Spóźnione powrotyTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– I tak mnie zabiją – mówi głośno Mela, opierając głowę o ścianę, choć wie, że nie wolno – więc nic nie powiem.

Nie wolno im rozmawiać, nie wolno się ruszyć, więc tylko czeka, jak ją zaraz poderwą z tej ławki i zawloką na górę. Im szybciej, tym lepiej; marzy jej się już prycza w izolowanej wąziutkiej celi z małym okienkiem w górze, do której ją wrzucą jak worek z cementem po przesłuchaniu.

Długo nie trzeba było czekać – podrywają ją i wloką wąskim przejściem między dwoma rzędami ławek. Jeśli uderzę głową o kant, umrę, myśli Mela bez strachu, obojętnie.

Umarłam – to kolejna myśl, równie obojętna. Dziwi ją tylko, że ciągle widzi, a jeszcze bardziej, że na jedno oko, jak tuż przedtem, nim umarła. Spogląda więc tym jednym okiem w górę, jakby chciała nim objąć kawałek nocnego nieba, lecz widzi tylko fronton katowni, dawniej siedzibę Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, dobrze jej znany, bo przed wojną przychodziła tu do Aldony Bohdanowiczówny, wynajmującej pokój w kamienicy naprzeciwko okazałego gmachu w alei Szucha.

Nie umarła. Leży na chodniku po drugiej stronie ulicy, gdzie ją rzucili jak worek z cementem, lecz kolejny atak bólu pozbawia ją świadomości. Znowu jest nicość, z której wyłania się piękny obraz: dwaj mężczyźni (jakże jej drodzy), Olek Fiszer i ojciec, podnoszą ją z chodnika, okrywają czymś ciepłym i, chwytając pod pachy, prowadzą aleją.

– Dziecko moje ukochane. – Mela słyszy zduszony głos ojca. – Co te potwory ci zrobiły?

– Najważniejsze, że żyje. – To głos Olka. – Pośpieszmy się, panie Odolański, do szpitala Ujazdowskiego kawałek, jeszcze musimy zdążyć na Kruczą przed godziną policyjną, dziś pan z Melą do domu nie wróci.

– Ano nie, nie w tym stanie… Tylko czy ją tam przyjmą? – pyta z niepokojem Maksymilian. – W domu przynajmniej byłaby bezpieczna.

– Przyjmą, przyjmą… Mam tam kolegę… Leczą rannych partyzantów, niech więc pan się nie boi o Melę.

– Przestanę się bać, jak już będziemy na drodze w Osadzie.

– Tam nie ma wojny? – pyta prowokującym tonem Olek Fiszer.

– Jest, ale dom to dom – odpowiada Maksymilian, po czym, dysząc lekko, dodaje: – Dwadzieścia lat trzeba było mojej córce, żeby wrócić do domu. Nie usiedziała w miejscu, ciągle czegoś szukała i oto, gdzie ją znalazłem…

Dwadzieścia dwa, spiera się Mela z ojcem w myślach, nie wierząc, że dzieje się coś, czego nie spodziewała się już doświadczyć: ani wolności, widoku bliskich, ani powrotu do domu.

Lata dwudzieste

Trudno opisać, w jaką euforię wpadła Mela, gdy latem dwudziestego drugiego roku dowiedziała się, że ojciec jej dziecka przeżył tragiczny wypadek, który zdarzył się, gdy Bogdan Paprocki jechał po narzeczoną, by poprowadzić ją do ołtarza. Niezbyt przyjemne, żeby nie powiedzieć: bulwersujące, okoliczności ujawniły ów fakt, ukrywany przed nią przez rodziców Bogdana, Mela jednak miała już co do tych dwojga, a zwłaszcza co do niedoszłego teścia, wyrobione zdanie. Przełknęła więc jakoś haniebne zachowanie Henryka Paprockiego, gdyż najważniejsze było, że Bogdan żyje. Postanowiła go odnaleźć jak najszybciej.

Szczęśliwie się złożyło, że ojciec, zaalarmowany przez Wacławę, która, będąc świadkiem pewnego incydentu pod Bristolem, wyciągnęła z niego daleko idące wnioski, w bardzo dogodnym momencie zjawił się wraz z kucharką w Warszawie.

– Znajdź go, to ojciec twojej córki – powiedział, usłyszawszy od Meli, co i z jakiego powodu zaszło pod hotelem. – Ja zabieram Georginę na wieś.

– Tak będzie najlepiej, tatko – zgodziła się skwapliwie, zadowolona, że problem, co zrobić z dzieckiem, sam się pięknie rozwiązał.

– Ja, jak wiesz – mówił Maksymilian, gdy jego córka pakowała w pośpiechu rzeczy małej – nigdy nie przepadałem za starszym Paprockim. Tolerowałem jego towarzystwo tylko ze względu na długą znajomość twojej matki z jego żoną, choć teraz wiemy, ile ta przyjaźń była warta.

– Nie chciałabym się wtrącać – powiedziała w tym momencie Wacława – ale coś mnie w tym wszystkim zastanawia…

– Co? – spytali jednocześnie ojciec z córką.

– A to, dlaczego pan Bogdan tyle czasu się do panienki nie odezwał.

– I właśnie tego chcę się dowiedzieć! – odparła gwałtownie Mela, co świadczyło, że sama się nad tym zastanawiała. – Przecież – dodała po chwili już spokojniej – kochał mnie nad życie… Naprawdę tego nie rozumiem.

Nikt tego nie mógł pojąć, nawet Olek Fiszer, dziennikarz, z którym Mela bardzo się zaprzyjaźniła, gdy obtańcowywała gości w pewnej restauracji. Olek każdego wieczoru przychodził tam zjeść i wypić za zdrowie ojca, chłopa z Poznańskiego, który nie zawahał się sprzedać pół gospodarki, żeby syn mógł ukończyć studia i pracować w wymarzonym zawodzie.

– Dla mnie to wszystko grubymi nićmi szyte – powiedział po wysłuchaniu Meli. – Opłakałaś go już… Na mój chłopski rozum lepiej byłoby zostawić to tak, jak jest.

– A na dziennikarski?! – huknęła mu w twarz, potrząsając modną fryzurą. – Jak mam to zostawić? Jak? Co powiem córce, gdy zacznie dorastać i pytać o ojca? Chcę jej powiedzieć prawdę, ale najpierw sama muszę ją poznać.

– Prawda to ważna rzecz, nie tylko w moim zawodzie – przyznał. – Mam liczne kontakty… Jeśli chcesz, pomogę ci. Pomyślałem tylko, ile trudu ktoś sobie zadał, by to wszystko przed tobą ukryć, więc się zastanów…

– Nie mam nad czym się zastanawiać!

– Dobrze, Melu, dobrze, nie złość się – próbował ją udobruchać. – Najważniejsze, że mała Gina jest z twoją rodziną na wsi. Swoją drogą, idealne rozwiązanie i dla niej, i dla ciebie. Znasz się na literaturze, masz świetne pióro, mogłabyś teraz spokojnie się rozejrzeć za jakąś stałą posadą… w wydawnictwie, redakcji…

– Potem, Olek! Potem – przerwała mu gwałtownie. – Nic nie zrobię, póki się nie dowiem prawdy.

Olek Fiszer miał – i z racji wykonywanego zawodu, i ze względu na swą otwartą, towarzyską naturę – liczne kontakty. Niektóre z nich wykorzystał, by sprawdzić, czy Bogdan Paprocki nie jest zatrudniony w którymś z oddziałów Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego. Wcześniej Mela wspomniała, że tuż przed ich niedoszłym ślubem jej narzeczony przyjął posadę w Warszawie. Zostało to jednak ponad wszelką wątpliwość wykluczone. Wtedy Olek pożyczył od któregoś ze swych zamożnych przyjaciół automobil i zaopatrzywszy się w dwa kanistry z benzyną, wyruszyli z Melą w Poznańskie.

– Tak czy siak, nie będzie to daremna podróż – uznał optymistycznie dziennikarz – nawet jeśli nie znajdziesz swojego Bogdana. Dawno już nie byłem w domu rodzinnym.

– Wiem, że Paproccy stamtąd pochodzą, a Róża Mączyńska przed wyjazdem do Pułtuska też coś wspominała o Wielkopolsce, gdy pytałam, skąd jej gach przyjeżdżał do stolicy każdego miesiąca. – Mela wyjaśniła, dlaczego akurat od tamtych stron zaczyna poszukiwania. Po chwili dodała cicho, lecz zdecydowanym tonem: – Jeśli tam go nie znajdę, będę szukać dalej.

Szukali wiele dni, przemierzając lepsze i gorsze drogi między majątkami, stawali pod bramą i wypatrywali, kto tam się kręci po dziedzińcu, kto wyjeżdża lub wjeżdża, gdyż nie mieli śmiałości wyjść i zapytać o Paprockich. Właściwie to Mela nie miała tej śmiałości, Olek tylko bębnił palcami o kierownicę i narzekał na niezdecydowanie swej przyjaciółki, rzucając od czasu do czasu pytanie, czy ta na pewno chce odnaleźć swojego Bogdana.

– Nie chcę stanąć twarzą w twarz z jego ojcem – odpowiadała za każdym razem. – To ponad moje siły.

Była przekonana, że Paproccy, sprzedawszy swój piękny majątek w Czerwińsku, kupili dla syna jakąś posiadłość na uboczu, jak najdalej od niej, Meli.

– Pamiętaj, że Bogdan nie ma ręki – powtarzała co jakiś czas – więc rozglądaj się za kimś takim.

– Gdzie mam się rozglądać, na litość boską?! – Olek w końcu stracił cierpliwość. – Jesteś kompletna wariatka! Nie lepiej po prostu zatrzymać się pod jakimś dworkiem i zapytać, gdzie szukać majątku Paproc­kich, którzy mają syna kalekę? Przecież oni wszyscy znają się jak łyse konie.

– Bogdan nie jest kaleką – odparła urażona.

– Spotykają się na rautach, balach, polowaniach – kontynuował. – Będziesz jeździć po opłotkach… Benzyna nam się kończy! Zaraz staniemy w szczerym polu i będziemy stać, tyle z tego będzie.

À propos benzyny i poniekąd także wymienionych przez Fiszera koni, na stacji pomp, do której dotarli w ostatnim momencie, by napełnić opróżnione kanistry i prawie pusty bak, dowiedzieli się, że jeśli chodzi o Paprockich (Olek w końcu nie wytrzymał i zapytał), to tylko Kornacki, bogaty przemysłowiec z Poznania i właściciel wielkiej hodowli koni, może coś na ich temat wiedzieć.

– Nie będziemy teraz wracać do Poznania – mruknęła z niechęcią Mela – i szukać jakiegoś przemysłowca…

– On tu siedzi całe lato – wszedł Meli w słowo mężczyzna, obrzucając wścibskim wzrokiem jej odsłonięte kolana – i dogląda hodowli. O ile mnie pamięć nie myli, to jakiś czas temu chyba kupił cały majątek po Paprockich, bo jego tereny sąsiadowały z tamtymi.

Usłyszawszy to, Mela aż przysiadła na zakurzonym błotniku opla.

– Sprzedali Czerwińsk, sprzedali tutaj… – jęknęła. – Gdzież oni są…

– Wszystkiego się dowiemy, Melu – zapewnił ją Olek pełnym współczucia głosem.

Dowiedziawszy się, jak dojechać do dóbr Kornac­kiego, bez zwłoki wsiedli do zaopatrzonej w paliwo maszyny i pojechali. Olek przez cały czas spoglądał ukradkiem na Melę i, widząc na jej twarzy nagłe zniechęcenie, ściskał rękę przyjaciółki, nic nie mówiąc.

Kornacki, okazały mężczyzna po pięćdziesiątce, spojrzał z góry na dwoje młodych ludzi, którzy przyszli pieszo długą klonową aleją od bramy, zostawiwszy za nią auto. Na podstępne pytanie, czy nie słyszał tu o jakimś cichym, niedrogim majątku dla młodego małżeństwa, jakie, tuląc się do siebie, udawali, skrzywił się, splunął za siebie, a potem zaklął.

 

– Był – odparł w końcu z niechęcią – i to jeszcze nie tak dawno. Cichy, zaniedbany przez nieudolnych administratorów – kontynuował, pokazując ręką na wschód swej rozległej posiadłości – ale wcale nie tani. Miałem nieszczęście nabyć go osobiście za niemałą sumkę i osiem pełnokrwistych klaczy.

– Osiem klaczy? – powtórzyła za nim Mela.

– W rozliczeniu, choć to nie był mój pomysł.

– A czyj? – spytał sprytnie Olek.

– Tego łotra Paprockiego, ma się rozumieć. Pies ganiał pieniądze, ale klaczki prima sort – tłumaczył. – Hodowla mi się rozrosła, brakowało pastwisk, a tu masz, tyle ziemi pod nosem, jakby czekało… Właściwie, to co tu komu wymyślać od łotrów – dodał nagle – jak to przecież ja go od dawna, co tylko się tu pokazał, o te grunty nagabywałem. Zarośnięte to wszystko było, myślałem, że wystarczy pokosić, co nieco wyrównać i mogę puścić konie, kazałem więc wykosić, ale tam wszystko w dole, rozumieją państwo, istne bagna. Fortunę już wydałem na drenaż…

– Nie sprawdził pan przed zakupem? – rzuciła ze zniecierpliwieniem Mela. Nie to ją interesowało.

– Tak sobie lubię czasem kupić kota w worku, szanowna pani! – odparł lekko. – Tu zarobię, tam stracę, wiem, że żyję, czego tu żałować… Chociaż tych klaczek bardzo mi żal, bardzo.

– A ten Paprocki… – dopytywał się dziennikarz – najpierw nie chciał sprzedać, a potem sprzedał…

– Łotrowi chodziło, zdaje się, tylko o te konie. – Mężczyzna znowu zmarkotniał. – Chociaż miałem czas się wycofać, bo interes ubiliśmy jednej wiosny, a konie pojechały koleją następnej…

– Dokąd?

– Tego, szanowny panie, nie wiem. Nie było mnie wtedy w kraju. Ktoś od Paprockiego nadzorował transport…

– Nieważne – przerwała mu Mela, coraz bardziej zniecierpliwiona. Jej rozbiegane oczy wędrowały z jednego miejsca w drugie, w końcu pociągnęła Olka za rękaw i pożegnali przemysłowca pod piękną rezydencją na rozległym wzniesieniu.

W drodze powrotnej wciąż się zastanawiała, gdzie teraz szukać Bogdana. Gdzie?

Fiszer nie był w stanie jej odpowiedzieć, nawet nie próbował. Spędzili jedną noc u jego rodziców w niewielkiej wsi wielkopolskiej i Meli bardzo się tam podobało. Ojciec Olka odkupił ziemię, którą sprzedał, żeby wysłać syna na studia. Powodziło mu się nieźle, co było widać zarówno w domu, jak i w obejściu. Mela, mimo krótkiej sukienki i fryzury, odsłaniającej kark, zrobiła dobre wrażenie na rodzicach swojego towarzysza, co jego samego zdawało się najbardziej dziwić.

– Jedyny pożytek z tej wojny – tłumaczył sobie na głos w drodze powrotnej – to to, że ludzie stali się po niej tacy… Jak by tu powiedzieć… Bardziej otwarci? Tak, to najlepsze słowo. Nawet moi rodzice.

– Co od nich chcesz? Bardzo mili ludzie, na pewno chcieliby cię częściej widywać.

– Twoi ciebie też – odciął się. – A masz do nich o wiele bliżej.

– Ja… – zaczęła i przez chwilę nie wiedziała, jak dokończyć.

– Co ty?

– Ja muszę najpierw zaprowadzić jakiś porządek w swoim życiu, bo wielki w nim się zrobił bałagan.

– To w tobie jest ten bałagan, Mela.

– Wiem, Olek, wiem… – szepnęła, opierając głowę o szybę. – Osiem klaczy… – powtórzyła nagle w zamyśleniu. – Osiem koni… Nic ci to nie mówi?

– Nic a nic.

– A mnie tak. Coś mi to mówi… Już to gdzieś słyszałam…

– To sobie spokojnie pomyśl – powiedział, zadowolony, że wreszcie przestała się zastanawiać, gdzie ma teraz szukać Bogdana. – Może ci się przypomni. Chociaż o koniach słyszy się często…

– Nie w tym rzecz – nie dała mu dokończyć. – Akurat osiem. Osiem klaczy… Gdzie ja to mogłam słyszeć… Za nic sobie nie przypomnę…

Coś jednak musiała sobie przypomnieć po drodze, bo ledwie wrócili do Warszawy i zajechali pod odrapaną kamienicę na Powiślu, wyskoczyła z auta i rzuciwszy do Olka: „Czekaj!”, pobiegła pędem do bramy. Nie minęło pięć minut, jak zamachała do niego kartką z okna na poddaszu i krzyknęła:

– List od Klementyny! Z tamtego lata! Pisze, że jej Ksawery jest bardzo szczęśliwy, bo wreszcie ma konie… Osiem przepięknych klaczy pełnej krwi…

3.

Wiosna 1944

Gdyby nie kłęby dymu, unoszące się od paru dni za rzeką nad Czerwińskiem, i Mela, którą, skatowaną przez gestapo, przywiózł ojciec z jakimś Olkiem do domu, można by powiedzieć, że wojny tu nie ma. Klementyna, oparta plecami o zachodnią, nagrzaną późnokwietniowym słońcem ścianę domu, nie może się odnaleźć w przedwieczornej ciszy i pogodzić tego wrażenia spokoju z ostatnimi wydarzeniami.

Do tej pory jakoś to było. Jakoś się przywykło do okupacji, nie było wyjścia. Od czasu do czasu Niemcy pojawiali się w Osadzie, pokazywali, że są tu panami (a panowie mogą wszystko), wywożąc na przykład ziemniaki z sierocińca, ale od momentu, gdy wysiedlili połowę Jedlic wraz z dworem i roztoczyli kuratelę nad okolicą, do jakichś tragicznych incydentów (poza nielicznymi wyjątkami) tu nie dochodziło. Oczywiście każdy, w zależności od tych incydentów, mógł mieć swoje osobiste odczucia. Emilka na przykład truchlała za każdym razem, gdy Jerzyk, wypatrzywszy niemiec­kie auta, zjeżdżające w dolinę, wpadał na podwórze, drąc się wniebogłosy, że już „Kulwa, jadą te skulwysyny”. Wszyscy truchleli, lecz ona najbardziej, bo tak się bała o sieroty. Długo nie mogła dojść do siebie, gdy wywieźli jej Gustawa do obozu, i tylko te dzieci nie pozwoliły jej się załamać. Trudno powiedzieć, czy jeszcze wierzy, że on stamtąd wróci, bo już dawno przestała o tym mówić. W przeciwieństwie do sołtysówien, Helusi i Anusi, które nie tracą nadziei na powrót mężów z przymusowych robót w Niemczech, czy też Georginy – ta ciągle opowiada pięcioletniemu synkowi, że pewnego dnia jego tatuś specjalnie dla niego wyląduje awionetką na łące, tak jak to zrobił dla niej w trzydziestym siódmym. Nawet Klementyna, której ukochanego jesienią trzydziestego dziewiątego Rosjanie aresztowali we Lwowie, gdzie pojechał w sprawach zawodowych i wszelki słuch po nim zaginął, ma jakąś nikłą nadzieję, że jeszcze go zobaczy. Jeszcze wierzy, mimo że latem ubiegłego roku Niemcy ogłosili światu o swym makabrycznym odkryciu w Lesie Katyńskim.

Jakoś więc dawali sobie radę. Jeśli tylko podołało się obowiązkowym świadczeniom i nie traciło nadziei, że to musi się kiedyś skończyć, można było żyć i grać Szwabom na nosie. Każdy robił to, jak mógł. Nawet we młynie Bohdanowiczów była jakaś swoboda w porównaniu z innymi młynami, bo gruby Hans, którego oddelegował do nadzorowania jego działalności Handke, był Niemcem o ludzkiej twarzy. Bliźniaczkom, Zuli i Natce, bez trudu udawało się osłabić jego czujność (najczęściej siarczyście mocnym bimbrem), by chłopi ze wsi mogli zemleć sobie trochę mąki na boku.

Niektórzy z okolicznych mieszkańców nawet zaczynali już myśleć, że nie tylko gruby Hans, ale i inni Niemcy, okupujący te tereny, to wprawdzie Szwaby, jednak o dość ludzkich twarzach.

I oto pokazali tę swoją ludzką twarz trzy dni temu w niedalekim Czerwińsku, pacyfikując całą wieś. W późnych godzinach nocnych otoczyli ją szczelnym kordonem, oskarżyli mieszkańców o pomoc partyzantom, zabili wszystkich mężczyzn oraz kilka kobiet, które z lamentem rzuciły się na ciała mężów, synów bądź ojców, a także troje dzieci, gdy znalazły się na linii strzału, po czym podpalili domy i, zostawiając dziesięciu swoich do pilnowania, żeby wszystko, od chałup do psich bud, nie wyłączając dworu i kościoła, doszczętnie spłonęło, odjechali samochodami i motocyklami do Jedlic. Przez rzekę w Osadzie, ma się rozumieć. Wracali do południa. Od trzeciej w nocy, gdy tamci podążali w stronę Czerwińska, nikt w Osadzie nie zmrużył oka; złowrogi warkot silników w nocnej ciszy i świadomość, że Szwaby nie jadą na darmo, były nie do zniesienia.

Z samego rana Emilka zarzuciła chustkę na głowę i chciała iść do Czerwińska, by sprawdzić, czy nie błąkają się tam osierocone dzieci, lecz Klementyna ją powstrzymała, pytając, kto się zajmie jej sierotami.

Po południu przyjechał ten Olek Fiszer. Zamknął się z ojcem w gabinecie i nad czymś tam w wielkiej tajemnicy radzili. Klementyna jednak uznała, że nie czas na tajemnice. Wparowała do pokoju i, przenosząc wzrok z jednego na drugiego, spytała, o co chodzi.

– Gestapo aresztowało Melę – wyjaśnił po namyśle Maksymilian. – Na razie trzymają ją na Szucha.

– Melę?! Gestapo?! Za co, na litość boską?!

– To nie ma znaczenia – odezwał się rzeczowym tonem przybyły – i szkoda czasu na pytania. Dopóki jej nie zabiorą na Pawiak, jest szansa, żeby ją wykupić.

– Wykupić? Z gestapo? Jakim cudem?

– Przez jednego znajomego, folksdojcza, ma tam jakieś dojścia…

– Folksdojcza? Może pan powtórzyć nazwisko, panie…

– Fiszer! – przypomniał głośno. – Może pani skończyć z tymi pytaniami? Nie ma na to czasu.

Klementyna opamiętała się w jednej chwili. Zacisnęła palce na skroniach i, kręcąc głową, wydusiła:

– Wykupić… Ale za co? Tato, za co my ją wykupimy, przecież oni się byle czym nie zadowolą, a my nawet byle czego nie mamy…

– Biżuteria ciotki Olimpii to nie byle co – odparł Maksymilian, po czym, spoglądając na zegarek, poprosił: – Naszykuj mi jakieś czyste ubranie na drogę, córko, i zaprzęgnij Sławkę, za godzinę mamy pociąg, zawieziesz nas na stację.

– Przecież dobrze pamiętam, tato – czegoś tu nie rozumiała – jak babcia Florentyna dogadywała cioci Olimpii, że jej mąż przegrał w karty klejnoty warte majątek…

– Tak wszyscy myśleliśmy – przerwał ojciec, wziął nóż do papieru i zaczął nim rozcinać siedzisko starego fotela.

W tym momencie Klementyna przypomniała sobie, jak wiele lat temu, gdy postanowiła zmienić obicia wszystkich tapicerowanych mebli w domu, ojciec nie pozwolił zawieźć tego fotela do warsztatu, tłumacząc jej, że w takim najwygodniej mu się siedzi. Wzruszyła ramionami i poszła zaprzęgać konia.


Gdyby nie ten dym, snujący się od trzech dni za rzeką…

– Ciociu… – słyszy z ganku głos Georginy. – Od godziny stoisz pod tą ścianą… Słabo ci?

– Nie, moja droga… Stoję i myślę, jak my to wszystko przeżyjemy – odpowiada siostrzenicy. – I ile nas tu pozostanie… Jak mama?

– Bawi się z wnukiem, więc chyba nie jest tak źle. Ciocia by jej powiedziała, żeby już nie wracała do tej Warszawy.

– Mogę powiedzieć, ale nie wiem, co to da. Na palcach jednej ręki mogłabym policzyć tygodnie, jakie spędziła tu od…

– Wypadku taty – kończy Georgina, po czym dodaje z żalem: – W Zabrzegu była jeszcze mniej, a to takie piękne miejsce.

Klementyna potakuje skwapliwie. Piękne, lecz zdziczałe. Mela kazała je odszykować, gdy jej córka w siedemnastym roku życia wydała się za lotnika, ale sama może ze dwa razy zajrzała tam przed ślubem Georginy i ze trzy razy po tym, gdy młodzi małżonkowie zamieszkali w domku ogrodnika na obrzeżach ogromnego niegdyś majątku. Włodek Walczewski, mąż Giny, już w sierpniu trzydziestego dziewiątego stawił się w armii, choć wiedział, że jego młoda żona wkrótce ma rodzić, ona zaś, zaraz po wybuchu wojny, wróciła do Osady. Dopiero jesienią czterdziestego roku dotarła do nich wiadomość, że Włodek służy w brytyjskich Królewskich Siłach Lotniczych i brał udział w bitwie o Anglię. Lecz gdy wojna się skończy, już nigdy nie wsiądzie do samolotu, więc niech jego mały łobuziak (tak nazywał pieszczotliwie Ginę) pilnuje Zabrzega, bo potem będą tam żyć i coś uprawiać. Co – niech ona przez ten czas wymyśli. Gina od czasu do czasu zaglądała do Zabrzega, lecz o żadnym pilnowaniu nie mogło być mowy; trudno wymagać, żeby młodziutka kobieta z dzieckiem mieszkała w takim czasie sama na odludziu.

– Dziadek kazał naszykować pokój dla pana Fiszera – przerywa rozmyślania Klementyny siostrzenica.

– Naszykujcie z Adelą. Ja pójdę do młyna, spytam, czy bliźniaczki już wróciły…

– Adela wsiadła na rower i pojechała do miasteczka.

– Co takiego?!

– Do szewca z butami.

– Matko Boska, co ta dziewczyna ma w głowie! Niemcy jak wściekłe psy jeżdżą po okolicy, jeszcze się dymi nad Czerwińskiem…

– Powiedziała, że nie wyjdzie na ganek w obdartych pantoflach, kiedy Wiktor przyjdzie jej się oświadczyć.

– Jaki Wiktor?

– Różański.

– Przecież on w Krakowie.

– Wrócił.

– I przypomniał sobie o Adeli?

– Widocznie.

– Idę do młyna! – oświadcza Klementyna, ruszając się wreszcie spod tej przyjemnie nagrzanej ściany. – Potem zajmę się Adelą, pokojem dla Fiszera i czymś tam jeszcze. Może mi starczy siły na poważną rozmowę z Melą.

 

Przed wyjazdem do miasteczka Adela splotła jasnobrązowe włosy w gruby warkocz, lecz wiatr w polach tak je potargał, że musiała włożyć na głowę białą chustkę i zawiązać ją na karku pod włosami, żeby nie straszyć ludzi niechlujnym wyglądem. Od dziecka przywiązywała ogromną wagę do schludności, wymagając jej od siebie i innych, z tego też powodu puściła kantem starającego się o nią jeszcze przed wojną syna właściciela sklepu kolonialnego z Kwiatowej; zawsze miał przybrudzone mankiety koszuli i tłuste, nie dość porządnie obcięte włosy. Co innego Wiktor Różański, syn notariusza, elegancik jak się patrzy. Wprawdzie niewiele wyższy od niej, lecz zawsze odszykowany tak, jakby się wybierał do kościoła. Równie nieskazitelnie prezentowało się auto, którym przyjeżdżał w niedzielne popołudnia, żeby ją zabrać do cukierni w rynku na lody karmelowe i lemoniadę.

Już w trzydziestym siódmym, o ile ją pamięć nie myli, wyjechał do Krakowa, żeby studiować prawo, jednak od wiosny trzydziestego dziewiątego, odkąd zaczęli się spotykać, tłukł się pociągiem do domu w co drugą niedzielę. Punktualnie o piątej po południu podjeżdżał na dziedziniec wymuskanym autem, do którego nawet kurz polnej drogi się nie czepiał, a o dziewiętnastej odwoził Adelę do domu. Nawet podczas wakacji, które spędzał u rodziców, Wiktor Różański nie wyłamał się z tej zasady, bo wtedy także od rana do nocy wertował podręczniki prawnicze, kodeksy i zawarte w nich paragrafy. „Bez żelaznej dyscypliny do niczego w tym zawodzie nie dojdę” – wyjaśnił nieśmiało, gdy pewnej niedzieli, oblizując bez większego smaku łyżeczkę z lodami (lepsze w przypływie dobrego humoru kręciła Wacława), dziewczyna spytała, czy nie mogliby się wybrać w najbliższą sobotę na piknik z Giną i jej mężem. Urządzali je sobie ciągle w jakichś pięknych miejscach nad rzeką. Za każdym razem w innym.

Adelajdzie podobała się nieśmiałość i zdyscyplinowanie Wiktora, choć matka kręciła nosem, że młody Różański to jakiś taki trochę mdławy. Znając charakter i temperament ojczyma, Adelajda wcale nie była zdziwiona jej opinią. Poza ową „mdławością” matka nie miała do potencjalnego zięcia większych zastrzeżeń i czasem zachwycała się nawet, jak pięknie będzie się nazywać jej córka. Tak więc, kiedy się spotkali przypadkiem na początku tego tygodnia pod sklepem obuwniczym w miasteczku, serce Adeli zabiło mocniej.

– Zrobiłem ostatni rok na tajnych kompletach, po wojnie mogę otwierać kancelarię – oznajmił, gdy spytała, czemu nie wracał do domu. – A przede wszystkim zajmowałem się starą ciotką, biedaczka od trzech lat miała poważne kłopoty z pamięcią, nie można jej było zostawić samej.

– O! To nadzwyczajne! – wyraziła swoje uznanie.

– Ma kamienicę na Brackiej i jedynego, w mojej skromnej osobie, spadkobiercę – tłumaczył nieśmiało. – Na parterze piękne miejsce na kancelarię, drugie i trzecie piętro dla lokatorów…

– A pierwsze? – zagadnęła.

– Dwa czteropokojowe mieszkania, przepiękne. – Wiktor ożywił się nagle. – W jednym rodzice z siostrą, bo ta mieścinka – ciągnął, rozglądając się po ponurym rynku – umiera, to miejsce bez perspektyw dla ludzi z ambicjami. W drugim zaś… – zająknął się nagle, spoglądając jej w oczy. – A w tym drugim… Jeśli pozwolisz, przyjdę do was w niedzielę, żeby…

– Doskonale! – zawoła z entuzjazmem, żeby przestał się już biedak jąkać.

– Na siedemnastą.

– Tak się spodziewałam.

– Więc do niedzieli.

– Do niedzieli – potwierdziła z uśmiechem, przekładając gruby warkocz z pleców na ramię.

Gdy się pożegnali, spojrzała z nieszczęśliwą miną w dół, na swoje trzewiki, i już miała się wrócić do sklepu obuwniczego, by powiedzieć sprzedawcy, żeby jej odłożył do jutra pantofelki z delikatną klamerką, które sobie upatrzyła, jednak dziewięćset osiemdziesiąt złotych, jakie miałaby za nie zapłacić, wróciło jej rozsądek. Z folwarku teraz prawie nie było żywej gotówki, jak za dawnych czasów, dobrze, że jakoś sobie żyli, nie głodując, dzięki przezorności matki i zapobiegliwości Wacławy. Od czasu do czasu, po wywiązaniu się z kontyngentów, sprzedawano nadwyżki, ale były ważniejsze rzeczy do kupna, a jeśli nawet już buty, to zimowe, a nie lakierowane wiosenne z klamerką.

Jadąc z miasteczka, ciągle spoglądała na swoje stopy. Trzewiki były dobre koło domu czy na rower, proszę bardzo, ale nie na niedzielne popołudnie z narzeczonym. Po powrocie wyciągnęła więc swoje stare pantofle, obejrzała je z każdej strony i, uznawszy, że jeszcze da się z nimi coś zrobić, wsiadła na rower i, nie opowiadając się nikomu poza Giną, bo wszyscy byli zajęci ciotką Melą, pojechała do szewca.

Wracała teraz, umiarkowanie zadowolona; szewc zrobił, co mógł, z grubsza ujdzie. Na szczęście Wiktor był zbyt porządny, żeby zerkać na jej nogi. Szkoda tylko, że nieśmiałość nie pozwalała mu także za długo patrzeć jej w oczy; Adela to uwielbiała. Jego były takie niebieskie, łagodne, czyste…

Kajetan Konarski! – wzdrygnęła się nagle, widząc go jadącego z przeciwka bryczką, ze starym stangretem na koźle (oni wciąż mają stangreta i pełno służby!). Niemcy zarekwirowali im samochody, więc trzeba się było znowu przesiąść do powozów – zakpiła w duchu Adelajda, zwalniając, tak by tamci zdążyli skręcić w podjazd, prowadzący do dworu, nim ona tam dotrze.

Tuż za skrętem jednak bryczka się zatrzymała, Kajetan zaś zeskoczył z niej i wrócił na drogę. Machnął ręką w powietrzu, a gdy Adela nie zareagowała, chwycił za rower i zmusił ją, by się zatrzymała.

– Na krzyżówce pełno Niemców – tłumaczy swe karygodne zachowanie.

– Cóż z tego! Wracam do domu o przyzwoitej porze, do godziny policyjnej daleko, to legalne.

– Sama pani tamtędy nie przejedzie! – zdecydowanie oświadczył mężczyzna.

Adelajda nie chce się z nim szarpać, zsiada więc z roweru i idzie obok, pozwalając, by Konarski go prowadził. Nic do siebie nie mówią: ona ostentacyjnie zagniewana, on tak samo stanowczy. Na twarzy, która już ze trzy dni nie widziała brzytwy, drgają mu nerwowo mięśnie, co Adela dostrzega kątem oka. Widzi też jego wypchane na kolanach spodnie i byle jak zawinięte do łokci rękawy flanelowej koszuli. To wprawdzie zwyczajny dzień roboczy, lecz panicz z dworu powinien dbać o takie rzeczy.

Rzeczywiście, na rozdrożu przy spalonej karczmie Goldberga stoją dwa samochody ciężarowe i pełno zakutanych żołnierzy w hełmach. Wśród nich jest także Handke. Kajetan już wcześniej, widząc, jak tamci zatrzymują i sprawdzają chłopską furmankę, przeszedł na stronę Adeli i, obejmując ją ramieniem, rzuca szeptem:

– Proszę się uśmiechać i mówić coś do mnie!

Ona uśmiecha się więc na zawołanie, patrząc na jego nieogoloną gębę, choć wiele ją to kosztuje. Plecie też coś trzy po trzy, sama nie wie co. Handke zna jedno i drugie, z kamienną twarzą macha więc ręką, gdy zbliżają się do posterunku. Mimo to Adeli żołądek podchodzi do gardła, gdy przechodzą koło tamtych, taka z nich bije zawziętość i nieprzejednanie. Gdy jednak mijają żołnierzy, słyszą za plecami ich szwargot i wybuchy śmiechu. Adelajda nie chce się domyślać, co tamci na ich temat gadają.

– Głupie Szwaby – odzywa się Kajetan, gdy są już w bezpiecznej odległości – myślą, że egzekutor z Armii Krajowej za dnia przyjdzie sprzątnąć kolaboranta. I to drogą!

– Kolaboranta?

– Mamy tu takiego w Konarach. Pani nie wie?

– Nie wiem.

– Bo wy tam w tej dolinie niewiele wiecie, ani gdzie, ani kogo, ani za co.

– Za co? – ze złością rzuca Konarskiemu w twarz, zdejmując z pleców jego ramię.

– Za Czerwińsk.

– Domyślam się – kłamie natychmiast, po czym dodaje z udawaną grzecznością: – A, byłabym zapomniała podziękować, że raczył pan zabrać z kopca to, co pan w nim nieodpowiedzialnie zostawił.

– Braciszek pod opieką rodzinki? – rewanżuje się w podobnym tonie Kajetan. – To radzę mieć na niego oko, bo jeszcze głupi i w gorącej wodzie kąpany. Powinienem teraz pocałować panią, tak na pokaz, sądzę jednak, że mogłoby się to dla mnie źle skończyć, więc już bez pocałunku… Żegnam panią.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?