Bez taryfy ulgowejTekst

Z serii: Linie Frontu
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Molestowanie w wojsku jest problemem marginalnym, ale niestety się zdarza. Są to sprawy szczególnie delikatne i trudne. Pierwsza głośna sprawa dotyczyła molestowania kilku żołnierek przez wojskowego prokuratora na misji w Afganistanie. Pojawiałam się na rozprawach w czasie toczącego się procesu w charakterze bezstronnego obserwatora. To pomagało pokrzywdzonym, wiedziały, że jest ktoś, kto je rozumie, interesuje się ich sprawą i nie szuka sensacji. Sprawca molestowania, prokurator wojskowy, zarzucił w końcowej mowie, że moja obecność na sali rozpraw była demonstracyjna. Kuriozalny zarzut – jako pełnomocniczka MON do spraw wojskowej służby kobiet nie mogłam nie interesować się tą sprawą. Proces zakończył się skazaniem sprawcy, ale odniosłam wrażenie, że wymierzono mu karę nieadekwatną do wagi popełnionego czynu. Kara była wręcz symboliczna: dziewięć miesięcy w zawieszeniu na dwa lata. Zwycięstwem kobiet było to, że wszystkie poszkodowane zostały w armii, nie zniechęciły się do służby i wojska. Sprawca zaś odszedł do cywila.

Bardzo bolesne w sprawach związanych z nadużyciami seksualnymi jest to, że nierzadko osobę poszkodowaną osacza się, próbuje się ją zdyskredytować czy ośmieszyć. Czasem jest tak, że osoba poszkodowana jest wzorowym żołnierzem, otrzymuje pochwały, awanse, a gdy pojawia się sprawa molestowania, to na nią wyszukiwane są haki, stara się udowodnić jej nieudolność. Jeśli problem nie zostanie szybko rozwiązany, to zaczynają się tworzyć podziały wewnątrz jednostki, psuje się atmosfera służby. Tak się stało w Żandarmerii Wojskowej, gdzie wzorową żołnierkę starano się przedstawić jako osobę, która nie radzi sobie z obowiązkami. Reakcja na zgłoszenie o molestowaniu powinna być błyskawiczna, zgodna z procedurami, tak by wszyscy wypełniali swoje obowiązki, a nie żyli skandalem. Dowódca jednostki powinien działać zgodnie z procedurami i nie pozwolić, by pojawiły się pomówienia, przerzucanie się dokumentami, urabianie ludzi i tworzenie obozów. Niestety nie wszyscy dowódcy wiedzą, jak się zachować, i mają prawo nie wiedzieć, bo nie wszyscy przechodzą szkolenie, nie znają procedur.

W 2000 roku w Genewie powstało Centrum Demokratycznej Kontroli nad Siłami Zbrojnymi (DCAF – Democratic Control of Armed Forces). Pełni ono funkcję doradczą, opracowuje wytyczne i szkolenia dotyczące równości i równego traktowania w sektorze bezpieczeństwa. Podobny ośrodek istnieje w Szwecji, to Nordyckie Centrum do spraw Płci w Operacjach Wojskowych (Nordic Centre for Gender in Military Operations). Uczestniczyłam w specjalistycznym szkoleniu organizowanym przez tę jednostkę. Z doświadczeń i opracowań przygotowywanych przez te instytucje można korzystać. Apelowałam o udział naszych generałów w tego typu kursach, ale niestety nie byli zainteresowani. Gdy dowództwo otrzymywało zaproszenia na tego rodzaju kursy, wysyłano głównie kobiety. Nie o to chodzi. Ważne jest, by problemy kobiet w armii i kwestie równego traktowania zrozumieli mężczyźni, którzy stanowią w wojsku większość i piastują stanowiska decyzyjne i dowódcze. Nie mam na myśli jakiegokolwiek uprzywilejowania kobiet, lecz to, by mężczyźni uświadomili sobie problemy, z których prawdopodobnie nie zdają sobie sprawy.

O kwestii równości kobiet i mężczyzn mówi się na studiach wojskowych i w jednostkach, w których od jakiegoś czasu służą kobiety. Tam, gdzie kobieta żołnierz pojawia się po raz pierwszy, bywa niezręcznie. Żołnierze często nie wiedzą, jak się mają zachować. Najważniejszy jest wtedy zdrowy rozsądek. Najlepiej, jeśli integracja obywa się w spokojny i natural­ny sposób. Nie chodzi przecież o to, by kobiety i mężczyźni służyli osobno. Powinniśmy zgodnie współdziałać. Z przykrością muszę powiedzieć, że w niektórych miejscach znany jest tylko jeden sposób na integrację: poprzez alkohol. To nie jest metoda umożliwiająca budowanie pozytywnych więzi. Najistotniejszą rolę mają tu do odegrania dowódcy – dlatego tak bardzo potrzebne są szkolenia, zdobywanie wiedzy i budowanie świadomości. Nie chodzi już tylko o kobiety i równe traktowanie, ale przede wszystkim o profesjonalne i skuteczne zarządzanie ludźmi.

Patrząc z perspektywy lat na obecność kobiet w polskiej armii, mogę powiedzieć, że na początku zauważalne były entuzjazm i chęć pomocy, wola uporządkowania przepisów. Wydaje mi się, że z biegiem czasu pojawiły się jednak zmęczenie i zniechęcenie. Uzyskanie wsparcia i pomocy dla kobiet stawało się coraz trudniejsze.

Pozytywne jest to, że nigdy nie bagatelizowano zgłoszeń o nieprawidłowościach, że żadnego problemu nie uznano za błahy. Po części jest to zasługa samych dziewczyn, które starały się nie tworzyć problemów, nie prosić o wsparcie, jeśli nie było to absolutnie konieczne. Uważały, że nie należy narzekać, że czasem trzeba zacisnąć zęby i przetrwać kryzys.

Kiedy otrzymywałam zgłoszenie o jakiejś trudnej sytuacji, to najpierw próbowałyśmy rozwiązać problem we własnym gronie, dopiero gdy okazywało się to niemożliwe, szło się wyżej. Traktowano nas z szacunkiem i pochylano się poważnie nad wszystkimi kwestiami. Jako pełnomocnik odwiedzałam jednostki i szkoły, gdzie organizowałam spotkania. Zwykle najpierw rozmawiałam osobno z kobietami, potem z mężczyznami. Tak łatwiej było się otworzyć. Żołnierze i żołnierki nie chcieli wskazywać na trudności wynikające z relacji z konkretnymi osobami. A przecież nie chodziło o nic osobistego, lecz o sam problem. Nieważne, kto o nim mówił, ważne, że sprawę zgłaszał i można było się nad nią pochylić.

Sporo nieporozumień i konfliktów dotyczyło ogólnej sprawności fizycznej i kwestii treningowych. Uważano, że kobiety są słabsze i z tego powodu w sytuacji kryzysowej podczas konfliktu zbrojnego nie poradziłyby sobie. Kryteria dla testów sprawnościowych są zróżnicowane, normy dla kobiet są inne niż dla mężczyzn. Ale pamiętajmy, że kryteria są też różne dla danych przedziałów wiekowych. Czterdziestolatek nie osiągnie takich samych wyników jak dwudziestolatek. Czy z tego powodu należałoby pozbywać się z armii doświadczonych żołnierzy? Trzeba pamiętać, że inne cechy, umiejętności i sprawność są przydatne podczas działań w terenie (żołnierze wojsk operacyjnych, komandosi), a inne w pracy za biurkiem, w logi­styce i w wielu innych dziedzinach. Tysiące stanowisk w armii wymaga przede wszystkim pracy intelektualnej, opanowania programów komputerowych i obsługi rozmaitych maszyn, kreatywności, planowania, projektowania. Wciąż jednak podnoszony jest argument siły fizycznej, bo to ostatnia przewaga mężczyzn. Owszem, na wielu stanowiskach siła i bardzo ­dobra kondycja ­fizyczna są konieczne. Jeśli kobieta się zgłosi do tego typu służby, to nie może dostać specjalnych warunków, też musi się wykazać siłą. Takie same stanowiska oraz wynagrodzenia zobowiązują do takiej samej służby i spełnienia identycznych kryteriów. Muszę zaznaczyć, że pod względem płacy w armii panuje równouprawnienie. Każdy dostaje takie samo uposażenie na tym samym stanowisku.

Politykę kadrową należy prowadzić rozsądnie i dbać o zachowanie niezbędnej równowagi, by jednostki i służby mogły zawsze działać sprawnie. Pamiętam pewną sytuację, która zdarzyła się w marynarce, konieczne było przeprowadzenie szybkiego dochodzenia epidemiologicznego. W służbie sanitarnej było kilka kobiet i chyba jeden mężczyzna. Sprawa nie cierpiała zwłoki, a okazało się, że jedyny mężczyzna jest na chorobowym, dwie kobiety na urlopie macierzyńskim, a jeszcze jedna w ciąży. Musieliśmy w trybie pilnym ściągać specjalistów z innego rodzaju sił zbrojnych. Uznaliśmy wtedy, że trzeba zatrudnić paru mężczyzn. Nie było tu mowy o dyskryminacji kobiet, ale chodziło o zrównoważenie składu osobowego w celu sprawnego funkcjonowania służby. To samo dotyczy wieku. Trzeba pilnować, by do armii dopływały wciąż nowe siły. Szczególnych przepisów w tym względzie nie ma, sytuację po prostu należy nieustająco monitorować.

Innym argumentem podnoszonym przez przeciwników obecności kobiet w wojsku jest ten o rzekomej mniejszej dyspo­zycyjności. Pamiętam jedną negatywną sytuację, która zdarzyła się w latach dziewięćdziesiątych, było to pewne nadużycie, choć nie ma mowy o złamaniu prawa – dziewczyna w ciągu pięciu lat służby urodziła troje dzieci i w tym okre­sie w zasadzie w ogóle nie widziano jej w jednostce. Był to jednak przypadek odosobniony. Urodzenie dziecka jest czymś naturalnym i matki po powrocie z urlopu pełnią służbę tak samo dobrze jak przed urlopem i nie mają taryfy ulgowej. Zmieniły się też przepisy i obecnie inaczej przeliczany jest urlop wychowawczy, nie liczy się do wysługi lat.

Statystyki w garnizonie w Świętoszowie, gdzie kobiety służą licznie, są bardzo pozytywne. Tylko jedna dziewczyna miała słabe wyniki i wysoką absencję, ale była to nadzwyczajna sytuacja związana z chorobą nowotworową. Nikt nie uchylał się od ćwiczeń na poligonie. Absencja na zajęciach była poniżej średniej krajowej. Trzeba zauważyć, że służyło tam sporo wojskowych małżeństw. W tego rodzaju odludnych, zielonych garnizonach młodzi rodzice zwykle nie mogą skorzystać z pomocy dziadków i rodziny, bo większość żołnierzy to przyjezdni. Dzięki przedszkolom i żłobkom udaje się tam jednak sprawnie pogodzić służbę z wychowaniem dziecka. W takich jednostkach dzięki zebranym doświadczeniom, zrozumieniu i przychylności dowódców wprowadzono dobre rozwiązania wspierające rodziny wojskowe.

Oczywiście, gdzie są małżeństwa, tam też zdarzają się rozwody. Bywało i tak, że byli małżonkowie nie wyobrażali sobie dalszej współpracy, a żadne nie chciało odejść. Trzeba było wypracować kompromis. W pracy zdarzało mi się więc zajmować sprawami, w których łączyło się życie rodzinne i zawodowe. Proszono mnie o mediację i pomoc w wypracowaniu rozwiązania.

Przez lata problemem było niedostrzeganie kobiet, a może zapominanie o nich. Pamiętam historię dziewczyny, która chciała być pilotką w nowo tworzonej Eskadrze Działań Specjalnych. Miała ona rzetelne podstawy do objęcia tego stanowiska, spełniała kryteria kwalifikacyjne, była odpowiednio wyszkolona i miała doświadczenie. Panom z jej zespołu zaproponowano przejście do nowej struktury, a jej takiej propozycji nie złożono. Z dokumentacji wynikało, że jest tak samo przygotowana jak jej koledzy, a jednak ktoś ją ot tak wykluczył. Włączyłam się do tej sprawy. Moja rola polegała głównie na mediacji, nie mogłam niczego nakazać. Skierowałam zapytanie do dowódców tworzących nową eskadrę, co stoi na przeszkodzie, by ta żołnierka została włączona do zespołu, i dlaczego pominięto ją w rozmowach, chociaż miała odpowiednie kwalifikacje, doświadczenie i osiągnięcia. Kopię zapytania wysłałam też do szefa Sztabu Generalnego WP stojącego wyżej w hierarchii niż dowódcy Sił Powietrznych i Sił Specjalnych. Nie dostałam formalnej odpowiedzi, ale dziewczynę poproszono na rozmowę i włączono ją do nowej struktury. To był sukces. Co ważne, udało się uniknąć konfrontacji. Dodatkową trudnością w tej sprawie było to, że ja jako komandor (odpowiednik pułkownika), zwracałam się do generałów, a jako osoba o niższym stopniu nie miałam prawa pouczać dowódców. Armia jest instytucją hierarchiczną, więc należało postępować delikatnie i dyplomatycznie.

 

Moje działania w roli pełnomocniczki opierały się przede wszystkim na wzajemnym szacunku. Dzięki długo­letniej służbie wypracowałam sobie respekt. Myślę, że młodej dziewczynie na moim stanowisku byłoby trudniej, miałaby kłopot z przebiciem się.

Była też bolesna sprawa oficer służącej na Bliskim Wschodzie. Kobieta została ściągnięta z misji w trybie administracyjnym. A to z tego powodu, że zastępując swojego przełożonego, zakazała podległym sobie podoficerom pełnienia dodatkowych obowiązków, których nie ujęto w ich podstawowych zadaniach, nie wynikały z ich służby. Nadprogramowe dyżury były jednak dodatkowo płatne. Zrobiła się z tego awantura. Podwładni jej nie posłuchali i nadal pełnili dyżury. Oficer chciała ich ukarać za niesubordynację, żołnierze poskarżyli się dowódcy, że ona rozbija ich spójność. Dowódca odesłał do kraju kobietę, a nie dwunastu niesubordynowanych mężczyzn. Było słowo przeciwko słowu. Kobiecie w obecności innych żołnierzy zabrano broń. Wróciła pełna obaw, że będzie się za nią ciągnęła fama, że nie poradziła sobie na misji. Tak naprawdę radziła sobie dobrze. Złamano zasady hierarchii wojskowej i podstawy zachowania pomiędzy korpusami. Proszę sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby podoficerowie wymówili posłuszeństwo oficerowi mężczyźnie. Rzecz nie do pomyślenia. A że coś takiego przytrafiło się kobiecie, to nikt się nie przejął. Zbagatelizowano sprawę. Kolejnym ciosem była postawa psycholożki w bazie. Ta, zamiast pomóc, zapytała oficer, co ona tu robi, skoro zostawiła w domu dziecko. To niebywałe! Powinna wspierać żołnierkę w potrzebie, a tymczasem zdołowała ją. To było niedopuszczalne. Mężczyźnie nikt by nie zadał podobnego pytania. Dobitnie uwidoczniły się tu podwójne standardy. Kobieta w mundurze to przecież taki sam żołnierz jak mężczyzna. Ich służba jest taka sama. Udało się zorganizować przeniesienie tej kobiety do innej jednostki zaraz po powrocie z misji. Tam się odnalazła i szybko awansowała, bo była znakomitym żołnierzem.

Aby w przyszłości takie sytuacje się nie powtarzały, potrzebujemy zmian, szkoleń i chęci. Wytyczne są zawarte w 1325 Rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ „Kobiety, Pokój, Bezpieczeństwo” z 2000 roku, którą nasze państwo ratyfikowało dwadzieścia lat temu. Pod koniec 2018 roku opracowano plan implementacji rezolucji i ogłoszono go na stronach Ministerstwa Obrony Narodowej. Jej celem jest to, by kobiety funkcjonowały w środowisku wolnym od dyskryminacji, z dostępem do stanowisk i miały prawo do współdecydowania. Tylko mając prawo do udziału w projektowaniu zmian, można ich naprawdę dokonać. Idea większego zaangażowania kobiet w kształtowanie pokoju na świecie w tej rezolucji jest zawarta w zasadzie trzech P: Protection, Prevention, Participation – ochrona, przeciw­działanie, uczestnictwo. W polskiej armii zdarzało się, że nawet gdy kobieta osiągnęła wyższy stopień, i tak delegowano ją do zadań, które były poniżej jej kwalifikacji i doświadczenia. Dla kobiet ważne jest, by mogły pełnić funkcje i wykonywać zadania przypisane do posiadanego stopnia. Ważna jest partnerska współpraca. Jasne, że w pewnych sytuacjach płeć ma znaczenie, chociażby podczas zadań wykonywanych na misjach na Bliskim Wschodzie, gdzie różne rodzaje kontaktów z miejscową ludnością były przypisane do konkretnej płci. Kluczowe jest też edukowanie, bo nierzadko problemy rodzą się z niewiedzy i nieświadomości. Ludzie czasem postępują źle, choć nie mają złych intencji.

Kierując się wytycznymi rezolucji, wprowadziłam w wojsku szkolenia na temat przeciwdziałania molestowaniu i dyskryminacji. W 2009 roku na pierwszym Kongresie Kobiet, gdy podsumowano dokonania polskich kobiet w nowej rzeczywistości po 1989 roku, wystąpiłam w mundurze, by pokazać, że jesteśmy obecne też w armii. Panie z innych formacji mundurowych w kolejnych latach dołączyły do nas i stworzyłyśmy wspólny panel mundurowy, który na stałe wszedł do programu kolejnych kongresów. Co ciekawe, policja i służba więzienna o wiele wcześniej niż armia wprowadziły procedury związane z rozwiązywaniem kwestii dyskryminacji i przeciw­działania molestowaniu funkcjonariuszek podczas służby. Wynikiem naszej współpracy było utworzenie w 2014 roku we współpracy z pełnomocniczką rządu do spraw równego traktowania Agnieszką Rajewicz zespołu „Kobiety w służbach mundurowych”, który docelowo miał stworzyć Narodowy Plan Działania w zakresie implementacji rezolucji 1325 „Kobiety, Pokój, Bezpieczeństwo”. Zespół ten zajmował się analizą przepisów w różnych służbach, sprawami rekrutacji, odejść, szkoleń, ścieżek awansu, dostępności stanowisk, zarobków, barier w służbie utrudniających kobietom karierę. Ważne było dokonanie oceny funkcjonowania przepisów o przeciwdziałaniu różnym formom przemocy wobec kobiet – dyskryminacji, mobbingowi czy molestowaniu – w poszczególnych formacjach mundurowych, jako wyjątkowo narażonych na te zjawiska. Zespół działał mniej więcej półtora roku, później jego praca została uśpiona.

W ramach podnoszenia świadomości w zakresie równości płci i przeciwdziałania dyskryminacji kobiet w wojsku zgodnie z przyjętym przez NATO planem przygotowałam też materiały szkoleniowe i informacyjne dla różnych instytucji, także dla Centrum Przygotowań do Misji Zagranicznych w Kielcach. Uważam, że potrzebne jest doskonalenie przepisów o rodzinach żołnierzy, o pomocy socjalnej, tworzenie regulacji ułatwiających pogodzenie służby z życiem rodzinnym, bo jest coraz więcej rodzin wojskowych. Moim zdaniem nie należy tworzyć specjalnych regulacji dla kobiet, ale takie, które zrównywałyby prawa żołnierzy obojga płci. W NATO pytano nas, czy mamy przepisy pomagające kobietom wstępować do służby – mamy tylko inne normy sprawnościowe. Sojusz oczekuje od państw członkowskich zatrzymania kobiet w armii i wdrażania stosownych programów wspierających kobiety w ramach tak zwanej dyskryminacji pozytywnej, czyli mechanizmów pozwalających wyeliminować bariery i przeszkody w służbie.

Armia nie może tracić wartościowych żołnierzy, należy myś­leć o tym, jak ich zatrzymać. Istniejące mechanizmy finansowe nie są wystarczające. Odejście po piętnastu latach służby jest mniej opłacalne, ponieważ otrzymuje się wtedy jedynie czterdzieści procent emerytury, z każdym rokiem podstawa emerytalna wzrasta. Jeśli jednak podczas służby pojawiają się poważne problemy, szczególnie te związane ze środowiskiem pracy i kulturą organizacyjną wojska jako instytucji, seksizmem, mobbingiem czy dyskryminacją, względy finansowe przestają być istotne. Kobiety odchodzą.

Polityka antymobbingowa i antydyskryminacyjna dla każdego środowiska pracy czy służby są niezwykle ważne. Incydenty mobbingu i dyskryminacji to złamanie prawa. W armii nie można przymykać na nie oka, bo w istocie są to błędy w dowodzeniu. Formalnie w wojsku nie ma mobbingu, bo prawnie nie jest on ujęty w ustawie pragmatycznej ani w ustawie o dyscyplinie wojskowej. Formy prześladowania i niewłaściwych zachowań są zdefiniowane w Kodeksie pracy, tylko że w wojsku pełni się służbę, a nie pracuje. Kodeks pracy nie obowiązuje w armii poza kilkoma artykułami dotyczącymi BHP. Mamy tylko ogólny zapis w regulaminie Sił Zbrojnych o obowiązku dbałości przez każdego żołnierza o środowisko służby wolne od mobbingu i dyskryminacji, ale nie wspomina się o żadnych sankcjach karnych. Jedyną karą może być brak nagrody albo nagana. Za złe zachowanie nie ponosi się konsekwencji. Ten, który dyskryminuje, nie uważa więc, że czyni coś złego, czuje się bezkarny. Po sprawie w Żandarmerii Rzecznik Praw Obywatelskich stworzył poradnik dla służb mundurowych zawierający wskazówki i zalecenia stworzenia właściwych procedur i skorygowania istniejących. Niestety zorganizowana przez biuro Rzecznika Praw Obywatelskich konferencja w 2019 roku wykazała, że w wojsku tych procedur nie stworzono, mimo przekazania propozycji rozwiązań. Kobiety są silne psychicznie. Wytrzymują wiele. Nie zanotowano ani jednego przypadku targnięcia się na życie. Nie mogą być jednak traktowane jako żołnierze drugiej kategorii.

Należy ustalić jasne procedury dla całego procesu rozstrzygania spraw o molestowanie. Należy też uwzględnić procedury procesowe, bo nie powinno być tak, że na sądowym korytarzu ofiara siedzi obok prześladowcy.

Dowódcy powinni być przeszkoleni w zakresie zarządzania ludźmi i rozwiązywania konfliktów z uwzględnieniem relacji damsko-męskich oraz kwestii równościowych. Nie wszyscy dobrze sobie radzą. Poważniejsze problemy powinien rozwiązywać ktoś z zewnątrz, dowódca nie może zagwarantować obiektywizmu. Potrzebne jest powołanie organu, który mógłby w takiej trudnej sytuacji interweniować.

W szkołach wojskowych prowadzone są zajęcia dotyczące stosunków międzyludzkich, kursy antydyskryminacyjne, jest szkolenie w zakresie równości płci po rekrutacji. W wielu armiach NATO niezaliczenie takiego szkolenia uniemożliwia awans. Prowadziłam mnóstwo szkoleń z zasad Rezolucji 1325 i w sztabie, i w różnych departamentach, tłumaczyłam, czym jest gender, jak ważne są kwestie równouprawnienia płci na misjach. Poza pewnym teoretycznym wprowadzeniem na kur­sach wskazujemy też dużo praktycznych kwestii i uczymy umiejętności postawienia się w sytuacji drugiej strony. Jedna płeć po prostu nie zdaje sobie sprawy z potrzeb drugiej, nie zna ich. Początkowo, zabezpieczając organizację czasu wolnego na mis­jach, zabierano tylko przedmioty rozrywki męskiej: piłka­rzyki, piłkę do nogi, nie planując alternatywnych możliwości rozrywki. Kiedy pierwsze kobiety wyjeżdżały na misje, zapominano o potrzebnych im podpaskach i tamponach, lekach ginekologicznych i innych niezbędnych akcesoriach. W zestawach umundurowania dla pań początkowo nie było rajstop, były kalesony, natomiast w wyposażeniu misyjnym umieszczono krem i pędzel do golenia, ale pominięto dezodorant.

Obecnie w polskich siłach zbrojnych służą już setki kobiet­ na stanowiskach dowódczych i radzą sobie one dobrze. Udało nam się wypracować wzorce i narzędzia edukacyjne. Mamy filmy, publikacje, mamy wykwalifikowanych szkoleniowców. Niezbędna jest jednak wola rozwoju i dostrzeżenie potrzeby edukacji w zakresie równouprawnienia. Centrum Demokratycznej Kontroli nad Siłami Zbrojnymi przygotowało podręcznik, umożliwiający sprawdzenie, jak dana instytucja podcho­dzi do kwestii równości płci. Wszyscy w wojsku powinni zrozumieć, że nie chodzi o to, by kobiety traktować jako kobiety, a mężczyzn jak mężczyzn, by kogokolwiek faworyzować, chodzi o to, by wszystkich traktować jak żołnierzy. Udostępniłam go Ministerstwu Obrony Narodowej, przekazałam innym służbom mundurowym, przesłałam go do posłanek, do Rzecznika Praw Obywatelskich. Wiemy, jak zorganizować sprawnie działające sprawiedliwe wojsko. Trzeba tylko urzeczywistnić tę wiedzę. Jeśli okażemy sobie wzajemnie życzliwość i spojrzymy na siebie z empatią i zdrowym rozsądkiem, służba będzie efektywniejsza i przyniesie korzyści państwu, a także wszystkim żołnierzom i żołnierkom.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?