Bez taryfy ulgowejTekst

Z serii: Linie Frontu
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Komandor Bożena Szubińska

Nasza armia otworzyła się na służbę kobiet w 1999 roku, kiedy Polska przystąpiła do NATO. Był to w zasadzie jeden z warunków naszego członkostwa w sojuszu. Co warto wiedzieć, w Wojsku Polskim już od dziesięciu lat na kilku wąsko wyspecjalizowanych obszarach służyła grupa kobiet. W 1988 roku zauważono, że w armii brakuje farmaceutów i stomatologów. W tych zawodach było stosunkowo niewielu mężczyzn, a Wojskowa Akademia Medyczna w Łodzi przygotowywała głównie lekarzy – stąd wynikały wakaty na tych etatach. Kadrowcy doszli do wniosku, że wolne stanowiska najłatwiej będzie uzupełnić kobietami, pierwszymi paniami w naszym wojsku były więc dentystki i farmaceutki.

Przyjmowano nas do wojska jako absolwentki wyższych uczelni na warunkach szczególnych, bo nie wymagano od nas wykształcenia wojskowego jak od mężczyzn, którzy musieli ukończyć szkołę wojskową i uzyskać stopień oficerski. Trzeba pamiętać, że w owym czasie kobiet nawet nie dopuszczano do egzaminów do takich szkół. Słano w tej sprawie wiele skarg do parlamentarzystek, nie przynosiło to jednak żadnego skutku.

Przez pierwsze dwa lata było nas zaledwie piętnaście. Ja byłam pierwszą kobietą odbywającą służbę w strukturach Marynarki Wojennej, a drugą w wojsku w ogóle. Nasza służba na stanowiskach medycznych nie różniła się wtedy prawie niczym od dotychczasowej pracy, główna zmiana polegała na tym, że od czasu do czasu trzeba było włożyć mundur. Nie musiałyśmy pełnić funkcji oficera dyżurnego i na początku zwolniono nas z egzaminów sprawnościowych.

Trafiłam do wojska w 1989 roku z 7 Szpitala Marynarki Wojennej w Gdańsku. Doświadczenie zawodowe zdobyłam w aptece Wojskowej Specjalistycznej Przychodni Lekarskiej w Ustce, gdzie wspólnie z moim szefem rotowałam leki w zestawach wojskowych i zajmowałam się dokumentacją tych zestawów. Mój kierownik w aptece 7 Szpitala Marynarki Wojennej pułkownik Zenon Ziaja odchodził ze służby do cywila, by szukać nowych wyzwań w życiu (należy przyznać, że z sukcesem), i zwolnił się etat, na który nie było chętnych mężczyzn. Zgłosiłam więc chęć przywdziania munduru i przejścia na etat wojskowy.

Mój ojciec i mąż byli wojskowymi, specyfika służby nie była mi obca. Jednak sama znajomość środowiska wojskowego nie wystarczy, by podjąć służbę. Potrzebna jest określona wiedza merytoryczna. Zarówno ja, jak i inne kobiety przyjęte wówczas do wojska nie miałyśmy profesjonalnego przygotowania wojskowego. W trzecim roku naboru kobiet do wojska w korpusie medycznym podjęto decyzję o podstawowym przeszkoleniu ich. W 1991 roku zebrano więc nas na kurs organizowany przez Wojskową Akademię Medyczną i poddano dwutygodniowemu szkoleniu poligonowemu w Orzyszu. Szkolenie przechodziły głównie farmaceutki, ale także dentystki, lekarki i tłumaczki. Program obejmował zajęcia z taktyki, ćwiczenia strzeleckie, musztrę indywidualną i zbiorową. Rok później odbył się podobny kurs dla pozostałych kobiet.

Na początku kobiety w wojsku wywoływały życzliwe zaciekawienie, spotkałyśmy się z akceptacją i otrzymywałyśmy wsparcie, ale zaznaczyć należy, że to był korpus służby zdrowia, specyficzne środowisko złożone głównie z lekarzy i farma­ceutów. My, nieliczne kobiety w tym środowisku, nie stanowiłyśmy dla nich konkurencji. Byłyśmy dobrze traktowane, chociaż czasem trochę jak kwiatek do kożucha albo miś na Krupówkach. Dowódcy chętnie się nami chwalili, pozwalając na zdjęcia w prasie i występy w telewizji. Chcieli pokazać, że kobiety są obecne w strukturach armii i mogą pełnić służbę, a wojsko staje się otwarte i nowoczesne.

Pojawiły się oczywiście pierwsze problemy natury organizacyjnej i szkoleniowej. Na przykład w składnicach medycznych, gdzie obsada etatowa była niewielka, kobiety zostały ujęte w grafiku dyżurów, ale nie przygotowano ich do takiego zadania, brakowało im odpowiedniego przeszkolenia. Przychodzący do wojska panowie, absolwenci studiów cywilnych, kończyli wcześniej studium wojskowe, a w czasie wakacji zaliczali poligon, natomiast studentki miały jedynie krótkie przysposobienie z obrony cywilnej, na którym uczono trochę samoobrony, ale bez strzelania czy rzutu granatem, nie nosiły nawet mundurów. W mojej jednostce (7 Szpital MW) z obowiązku pełnienia służby oficera dyżurnego byli zwolnieni tylko ordynatorzy, osoby na kierowniczych stanowiskach i ja – jedyna kobieta na służbie w szpitalu. Ale tam, gdzie kobiet było więcej, a mężczyzn mniej, musiały one pełnić dyżury. Gdyby zostawić te dyżury tylko mężczyznom, musieliby je pełnić na okrągło, a to nie byłoby sprawiedliwe. W spokojnym miejscu takim jak składnica można było jakoś sobie poradzić, ale niektóre panie służyły w większych garnizonach. Tam obowiązki oficera dyżurnego stanowiły o wiele poważniejsze wyzwanie. Zdarzały się trudne sytuacje, bywało, że trzeba było dać sobie radę z pijanym żołnierzem, a w czasach obowiązkowej zasadniczej służby wojskowej tego rodzaju incydenty nie należały do rzadkości.

W 1991 roku zostałyśmy zaproszone przez prezydenta Lecha­ Wałęsę do Belwederu z okazji Dnia Kobiet, odbyło się wtedy spotkanie z kierownictwem MON, brał w nim udział między innymi admirał Piotr Kołodziejczyk. Poruszyłyśmy kwestię braku odpowiedniego przeszkolenia dla kobiet i opowiedzia­łyśmy, jakie problemy rodzi to podczas dyżurów. Niestety zamiast nas porządnie przeszkolić, odpuszczono nam dyżury. Łatwiej było zwolnić kobiety z obowiązku pełnienia służby ze względu na brak przygotowania do tych funkcji, niż zorganizować systemowe szkolenie. Trzeba dodać, że nie była to kwestia o dużej skali. Sprawa dotyczyła tylko sześć­dziesięciu czterech kobiet w armii liczącej wówczas kilkaset tysięcy żołnierzy.

W aptece 7 Szpitala Marynarki Wojennej służyłam w latach­ 1989–1994. W kwietniu 1989 roku nadano mi stopień pod­porucznika. W gabinecie komendanta w obecności szefa Zaopatrzenia Medycznego Szpitala odebrałam akt mianowania wraz z życzeniami pomyślnej służby i uściskami dłoni przełożonych. Do końca życia nie zapomnę jednak wspólnej przysięgi żołnierskiej składanej w warunkach poligonowych. Podczas ćwiczenia rozwijania batalionu medycznego 7 Szpitala MW w trójmiejskim lesie zgromadzono nas ze wszystkich jednostek wojskowych Trójmiasta, były tam też pielęgniarki mające przydziały mobilizacyjne w batalionie medycznym. Włożyłyśmy mundury polowe. Podczas tej przysięgi z jednej strony rozpierała mnie duma, że noszę mundur, ale z drugiej strony miałam też poczucie winy – opuszczałam uroczystość z okazji Dnia Matki w przedszkolu mojej córki. Specyfika służby wojskowej kobiet wiąże się między innymi z braniem odpowiedzialności za dwie istotne sfery życia – służbową i rodzinną. Trzeba znaleźć odpowiedni balans, by nie zaniedbać żadnej z nich.

Dopuszczenie kobiet do służby wojskowej wiązało się ze zmianą wielu wojskowych regulacji, w tym przepisów dotyczących stroju, i stworzeniem nowych zestawów mundurowych, norm i naliczeń dla kobiet w różnych rodzajach sił zbrojnych. Magazyny z wojskową odzieżą dysponowały tylko męskimi mundurami, więc mundury wyjściowe, służbowe czy galowe dla kobiet musiały być szyte na miarę. Duży problem stanowiły i stanowią do dzisiaj komplety umundurowania polowego. Standardowy mundur pasuje na mężczyznę, natomiast kobieta musi rozformować przynajmniej dwa zestawy polowe, żeby dopasować sobie spodnie z jednego zestawu, a bluzę z drugiego, ponieważ korzystając z gotowego kompletu, zawsze coś będzie za luźne lub uwierające. Można też pobrać większy zestaw i dopasować go we własnym zakresie. Początkowo był też problem z obuwiem polowym, bo brakowało małych rozmiarów.

Pełniąc służbę w aptece szpitalnej, korzystałam z kitla ochron­nego obowiązującego w zakładach opieki zdrowotnej, jedynie na uroczystości wkładałam mundur galowy, a na ćwiczenia mundur polowy.

W 1995 roku przeszłam do Dowództwa Marynarki Wojennej. Żołnierz zajmujący się zaopatrzeniem medycznym w Szefostwie Służby Zdrowia Marynarki Wojennej z powodów zdrowotnych odchodził ze służby. Szef Służby Zdrowia MW zaproponował mi objęcie wakatu. Ukończyłam już wcześniej dwie specjalizacje: „Farmację apteczną II” oraz „Organizację zaopatrzenia medycznego wojsk II”, wymagane na tym stanowisku.

Przejście z etatu specjalisty w aptece szpitalnej na stanowisko administracyjne w Szefostwie Służby Zdrowia MW było dla mnie wielkim wyzwaniem, kolejnym doświadczeniem i ważnym krokiem w karierze. Wszystko było tam dla mnie nowe. Wiedziałam, że muszę zdobyć dodatkową wiedzę, czysto wojskową, której panowie uczyli się w szkołach. Ogromne wsparcie otrzymałam od męża i wielu znajomych służących w armii, od nich uczyłam się, zgłębiałam przepisy, instrukcje, dokumenty. Wspominam ten okres jako czas bardzo intensywnego rozwoju. Rzuciłam się na naprawdę głęboką wodę. W Sztabie Marynarki pełniłam służbę wśród marynarzy, absolwentów Akademii Marynarki Wojennej i innych uczelni wojskowych, codziennie chodziłam w marynarskim mundurze. Zupełnie nowym obszarem odpowiedzialności było dla mnie planowanie budżetu dla jednostek organizacyjnych służby zdrowia Marynarki Wojennej. Organizowałam zaopatrzenie w leki i materiały medyczne do użytku bieżącego i do zestawów wojskowych, aparaturę dla szpitali, przychodni, dla Ośrodka Szkolenia Nurków i Płetwonurków. Podejmowałam działania naprawcze w służbie i zawsze mogłam liczyć na wsparcie, pomoc czy radę oficerów Logistyki MW, którzy chętnie ­dzielili się doświadczeniem lub odsyłali do źródeł, gdzie mogłam poszerzyć swoją wiedzę. Organizowałam przetargi na sprzęt i aparaturę medyczną dla naszych szpitali i przychodni. Czas mojej służby w DMW wiązał się z reorganizacją służby zdrowia w kraju i w strukturach armii, szpitale i przychodnie stawały się Samodzielnymi Zakładami Opieki Zdrowotnej, co wiązało się ze spisami majątku i przeprowadzeniem inwentaryzacji we wszystkich podległych strukturach. Byłam też odpowiedzialna za fiskalizację wszystkich aptek podległych wojskowej służbie zdrowia w MW, ich rejestrację oraz organizację koniecznych szkoleń. Z ramienia Szefostwa Służby Zdrowia MW prowadziłam zajęcia dydaktyczne w zakresie szkolenia sanitarnego i medycznego z podchorążymi Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni.

 

W 1999 roku rozpoczęłam w Warszawie trzymiesięczny kurs w Departamencie Społeczno-Wychowawczym MON. Mój przełożony nie wyraził zgody na oddelegowanie mnie w systemie ciągłym, zgodził się natomiast na wydłużenie tej praktyki do pół roku w systemie zamiennym: dwa tygodnie w Warszawie, dwa na Pomorzu. W stolicy poznałam główne struktury MON, najważniejsze departamenty, sposób ich pracy, obieg dokumentów, zagadnienia polityki ­społeczno-­wychowawczej,­ wszystko to w kontekście służby kobiet. Moja praktyka w Departamencie wynikała z potrzeby utworzenia struktury reprezentującej polskie kobiety w mundurach do przyszłej współpracy z Komitetem do spraw Kobiet w Siłach Zbrojnych NATO.

Przed oficjalnym przystąpieniem Polski do struktur NATO przyjechała do nas major Sarah Garcia, Amerykanka, szefowa brukselskiego biura do spraw kobiet w siłach zbrojnych sojuszu. To ona prowadziła rozmowy z kierownictwem MON na temat dostosowania warunków służby kobiet w Wojsku Polskim do standardów NATO. Komitet do spraw Kobiet w Siłach Zbrojnych NATO istniał już od lat siedemdziesiątych. Polska Rada do spraw Kobiet w Siłach Zbrojnych RP powstała w listopadzie 1999 roku. Zostałam pierwszą jej przewodniczącą. Po dwóch latach zorganizowano wybory i ponownie wybrano mnie do kierowania pracami Rady. Przed 1999 rokiem w armii było niespełna dwieście pań, służących głównie w strukturach wojskowej służby zdrowia. Wszystkie rodzaje sił zbrojnych delegowały do Rady swoje przedstawicielki, tak samo jak różne korpusy, wtedy chorążych i oficerów, bo nie było jeszcze kobiet w korpusie szeregowych. W Radzie zasiadali także mężczyźni: ze służby mundurowej, Departamentu Kadr i ze Sztabu Generalnego, by sprawnie koordynować konieczne zmiany. Ta pierwsza Rada miała duże wsparcie, a mężczyźni angażowali się w jej prace – oni najlepiej znali dotychczasowe przepisy.

W następstwie naszego wstąpienia do NATO w 1999 roku dużo się zmieniło, bo jesienią tego roku w szkołach wojskowych pojawiły się kobiety. Dla właściwszej reprezentacji problemów kobiet podchorążych poprosiliśmy, by ich przedstawicielka także znalazła się w Radzie. Rekrutacja kobiet do szkół wojskowych wiele zmieniła, w tym podejście do sprawy wychowania fizycznego i testów sprawnościowych. Wszystkie kandydatki, a potem kobiety żołnierze, musiały odtąd stawać do corocznych egzaminów. Służba pań podchorążych już niczym nie różniła się od służby mężczyzn.

Stosunek do sprawności fizycznej był zróżnicowany wśród kobiet w zależności od wieku, przygotowania do pełnienia służby i zajmowanych stanowisk. Młode i bardzo sprawne dziewczyny po szkołach wojskowych chciały kryteriów zbliżonych do męskich. Dla nich szkolenie sprawnościowe nie było problemem. Miały wysokie aspiracje, chciały się piąć, a obejmowanie stanowisk dowódczych wiązało się z koniecznością wykazania się znakomitą formą fizyczną. Służba w jednostkach wojskowych, a zwłaszcza w operacyjnych, sprzyjała utrzymaniu tej sprawności poprzez codzienne uczestniczenie w zaprawach porannych i ćwiczeniach w polu z żołnierzami. Młode dziewczyny, trenujące codziennie, chciały równać do poziomu mężczyzn.

Inne podejście miały starsze kobiety, które w armii zajmowały stanowiska szczególne, na przykład medyczne (lekarki, stomatolożki, farmaceutki, weterynarki, psycholożki), ale także prawniczki, informatyczki i pracownice pionu administracyjnego w sztabie. Preferowały one kryteria bardziej zróżnicowane i łagodniejsze od męskich ze względu na praktykę dnia codziennego i bardziej statyczną pracę, jak również brak możliwości uczestniczenia w zajęciach sportowych. Trudno wymagać od lekarki, stomatolożki czy farmaceutki, by regularnie i bardzo intensywnie trenowała, gdy przede wszystkim ma ona przyjmować pacjentów w ramach realizacji zadań opłacanych przez NFZ. Prawniczki po krótkim trzymiesięcznym przeszkoleniu wojskowym, siedzące dzień w dzień w papierach, bały się testów sprawnościowych i protestowały przeciwko trzem kilometrom marszobiegu. W pewnym okresie kwestia ta podzieliła kobiety na te, które kilkanaście lat temu przyszły do armii i pełniły służbę w korpusie medycznym, i te młodsze, zwykle po szkołach wojskowych, zajmujące bardzo różne stanowiska służbowe. Ja postulowałam, by kryteria na testach dostosować przede wszystkim do zajmowanych stanowisk.

Gdy dziewczyny pojawiły się w szkołach wojskowych, zostały przyjęte przychylnie i z życzliwością przez oficerów wyższych stopni, z pewną ciekawością przyglądano się ich postępom. Dość nieoczekiwanie problemy ujawniły się wśród kolegów podchorążych. Młodzi mężczyźni różnie reagowali na sprawę równości kobiet i mężczyzn. Miało to oczywiście swoje źródło w wychowaniu oraz tradycjach wyniesionych z domu. Mimo deklarowanej ogólnej akceptacji równości płci wciąż znajdowali się tacy, którzy uważali, że jedynie słuszny jest tradycyjny patriarchalny podział ról, lokujący kobietę w domu z dziećmi. Ale to były raczej drobne niesnaski. Sporym problemem okazało się zakwaterowanie. Wojskowa infrastruktura nie była przygotowana na wydzielenie przestrzeni damskiej i męskiej. Dziewczyny czasem dostawały lepsze warunki, jak zdarzyło się w Akademii Marynarki Wojennej, gdzie studentki zakwaterowano w hotelu, który wcześniej służył studentom z Libii. Mieszkały więc w małych osobnych pokojach, a chłopcy spali na wieloosobowej sali. Ta nierówność przeszkadzała samym dziewczynom, nie chciały specjalnego traktowania i wnios­kowały do władz uczelni o wyrównanie warunków zakwaterowania. W Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Lądowych we Wrocławiu nierówne traktowanie podchorążych obu płci przez przełożonych wyglądało inaczej. Dowódcy z okazji różnych uroczystości wręczali kobietom podchorążym maskotki albo kwiaty. Dziewczyny czuły się niezręcznie, nie cieszyły ich te upominki – chłopcy niczego przecież nie dostawali. Podobnie rzecz się miała z całowaniem w rękę. Faworyzowanie kogokolwiek w jakikolwiek sposób jest niepotrzebne. Mundur zobowiązuje i nie powinno się dopuszczać do pewnych zachowań. Po latach jest to już w miarę oczywiste.

Dochodziło też do sytuacji bulwersujących. Któryś z panów rzucił pomysł zorganizowania konkursu na miss w wojsku. Oczywiście nie wyraziłyśmy zgody na urządzanie takich zabaw. Kobiety nie wstępują do wojska dla rozrywki, lecz z potrzeby służby, a tu chciano sprowadzić nas do obiektów paradujących po wybiegu. Zaprosiłam pomysłodawców na spotkanie z Radą, by usłyszeli, że nie tylko ja odmawiam organizowania takich imprez. Panowie przyszli, wysłuchali, co miały do powiedzenia inne kobiety, przyznali nam rację i już podobne pomysły się nie pojawiały. Kiedyś jednak zgłosiła się do mnie żołnierka z pytaniem, czy po godzinach może pracować jako modelka. Nikt wcześniej o coś podobnego nie pytał, trochę mnie to zaskoczyło, odpowiedziałam, że jako obywatelka ma prawo do pracy, gdzie chce, lecz służąc w wojsku, powinna mieć pozwolenie dowódcy na wszelkie inne dodatkowe formy zatrudnienia i do niego powinna się zwrócić o pozwolenie.

Pojawił się kiedyś pomysł zakupu nowych, ergonomicznych plecaków dla pań. Kobiety mają inną budowę, inaczej też pracują ich kręgosłupy przy obciążeniu. W jednej ze szkół oficerskich dowództwo chciało dostosować plecaki, postanowiono kupić specjalne, nowej generacji, ale tylko dla studentek. Dziew­czyny powiedziały, że albo nowe plecaki dostają wszyscy, albo nikt. Dziewczęta są wrażliwsze na kwestie równości i wcale nie chcą być faworyzowane.

Jednostki wojskowe nierzadko wystawiały kobiety do mediów, by pokazać swoją nowoczesność. To powodowało niezadowolenie i frustrację mężczyzn, gdyż występowanie przed kamerami w pewien sposób wyróżniało. Media utrwalały jednak klisze, bo jeśli kobiety o cokolwiek pytano, to zazwyczaj o to, jak godzą życie wojskowe ze sprawami rodzinnymi i czy w ogóle radzą sobie w armii. Mężczyzn nie pytano, czy sobie radzą i jak godzą służbę z życiem rodzinnym, a przecież też musieli to robić. Takie pytania umacniają stereotypy.

Początki służby kobiet w polskiej armii były ogólnie przyjazne. Mężczyźni traktowali kobiety z dużą przychylnością, obyło się bez poważniejszych konfliktów. Pojawiła się niestety kwestia molestowania w służbie zdrowia. Nie była jednak zbyt nagłaśniana przez media. Choć, jak wiem od poszkodowanej w tej sprawie, lokalne media dały się jej we znaki. W samej armii zajście potraktowano poważnie. Reakcja była natychmiastowa, a zastosowane środki – skuteczne.

Służbę w Dowództwie Marynarki Wojennej pełniłam do 2001 roku. Zaczynałam w stopniu podporucznika, odchodziłam z MW ze stopniem komandor podporucznik. W 2001 roku zostałam przeniesiona do Warszawy, do Zarządu Wojskowej Służby Zdrowia, a dokładnie do Zespołu Oficerów Służby Zdrowia Wielonarodowego Teatru Działań, który miał przygotowywać do wyjazdu i zabezpieczenia medycznego Polskie Kontyngenty Wojskowe. Nie planowałam przeprowadzki do Warszawy, ale poniekąd zostałam do niej zmuszona. W tamtym czasie armia przechodziła restrukturyzację i cięto etaty. Mój etat także obniżono, i to po raz kolejny. Wcześniej proponowano mi przeniesienie, dwukrotnie odmawiałam. W końcu jednak się zgodziłam, przeważyły kwestie finansowe.

Pamiętam dobrze przeniesienie. 11 września w Dowództwie Marynarki Wojennej w Gdyni przygotowywałam się do wyjazdu, nagle przyszła informacja o przeprowadzonym zamachu na World Trade Center. Tydzień później byłam w Warszawie, a tam koledzy już mówili o wyjeździe do Afganistanu.

Zaczęłam pracę od tłumaczenia dokumentów NATO o zagrożeniach biologicznych, najgroźniejszy wydawał się wówczas wąglik. To był dla mnie świeży temat, bardzo dużo się wtedy nauczyłam. Znów wszystko wokół było nowe: miejsce, ludzie, warunki służby, zakwaterowanie w internacie na drugim końcu Warszawy w drodze do Rembertowa, cotygo­dniowe dojazdy do rodziny w Gdańsku. Musiałam być twarda, cierpliwa i otwarta. Po kilku miesiącach przeszłam na stanowisko zastępcy szefa Zaopatrzenia Medycznego Wojska Polskiego. Zakres zagadnień, którymi miałam się zajmować, się poszerzył, bo to już było zarządzanie zaopatrzeniem medycznym w skali kraju w szpitalach i przychodniach, w wojskowych ośrodkach medycyny prewencyjnej w czasie pokoju i na misjach oraz organizacja zapasów na czas wojny.

W korpusie medycznym służyłam do 2009 roku. Pełniłam funkcję zastępcy Naczelnego Inspektora Farmaceutycznego,­ a potem szefa Oddziału Farmacji i Logistyki Medycznej Inspekto­ratu Wojskowej Służby Zdrowia. Zaczęliśmy tworzenie i wymianę zestawów medycznych z radzieckich na francuskie. Te radzieckie wciąż były w użyciu, chociaż z rynku farma­ceutycznego wycofano już część leków, które powinny się znaleźć w zestawach kompletowanych według obowiązujących instrukcji. Należało to uporządkować. Zadaniem mojego zespołu było też wyposażenie Kołowego Transportera Opancerzonego „Rosomak”, przygotowywanego jako bojowy pojazd sanitarny na misje w ramach Polskiego Kontyngentu Wojskowego. Powstawały wtedy prototypowe egzemplarze i należało je wyekwipować i zabezpieczyć. To była całkiem nowa gałąź wiedzy i musieliśmy znaleźć specjalistów. Wtedy powiększono nasz zespół. Opracowywaliśmy wspólnie z fachowcami ze służby samochodowo-czołgowej wymagania dla tego pojazdu i przyjmowaliśmy poszczególne etapy prac, wprowadzając go do użytkowania w siłach zbrojnych. Nową rzeczą było też wyposażenie indywidualne oraz medyczne dla żołnierzy wyjeżdżających na misję. W Iraku i w Afganistanie prowadzono działania wojenne, dla naszego wojska było to nowe doświadczenie, również dla zaopatrzenia medycznego. Powoli dostosowywaliśmy przepisy. Przykładowo, dotąd rozliczeń zużycia leków i materiałów medycznych oraz drobnego sprzętu medycznego dokonywano codziennie. Proszę sobie wyobrazić bazę w Iraku podczas działań wojennych – personel medyczny skąpy i zajęty rannymi, a tu trzeba codziennie co do sztuki rozliczać waciki, igły, strzykawki, bandaże. Tak właśnie było na pierwszej zmianie w Iraku. Udało nam się jednak zmienić procedury i wprowadzić rozliczenia miesięczne, a personel medyczny mógł robić to, co najważniejsze w czasie wojny.

W tym samym okresie byłam nieetatową przewodniczącą Rady do spraw Kobiet w Siłach Zbrojnych (SZ) RP. Po przyjęciu nowych państw członkowskich Komitet do spraw Kobiet w Siłach Zbrojnych NATO ustanowił stałe biuro w kwaterze głównej NATO w Brukseli. Nagromadziło się dużo spraw wymagających rozważenia, nie można z nimi było czekać na cykliczne spotkania. Stałe biuro NATO zlecało państwom członkowskim wiele zadań i zadawało mnóstwo pytań. Właściwie non stop porównywano rozwiązania, problemy, programy, przepisy. Wymagało to tak wiele uwagi, że nie dało się tym zajmować w ramach nadgodzin. W 2004 roku utworzono stałe stanowisko etatowe w Departamencie Kadr, po dwóch latach przekształcono je w urząd Pełnomocnika Ministra Obrony Narodowej do spraw Wojskowej Służby Kobiet. Stanowisko to objęła major Beata Laszczak. Ja z ramienia Rady byłam krajową delegatką w Komitecie Kobiet w SZ NATO. W 2005 roku utworzono etatowe stanowisko sekretarza rady do spraw kobiet w SZ RP, włączone do struktury Biura Konwentu Dziekanów. Radę powołano na wzór związku zawodowego. BKD dba o przestrzeganie praw żołnierzy oraz sprawy socjalne wojskowych. W 2009 zostałam pełnomocnikiem ministra do spraw wojskowej służby kobiet i sprawowałam ten urząd do 2015 roku.

 

W 2005 roku kobiety pojawiły się w korpusie szeregowych zawodowych. Dziś już są w zasadzie we wszystkich rodzajach sił, służą nawet w Gromie. Wyjątkiem są okręty podwodne. To bardzo ciężka służba, bo rejsy bywają długie. Inne trudności to zamknięta przestrzeń, ograniczenia wody do mycia, czasem do jednego litra na osobę dziennie. Trudno się umyć w takiej ilości. W męskim gronie to nie zawsze przeszkadza, ale niektórzy panowie czuliby dyskomfort w sytuacji, gdy występują problemy z higieną, a na pokładzie obecne są kobiety. Na okrętach podwodnych jest niewiele miejsca, panuje ciasnota. Ludzie, przechodząc, ocierają się o siebie. Brakuje łóżek, są tak zwane ciepłe koje, to znaczy, że na łóżku śpi jeden żołnierz po drugim, w kolejności pełnienia wachty. Mała przestrzeń to też problemy z podziałem infrastruktury na męską i damską. No i wreszcie klaustrofobiczne wnętrze sprawia, że nieporozumienia łatwo przeradzają się w konflikty, są wy­olbrzymione. Nie da się opuścić towarzystwa, na które człowiek się zdenerwował. Nawet na zwykłym okręcie można wyjść na świeże powietrze, pobyć samemu, pod wodą nie ma tej możliwości. Łatwiej zorganizować służbę kobiet na ogromnych amerykańskich okrętach niż naszych mniejszych. Przez krótki okres w 1997 roku na okręcie podwodnym naszej Marynarki Wojennej służyły dwie kobiety. Rozmawiałam z panami, którzy z nimi pływali, i ich wrażenia były ciekawe. Zauważyli, że dziewczyny, pomimo problemów sanitarnych, zawsze były świeże i pachnące, bardzo tego pilnowały. To też mobilizowało mężczyzn. Dziś na okrętach podwodnych nie ma pań.

Wraz ze wzrostem liczby kobiet w wojsku zaczęło przybywać problemów do rozwiązania. Pojawiły się zupełnie nowe sytua­cje, których przepisy dotąd nie uwzględniały.

Dziewczyna w szkole wojskowej zaszła w ciążę. Armia nie była gotowa na taki przypadek, nie przewidziano takiego zdarzenia. Chciano ją wyrzucić. Broniłam jej, bo przecież nie można relegować kogoś tylko dlatego, że zaszedł w ciążę. Na uczelniach cywilnych to nie jest problem. Dlaczego dziewczyny na uczelniach wojskowych miałyby być traktowane gorzej? Na cywilnej uczelni kobieta może wziąć urlop dziekański. W szkole wojskowej urlopów nie było. Czasami niektóre specjalności są uruchamiane na uczelni co dwa lata i gdy weźmie się urlop, to po powrocie nie da się już wskoczyć na tę samą specjalizację. To była trudna sprawa. Po raz pierwszy zaistniała taka sytuacja i tej dziedziny życia nie objęto jeszcze regulacjami. Stworzono wtedy możliwość wzięcia urlopu i sformułowano jasne przepisy dotyczące ciąż w czasie służby kandydackiej. Druga ciąża w trakcie studiów powoduje usunięcie z listy studentów, bo uznaliśmy, że studia wojskowe są dość intensywne i dwie długie przerwy spowodują zbyt duże zaległości.

Zupełnie nowy problem pojawił również wtedy, gdy kobieta wyjeżdżała na misję. Z dzieckiem zostawał w kraju mąż, także żołnierz. Ale w przepisach wojskowych jako osoba opiekująca się dzieckiem figurowała wyłącznie matka, to jej przysługiwały uprawnienia przewidziane na różne sytuacje, ojca w ogóle nie uwzględniano. To należało zmienić. Udało nam się wprowadzić urlopy ojcowskie dla żołnierzy. Nie chodzi przecież o to, by kogoś obdarzyć specjalnymi przywilejami, lecz by wszystkim żołnierzom przysługiwały równe prawa. Trzeba pamiętać, że coraz częściej się zdarza, że w wojskowych małżeństwach to kobieta ma wyższy stopień i to ona nie chce przerywać służby. Na początku panowie nie palili się do urlopów. Zauważalna była presja starszego środowiska, by młodzi ojcowie nie korzystali z przysługujących im praw, krążyła plotka, jakoby inne armie w NATO nie miały urlopów ojcowskich. To oczywiście nie była prawda. Co więcej, we wszystkich innych krajowych formacjach mundurowych funkcjonowały urlopy ojcowskie, armia była ostatnią, która je wprowadziła. Opór wśród dowódców był spory, chociaż chodziło jedynie o tydzień wolnego. Z kilku dni zrobiono na początku wielką sprawę. Potem urlop został wydłużony. Obecnie młodzi ojcowie chętnie z niego korzystają.

Przepisy w armii regulują wreszcie sytuację samotnych rodziców. Przysługują im na czas wychowywania dziecka dodatkowe prawa. Pamiętam przypadek pewnej dziewczyny, która z nich korzystała. Nie nadużywała przepisów, wszystko było zgodne z literą prawa. Zdarzają się jednak sytuacje szczególne, kiedy trudno jest wszystko pogodzić. Praca w armii jest czymś wyjątkowym, to służba. Podczas powodzi żołnierze z jednostki, w której służyła wspomniana dziewczyna, ruszyli na pomoc. To był obowiązek wojska. Dowódca jednostki wydał dziewczynie polecenie, by przyszła na dyżur przy telefonie, bo wszyscy inni ruszyli walczyć ze skutkami katastrofy. Ona odpowiedziała, że nie może przyjść, a jako samotną matkę chronią ją specjalne przepisy. Oczywiście miała do tego prawo, ale nie była pewna, czy zareagowała prawidłowo i chciała się z kimś skonsultować. Zadzwoniła do mnie. Powiedziałam jej, że jej odpowiedź była zgodna z prawem. Dodałam jednak, że służba to coś więcej niż praca, a klęska żywiołowa, jaką jest powódź, to nadzwyczajna sytuacja. Przekonałam ją, by zapytała dowódcę, czy może jakoś pomóc, może uda się pogodzić opiekę z dyżurem. Zadzwoniłam do dowódcy dziewczyny – potrzebował kogoś, kto będzie tylko siedział przy telefonie i koordynował łączność. Kobieta porozumiała się z dowódcą, uzgodniła, że weźmie ze sobą dziecko. Pełniła więc dyżur telefoniczny, a maluch bawił się obok. Zawsze warto podchodzić do drugiej strony z życzliwością i wolą porozumienia. Takie postępowanie później procentuje.

Najwięcej nieprzyjemnych incydentów zdarzało się w korpusie szeregowych, odzywały się rozmaite uprzedzenia i kompleksy, górę brały emocje; były obawy, traktowanie z wyższością, złośliwości. Gdy dochodziło do konfliktu między mężczyzną i kobietą, to przesuwana do innej jednostki była zwykle kobieta. W korpusie szeregowych niesnaski często wynikały z tego, że młode kobiety są lepiej wykształcone niż młodzi mężczyźni. Do służby wstępowały dziewczyny z licencjatem, a ich przełożonym w plutonie był ktoś bez matury. Kobiety były ambitne i chciały się rozwijać, a mężczyźni z kompleksami chcieli się odegrać, pokazać dziewczynom ich miejsce, zablokować im karierę. Kobiety, które wstępują do armii, są nastawione na służbę, rozwój i karierę. Są niesłychanie zdeterminowane.

Zdarzały się też zabawne sytuacje. Opowiadały o swoich doświadczeniach. Zapytano je, czego im tam najbardziej brakowało, a one odpowiedziały, że malowania paznokci, czym zaskoczyły wszystkich. Czuły potrzebę, żeby jako kobiety o siebie zadbać, a przepisy na to nie pozwalały. Więc co robiły? Malowały na wściekłą czerwień paznokcie u stóp, których nie widać. I o to chodzi, by pozostać kobietą, wykonywać zadania zgodnie z regulaminami, ale nie narażać munduru na śmieszność.