BezmiarTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

Miasto płonęło w złotym, nierealnym blasku, jaki może dać jedynie niskie słońce, kiedy rozedrze na moment wielorybie cielska chmur ucierających sobie drogę poprzez północny niż. Gdyby dało się tam podejść, słyszałaby, jak tłuką jedna o drugą z beznadziejnym, głuchym westchnieniem żalu. Samolot złamał się na prawe skrzydło i zobaczyła pod sobą mgłę, która wypełniała Warszawę po sam horyzont. Tkwiły w niej szczyty najwyższych budynków, rozpalone teraz lśnieniem wschodu. Pekin, Libeskind, Novotel, Marriott, Cosmopolitan i dalej, jakby osobno – Spire…

Mój Boże, pomyślała, to miasto nigdy nie przestanie mnie zadziwiać.

W złotej mgle budynki wydały jej się tkwić niczym wieże w bezkresie Sahary.

Dreamliner wyrównał lot i znowu miała przed oczami ścianę wysokich chmur północnego frontu. Rozlewały się nad miastem jak obca armia, uśpiona jeszcze i leniwa, ale kiedy przyjdzie odpowiedni moment, gotowa rzucić się w dół jak wilki do gardeł.

Westchnęła, sprawdziła po raz kolejny, czy pas jest dobrze ściągnięty, i poprawiła włosy.

– Ciekawe, jak tam oczy – westchnęła. – Nocne loty nie są zdrowe na cerę, strasznie wysuszają skórę. Będę musiała coś z tym zrobić jeszcze dziś. Kobieta w moim wieku musi zwracać uwagę na drobiazgi. Samolot przyziemił twardo, ale olbrzymi fotel biznes klasy uchronił ją przed wstrząsem maszyny.

Nie czekała na bagaż. Lubiła luksus posiadania mieszkań w miastach, w których żyła. Nigdzie nie musiała zabierać walizki. Tłum biegnący w stronę taśmociągu z bagażami to nie było jej naturalne środowisko. Skinęła na pracownika lotniska i pokazała mu kartę VIP, a on zapytał, czy ma ponieść torbę. Wziął ją, jakby to była co najmniej monstrancja, po czym zeszli schodami do oczekującej przy bocznych drzwiach niemieckiej limuzyny. Złapała się na tym, że dawno już przestała zwracać uwagę na marki samochodów. Mimo ciężkiej pracy marketingowców na tylnym siedzeniu nie miało żadnego znaczenia, czy to audi, czy bmw. Przejechali może sto metrów, wprost pod szklane drzwi saloniku VIP.

Pokręciła głową i pomyślała, że salonik VIP schodzi na psy. Kiedyś ludzi w tanich garniturach by tu nie spotkała. Ledwo udało jej się uniknąć zderzenia z drzwiami od toalety, które z impetem otworzył tęgawy mężczyzna, którego twarz wydała się jej znajoma. Nigdy nie zapominała twarzy. Nawet tych z telewizji… Tak, to ten minister z kancelarii prezydenta, gadający byle co na każdy temat w różnych telewizjach. Szła korytarzem i mrużyła oczy, bo oglądanie tych potwornych, wielkoformatowych bohomazów sprawiało jej ból. Znała anegdotę o autorze, któremu przyjaźń z rodziną państwa Kwaśniewskich przyniosła artystyczny kontrakt na siedmiocyfrową kwotę z budżetu państwa. W zamian za to kilkadziesiąt metrów kwadratowych jego twórczości straszy do dzisiaj gości VIP Line na Okęciu.

– Masz ładną torebkę – powiedział czekający na nią mężczyzna.

– Prawda? Nie pytaj, ile kosztowała. – Pocałowała go w policzek i pomyślała, że musi mieć jakąś nową kochankę, bo tego zapachu jeszcze u niego nie czuła. Hm… to był zapach lasu. I to kompletnie do niego nie pasowało.

– To co, kawa czy jednak szampan? – zapytał.

– Na szampana chyba za wcześnie. – Spojrzała na zegarek w telefonie. Pokazywał już polski czas.

– A jet lag?

– Przekonałeś mnie.

Na miejscu czekał zwalisty mężczyzna w średnim wieku. Spodobały się jej jego żylaste, duże dłonie i dwudniowy zarost. Nie, nie taki wypielęgnowany przez jakiegoś barbera dla zniewieściałych hipsterów. Miał mocny uścisk dłoni. Kiedy siadali, podniosła dyskretnie dłoń do nosa. Gość pachniał prawdziwą solą. Nie podał imienia.

Przez chwilę, zanim jeszcze rozsiadła się w fotelu z rzeźbionymi, niemal rokokowymi poręczami, chciała rzucić jakiś żarcik o podsłuchach. Ale nie, to by nie było w dobrym tonie. Pod jej długimi palcami drewno zdawało się delikatnie pulsować i wiedziała, że nie będzie potrafiła powstrzymać się od tego, żeby poruszać po nich dłonią. Usiadła, splatając nogi tak, jak to zwykły robić telewizyjne damy z czasów jej młodości. Czas zresztą, wiedziała o tym doskonale, obszedł się z nią nader łaskawie. Wykorzystywała to, zmuszając mężczyzn do zakłopotania, ale ze swoim gospodarzem nigdy nie próbowała żadnych sztuczek. Znał je. Sam ją wszystkiego nauczył w czasach, kiedy była jeszcze studentką. Ambitną, dumną, pragnącą świata i zbuntowaną przeciwko temu, że urodziła się po złej stronie muru. Wytłumaczył jej, że mury czy granice są istotne tylko dla tych, którzy w nie uwierzą.

– Podoba ci się? – Poprawił okulary w złotej oprawie.

Podniosła pytająco brwi.

– No wnętrze. – Rozłożył palce.

– Spotkaliśmy się tu, żeby porozmawiać o restauracjach? – Wydęła usta. – Nie sądziłam, że masz jeszcze czas na takie głupstwa.

– Spotkaliśmy się, bo sytuacja robi się skomplikowana – westchnął i odchylił się w fotelu, tak jakby dopadł go ból pleców i musiał je nagle wyprostować. – Ale powiedz, że ci się podoba, w końcu jesteśmy u mnie.

– A więc jesteśmy u ciebie? Nigdy bym nie pomyślała, że zostaniesz restauratorem – uśmiechnęła się czarująco. – Porzuciłeś piękno sztuki dla kawioru i szampana?

Nie zwrócił jej uwagi, że nie mówił o kawiorze, ale wiedziała, że to zauważył.

– Dzisiaj restauracja jest świątynią sztuki. Ludzie przestali czytać poezję, nie potrafią odróżnić metonimii od synekdochy, nie mają satysfakcji z rozszyfrowania metafory. Słaby pieniądz wypiera mocniejszy, a tandeta wypiera piękno. Poniekąd to nasza wina. – Skinął na kelnera. – To my przekonaliśmy masy, że są godne elit, że nie muszą marnować czasu na czytanie Prousta, bo wystarczy wynająć stylistę, który przebierze ich w modne ubrania, albo nawet zaprowadzi do krawca, który uszyje im garnitur na miarę.

Szepnął coś kelnerowi, a ten uniósł brwi. Gospodarz położył mu uspokajająco rękę na dłoni.

– No i kawę oczywiście też?

– Oj tak! – westchnęła.

– Dla mnie wodę. Wodę bez gazu – uśmiechnął się zwalisty. Siedział z nieskrępowaną swobodą mężczyzny, który jest pewien swojej siły. Podobał się jej. Bez dwóch zdań.

– O czym to mówiliśmy? – Z trudem skierowała wzrok na gospodarza.

– O tym, że masy nie wybiorą się do opery, bo to wymaga kompetencji i nauki, ale jeśli je stać, przyjdą do drogiej restauracji, żeby się wymądrzać na temat mleka bez laktozy, sushi i kaszotto.

– Dlaczego uważasz, że my to zrobiliśmy? – Bawił ją jego zaangażowany ton.

– Musieliśmy, bo chcemy, żeby byli głupi. Chcemy, żeby byli zafascynowani swoją nowoczesnością, otwartością na zdobycze demokracji, na wolność słowa. Chcemy, żeby walczyli o prawa zwierząt, żeby pragnęli przyjmować uchodźców i z troską pochylali się nad losem osób niepewnych swojej seksualności. Trzeba im jeszcze dać „Vogue” po polsku i będą zachwyceni. A tym drugim trzeba pozwolić na miesięcznice, na ściganie mafii vatowskich, „odzyskiwanie telewizji”, reformę szkolnictwa i wstawanie z kolan. I też będą zachwyceni. A czego nie robią zachwyceni ludzie?

Znała odpowiedź. Wiedziała, dlaczego cywilizowany świat musi dawać tym biednym głupcom smartfony, darmowy internet, tanie narkotyki, dochód gwarantowany, mieszkania na kredyt i ułatwiać im zaspokojenie potrzeb seksualnych dzięki aplikacjom i tabletkom. Jeden procent najbogatszych posiada dziewięćdziesiąt kilka procent zasobów świata, więc elity muszą trzymać motłoch z daleka od siebie. Kiedyś biedni przestaną być konieczni. Zastąpi ich sztuczna inteligencja.

– Zachwyceni ludzie nie zadają zbędnych pytań. – Pochyliła się do przodu.

Kelner postawił przed nimi srebrny pojemnik z lodem.

– Kawior i szampan – gospodarz się uśmiechnął.

– No a teraz powiedz, po co się spotkaliśmy, chyba nie chodzi o to, że masz w sejfie jakiś nowy nabytek… obraz uznany za zaginiony od czasów wojny?

Trafiła.

– Może jakiś El Greco?

– Nie, nie El Greco, próbuj dalej.

Wydawał się nieporuszony, ale zbyt dobrze znała mężczyzn i wiedziała, że każdy ma jakąś namiętność, na ogół dość prymitywną. On był jednak wyrafinowanym człowiekiem, nie pozwoliłby sobie na żadną tandetną słabość do młodości czy szczególnej urody. Obrazy to było jednak coś nieprzemijającego. Wiedziała, ile wysiłku wkłada w budowanie swej kolekcji i że kilka dzieł sztuki odzyskał już dla Polski. Tak o tym myślał. Dla Polski. Oczywiście obecna Polska nie była Polską jego marzeń i nie zasługiwała na skarb. Polska Platformy też na niego nie zasługiwała. Mali ludzie lubią małe sprawy, powtarzał. Tamtych miał za cwaniaczków, a obecnych za oszołomów. Ale nie miał oficjalnego spadkobiercy, a przecież do grobu tych płócien i desek nie zabierze. Poza tym dzieła sztuki nie są stworzone do tego, żeby wisieć w sejfie. Rembrandty w Zamku Królewskim mają osobną salę wystawienniczą. Tylko dwa obrazy w całym pomieszczeniu. Dwa, które w zupełności wystarczą. Ciekawe, co upolował. Może Portret młodzieńca Rafaela, najcenniejszy ze wszystkich, a może Cranacha albo Rembrandta…

– Jak myślisz?

– No przecież nie odgadnę. – Zatrzepotała powiekami. Wiedziała, że tego nie znosił.

 

– Spróbuj.

– Rembrandt?

Zwiastowanie… no powiem ci, że jestem na tropie, ale to raczej będzie zadanie dla naszego przyjaciela. – Spojrzał w kierunku milczącego mężczyzny. – I dla kilku jego kolegów z Academi.

– Wolę nazwę Blackwater – powiedział tamten. – Jestem w zasadzie konserwatystą i nie lubię, kiedy się zmieniają szyldy.

Dowcipny, pomyślała.

– A więc nie Rembrandt… a taką miałam ochotę dotknąć tego obrazu.

– To akwaforta, ze śladami siarkowania, wyjątkowa, bezcenna… Niewielka rzecz, łatwo ją było zabrać jakiemuś sowieckiemu watażce. Jestem na tropie, ale sprzedać nie chcą, trzeba będzie więc jakoś ten nasz depozyt odebrać… wiecie państwo, Rembrandt zdaje się zapomniał, kiedy wykonywał ryt, że sama odbitka będzie lustrzana, więc tak przygotował ten materiał, że anioł błogosławi Marii lewą ręką. Czy to nie zachwycające?

Zwróciła uwagę na to „Marii”. Tyle lat w katolickim kraju, a on wciąż się nie nauczył, że Maryja jest tylko jedna.

– Nie zgadnę – powiedziała tonem, który mówił: przejdźmy do rzeczy.

– To Canaletto. Król Stanisław August ogląda remontowany Zamek Warszawski po pożarze. Zdaje mi się, że raczej chodzi o pałac Kazanowskich, który przebudowują na swoje cele bernardynki. W tle Kolumna Zygmunta i dachy katedry Świętego Jana. Piękna rzecz.

– Aukcja?

– Darkweb. Bardzo kosztowna operacja. Ale przecież to bezcenne dzieło.

Pili w milczeniu. Kawior był zimny i z blinami oraz śmietaną smakował jak pocałunek z kimś, kto dopiero co wyszedł z morza.

– Dlaczego się spotkaliśmy? Dlaczego kazałeś mi przylecieć? Czekamy. – Spojrzała na zwalistego. Nie tknął kawioru. Powiedział, że nie jada niczego, co pochodzi z morza.

– Rzeczywiście, jest pewien problem… – Gospodarz rozejrzał się za popielniczką, ale po chwili przypomniał sobie, że obiecał swojej nowej, młodej narzeczonej, że nie będzie więcej palił.

– Jaki problem?

– Zadają pytania.

– Kto zadaje?

– Ludzie, którzy nie są dość zadowoleni. – Zmarszczył brew, bo nie używał wulgaryzmów. – Dobra zmiana.

– Jakiego rodzaju pytania?

– Ależ proszę cię, czy ty zupełnie nie czytasz gazet?

– Czytam „Vogue”.

– Ale czasami warto czytać, żeby wiedzieć o tym, co nastąpi.

– Horoskopy? Nigdy – zażartowała, a Andrzej się uśmiechnął. Kiedyś, przed laty, kiedy byli jeszcze kochankami, robił to bardzo często.

– Szykują komisję, która może zaszkodzić naszym interesom – powiedział. – Uznaliśmy, że nie możemy sobie pozwolić na to, żeby ktokolwiek miał ochotę na wspomnienia przed tą komisją.

– Jaką komisję?

– Do spraw reprywatyzacji.

– Ach tak… – spoważniała. – Nadgorliwość dziennikarzy „Wyborczej” okazała się jednak szkodliwa.

– Mówiłem panu, że trzeba im było wyperswadować te potrzeby – mruknął zwalisty.

– Uznaliśmy wtedy, że to nam nie posłuży.

– Ale, ale… odbyliście posiedzenie beze mnie? – zapytała Izabela.

– Byliśmy zmuszeni działać, a ty przecież byłaś zajęta.

– Och, to była tylko premiera Così fan tutte pod batutą Davida Robertsona z Kelli O’Harą w roli Despiny.

– W Metropolitanie?

Pokiwała głową.

– Nie chciałem ci tego odbierać. Dlatego dzisiaj się spotykamy, żeby cię wtajemniczyć.

Znów pokiwała głową.

Kelner podszedł i dolał im szampana.

– Uznaliśmy, że sytuacja wymaga interwencji. Powołanie komisji reprywatyzacyjnej nie jest nam na rękę. Próbowaliśmy to oczywiście zablokować, ale nasze środki perswazji nie były wystarczające.

– Aż tak dużo chcieli?

– Nie w tym rzecz… Ten nowy Sejm, przypadkowi ludzie, w większości niestety ta zbieranina wdzięczna jest prezesowi za to, że ich wyrwał z jakichś prowincjonalnych aptek i pokojów nauczycielskich, więc nie mają dość odwagi, żeby włączyć się do gry świadomie i z korzyścią dla świata i dla nich. To się oczywiście zmieni, ale jednak chwila minie i dlatego powołaniu komisji nie mogliśmy zapobiec.

– Mają telewizję, więc urządzą pokazowy proces…

– Urządzą przedstawienie, które zechcą ciągnąć do wyborów. Przynajmniej samorządowych.

– Mają też do dyspozycji prokuraturę. – Szampan w jej ustach stał się nagle cierpki.

– Teoretycznie, moja droga, przecież wiesz, że tylko teoretycznie. Prokuratura mnie nie martwi, bo działa w cieniu, a w cieniu łatwo jest się pogubić, pomylić, stracić pamięć, zmienić poglądy, a nawet zachorować i przejść na emeryturę, zabierając ze sobą kilka sekretów. Nie martwi mnie ani prokuratura, ani sądy. Mamy tam przyjaciół.

– Aparat bezpieczeństwa państwa – wyrecytowała.

Uśmiechnął się. Lubił inteligentne kobiety.

– Ale komisja nas martwi?

– Tak, bo komisja ma działać jawnie. A kamery, rozgłos, setki pytań, to może być ogromny stres dla niektórych ludzi. Martwi mnie, że na liście osób wyznaczonych do przesłuchania są takie, które znają nasze nazwiska. Znają nasze interesy. Mogą nas zmusić do wyjścia z cienia. A tego przecież nie chcemy. Nie możemy tego uczynić, bo to nasz kraj i mamy obowiązek o niego dbać. Nie wolno nam dopuścić do tego, żeby w czasie przesłuchań prezydent miasta albo któryś z jego współpracowników, albo jakiś były czy obecny poseł lub senator przypomniał sobie o czymkolwiek, co ma związek z naszą organizacją. Dopóki „Wyborcza” pisała o naszej konkurencji, pozwalaliśmy im na to. Ale nie możemy pozwolić, aby ktoś wpadł na ślad naszych interesów. Nie tylko z państwem czy z władzami miast, ale też interesów z Kościołem. Kościół miał mnóstwo nieruchomości, które przestały być mu potrzebne. Ale Kościół to często słabi ludzie. Mogą nie wytrzymać długotrwałego stresu.

– Co ustaliliście?

– Że damy Kościołowi zajęcie. Twój znajomy reżyser kręci, zdaje się, film o Kościele? O pedałach w sutannach – starannie wycedził słowo „pedał”, rozkoszując się jego mięsistą niepoprawnością. – Podpowiesz mu o kilku zapomnianych wątkach z lat osiemdziesiątych. Podsuniesz jakichś czarnych celebrytów, bo wtedy skandal będzie większy. A kilku naszych dawnych przyjaciół skłonisz do publicznych wyznań, że byli molestowani jako ministranci. Nie obchodzi mnie, czy to prawda, ważne, żeby sobie przypominali, a my roześlemy ich wspomnienia. Poproszę kilku szanowanych publicystów starszego pokolenia o mocny głos w sprawie rozliczenia pedofilii w Kościele. Czarni będą mieli zajęcie i nie wystarczy im czasu na rozważania o legalności naszych wspólnych przedsięwzięć. Przecież zaczynamy już budować i nie są nam potrzebne pytania o to, jak weszliśmy w posiadanie nieruchomości w centrum. Kościół to łatwiejsza część. Trudniejsza jest sprawa komisji.

– Przewodniczący ma się zagubić? – zapytał zwalisty.

– To by nic nie dało. Powołaliby nowego. Staliby się ostrożniejsi. Znam tę listę nazwisk i to nie są wybitne osobowości. Raczej katalog kandydatur na przyszłego prezydenta miasta. Wszystkie partie idą wedle podobnego klucza. Może zresztą będzie tam ktoś z naszych, poczyniliśmy już starania.

– Skoro nie przewodniczący, to kto?

– Ktoś, czyja przygoda sprawiłaby, że świat musiałby się na moment zatrzymać z przerażenia.

– Jakiego rodzaju przygoda?

– Nasi przyjaciele uznali, że najlepiej, gdyby to była przygoda ostateczna.

– Czyli kto? – Zwalisty rozluźnił krawat, co nie uszło uwagi Andrzeja.

– Ktoś, kogo tragiczne odejście wywołałby ogólnonarodową dyskusję o granicach, do jakich doprowadzić mogą polityczne podziały, mowa nienawiści, wzajemne oskarżenia i podejrzenia. Ktoś, kto pociągnąłby ludzi do marszów milczenia, narodowej żałoby, kto miałby pogrzeb w katedrze, państwowe honory i w pierwszej ławce Kaczyńskiego oraz Tuska obok siebie.

– Prezydent kraju? – zapytała.

– Żałuję, ale nie. Nikt by go nie skojarzył z naszym przekazem.

– A jaki to jest przekaz? – zapytał zwalisty.

– Zapominacie o wszystkim albo będziecie następni. – Gospodarz oglądał swoje paznokcie, no tak, pora odwiedzić manikiurzystkę.

– A więc ona? – Kobieta uniosła brwi. – Poważnie?

– Jej rola i tak dobiega już końca, nie będzie się starać o reelekcję. Byłaby to dla niej szansa na wieczną chwałę i miejsce w historii. Miałaby nawet swoją ulicę. Niewykluczone, że i pomnik.

– Niełatwa sprawa, ona rzadko wychodzi, nigdy sama – powiedział zwalisty.

– Nie zrozumiał mnie pan. – Gospodarz uniósł brwi w wyrazie niezadowolenia. – To nie może być w parku, na parkingu czy w jej gabinecie. Nie chodzi o wariant Papały czy Leppera. Nie chodzi o to, żeby ludzie się domyślali.

– Chodzi o… spektakl – kobieta znalazła właściwe słowo.

– Mniej więcej. O akt terroru. Tylko terror sprawi, że ludzie się przelękną i będą milczeć.

– Czyli jak? – Zwalisty wstał i nalał sobie szampana.

– Trzeba, żeby to się stało na jakiejś wielkiej, otwartej imprezie. Żeby były tam kamery i setki smartfonów. Żeby nasza bohaterka promieniała i mówiła o rozwoju i przyszłości. Żeby zapowiadała, nie wiem… fajerwerki, albo przecinała jakąś wstęgę.

– Dokładnie. – Gospodarz był zadowolony. – Chodzi o to, żeby wtedy ktoś wszedł i strzelił do niej z bliska. I żeby wtedy powiedział do kamer, że to zemsta na urzędnikach, którzy mu zabrali mieszkanie.

– Po co ma cokolwiek mówić? – Zwalisty nie był przekonany do tego scenariusza.

– Żeby ci, którzy mieli się przestraszyć, wiedzieli, że to o nich chodzi. Czy to jest zbyt trudne?

Tamten milczał, po czym powiedział:

– Nie, jeśli się zna jakiegoś wariata, który potrafiłby to zrobić.

– Dlaczego wariata? – zapytała ona.

– Bo nie będzie go można skazać. Pójdzie do psychuszki, a po dwóch latach wyjdzie, zmieni nazwisko i będzie sobie żył dalej, jak chce – gospodarz wyręczył zwalistego. – Zna pan kogoś takiego?

Tamten tylko się uśmiechnął.

Kiedy wyszli, pożałowała jednak, że nie jest w Nowym Jorku. Wrony krążyły po niebie z okropnym krakaniem.

Rozdział pierwszy

Teraz

Albo takie wrony. Kręciły się na skrawku trawy, grzebiąc dziobami w ziemi. Czasami uderzały mocniej, jakby przekonane, że gdzieś tam pomiędzy grudami, które powoli zaczynały już rozmarzać, znajdzie się jakiś kawałek życia. Czasami łypały jednym okiem na siebie. Były tak niby razem, ale jednak osobno. W ogóle nie zwracały uwagi na resztę wszechświata. Miały w głębokim, smolistym poważaniu plastik w brzuchach wielorybów, smog, który zakotwiczył gdzieś między Pekinem i Libeskindem i zamierzał zostać w Warszawie na zawsze. Nie obchodziły ich konsultacje prezydenta Donalda Trumpa z kanclerz Angelą Merkel na temat stosunków wolnego świata z prezydentem Rosji ani przemówienie smoleńskie, ani wynik głosowania nad przedłużeniem mandatu szefa Rady Europejskiej.

„Tusk 27, Polska 1” – Olga słyszała to od wczoraj we wszystkich wiadomościach. Ale wron to nie obchodziło. Miały w dupie nawet globalne ocieplenie.

– Może po pączki wyskoczę, co? – Kosiński kulił się w swojej cienkiej kurtce. Cierpiał, ale wyglądał w niej szczupło i po męsku. Odkąd wrócił z urlopu zdrowotnego, nosił czarny, kilkudniowy zarost. Na pozór niechlujny, ale wytłumaczył jej, jaka to upierdliwość, żeby się w tym mieście umówić na seans do barbera.

– Popieprzyło cię, dokąd pójdziesz? Przecież na służbie jesteśmy. Masz uważać na drzwi, to się gap na drzwi.

– No ale do środka wejdę. Będę uważał od środka. W lobby mają te ciastka.

– Żartujesz? – Na myśl o ciastku poczuła, że tego pragnienia nie będzie potrafiła już zatrzymać.

– Nie, no nie żartuję, wiem. Wchodzę przez obrotowe drzwi i potem wiesz: w lewo recepcja, prosto windy, a po prawej, tuż przy wejściu, przeszklona lada z ciastkami.

– Jaja sobie robisz?

– Nie... no byłem tu kilka dni temu, zapamiętałem. Ciastka i zdaje się owoce. Więc cały czas mam na oku windy, gdyby go wyprowadzali. Serio.

– Kawa też? – Miękła.

– Nie. Kawa nie.

– Kurwa… idź.

Trzasnął drzwiami. Widziała jego długie nogi w wąskich spodniach. I czarne, ciężkie, skórzane buty. Stawiał kroki jak wielki ptak. Przygarbiony. Zmarznięty. Marabut. Jej chłopak. Chłopak, który nie ma łatwo w robocie, bo darli łacha z tych jego okularów i chudych ramion. I który o mało nie stracił ręki na służbie, więc nie mogłaby mieć do niego pretensji, gdyby odszedł. Miałaby żal, ale nie pretensje. Nie powiedziałaby mu o tym, że żałuje, ale byłoby szkoda. Jej chłopak. Uczyła go, jak być twardym. No i chyba wiedział. Wrócił. Lubiła go zawsze. A teraz lubiła go bardzo. I w dodatku potrzebowała.

 

Każdy potrzebuje kogoś drugiego. Kogoś, komu można powiedzieć wszystko. O rozstępach na pupie, o tym, jak się przetłuszczają włosy, jak trudno zacząć biegać po takiej długiej przerwie. O tym, jak się siedzi w pustym dziecięcym pokoju i myśli, co zrobić z wiadomościami, których się nie spodziewała. Jak to nie wypadek? Więc jak nie wypadek, to co? Albo nawet o tym, jak się człowiek czasami boi zasnąć, bo co będzie, jeśli obudzi się, wisząc głową w dół w worku na głowie? O tym, że nie ma nic bardziej smutnego w życiu niż myśl, że całe twoje życie intymne, każdą bliskość, jaką będziesz miała, możesz mieć tylko sama ze sobą.

Nie, no nie powiedziałaby Kosińskiemu żadnej z tych rzeczy, ale wiedziała, że gdyby przyszło co do czego, to mogłaby go poprosić, żeby ją przytulił, i on by to zrobił. Nie. Nigdy by go o to nie poprosiła. Ale z ciastka mogłaby się ucieszyć.

Każdy potrzebuje bliskości. I żeby komuś choćby raz na miesiąc, raz na dwa miesiące powiedzieć prawdę. I cukru. Ech, cukru i kawy.

Wrony pokłóciły się nagle o skrawek jakiejś szmaty. Jedna odskoczyła niezdarnie, a druga darła się wniebogłosy, jakby jej mieli wyrwać pióra na żywca. Olga przypomniała sobie, że kiedyś nad kanałkiem widziała, jak wrona maltretuje pisklę. Pisklę było już duże, ale wrona była cierpliwa i przekonana o sile swego uścisku. Olga myślała, że drapieżniki uderzają po prostu dziobem i po zawodach. Ale nie, wrona wpiła się pazurami w gałąź wierzby i dusiła pisklę, zaciskając mu dziób na gardle. Pisklę trzepotało skrzydłami z każdą chwilą mocniej i wydawało się, że się uwolni. Nie. To była już agonia.

Odpędziła to wspomnienie, bo niewiele brakowało, żeby zaczęła się rozklejać. Zresztą ptaki nie pamiętają. Tym się różnią od ludzi, że umieją zapomnieć. Nie potrafią zapamiętać, ile miały piskląt. A jeśli potrafią nawet, to są w stanie z tym żyć.

Palce marzły jej nawet w rękawiczkach. Powinna włączyć silnik, bo ford tracił ciepło na tym wietrze. Ale zaraz przylezie portier i powie, że to nieekologiczne albo co…

Kawy by się napiła. Posiedziałaby sobie przy kominku na grubym dywanie, który odkurzałaby godzinę, żeby nie było na nim ani jednego pyłku. I nastawiłaby Marillion. Stare płyty mają w sobie jakąś metafizyczną władzę nad czasem. Jakby się człowiek stawał młodszy, co nie? Szczuplejszy, smuklejszy, jakby miał prostsze plecy. I jakby coś w środku miękło. Siedziałaby tam, przy ogniu, robiłoby się coraz cieplej, a ona miałaby na sobie biały sweter. Taki z golfem. Miękki, jeszcze nigdy nieprany. A na blaszanej płycie, przed kominkiem zawsze są takie płyty, zostawałyby odciski po kubkach. Piliby wino z kubków. Po całym kubku, żeby nie wstawać, nie dolewać, nie szukać butelek, nie troszczyć się o to, czy lampki do wina nie mają na sobie tych maleńkich śladów po palcach albo po osadzie z kranu. Więc piliby z kubków. Na rancie byłby czerwony odcisk, bo mogłaby sobie pomalować usta choć raz. Albo ślad po kropelce wina. I byłoby już tak ciepło, że zdjęłaby sweter i powiedziałaby Szymonowi, żeby też zdjął, a on by się przekomarzał, ale potem by zdjął i to tak niezdarnie, że oboje by się z tego śmiali i nie byliby wcale zażenowani.

Olga, przecież ty nie masz kominka, zganiła się w myślach. Chłopaka też nie masz.

Wrony gdzieś się zapodziały. Wyciągnęła telefon i włączyła Facebooka. Tylko na sekundę. Jeden mem. Jeden zabawny obrazek i wyłączam.

„Nie zapomnij o tym, żeby celebrować szczęście…” – no ja cię pier... – przewinęła dalej.

Jakieś buty i torebki. Poranne przemówienie prezesa w kościele seminaryjnym. Prezydent Duda gratuluje Donaldowi Tuskowi wyboru na szefa Komisji Europejskiej. Portret Gandhiego z sentencją o zagrożeniach dla ludzkiej natury: „Wiedza bez charakteru, nauka bez humanizmu, biznes bez etyki, religia bez gotowości do poświęceń”. Dalej zdjęcie z zachodem słońca nad górami opatrzone podpisem: „Uporządkuj wszystko, ustal, co było pozytywne, co było błędem, a czego wcale nie było”.

Wyłączyła ekran.

Co było pozytywne, a czego wcale nie było… Wzruszyła ramionami. Przypomniało jej się opowiadanie Żeromskiego. Napisał kiedyś o wronach. Opowiadanie. Zaczynało się od martwych piskląt. Wrona umiała zapomnieć. Gdyby nie umiała, nie potrafiłaby żyć. Ludzie są z innej gliny. Nie umieją „postanowić, co było, a czego nie było”. Glina pamięta każdy odcisk palca, który jej dotykał. Roztarła kark i zobaczyła, że wrony znowu penetrują trawnik, ktoś wysiada z białego audi A6, jedna karminowoczerwona walizka, długie nogi w czarnych kozakach, białe futerko, Chryste, gdybym mogła mieć takie nogi, portier kłania się i odbiera walizkę, Kosiński idzie z pudełkiem ciastek. No nie za duże to pudełko, ale chyba nie kupił tylko dla siebie. Nie, nie byłby taką świnią, nie po tym, co przeszliśmy. Nie po tym, co dla niego zrobiłam.

Pochyliła się w prawo i otworzyła mu drzwi.

Lewa ręka młodego wciąż nie wróciła do sprawności.

Podał jej pudełko. Poczuła przez kartonik ciepło pączków. Jakby dopiero co wyszły z masła. Momentalnie zrobiła się głodna. Otworzyła kartonik. Były dwa. Jeden z pudrem, a drugi lukrowany z pomarańczową skórką. Lukier topniał pod wpływem ciepła. Chciała, żeby Kosiński wybrał tego z pudrem.

– No bierz – popędziła Kosińskiego. Chłopak wgramolił się już na fotel, zatrzasnął drzwi. Sięgnął po lukrowanego. I dobrze. Przynajmniej nie zapaskudzę kierownicy. Zresztą nie po to jem coraz mniej, żeby się tuczyć lukrem. Ile ma taki pączek? Pięć kilometrów biegu. A ten z pudrem tylko cztery i pół kilometra.

Kosiński ugryzł pierwszy kęs i zobaczyła na jego twarzy błogość. Aż się do tego uśmiechnęła.

I wtedy wytrzeszczył oczy.

– O w mołdę! – próbował krzyknąć, ale gruby kęs stłumił głos.

– Nie wierzę. – Olga kręciła głową, patrząc, jak marmolada z róży spływa mu po brodzie.

– On, on! – wykrzyknął Kosiński, wskazując palcem przez przednią szybę.

Wysoki, długowłosy blondyn wyszedł z hotelu, odsunął portiera, kładąc mu ręce na ramionach jak dziecku, i pewnym krokiem podszedł do ciasno zaparkowanych na podjeździe limuzyn. Nie miała wątpliwości. To był facet z fotografii, którą dostali na odprawie. Mieli tylko osłaniać tę operację. Niemiec, pedofil, przyjeżdżał do Warszawy zabawić się z jakimś chłopcem, którego podstawiali mu handlarze. Ostrożny, na wysokim stanowisku, plan był taki, że złapią go na gorącym uczynku. Z wysoko postawionymi prawnikami trudno sobie poradzić bez ewidentnych dowodów. Wspólna niemiecko-polska akcja. Najlepsi ludzie pojechali po niego na górę. Miał wyjść w kajdankach, a teraz dzieliły go od niej audi i dwie biało-zielone taksówki Eko Taxi. Cholera, nie mieli kiedy podjechać.

– Odpalaj, kułwa. – Kosiński przeżuwał kęs pączka.

Olga upuściła otwarte pudełko na kolana i przekręciła kluczyk. Wentylatory forda plunęły w nich chłodnym powietrzem. Na szczęście nie całkiem zimnym. Silnik nie ostygł zupełnie. Ile mogli tu stać? Dwadzieścia minut, pół godziny?

Zobaczyła, jak blondyn przeszedł przed maską A6, obrócił się, zrobił dwa kroki w lewo, wyszarpnął rękę z kieszeni i rozpieprzył w drobny mak boczną szybę od strony kierowcy.

– Kurwa, kastet ma czy co?! – Poczuła uderzenie adrenaliny. – Co ja mam z tymi pączkami zrobić?! – Chwyciła pudełko i rzuciła na tylną kanapę. Pączek zostawił na welurze białą ścieżkę pudru. Patrzyła na to jak zaczarowana.

– Jedź! – Kosiński przełknął.

Obudziła się z odrętwienia. Ile to trwało? Dziesiątą część sekundy? A wydawało się, jakby minuty upłynęły. Adrenalina sprawiła, że Olga wszystko widziała teraz krystalicznie czyste, powolne, jakby zanurzone w formalinie gęstnącej nagle w mroźnym powietrzu.

Byli o jakieś sześć, siedem metrów od wysokiego gościa. Wcisnęła klakson, ale już wiedziała, że to bez sensu. Że za późno. Taksówkarze uśpieni gapieniem się w ekrany komputerów nie widzieli niczego poza swoim światem map, cen, klientów na lotnisko i umykającego czasu. Nagle zobaczyła, jak blondyn wywleka kierowcę i uderza go w łeb na odlew. I że nie, to nie jest kastet, to kolba. Boże święty! Gość ma broń!

Tymczasem napadnięty, jakby podtrzymywany przez jakieś niewidzialne sznurki, osuwał się na ziemię groteskowo powolnym ruchem. Krew z ust, błoto. Brązowy garnitur nasiąka wodą, dłonie w kałuży, rękawiczka z jasnej skóry.