Spóźnione powrotyTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Grażyna Jeromin-Gałuszka, 2019

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

© Ildiko Neer/Trevillion Images;

Caras Ionut/Trevillion Images

Ilustracje w książce

Canicula/Shutterstock.com;

La puma/Shutterstock.com;

andrey oleynik/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8169-835-1

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Bohaterowie trzeciego tomu sagi Dwieście wiosen


Folwark w latach wojny

Maksymilian Odolański – nestor rodu

Klementyna, Emilia, Mela – córki Maksymiliana

Adelajda – córka Klementyny

Marcel – syn Klementyny

Georgina – córka Meli

Krzyś – syn Georginy, wnuk Meli

Wacława – kucharka


Młyn w latach wojny

Julian Bohdanowicz – nestor

Klemens – syn Juliana, właściciel młyna

Agata – żona Klemensa

Aldona – córka Klemensa i Agaty

Zula, Natka – bliźniaczki, córki Klemensa i Agaty


Dwór w Konarach w latach wojny

Konstanty Konarski – nestor

Franciszka – żona Konstantego

Jerzy – syn Konstantego i Franciszki, właściciel Konar

Izabela – żona Jerzego

Ludwika – siostra Jerzego

Kajetan – syn Jerzego i Izabeli


Oprócz tego

Olek Fiszer – dziennikarz, przyjaciel Meli Odolańskiej

Ewka, Felcia – pomocnice w sierocińcu Emilii Odo­lańskiej

Handke – dowódca niemieckiego oddziału stacjonującego w okolicy

Hans – nadzorca we młynie

Leila, Abigail – córki Tewela Goldberga

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Osiem milionów koni poległo na tej okrutnej wojnie, zwanej wtedy Wielką, a także czternaście milionów ludzi, licząc straty wśród ludności cywilnej. Ilu doznało trwałego uszczerbku na zdrowiu, próżno się zastanawiać, bo to już nie tak prosty rachunek. Przeżyli – to najważniejsze, choć dla wielu może byłoby lepiej, gdyby pozostali na polach bitewnych ze swoimi końmi, w podszytych strachem mundurach i zbutwiałych onucach; na nie swojej wojnie.

Może lepiej byłoby, gdyby Ksawery Karłowicz jesienią tysiąc dziewięćset osiemnastego roku wykrwawił się w przydrożnym rowie, nie doczekawszy ratunku. Nie doczekawszy anioła w osobie Niny Jezierskiej, wracającej od sióstr zakonnych do swego podupadłego majątku na odludziu, co nieszczęsna przypłaciła swoim życiem, a wcześniej także życiem ukochanego męża.

Wręcz na ironię zakrawa fakt, że to właśnie jej, jakkolwiek by na to patrzeć, tajemnicza śmierć uwolniła Karłowicza od stryczka. Dwa zdania: „To ja go zabiłam. Niech mi Bóg wybaczy”, które wówczas odczytano jako przyznanie się kobiety do zamordowania męża, sprawiły, że oskarżony wprost z procesu wyszedł na wolność i w towarzystwie kochającej żony, Klementyny, wrócił do Osady, gdzie odtąd mieli wieść szczęśliwe życie.

To Klementyna na krótko przed procesem zasiała ziarno wątpliwości w głowie komisarza Edmunda Turczyna, prowadzącego śledztwo w sprawie śmierci męża Niny Jezierskiej. Powtarzała uparcie, z wielkim przekonaniem, że czyjeś słowa nie mogą decydować o czymś tak ważnym, jak ludzkie życie, bo jej mąż jest niewinny, a wtedy Turczyn, dla świętego spokoju, pojechał do majątku Jezierskich i przy ciele Niny znalazł owo przyznanie się do winy.

Półtora roku później ta sama Klementyna po raz drugi zjawiła się u komisarza, mówiąc z takim samym przekonaniem: „Mój mąż jest winny”. Na dowód tego położyła przed Turczynem na biurku cieniutki jak mgiełka, niebieski szal, który w swej naiwności wzięła za podarunek od męża. W rzeczywistości – jak szybko odgadła – była to pamiątka, którą zabrał ze sobą jej mąż, Ksawery, opuszczając majątek Jezierskich zimą dwudziestego roku. Jedyna rzecz, mająca mu odtąd przypominać kobietę, którą prawdziwie kochał – Ninę Jezierską.

– Szlag jasny mnie zaraz trafi, pani Karłowiczowa! – rzucił Klementynie w twarz Edmund Turczyn w odpowiedzi na jej zadane ot, tak sobie, jakby znienacka, pytanie, kto w takim razie jest winien śmierci Niny. – A więc jednak słowa.

– Słowa?

– Słowa!

– No tak – przyznała, zakładając kosmyk włosów za ucho. – Co więc teraz można zrobić?

– Bez owijania w bawełnę powiem, że nic. Pani mąż został uniewinniony.

– Jednak w obliczu nowych dowodów…

– Słów! – przerwał jej brutalnie. – Pani słów i niczego więcej.

Klementyna Karłowiczowa wstała bardzo powoli. Weszła tu pewna siebie, silna, choć złamana straszną prawdą. Miała wyjść ot tak, bez niczego?

– Ja jednak muszę coś zrobić – powiedziała, na nowo odzyskując siły. – Nie mogę przecież żyć z mordercą.

Cóż do tego wszystkiego mają konie? Niewiele ponad to, że gdyby nie one, ta historia potoczyłaby się całkiem inaczej.

Część pierwsza


1.

Wiosna 1944

Mimo osiemdziesięciu dwóch lat Maksymilian Odolański nie czuje starości. Nie na tyle, by myśleć o śmierci, która w tym wieku w każdej chwili może się upomnieć o swoje. Przyjdzie, zajrzy w oczy – i co zrobisz? Nic. Nic też jednak nie robi, by się z nią oswoić. Nie czeka, nie wygląda kościstej staruchy, czy się nie skrada po niego w opłotkach. Żyje. Ma jeszcze co robić, wciąż jest czymś zajęty; zdrowia i formy niejeden pięćdziesięciolatek może mu pozazdrościć. Tamta też nie próżnuje, bo wojna to prawdziwe żniwo dla tej pani. Może tak zajęta, że zapomniała o niektórych, machnęła ręką. Cóż jej tam jakiś staruch, taki czy inny… Młodzi mężczyźni, chłopcy padający na bitewnych polach, to dopiero wyzwanie! To dopiero plon! Satysfakcja.

Jaką naiwnością było myśleć, że po tamtej wojnie drugiej takiej już nie będzie, to dopiero teraz widać. Wtedy Maksymilian nazywał to wiarą… Teraz niczego już nie nazywa. Wstaje, ubiera się i z uśmiechem idzie do kuchni, gdzie Wacława od świtu parzy zawsze cudem gdzieś zdobytą kawę, mamrocząc bez żadnego opamiętania, że najwyższa pora wstawać i brać się do roboty, bo nie wiadomo, ile się jeszcze pożyje.

– Kawa? Prawdziwa kawa? – pyta za każdym razem jej pracodawca, pochylając się nad maszynką i wdychając cudowny aromat. – Nie zbożowa?

– A kim ja jestem, żeby takim świństwem poić pana Odolańskiego? – oburza się kucharka.

– Była już Wacława kobietą wyzwoloną – spróbował za którymś razem udzielić jakiejś odpowiedzi na to wskroś retoryczne pytanie – potem anarchistką… Teraz może wreszcie jest sobą.

– Nie! – zaprzeczyła zdecydowanie. – Teraz jestem szmuglerką.

– Kim?

– Sobą może jeszcze kiedyś będę. Zapomniał pan – dodała po chwili, w zamyśleniu spoglądając w kuchenne okno – że byłam również kobietą zakochaną.

Nie było tajemnicą, że wiele lat temu kucharka, kobieta już podówczas dojrzała, straciła głowę dla wędrownego artysty malarza, co zaowocowało mało artystycznym, lecz nad wyraz sugestywnym aktem, na widok którego ówczesny narzeczony Wacławy, stangret Antoni, oświadczył, że on się z kobietą lekkich obyczajów żenić nie zamierza.

Nie jest też żadną tajemnicą, że ta dziś już prawie sześćdziesięcioletnia kobieta skrupulatnie składa do koszyka nadwyżkę jajek z całego tygodnia, a potem idzie z nimi do powiatu (szesnaście kilometrów w jedną stronę) i nie wraca bez paczki kawy, a czasem nawet i cukru. Niestraszne jej są posterunki niemieckie, które mija śmiało, z podniesioną głową. Mało tego: zatrzymuje po drodze niemieckie auta, osobowe bądź ciężarówki, i pakując się z tymi jajkami do szoferki, prosi o podwiezienie. Nierzadko trafia jej się podwózka już od rozdroża przy dawnej karczmie do samego miasta, toteż wyjdzie z rana, a na południe jest z powrotem. Zawsze na tę podróż wkłada najgorsze łachy, połatany kaftan i obszerne spódnice, a gdy Niemcy ją wypytują, czy pod tymi spódnicami czasem czego w tę i nazad nie szmugluje, udaje głupią.

– Bez kawy za mojej bytności jeszcze się tu dzień nie zaczął i nie zacznie – oświadczyła kiedyś, gdy ją po powrocie Klementyna łajała, że dla paru aromatycznych ziaren niepotrzebnie ryzykuje życie. – Wojna czy nie wojna!

Z tego samego założenia wychodził Maksymilian Odolański, czekając, aż wszyscy zbiorą się w kuchni.

– Razem zaczynamy dzień – przypominał, gdy ktoś z domowników próbował się z tej zasady wyłamać – i razem go kończymy.

 

Wojna czy nie wojna, Maksymilian ma taki zwyczaj, że gdy dzień się kończy, wychodzi z folwarcznego dziedzińca, idzie do rzeki, do młyna, a potem wraca i kieruje się na południe, gdzie szeroka droga, dzieląca na pół Osadę, zaczyna się wić trochę wyżej między polami, tam już nieco węższa. Mijając kolejne podwórza, liczy w myślach, kto jeszcze tu jest, a na kogo trzeba czekać; tu prawie wszyscy są jak rodzina. Jeśli nawet nie w ścisłym znaczeniu tego słowa, to przynajmniej w jakiejś zrozumiałej dla każdego metaforze. Liczy w zasadzie tylko rodzaj żeński, bo poza nim samym i kilkoma wyrostkami rodzaju męskiego już tu nie ma.

We młynie mieszka stary Julian, Agata i jej córki: dwudziestoczteroletnia Aldona oraz piętnastoletnie bliźniaczki, Zula i Natka, dwie łobuziary, jakich świat nie widział. W dwudziestym trzecim Agata urodziła pięknego chłopca, który jednak nie dożył roku. Matka bardzo przeżyła śmierć złotego aniołka, jednak – jak jej powtarzano na każdym kroku – miała jeszcze dwóch złotych chłopców, Piotra i Pawła. Ci jednak w trzydziestym dziewiątym, podobnie jak dziewiętnaście lat wcześniej ich wujkowie, Szymon i Arkady, wyruszyli na wojnę. Wybrali się po śmierć, tacy piękni i całe życie było przed nimi; jeden po SGGW, miał plany uruchomienia gospodarstwa rybnego, drugi nie wychodził z młyna, obaj rozglądali się za żonami, bo już przyszła na to pora. Ojciec wyszedł za nimi na drogę z butelką wódki i trzema szklankami, by wypić z synami za ich szczęśliwy powrót. Matka, w domu siedząca z uchem przyciśniętym do radia na kryształ, skąd płynął komunikat o wybuchu wojny, nie zdołała zapobiec fatalnemu toastowi.

– Za drzewa, tato… – rzucili jednym głosem.

– Nie! – krzyknęła, wybiegając na drogę, lecz synowie jej nie słyszeli.

– …z których zrobią nasze trumny! Oby rosły jak najdłużej! – dokończyli toast, taki sam, z jakim w dwudziestym roku ich wujowie wyruszyli bronić Warszawy.

Nie dała sobie wytłumaczyć, że toast, taki czy inny, nie miał tu nic do rzeczy, gdy tydzień później przyszła wiadomość, że obaj nie żyją. Ani znaleźć pocieszenia w tym, że ma jeszcze trzy córki.

– Nie mów mi o córkach – rzuciła mężowi w twarz ta cicha dotąd i łagodna kobieta – gdy straciłam synów. Nic nie zrobisz?! Nigdzie nie pójdziesz?!

– Gdzie mam iść? – spytał bezradnie Klemens. – Przecież wiesz, że zaraz złamię nogę albo kark, jak tylko wyjdę z doliny…

– Bo jesteś tchórzem! – Nie dała mu dokończyć. – Takim samym jak ten chory sukinsyn – mówiła Agata, dla której „psiakość” było dotąd wielkim przekleństwem – który rozpętał tę wojnę. I jak ci tchórze, którzy chorego nie potrafią przed tym powstrzymać! Siedzą w swoich gabinetach, przy biurkach z lakierowanego drewna i zza nich wysyłają naszych synów, braci i mężów na wojny. Idź i spytaj ich, dlaczego sami nie staną na czele swoich armii, tylko zabierają nam synów.

– Pójdę – powiedział Klemens i ruszył ku rzece.

– Nie w tę stronę! – krzyknęła za nim.

– W tę – odparł. – Pójdę na skróty.

Poszedł i do tej pory go nie ma.

Jeszcze przed wieczorem tego samego dnia cała Osada zaczęła go szukać za rzeką. Bez pośpiechu, bez paniki, bo każdy wiedział, że przypadłość Klemensa Bohdanowicza, polegająca na tym, że zawsze po opuszczeniu doliny ulegał jakiemuś wypadkowi, nie pozwoliła mu daleko odejść. Widać jednak nie tym razem.

– A więc zostałam sama – powiedziała Agata, gdy po wielu dniach dotarło do niej, że mąż, po raz pierwszy od dnia ich ślubu, czyli od jakiegoś ćwierćwiecza, opuścił dolinę. – Nie wiem, co tu teraz począć z tym wszystkim. Z młynem, tartakiem…

Do Aldony, która zdążyła zaliczyć średni kurs w Wyższej Szkole Muzycznej imienia Fryderyka Chopina w klasie fortepianu, bardzo szybko dotarło, że na razie musi o kontynuowaniu nauki zapomnieć, mimo że po wybuchu wojny uczelnia nie zamknęła działalności. Jeszcze szybciej dotarło do niej, że matka po utracie synów straciła gdzieś serce do córek, trzeba więc było zrobić wszystko, by dziesięcioletnie wówczas bliźniaczki tego nie odczuły. Aldona Bohdanowiczówna, obdarzona słuchem absolutnym, której profesor Żurawlew wróżył wielką karierę pianistki, a także nieprzeciętną urodą, w jednej chwili musiała zapomnieć o powrocie do Warszawy, gdzie w alei Szucha wynajmowała mały pokoik u staruszki, zakochanej w Chopinie i pozwalającej swej lokatorce korzystać z bardzo starego, lecz cudownie brzmiącego pianina; musiała też zapomnieć o Wincencie, romantycznym skrzypku z filharmonii, a przede wszystkim o karierze. Zakasała rękawy i poszła do młyna. Od dziecka kręciła się tam koło ojca, wiedziała więc, co i jak, a czego nie wiedziała, to się nauczyła. Niemcy wnet położyli łapę na młynie, zarządzili, że ma się z każdego ziarna przed nimi rozliczać, toteż szybko pożałowała swojej decyzji, było już jednak za późno.

Problem z tartakiem sam się rozwiązał, gdy bliźniaczki, Zula i Natka, puściły go pewnej zimowej nocy z dymem, rozpaliwszy ze zrzynków i niepotrzebnych desek ognisko dla zmarzniętych zajęcy.

– No to choć tyle – powiedziała z westchnieniem Agata. – Przynajmniej o tym jednym nie trzeba już myśleć.

Prawda jest taka, że od września trzydziestego dziewiątego o niczym innym nie myśli, jak tylko o zmarłych synach i zaginionym mężu. Aldona natomiast, tak przed wojną, jak i teraz adorowana przez zastępy kawalerów, oddała serce aptekarzowi z miasteczka, żonatemu mężczyźnie po czterdziestce, samotnie wychowującemu dorastające córki. Młynarzówna nie ma zatem najlepszej opinii w okolicy, co jest jej obojętne do tego stopnia, że nawet nie próbuje się bronić przed złymi językami, przypominając chociażby tym, którzy nie pamiętają, że żona aptekarza opuściła męża dawno temu, bo coś jej się w nim nie podobało. Co, tego dokładnie nikt nie wie. Aldonie w Janku wszystko się podoba, często więc go odwiedza (on ją z powodu Agaty rzadziej), śpi z nim i udziela kobiecych rad jego dorastającym, bardzo miłym skądinąd, córkom.

Na podwórzu sierocińca, który podczas przedwieczornej przechadzki mija Maksymilian, o tej porze już tylko starsze dzieci kręcą się po obejściu, pomagając Ewce i Emilce przy obrządku. Felcia, najstarsza z rodzeństwa, dla którego właściwie ten dom dla sierot z dawnych czworaków stworzono, może wykonywać tylko drobne prace w domu, odkąd dostała kolbą karabinu po plecach, gdy próbowała ukryć za sobą trójkę sierot, maluchów jasnowłosych i niebieskookich, gdy jeden z Niemców zaczął im się z wielkim zainteresowaniem przyglądać. Zgięta wpół, krząta się teraz po domu, gdzie też zawsze jest co do roboty. Jej bracia i siostry wyszli na ludzi, mają swoje rodziny, jednym żyje się lepiej, innym gorzej, ale jakoś to ciągną. Ona, zostając w sierocińcu, zrezygnowała z życia osobistego, bo tylko tak mogła się odpłacić pannie Odolańskiej za jej poświęcenie.

Panna Odolańska, teraz kobieta pięćdziesięcioczteroletnia, nie ustaje w wysiłkach, żeby skrzywdzonym przez los, opuszczonym dzieciom stworzyć namiastkę domu, którego żadnej małej istocie nie powinno zabraknąć. Do wojny jakoś to było. Kawałek pola, dwie krowy i pełne podwórko drobiu nie pozwalały zaznać biedy. Z młyna była mąka, z folwarku czy z okolicznych dworów zawsze wpadał jakiś grosz na uzupełnianie garderoby, bielizny pościelowej czy drobnych sprzętów. Gustaw uczył młodsze dzieci pisać i czytać, starsze przygotowywał do nauki w gimnazjach czy szkołach zawodowych i dotąd im powtarzał, że nie muszą dzielić losu wiejskiej biedoty czy też miejskiego, wykorzystywanego przez kapitalistów proletariatu, aż zaczynały w to wierzyć. Trzy posiłki dziennie, miłość, opieka i poczucie bezpieczeństwa sprawiają, że dziecko uwierzy we wszystko. Kilkorgu z nich udało się wyjść poza pewien poziom przypisanej jak gdyby od urodzenia przeciętności, kilkoro nawet się o tę granicę nie otarło, reszta jakoś żyje. Dla dorastających, opuszczających sierociniec dziewcząt jedyną alternatywą było najczęściej wyjście za mąż za syna biednego gospodarza, bo bogatszy się za taką nie obejrzał (chyba że niezobowiązująco) lub wyjazd do większego miasta i praca w fabryce. Chłopcy, jeśli nie znaleźli zajęcia na roli, również lądowali w mieście, a tam, bez dotychczasowego wsparcia, i z pracą, i z życiem bywało różnie.

Gustaw Drozdowski, biedny wiejski nauczyciel, który wraz z Emilią poświęcił pół życia, by przynajmniej dzieciństwo te sieroty miały jakie takie, został zimą czterdziestego trzeciego aresztowany za związki z komunistami i wywieziony do Oświęcimia.

Na szczęście do Osady wróciła Ewka, prawa ręka Emilii z pierwszych lat działalności sierocińca. Po piętnastu latach małżeństwa z pomocnikiem kowala, moczymordą i łotrem, nie doczekawszy się potomstwa, postanowiła zostawić męża, dowiedziawszy się, że ten doniósł na własnego ojca i pokazał Niemcom miejsce w olszynach, gdzie tamten hodował niezgłoszone prosięta. Przyprowadziła ze sobą syna sąsiadów, takich samych moczymordów jak jej ślubny, jedenastoletniego wyrostka, którego rodzice lali, ile wlezie, i nie wpuszczali na noc do chałupy, nawet zimą.

– Łobuz z niego i złodziej – oświadczyła, przedstawiając chłopaka Emilii – ale to jeszcze nie powód, żeby miał spać w kurniku w takie mrozy. Tu na każdom łyżkę zupy zarobi, bo tak to robotny. Jerzyk na niego wołajom.

– Jak robotny, to dobrze – ucieszyła się umiarkowanie panna Odolańska, bo to jeszcze jedna gęba do wykarmienia, a kolejny dzień niepewny.

– Aaaa… i bluźni okropnie – przypomniała sobie Ewka i zerknęła niepewnie na swą pracodawczynię, lecz ta tylko machnęła ręką, więc nie było już potrzeby informować jej, że chłopak nie wymawia „er”, bo cóż to miało za znaczenie w tak niepewnym czasie.

Jerzyk popłakał się, gdy Felcia naszykowała mu łóżko w pokoju dla starszych dzieci.

– O kulwa – wykrztusił przez łzy, chowając zarośnięte brudem ręce w rękawy – jak tu sie w takim łóżku położyć.

Felcia pokazała mu łazienkę, gdzie Ewka, nie czekając na polecenie, grzała już wodę i lała do cynkowanych wanienek, ustawionych w dwóch rzędach, przesłoniętych parawanem: osobno dla chłopców i dla dziewczynek.

Jerzyk nazajutrz poszedł w olszyny i naniósł stamtąd pełno gałęzi. Cienkie połamał na kolanie, żeby były na rozpałkę, grubsze, do grzania wody, porąbał na pieńku, tak mu się ta kąpiel w ciepłej wodzie spodobała. Ewka natomiast wzięła na siebie dojenie krów i wszystkie grubsze roboty.

– Może teraz jakoś to wszystko przetrwamy, tato – powiedziała wtedy z wielką ulgą Emilia do Maksymiliana.

Przetrwać usiłowano też jakoś u Porębskich. Bracia, Tymon i Maurycy, w dwudziestym piątym pożenili się ze ślicznymi sołtysównymi, Helusią i Anusią, byłymi narzeczonymi młodych Bohdanowiczów, złotych chłopców poległych w wojnie z bolszewikami. Dokupili trochę folwarcznej ziemi i rozebrali dawną owczarnię na fundamenty pod nowe domy na dwóch oddzielnych gospodarstwach. Helusia Maurycowa, której serce tak po prawdzie bardziej rwało się do Tymona i nie ukrywała przed siostrą, że ma do niej o zawłaszczenie go wielkie pretensje, urodziła dwie córki i dwóch synów (na szczęście synowie byli młodsi, jeszcze za młodzi na wojnę), Anusia też cztery razy rodziła, lecz każde dziecko przychodziło na świat martwe.

Tymon i Maurycy są teraz na przymusowych robotach w Niemczech, zgarnięci w łapance z targowego placu w Radomiu, gdzie sprzedawali z furmanki jabłka wyhodowane na skraju doliny – małe, lecz niezwykle soczyste i słodkie.

Siostry odrzuciły zżerającą je od lat zazdrość (Helusia zazdrościła Anusi męża, a Anusia Helusi dzieci), zwarły siły i próbują, jak inni, doczekać końca wojny.

A na folwarku, jak to na folwarku. Dzień za dniem się toczy, noc za nocą…

Klementyna Karłowiczowa nie może złapać tchu od powrotu z pola, gdzie od południa sadzili cudem ocalone ziemniaki. Z motyką, jak w dziewiętnastym wieku, bo sadzarka, którą ojciec kupił po tamtej wojnie, bez traktora nic niewarta, a traktor na wodę nie pojedzie. Dobrze jeszcze, że jedyny koń, jaki im został, stara, chuda szkapina o imieniu Sławka, dał radę zaorać pole. Chyba ostatkiem sił, bo od tamtej pory stoi w stajni ze zwieszonym łbem i czeka swego końca; Klementyna nie miała już sumienia zaprzęgać biedaczki do pługa, choć za pługiem sadziłoby się lżej i szybciej.

– Nie ma tego złego – próbuje się pocieszać, widząc ojca wychodzącego na taras. – Spod motyki najlepszy urodzaj.

– Dobrze, żeś nie wzięła Sławki w pole – chwali córkę Maksymilian – niech sobie teraz trochę odpocznie, ale ty ledwo żyjesz.

– Bo jestem stara – burczy Klementyna. – Niech tatko spojrzy na swoje wnuczki albo na Aldonę czy Ewkę… Po nich nie widać roboty.

 

Rzeczywiście, w głębi podwórza Ewka, prawa ręka Emilki, a także Adelajda, Georgina i Aldona poją krowy przy studni, noszą na widłach słomę do wyścielania w oborze i jeszcze mają siłę się śmiać. Niech się śmieją. Lepszy śmiech niż strach.

– Czterdzieści dziewięć lat to jeszcze nie starość – mówi Maksymilian, zerkając na córkę. – A Sławce, oprócz melancholii, nic nie jest.

– To zwierzęta mają melancholię?

– Dlaczego miałyby jej nie mieć? Odkąd Szkopy wyprowadziły jej córki ze stajni, to inny koń.

– Dobrze, że zostawili nam ziemniaki – Klementyna na to – bo nie byłoby co sadzić. Mało brakowało.

Rzeczywiście, nad Osadą zawisło widmo głodu, gdy po opróżnieniu kopców sierocińca Niemcy zajechali ciężarówką na dziedziniec folwarku po więcej. Emilka, nie patrząc na nic, biegła z płaczem za autem, błagając, żeby choć trochę zostawili, bo dzieci nie przeżyją lata. Lufa karabinu, wycelowana w jej pierś, uświadomiła zaraz pannie Odolańskiej, że bez jej opieki mają na to jeszcze mniejsze szanse, skuliła się więc i bezradnie położyła głowę na ramieniu ojca. Jej młodsza siostra nie miała jednak zamiaru stać i patrzeć. Gdy Niemcy z odkrytego kopca zaczęli gablami nabierać ziemniaki do worków, które wrzucali potem na ciężarówkę, chwyciła spod obory cynkowane wiadro, poszła z nim na południowy skraj folwarku i zaczęła zbierać poniewierające się tam kamienie. Nakładła do wiadra tyle, ile udało jej się udźwignąć, wysypywała pod wozownią i szła po następne. Wtedy osobowym autem zajechał na folwark oberlejtnant Handke, znany z niezwykłej skrupulatności w egzekwowaniu kontyngentów od mieszkańców wsi i dworów, a także wielkiej słabości do Aldony i niechęci do dzieci. Rozejrzał się dookoła i widząc Klementynę, sypiącą kolejne wiadro kamieni na stos, zapytał, co robi.

– Zbieram kamienie, jak widać – odparła, odgarniając nadgarstkami mokre od potu włosy z czoła – żeby je wsadzić w pole zamiast kartofli.

– Z kamieni kartofle nie wyrosną – stwierdził.

– A jednak – Klementyna na to. – Cudem nie pomarliśmy tu jeszcze wszyscy z głodu, może więc ten cud będzie trwał dalej i kamienie urodzą ziemniaki, warto spróbować, cóż nam innego pozostaje.

Handke długo świdrował wzrokiem drobną sylwetkę kobiety, stojącej nad stosem kamieni, po czym obejrzał się na jej ojca wspartego na lasce, lecz trzymającego się prosto, a także na skuloną siostrę, potem znowu popatrzył na Klementynę i dopiero wtedy krzyknął na podwładnych, że mają już przestać, wystarczy.

– Dość! – wrzasnął, gdy tamci jeszcze próbowali załadować parę worków, po czym wsiadł do auta i, oglądając się parę razy, czy Aldona nie kręci się gdzieś koło młyna, odjechał.

– Może i wystarczy – powiedziała kilka minut później Klementyna, zaglądając do odkrytego kopca. – Pod warunkiem że jesienią znowu nie podwyższą kontyngentu, ale to wtedy będziemy się martwić. Do jesieni trzeba jakoś przeżyć, tak czy inaczej.

Już się nie opłacało zakrywać tego kopca. Złapała nóż i zaczęła kroić sadzeniaki na pół, a niektóre większe i na trzy, pilnując tylko, żeby w każdej części było mocne oczko. Nie było wyjścia; trzeba tyle wsadzić, żeby starczyło i dla sierot Emilki, i do młyna.

Widząc strapioną twarz ojca, Klementyna ściska jego rękę i pociesza:

– Będzie dobrze, tato. Przemów tylko swojemu wnukowi do rozumu.

– Marcysiowi? Cóż od niego chcesz, to takie dobre dziecko.

– Siedemnastoletni chłopak, tato, wyrośnięty i zdrowy!

– Ma to po mnie – cieszy się Maksymilian, po czym karci wzrokiem córkę. – Dalej nie wiem, co od niego chcesz. Zaorał kawał pola pod kartofle i gdzieś sobie poszedł. Cóż mu się dziwisz – to mężczyzna…

– Dopiero tata mówił, że dziecko.

– Dziecko i mężczyzna, szuka towarzystwa, w Osadzie, za przeproszeniem, same baby.

– Szuka kłopotów! – gwałtownie przerywa mu Klementyna. – W towarzystwie partyzantów, dla ścis­łości. Dwa razy w tygodniu wydeptuje ścieżkę do lasu.

– A cóż tu za lasy na partyzantkę – bagatelizuje Maksymilian.

– Za Czerwińskiem trochę jest! On tam chodzi. Nasz to rzeczywiście, w porównaniu z tamtymi, zagajnik.

– Nie taki znowu zagajnik. Twój dziadek trochę tam posiedział.

– Tato, przecież nie o to chodzi! – złości się córka. – Dotąd siedział po nocach z Leilą nad książkami przyrodniczymi, a teraz nagle zaczęło go nosić. A ja się boję… Rozumie ojciec?

Maksymilian kiwa głową. Rzeczywiście, przecież to już mężczyzna, jedyny poza nim, można powiedzieć, w tej dolinie. Mijają cztery lata, odkąd jego ojca Sowieci wywieźli do Rosji, gdzie (jeśli wierzyć pogłoskom) wraz z tysiącami innych policjantów i oficerów skończył w katyńskich lasach; nic więc dziwnego, że Klementyna chce trzymać swego syna jak najdalej od lasu.

– Nie martw się. – Teraz to on próbuje pocieszyć córkę. – Wkrótce to wszystko się skończy i będzie jak dawniej.

– A jeśli nie?

***

Izabela Konarska może sobie pogratulować, że dzięki swej dalekowzroczności na długo przed wojną pozbyła się dwóch najbardziej oddalonych i najmniej rentownych folwarków. Nieudolność kolejnych fornali i rozbestwienie chłopów, którzy, widząc tę nieudolność, siłą zajmowali ziemię, zaorując coraz większe połacie, miały tu niebagatelne znaczenie. Głodny ziemi motłoch wiejski jeszcze przed ostatnią ustawą o reformie rolnej z dwudziestego piątego tak się rozpanoszył w swych żądaniach, a także kolejne posunięcia niepodległego państwa, by jakąś część owych oczekiwań spełnić, sprawiły, że pani na Konarach trzeźwo, choć z bólem serca, oceniła sytuację i pozbyła się i tak już mało intratnych majątków. Cóż, że za połowę wartości rynkowej, skoro dzięki temu mogła sobie pozwolić na pełną mechanizację pozostałego gospodarstwa i różne inne posunięcia. Jakie – to jej sprawa; poinformowała tylko o swych zamiarach teściów, Konstantego i Franciszkę, zapewniła nieszczęsną Ludwikę, że przy niej nie zginie, mężowi zaś powiedziała, że może się bawić dalej, jak dotąd się bawił. Bodajże tylko jakieś dwa lata po ślubie Jerzy Konarski zachowywał się, jak na męża przystało, po czym wrócił do swych kawalerskich upodobań, czyli do beztroskich hulanek, pijaństwa i łajdactw. Izabela, nie patrząc na jego szaleństwa, robiła to, co do niej należało: dbała o majątek i wychowanie syna, troszczyła się o spokój i komfort coraz starszych teściów, a nade wszystko o szwagierkę, żeby znowu nie narobiła jakichś głupstw.

Teraz więc może sobie pogratulować. Wojna jeszcze nie zajrzała im w oczy, niestraszne nawet śrubowane z roku na rok zobowiązania żywnościowe wobec Niemców, nawet jeszcze, zgodnie z ich własnym rozporządzeniem, sprzedaje im nadwyżki. Pola obsiane, obsadzone, spiżarnie i piwnice nadal pełne. Dzięki perfekcyjnej znajomości języka i niemieckim (ze strony matki) korzeniom, czego nie omieszkała w pewnych sytuacjach podkreślać, Izabela zyskała coś więcej niż inne dwory, a mianowicie względny spokój. Spokojnie więc czeka, aż to wszystko się skończy.

Są i pozytywne strony tej wojennej rzeczywistości: Jerzy wreszcie się ustatkował. Za to ich syna gdzieś nosi. Wybuch wojny zastał go w stolicy, dokąd już w połowie sierpnia przeniósł się do wynajmowanego apartamentu w oczekiwaniu na rozpoczęcie roku akademickiego. Studiował medycynę, czego nie dało mu się wyperswadować. Zgłosił się do wojska, a jakże, i jako żołnierz brał czynny udział w kampanii wrześniowej, na szczęście do szóstego października było po wszystkim. Sławomir Krynicki, brat Izabeli, odszukał siostrzeńca w jakimś szpitalu polowym pod Kockiem, nim chłopaka znaleźli tam Niemcy, i rannego przywiózł do Konar. Rana brzucha goiła się długo, ledwo jednak doszedł do siebie, znowu pojechał do Warszawy, by w jednym z tamtejszych szpitali, zajmujących się konspiracyjnym nauczaniem medyków, po cichu kontynuować studia, pomagając jednocześnie w opiece nad rannymi. O czym nie omieszkał informować matki przy każdej wizycie w domu, przysparzając Izabeli wiele bezsennych nocy. Na szczęście aresztowano tam sporą grupę lekarzy, a także trochę personelu pomocniczego, tak więc Kajetan, w strachu przed podobnym losem (ktoś w porę go ostrzegł, że jest na jednej z list), opuścił Warszawę i wreszcie siedzi w domu. Ogólnie rzecz ujmując, bo jeśli chodzi o szczegóły, to – przynajmniej ostatnio – ciągle go nie ma.

– Gdzie ty się znowu podziewałeś? – woła Izabela do Jerzego, słysząc go w przedpokoju. – Kucharka od godziny dopytuje się, na którą podać kolację, a ja nie mam co robić, tylko chodzić po domu i wszystkich zwoływać, żeby raczyli usiąść do stołu.

Jerzy, z papierosem w ustach i kotem na ramieniu, zagląda do jadalni, gdzie stół jest już gotowy do kolacji, nie ma tylko domowników.

– Jak to, gdzie się podziewałem? Tu i tam.

– Tu i tam – powtarza za nim z rezygnacją Izabela. – Zapłaciłeś babom za przebieranie sadzeniaków?

– Umówiłem także robotników na jutro. Dwóch na traktory, dwóch na sadzarki. Coś jeszcze?

– Jeszcze tylko posiłek i kolejny dzień minął – odpowiada mu z westchnieniem żona. – Wołaj rodziców, idź po siostrę, rozejrzyj się za synem…