo coś?

– Interpol go przejął. Jeśli jesteś wytypowana do awansu, to na razie nie ma do ciebie żadnej korespondencji w tej sprawie – zaśmiał się Kosiński.

– Nie pierdol mi tu – warknęła.

– Wiadomo, że to była poważna akcja. Złapali go na gorącym uczynku z chłopczykiem, spokojnie się zachowywał, poprosił, czy może założyć płaszcz. A byli go zdjąć facet i kobieta. No i kobieta zaraz do tego dziecka, żeby nie płakało, do łazienki je wzięła. A facet został z tym zbójem. Nagle jakieś trzaski, babka wyłazi z łazienki, a jej partner leży, łeb rozwalony, nieprzytomny, wybiegła za tamtym, korytarz pusty, dziecko w krzyk, bo zobaczyło tamtego we krwi, no i wróciła dzwonić, meldować, no i on zjechał prosto na nas.

– A broń?

– Co broń?

– Wiadomo, skąd miał broń?

– Nie.

– A nasi go przesłuchiwali?

– Nie, no tamci go przejęli i tyle. Dla nas sprawa zamknięta.

– No nie… Bo wiesz, mamy w mieście bezdomnego z bronią. – Miała przeczucie, że to jeszcze się obróci przeciwko niej. Nie lekceważyła przeczuć.

– Skoro tak twierdzisz…

– Co to znaczy? Co masz na myśli?

– No ja nie widziałem broni.

– Zaraz, kurwa, co ty do mnie mówisz?

– No że nie widziałem.

– I że ja kłamię, tak? Że mam przywidzenia? Co ty, kurwa, do mnie mówisz!?

– Nie, nic, przepraszam, pogadamy o tym, okej, jutro.

– A ten gość z audi, ten kierowca? Nie widział broni?

– Popytam tych, co go słuchali, dobrze?

Rozłączyła się i poszła do łazienki odszukać w szafce swój stary lakier do paznokci. Jeśli masz niewiele rzeczy, to szybko odszukasz takie sprawy. Wzięła buteleczkę i papier toaletowy. Usiadła na kanapie i zaczęła upychać sobie wałki papieru pomiędzy palcami stopy. Och, jak jej tego brakowało. Wykręciła numer do Szymona.