BezmiarTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział czwarty

Kiedyś

Kręciło mu się w głowie. Ciało zatrzymane nagłym uderzeniem musiało przywyknąć do tego, że już nie jest w powietrzu, że nie spada jak kamień, że teraz porusza się w górę. W górę i w dół. W górę i w dół. Fale szły pod nim twardym, zwartym, czarnym szeregiem.

Nieustępliwe jak smutek, pomyślał. Cierpliwe jak krew.

Zerwał przewód od butli i zwolnił zatrzask owiewki. Ufff. Wciągnął w płuca oddech morza. Nie widział, jak zatonęła owiewka. Rozejrzał się. Ale to nie miało sensu. Fale były wysokie i gładkie. Nie zobaczyłby Druida nawet w dzień. Czarny, mały spadochron może pływałby jeszcze chwilę na powierzchni, ale ludzka głowa jest nie do wypatrzenia.

Podniósł lewą rękę na wysokość oczu.

„11650.345” – pierwsza liczba to odległość. Jakieś trzy i pół kilometra do brzegu. Druga to kurs. Na wyświetlaczu pojawiła się mała niebieska strzałka. Kombinezon utrzymałby go na powierzchni, nawet gdyby stracił przytomność, ale machać rękami za niego nie będzie. Przesunął bagaż z brzucha na plecy. Teraz, kiedy nie miał na grzbiecie spadochronu, nieprzemakalny plecak mógł trafić we właściwe miejsce.

Płynął kwadrans, od czasu do czasu sprawdzając, czy zbliża się do punktu „zero”. W nocy, na wysokiej fali łatwo stracić orientację. Cyfr ubywało. Powoli, ale jednak ubywało. Wyglądało na to, że póki co wszystko jest w porządku.

Płynął już z dziesięć minut, kiedy poczuł, że dłoń zawibrowała.

„CODE 3. RT Ready” – odczytał i zaklął. Druid miał kłopoty. Kod trzy oznaczał, że od teraz musi być gotowy, żeby zadanie wykonać samodzielnie. Ekipa ratunkowa jest przygotowana, jednak nie ruszą, dopóki zadanie trwa. Pojedynczy człowiek w morzu jest niewidoczny dla radarów, ale ponton, nawet niewielkiego zodiaca, widzieliby jak na dłoni. Druid jest zdany na siebie.

Ale co się mogło stać? Luter nie przestawał płynąć. Nauczyli ich tego. Choćby trwała wojna światowa i choćby tsunami przelewało się przez cały kontynent, i choćby mieli w nim utonąć ci, których kochał, jemu nie wolno było przestać płynąć.

Co się stało? Co się stało? Usłyszał w głowie głos przyjaciela: shit, kurwa, happens. Pewnie lokalizator Druida nie dawałodczytu zmiany pozycji. Mógł stracić przytomność w chwili zderzenia z powierzchnią wody. Jeśli tak się stało, to dryfuje po prostu. Normalnie. Skórka go ochroni. Skafander nie pozwoli utonąć. W końcu się ocknie. A jak się ocknie, to popłynie. No ale mógł się udusić. Mogło się coś nie udać w czasie skoku. Albo mógł zderzyć się z czymś, co płynęło po powierzchni zatoki. Jeśli masz pecha, to nawet na oceanie trafisz w kawał drewna. Kurwa.

– Kuuuurwaaaa! – krzyknął w mrok. Nie pomogło. Morze nie przestało się kołysać, wiatr nie zmienił kierunku. Sprawdził komunikator. „10.211” – powiedziały niebieskie litery. Wszystko dobrze. Trzymał tempo.

Nie, no nie mógł się udusić. Kurwa jego mać. Przecież jest mistrzem skoków z dużej wysokości. A skórki Eques są naprawdę jak z filmu z Bondem. Kurwa. Takie skafandry nie pozwolą utonąć.

Płynął.

Może Druid po prostu źle wszedł w wodę? Złamał nogę albo rękę. Wtedy poruszałby się wolniej. Nie mieliby jasnego odczytu, więc ogłosiliby kod trzeci…

Nawet nie spostrzegł, kiedy zaczął się modlić. „Aniele Boży, stróżu mój…”. Przez tę dziecięcą modlitwę przezwali go Lutrem, chociaż prawdziwy Luter był protestantem, a protestanci nie wierzą w Anioła Stróża i nie noszą w pamięci pacierzy dziecięcych. Nie modlą się w ogóle do żadnych aniołów ani do żadnej „Świętej Panienki”, nie znają „zdrowaś Maryi”. No ale on przez ten obrazek z Aniołem Stróżem i przez te modlitwy, od czasu do czasu, ale w akcji takich spraw nie ukryjesz, został Lutrem. Modlitwa nie przeszkadza, odpowiadał im. Tak. Modlitwa nie przeszkadza ani nie zabija.

Zresztą lubił to imię. Na morzu musisz mieć swoje imię. Wszystko, co wartościowe, na morzu ma swoje imię. Okręt ma imię, statek, i ten wielki, panamax, i ten mały rzeczny holownik je ma. Ale też ponton i w ogóle każdy sprzęt do pływania. Nawet deska. Zwykła deska też ma imię. I człowiek, który walczy na morzu, też ma swoje imię. Nie to imię z domu, z kalendarza, ale morskie imię. Pod tym imieniem zna cię morze. Tak, tak, nawet deska do pływania miałaby swoje imię, gdyby służyła w marynarce. Tak jej tłumaczył, Aśce, a ona się śmiała. Dla ludzi morza taki sprzęt, zwykła deska, to jest jak żywa istota. A jakby żywa istota miała się odnaleźć w świecie bez imienia? Człowiek dostaje w kość na morzu, ale sprzętowi morze też daje popalić. Musisz na nim polegać, to kwestia przeżycia.

– No, ale co ty mówisz? – śmiała się. – Deska ma imię?

W Sopocie nocą, latem, dziewczyny śmieją się łatwo.

– Naprawdę.

– I jakie imię ma twoja deska?

– Tupala. – Pociągnął łyk piwa z wiśniówką. Podobało jej się, kiedy kupił dwa piwa i dwie małe wiśniówki. Upijasz piwa, dolewasz wiśniówki. Z każdym łykiem świat jest słodszy. Zdawało się, że morze jest tak spokojne, jakby milczało. Lubił, kiedy morze milczało. To się zdarzało tylko w snach.

– Tupala? – Odgarnęła włosy z policzka. Miała piegowatą twarz. Nigdy nie całował dziewczyny, która miałaby piegi. – Co to za imię? Znaczy coś?

– To imię legendarnego nawigatora z Vanuatu. – Pociągnął jeszcze jeden łyk i dolał wiśniówki. Kilka kropel spłynęło po szyjce, więc je zlizał. Były słodkie i zarazem słone. Musiał mieć słone palce. Nie dotykał dzisiaj morza, ale przecież kiedy siedzisz w wodzie niemal bez przerwy, twoja skóra zawsze będzie słona.

– Skąd? – Pochyliła twarz w jego stronę. Ona też upiła i dolała wódki. Idealnie. Nie uroniła ni jednej kropli.

Ciekawe, czy jej skóra jest słodka, pomyślał.

– No, z Vanuatu. Nie wiadomo do końca, czy to prawdziwa historia, ale szaman nawigator występuje w opisach wyprawy Jamesa Cooka. Słyszałaś, prawda?

Kurwa, pomyślał, mogłem tego nie mówić. Ale było już za późno. Zresztą po cholerę gadać z jakąś blacharą? Głupie dziewczyny są dobre na szybko. Ale teraz, choć miał wolny tylko ten jeden dzień, chciał, żeby powiedziała: tak, słyszałam.

Na razie piła piwo.

– Słyszałam – powiedziała. – Popłynął w siedemnastym wieku na wyspy południowego Pacyfiku i zjedli go ludożercy.

Uśmiechnął się.

– Tak, zjedli go ludożercy, ale podobno głowę i serce zostawili i oddali. Brytyjczycy mogli pochować je w morzu.

– A Tupala?

– Był szamanem, czarodziejem. James Cook spotkał go w czasie swojej drugiej wyprawy. Tupala narysował mu z pamięci liczącą cztery i pół tysiąca kilometrów trasę z Markizów na Fidżi, używając nazw stu wysp, na których można się zatrzymać po świeżą wodę.

– Jak to z pamięci?

– Podobno na Vanuatu mają taką tradycję, że rysują na piasku jakieś wzory i do każdego wzoru przynależą określone opowieści. I ten rysunek i słowa zawsze są takie same.

– Nie mogą rysować na papierze?

– Nie. Przecież oni nie znali papieru. Uczyli się od stuleci zapamiętywania tych rysunków. I Tupala był w tym mistrzem. Cook zabrał go ze sobą. I ilekroć pytał, szaman, który nigdy w życiu nie widział kompasu, zawsze potrafił bezbłędnie wskazać jeden kierunek. Kierunek domu.

– A ty znasz ten kierunek? – Nie patrzyła na niego. Piła piwo i patrzyła na morze. Piasek wciąż był ciepły. Sierpień w Sopocie jest piękny nawet w piątek o czwartej nad ranem.

– Znam. – Sięgnął po nią i wtedy całowali się pierwszy raz. Jej skóra też była słona. Najbardziej na brzuchu.

– A ty? Masz swoje morskie imię? – zapytała, kiedy słońce stało już całkiem wysoko, ale miało jeszcze upłynąć wiele wody, zanim miasto zacznie się budzić na dobre.

– Mam – powiedział wtedy – ale jeśli ci je zdradzę, będziesz musiała zginąć.

– Naprawdę?

– No… powiem ci, jeśli za mnie wyjdziesz.

Myślał, że będzie się śmiała, ale wcale się nie śmiała. Zasnęła. Normalnie zasnęła. A teraz pewnie śpi z tym pieprzonym nauczycielem. Luter wiosłował coraz mocniej. Powoli dopadało go zmęczenie, ale do tego przecież przywykł. Lata treningu zrobiły swoje i potrafił, mimo wszystkiego co ze sobą ciągnął, płynąć niemal bez końca. Potrafił na zimno kalkulować i nie wpadać w panikę. Znał priorytety. Umiał znosić ból. Naprawdę poważny ból. Ale nie ten. Nie ten… Nie myśl, że ten pieprzony aktywista od psów, kotów i wegetariańskiego jedzenia śpi teraz z jego kobietą. Jeden z tych, co zapierdalają po lesie z trytrytkami, żeby się przykuć do drzewa. Ałła, ałła! Źli ludzie chcą zagospodarować Rospudę czy tam wyciąć drzewo przy łuku drogi, a on jedzie protestować. Jezusie, mówiła, dzięki takim jak on świat staje się lepszym miejscem. O nie, kochana. Świat staje się lepszym miejscem, kiedy tacy jak ja nie dadzą żyć kilku skurwielom, co odcinają maczetami głowy dzieciom i matkom w imię Allacha. Rozumiesz? No ale nie mógł jej tego powiedzieć. Musiał słuchać zachwytów nad marszami dla uchodźców… Kurwa. To przecież przez takich jak ten nauczyciel wojna w Syrii nigdy się nie skończy. Amerykanie zrobiliby tam porządek w dwa tygodnie, ale będziemy humanitarnie i ofiarnie przyglądać się tej rzezi przez kolejne dziesięć lat. A Taliban będzie odcinał ludziom głowy. I kto się tym zajmie? Aktywista, wymoczek jebany w spodniach rurkach? Nie rozumie, że to operacja Ruskich? Że cała ta wojna jest tylko po to, żeby popędzić Taliban do Europy? Żeby się nasze rządy wzięły za łby między sobą? Listy pisze i na rowerku Veturilo zapierdala na protesty i nie rozumie, że przez takich jak on Putin urządza nam na własnym podwórku wojnę. My jego trzymamy w szachu cenami ropy, bo dopóki nie zarabia, nie może sobie kupować amunicji. On nas tymi łodziami pełnymi uchodźców, których pędzi przez pół świata, rozpieprzając im domy w Syrii. A teraz ja muszę jechać załatwić to gówno, które narobił, a jebany ekodemokrata śpi z moją dziewczyną. Moja wina. Dałem się nabrać na tę ideologię, na ten jego dżender, na te obcisłe ubranka, na te wąskie spodnie. No pedał. Byłem pewien, że pedał, a to cholerny przebieraniec. Zesrałby się, gdyby miał skoczyć ze spadochronem. W tęczowej peruce zapierdalać na manifę to ma odwagę. Ale powiedzieć stój bandycie, który odcina głowę maczetą niewinnym ludziom, to już musi powiedzieć kto inny. A taki jest mądry, kurwa, taki jest wykształcony. Trzeba mieć, jak to mówi, globalną świadomość.

 

Luter był raz na jego wykładzie. Aśka mówiła: chodź, posłuchasz, czym żyje świat. Ty tylko to morze i morze. Wy tam nic nie wiecie o świecie przecież. Chodź, wykłady otwarte, każdy może przyjść. Sprytna formuła. Każdy może przyjść, wysłuchać, po-dyskutować, a w przerwie darmowa kawa. To mu się wydało podejrzane. Nie ma darmowych obiadów i nie ma darmowej kawy. Wykład był o tym, że w Polsce „po kilkunastu latach budowy demokratycznego, obywatelskiego, wolnościowego spo-łeczeństwa powracają tendencje neopatriarchalne, ulegające konserwatywnym wpływom, nieodporne na hipokryzję klerykałów i populistów, polskie społeczeństwo jest w swoich wspólnotowych dążeniach przeciwskuteczne. W czasie kiedy świat, kiedy Europa, budują społeczności oparte na równości kultur, przekonań, płci, aspiracji i szans, niezależnie od uwarunkowań, w Polsce ob-serwujemy umiejscawianie choćby feminizmu w orbicie ideologii symbolicznych, a więc pozbawionych racjonalnych podstaw i silnie nacechowanych afektywnie oraz ubogich pod względem poznawczym. Takie postawy wobec feminizmu lokują nas na peryferiach Wolnego Świata”.

Wyszedł. Nie mógł tego słuchać. Co taki okularnik może wiedzieć o tym, kto i czym się zajmuje w Wolnym Świecie? I dzięki czemu i komu jesteśmy w NATO, i jesteśmy tam nie w oślej ławce, ale w pierwszej? W pierwszym rzędzie.

Aśka była zawiedziona. Myślała, że wychodzą, bo on, Luter, porucznik marynarki wojennej nie rozumie, co to znaczy ideologia symboliczna… no ale rozumiał przecież. Doskonale rozumiał. Ale to, co wiedział, wiedział z doświadczenia. A doświadczenie mówiło mu, że nie żaden postępowy holenderski gej ani nie żaden niemiecki transwestyta – światowiec, dla którego całą odwagą jest to, że odpali czasem Tindera w obcym mieście, będzie siedział trzy dni w zatoce u brzegów Talibanu, ale Polak. Kurwa, Polak, katolik, który lewackiemu zjebowi mógłby przerobić dupę na tatar w dziesięć sekund.

I może, kurwa, tak trzeba zrobić. Tak trzeba robić gnojom, którzy podrywają nie swoje dziewczyny.

Wibracje. Komunikator. „UOK? Pulse 115” – powiedziały litery.

– Kurwa, ochłoń Luter… ochłoń. Wiosłuj.

Odegnał myśli i skupił się na ruchach ramion. Tymczasem wyczuł w morzu zmianę. Najpierw niedostrzegalnie, ale potem coraz silniej i silniej musiał walczyć z prądem, żeby utrzymać kurs.

A później wróciła myśl o tym, że kiedy wróci, odwiedzi okularnika i rozmówi się z nim po męsku. Wiedział wszystko o torturach. Wszystko, co jeden człowiek potrafi zrobić innym ludziom. Znał wszystkie sztuczki hunwejbinów, wahabitów, talibów, Czeczeńców, neofaszystów. Uczyli ich tego. Nie, nie po to, żeby mieli kogokolwiek torturować, ale po to, by nigdy, przenigdy nie dali się złapać. I oni naprawdę nigdy się złapać nie dali. Wszystko wiedział o torturach. Wiedział, że archaiczne metody komunistycznych służb bezpieczeństwa były tanie, proste i stuprocentowo skuteczne. Lepsze od całego tego amerykańskiego Guantanamo. Lepsze od strachu, jaki potrafił wywoływać Taliban. Esbecja łamała ludzi na wieki wieków amen. Wychodziłeś z ich przesłuchań z depresją, która nie mijała. Wyobraził sobie, jak nowy chłopak jego Aśki siada gołą dupą na nodze od taboretu, i zrobiło mu się na duszy jakoś lżej.

Rozdział piąty

Teraz

Zrobiło jej się na duszy jakoś lżej, kiedy Kosiński wrócił i przywiózł jej z domu prawdziwą, normalną pidżamę. Ludzką, miękką i pachnącą domem. Nie mogła wytrzymać w tej szpitalnej. Cztery inne kobiety leżące na tej samej sali zdawały się nie zwracać uwagi na to, jak Olga wygląda, ale ona czuła się okropnie. Są ludzie, którzy nie potrafią znieść nieporządku i muszą na przykład ułożyć książki na półkach, dobierając je kolorami okładek. Albo ustawiając od najgrubszej do najcieńszej. Olga czuła się źle w nie swoim ubraniu. Szpitalna pidżama, pewnie jednorazowa i nieużywana, wydawała jej się obca i w dodatku za duża. Na całe szczęście Kosiński przyjechał, zanim zasnęła, i przywiózł kilka jej własnych rzeczy. Wszystko porządnie poukładane w szmacianej torbie z nadrukowanym obrazkiem z książki o Małym Księciu.

– Co to za torba? – zapytała.

– Miałaś w kuchni – wyjaśnił. – Chyba nie chciałabyś, żebym ci przywoził rzeczy w reklamówce z Biedronki?

– Grzebałeś w moich rzeczach? – Poczuła nagle nudności. Ruda ostrzegała, że to się może powtarzać.

– Nie, nie grzebałem, tylko zrobiłem trochę porządku. Nie mogłem po prostu być w jednym pomieszczeniu ze stertą brudnych naczyń. Musiałem sprawdzić, czy masz jakiś bardziej ekologiczny płyn do zmywania niż te tanie środki, więc zajrzałem do szafki pod zlewem i tam w stercie reklamówek była ta torba.

– Pozmywałeś moje naczynia?

– Tak. – Pokiwał głową. – Niestety przy użyciu chemikaliów, jakie były dostępne w twojej kuchni.

– Kurwa! Chyba cię pokręciło!

Olga ściszyła głos, bo kobieta, która leżała na sąsiednim łóżku, popatrzyła na nich karcącym wzrokiem.

– Przepraszam.

– Niech pani nie przeprasza, tylko niech pani sobie uświadomi, jaka jest już godzina i że o tej porze nie ma odwiedzin. Jak pan tu w ogóle wszedł?

Kosiński wzruszył ramionami. Wszedł, bo pokazał blachę i powiedział, że to służbowa sprawa, ale nie zamierzał się z tego tłumaczyć.

Olga pomyślała, że najlepiej byłoby go opierdolić na korytarzu, ale przecież za nic nie pokaże mu się w szpitalnym ubraniu. Naciągnęła koc na siebie.

– Co jeszcze?

– Co, co?

– No co jeszcze zrobiłeś w moim domu?! – syknęła. Głowa bolała coraz bardziej. To pewnie od ciśnienia. Cholera jasna, naczynia pozmywał! Świnia. I pewnie do kosza zajrzał. Policzył butelki. Dobry policjant powinien był zajrzeć do śmietnika odruchowo. Za to go nie powinna opieprzać.

– A długo zostajesz?

– Dwa dni.

– A więc dobrze, że ci wziąłem bieliznę, skarpety i książkę.

– Skąd bieliznę?

– Z szuflady wziąłem.

– No co ty pieprzysz w ogóle? – Zbladła. – Ruszałeś moje gacie?

– Nie ruszałem, tylko wziąłem ci dwie pary. No… zrobiłem trochę porządek, bo przecież skarpety nie mogą leżeć wymieszane razem z bielizną. I powinny być dobrane w pary zaraz po praniu. Jeśli masz z tym kłopot, kupuj zawsze takie same.

– Jak śmiałeś! Wynoś się. – Głowa wciąż bolała. Coraz bardziej.

– Przesadziłem? – zapytał. Posmutniał. Naprawdę posmutniał, a ona pomyślała, że to jest właściwy moment.

– Tak, kurwa, przesadziłeś. Ale możesz się wykupić, jeśli mi przywieziesz telefon.

Uśmiechnął się, kiedy odkrył, że dał się podejść jak dzieciak.

– Gdzie jest ten telefon?

– W naszym rozbitym samochodzie.

– Dzisiaj pewnie nikogo w warsztacie już nie ma, przecież noc.

– Wiem… przywieziesz mi rano? Proszę. Muszę zadzwonić do kogoś.

– A numer znasz na pamięć?

Pokiwała głową. Ten jeden, jedyny numer znała na pamięć.

– To weź. – Kosiński wyjął swój telefon. – Ja już po służbie. I nie mam nikogo, do kogo mógłbym zadzwonić po dwudziestej drugiej.

– Żartujesz? – Nie potrafiła ukryć, że naprawdę chce mieć ten smartfon.

– Nie. Ale jesteśmy kwita? – zapytał. – Bo wiesz, przy okazji poskładałem ci skarpety, a majtki poukładałem ci kolorami.

Rozciągnął usta w uśmiechu, o którym myślał, że jest złośliwy.

– Wynoś się! – Wzięła telefon z jego ręki.

– Zera. Same zera.

– Co same zera? – Nie zrozumiała.

– No kod, żeby odblokować telefon.

– Wiem. No przecież wiem.

Przebrała się i zamknęła w toalecie. Minęło kilkanaście dni, odkąd rozmawiali. Zresztą co to za relacja na kilkaset kilometrów w kraju, w którym jest zimno i szaro, a jak się zaczyna robić dobrze i ładnie, to miesięcznice, czarne marsze, wybory, czystki i źli ludzie w pracy? Zbóje, złodzieje, gwałciciele… Albo dzieciaki z liceum, które zmusiły swoją koleżankę do masturbacji, bo ktoś jej zrobił rozbierane zdjęcia, a potem zagroził, że wszystkim pokaże.

Jak po tym wszystkim dzwonić do kogoś i mówić o miłości?

Nie odebrał po pięciu sygnałach. Albo musi wyjść na balkon, bo kogoś ma, albo może śpi? Szósty sygnał. Nie, no co za głupie myślenie. Przecież nie zna numeru, z którego dzwonię, więc skąd miałby wiedzieć? Siódmy sygnał.

– Feliński, phoszę. – Zrobiło jej się od razu lepiej. Nawet gdyby za chwilę powiedział, że kogoś już ma, to i tak by się jej zrobiło lepiej.

– To ja, Olga.

– Co tam, dziewczyno? Masz nowy numeh widzę? Nie dzwoniłaś tak długo, bo zmieniałaś telefon?

– To pożyczony telefon. Ty też dawno nie dzwoniłeś.

– Nie wiedziałem, czy odbierzesz.

– Ja też nie wiedziałam, czy odbierzesz. Ale odebrałeś i cieszę się.

– No to mów. Mów, co się stało. Coś się stało, phawda?

Opowiedziała mu. O pościgu, o tym, jak dostała w głowę. Jak ją ktoś szarpał za włosy. O bezdomnym. O tym, że myśli o nim bez przerwy. O tym, że jedynym stanem, jakiego człowiek może doświadczyć, jeśli przegapi miłość, jest samotność. Samotność oznacza, że nie masz domu. Rozumiesz?

– Hozumiem. Może jesteśmy w fabhyce, bo nie umiemy mieć domu?

– A miłość?

– Miłość zdarza się nawet policjantom.

– Skąd wiesz?

– Mój ojciec jest z hesohtu. Mówiłem ci kiedyś. Czasami wydaje mi się, że jak na emehyta to więcej może niż ministeh sphawiedliwości.

– Tak, mówiłeś. – Pamiętała, że Szymon potrafił znaleźć esbeckie papiery, o które ona ani jej szefowie nie potrafili nawet zapytać. – A miłość?

– Ja nie pochwalam tego, kim on jest, co hobił. Hobił złe rzeczy. Ale matkę kocha. Nie zdhadzał jej pewnie nigdy. Nie okłamywał, choć nie wszystko mówił. Pies nie może przynosić do budy wszystkich bhudów. Ale ona i tak wiedziała. Przychodził i pachniał sthachem. Phała ten jego sthach każdego wieczoha. Phała go w takiej fhani, wiesz… kiedyś phalki były ładowane od góhy. Czasami to był tylko pot pod pachami. A czasami była khew. To sthach, mówiła mi, to tylko sthach. Na początku nie hozumiałem, a potem nie wiedziałem, czy to jego sthach, czy tych, któhych wtedy gnoił za NZS, za Pomahańczową Altehnatywę. Nie wiem za co jeszcze. Przynosił jej kwiaty. Każdego dnia. Jeden kwiat. Wciąż to hobi.

– Co robi?

– No w sezonie idzie na działkę, a zimą do kwiaciahni i przynosi jej jeden kwiat.

– I co o tym myślisz?

– Że nawet wściekły pies może poznać miłość.

– Ale jak ją poznać? – Była wdzięczna Szymonowi, że mówi. Chciała, żeby mówił jak najdłużej.

– Nie wiem. Dzisiaj ludzie poznają się na Tinderze.

– Wiem… Kiedy idę koło Kolumny Zygmunta albo koło Rotundy, widzę. Łatwo rozpoznać tych, co się umawiają z Tindera, bo dziewczyny wymalowane na ostro łypią tylko spod powiek oczami, żeby czmychnąć, jeśli zamiast Brada Pitta ze schodów ruchomych wytoczy się jakiś morświn. Czmychnąć, zanim zdąży je rozpoznać.

Roześmiał się i wtedy telefon Kosińskiego zdechł.

Obudziła się następnego dnia w szpitalnym łóżku, ale we własnej pidżamie.

– No, jak u ciebie? Wyspałaś się? – Ruda przyszła specjalnie, żeby powiedzieć Oldze, że jest pod dobrą opieką, ale żeby, jeśli to nie jest absolutnie konieczne, unikała na razie luster.

– A coś ze mną nie tak? – Dotknęła głowy w poszukiwaniu bandaża, bo spodziewała się, że może kiedy spała, wycięli jej pół mózgu albo co, ale nie. Nie było bandaża. Były tam tylko włosy. Posklejane i przetłuszczone, ale jej osobiste.

– No taki żarcik – powiedziała Ruda. – Masz strasznie podkrążone oczy. To normalne. Uspokoi się, przejdzie. Okład z ogórka pomoże. Ale nie jest za dobrze. Obrzęk masz. Musisz u mnie zostać kilka dni. Poobserwuję cię. Zrobimy rezonans.

– Co mi grozi?

– Wylew. Jeśli coś przegapimy. Po poważnym urazie głowy wylew może wystąpić nawet do czterech tygodni.

– Co to znaczy?

– No wiesz… można na to umrzeć albo mieć paraliż. Na ogół połowiczny. Jedna ręka ci zostanie, ale możesz nie mówić albo nie słyszeć.

Kosiński przywiózł jej telefon wieczorem. Wiedział, że będzie musiała zostać. No i że to poważna sprawa.

 

W nocy zadzwoniła do Szymona. Powiedziała mu, że może mieć wylew. Może być sparaliżowana albo nawet umrzeć i że nie histeryzuje, i nie udaje, i nie kłamie, ale chce, żeby przyjechał.

– Chcę z tobą pobyć. Kotlet chcę. Nie mam wielkich pragnień. Film obejrzymy na komputerze i usmażysz kotlety. Tylko tyle. I możesz spać w łóżku mojej córki. I jutro już nie zadzwonię i nie poproszę. Jutro znowu będę się wstydziła prosić.

– Mam hobotę – powiedział. – Zbhodnia w hodzinie. Kobieta zabiła męża. Wiem, że to zhobiła. Ale nie ma ciała. Jest poszukiwany. Muszę ją dopaść, hozumiesz?

– Rozumiem. Będę czekała.

– Wiem. Przyjadę. Mięso na kotlety kup. Nie jutho i nie pojutrze, ale trzymaj hękę na pulsie.

Kosiński odebrał ją tydzień później. W sumie nie było źle. Na tej szpitalnej diecie schudła. Głowa nie bolała już bardzo. Ale oczy były ciągle podkrążone. Sine. Czasami wydawało jej się, że sinożółte.

W sumie to miała zwolnienie jeszcze do piątku, ale komendant zadzwonił i zapytał, czy mogłaby się pofatygować.

– Kiedy?

– Teraz.

– Za godzinę?

– U mnie.

Zwlekła się z łóżka i powędrowała do łazienki. Ogórek nie pomógł. Nie dało się tego zamalować pudrem. Chociaż więc i dzień był pochmurny, i bez śladu słońca, pojechała do fabryki w największych ciemnych okularach, jakie udało się jej znaleźć.

Młodszy inspektor Kazimierz Leśmian był wysokim, łysiejącym, energicznym facetem, słoikiem z Dolnego Śląska. Olga znała go z Żoliborza, bo tam zaczynał. Może nawet mówiła mu kiedyś per ty, ale nie teraz. Teraz awansował.

– Podkomisarz Olga Suszczyńska. – Nie zdjęła okularów.

– Siadaj, Serbia – powiedział. – Kawy chcesz?

Nie pasował tu, do gabinetu Siwego. To miejsce zawsze będzie należało do jej prawdziwego dowódcy.

– Dziękuję, postoję – powiedziała.

– Siadaj, bo nie zaczniemy.

Nie poruszyła się.

– Siadaj, dziewczyno, przecież dopiero co byłaś w szpitalu. Proszę.

Usiadła.

– Zrobię nam kawy. Dostałem w prezencie od żony taki ekspres. Kapsułki wkładasz i kawa gotowa. Z mlekiem chcesz czy czarną? Czarną. – Nie dał jej wyboru.

Pili w milczeniu.

– Dlaczego tu jestem? – Znała tę teorię przesłuchań. Pierwszy zaczyna mówić ten, kto ma słabszą psychikę. Wiedziała, ale głowa ciągle ją bolała i chciała już wracać do domu. W dupie miała jego gierki.

– Wiesz, jak mnie nazywają? – zapytał.

– Młodszy inspek…

– Nie pierdol. – Odstawił filiżankę. – Znamy się nie od dzisiaj, pamiętasz? Wiesz, jak mnie tu nazywają? Jak o mnie mówią?

– Chuj z pisu? – zaryzykowała.

– Hahaha – roześmiał się. – Przynajmniej ty masz oficerską odwagę. Bo kogo bym zapytał, wszyscy udają, że nie wiedzą, o co chodzi. I co, mam udawać, że nie słyszę ani tego o chujowej zmianie, ani o tym chuju z pisu?

– Ja nie wiem. Apolityczna jestem. Zbójów łapię. Nie pytam ich, na kogo głosują.

– Ale Siwego lubiłaś.

– Siwego kocham. Kocham go tak, jak się kocha ojca. Takiego ojca, który czasami przychodził pijany i lał w dupę, ale kiedy trzeba było cię uratować, bo starsi chcieli ci zrobić krzywdę, to zawsze był tam, gdzie trzeba, i ratował.

Tamten milczał. W sumie słusznie, pomyślała, co miałby powiedzieć? Że się postara? Żeby mu zaufać? No mógłby jeszcze powiedzieć, że Siwy obsrał się tą ostatnią sprawą z Izraelczykiem. Lepiej, żeby milczał. Dopiła kawę.

– Czy jestem jeszcze potrzebna? – Odstawiła pustą filiżankę. Teraz pewnie przesunie ją do papierów. Kurwa. Na gaciową ze względu na stan zdrowia. Będzie sortowała mundury albo gniła w archiwum. No to będzie. Skończy się „dobra zmiana”, to Siwy wróci.

– A wiesz, Olga, ja jestem z Lubina. To prawda. Słoik. Ale mój pradziadek był przed wojną policjantem w tym mieście. Dwunastego maja w dwudziestym szóstym roku był na moście, kiedy Piłsudski rozmawiał z prezydentem. Chyba po właściwej stronie, bo awansował, ale już nie w Warszawie, tylko w Brześciu. Zginął potem prawdopodobnie jak ci w Katyniu. O białoruskiej liście słyszałaś?

Olga milczała.

– Dziadek zginął w powstaniu. Nie wyszedł z kanału. Tyle o nim wiadomo. Wszedł, ale nie wyszedł.

Ojciec go nie za bardzo pamiętał, bo ledwo zdążył się urodzić. Babka po tym wszystkim nie wróciła do miasta. Wtedy się jechało na Ziemie Odzyskane. Do tych trzystu miast, co wróciły do Polski. W aptece pracowała, najpierw biednie, a potem było lepiej, bo odkryli pod Lubinem złoża miedzi. Wychowała syna na milicjanta. To była peerelowska milicja, wiem, co wszyscy myślicie, ale dla niego była polska. Jedyna Polska, jaką znał, była przecież peerelowska. I ja też służbę pojmuję w ten sposób. Nie PiS-owi ślubujesz, tylko narodowi. Polsce. Polska mojego ojca jest inna niż moja. Ale to ciągle ta sama Polska. Nie wiem, czy to rozumiesz.

– Rozumiem, słyszałam takie opowieści nie raz i nie dwa. Ale nie wiem, po co mi pan to mówi?

Wstał.

– Wolałbym, żebyś tak jak kiedyś mówiła mi na ty, ale rozumiem twoje powody. Rozumiem i szanuję. To ułatwia kilka spraw nam obojgu. Także tak… – Zaczął przechadzać się po pokoju. – Chodzi o to, że będziesz zeznawać przed komisją reprywatyzacyjną.

– Przed jaką komisją? – nie zrozumiała.

– No cóż… kilka dni temu Sejm przyjął ustawę o powołaniu komisji, która zajmie się sprawą reprywatyzacji kamienic w Warszawie. Sprawa jest dogadana, PiS-owi zależy, żeby dopaść Hannę Gronkiewicz-Waltz. Innym partiom nie bardzo jest jak się z tego wykręcić, gazety o tym piszą. Nie czytałaś?

– O tym, że będę wezwana?

– Nie. O tym nie. O tym, że trzeba było taką komisję powołać. Będzie o niej głośno, bo wezwą na przesłuchania Gronkiewicz, a ona będzie tego unikać jak ognia. To będzie ważny spektakl polityczny na rok, dwa przynajmniej. Za półtora roku wybory prezydentów miast. No i w Warszawie PiS będzie chciał wygrać. Ale nie tylko PiS. Także PSL będzie chciał wyrwać trochę głosów, żeby wzmocnić pozycję marszałka. No i Nowoczesna, żeby podkreślić swoją odrębność. A Platforma będzie chciała się wybronić. Wszyscy mają jakiś interes w tej komisji. A ciebie wezwą.

– No ale co ja mam do tego? Skąd wiadomo w ogóle, że mnie wezwą?

– Spotykamy się, bo wiem, że cię wezwą. W polityce zdarzają się prowizorki, ale ta sprawa ma swój scenariusz i wiadomo, co się będzie działo i kiedy. Więc mówię, że cię wezwą, bo o tym wiem. Wezwą cię, bo jesteś w to zamieszana.

– Jak jestem zamieszana?! W co? Ja przecież nawet nie jestem z Warszawy. Mam mieszkanie na kredyt, nie mam żadnej kamienicy.

– Wiem, wiem. Pamiętam, Serbia, czemu tak na ciebie mówią.

– Doprawdy?

– Tak, wiem, jak na słoiki mówi nasza gangsterka. Serbia. Baba z Otwocka czy tam ze Skierniewic.

– Może nie baba, co? – Poczuła, że głowa znowu ją boli. Zdjęła okulary, żeby rozetrzeć skronie.

Komendant nalał jej wody z karafki.

Kurde, pomyślała, Siwy nalałby mi jednak wódki.

Leśmian patrzył na nią z troską. Może nie był całkiem chujem. Mizoginem był z pewnością, usłyszała tę „babę z Otwocka”, ale chujem może nie do końca.

– Wiesz. Staniesz przed komisją, oczywiście w telewizji zmienią ci głos i zasłonią twarz, ale przecież będzie wiadomo, że jesteś z policji.

– Jak to w telewizji? – Poczuła, że mogłaby wypić jeszcze z litr tej wody.

– To telewizyjna komisja. Będą transmisje na żywo. Będą mówili, że policja nic nie robiła. Że się nie interesowała. Że zabójcy Jolanty Brzeskiej nie znalazła. Że się nawet nie starała go znaleźć. Będą o tym pisać wszyscy od nowa.

– Nie prowadziłam tej sprawy.

– Wiem. Ale prowadziłaś sprawę Pawliszuka.

– Moja pierwsza samodzielna sprawa. Pamiętam. Nie dokończyłam. Miałam wypadek. Zginęła w nim moja córka. Potem szpital, rehabilitacja, wszystko w firmie musiałam zacząć od nowa.

– No wiem, wiem, twoja sprawa trafiła do szuflady. – Zatrzymał się w pół kroku. – No ale komisja ma plan. W tym planie kilka kamienic interesować ich będzie szczególnie mocno: Hoża 25, Nabielaka, Noakowskiego 16, no i ta na Wilczej 36.