Zwierciadło piekieł

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Było smaszno, a jaszmije smukwijne

Świdrokrętnie na zegwniku wężały…

Z uśmiechem wspomniał słowa „Dżabbersmoka”, nonsensownego zwierciadlanego wiersza z „Alicji Po Drugiej Stronie Lustra”, i to, jak w dzieciństwie bawiło go przykładanie książki do lustra i czytanie odwróconych słów.

Zawsze wyglądało to dla niego jak jakieś czary, kiedy tajemnicze znaki posłusznie odwracały się i za każdym razem ujawniały swój sekret.

Uniósł kawałek kartki, na którym napisał „Gałka-siostra-wiatru”. Może odwrócone coś to znaczyło: w końcu do tej pory wszystko, cokolwiek mu się przydarzyło, miało jakiś związek z tym przeklętym lustrem.

Ale ku jego stopniowo wzrastającemu zaskoczeniu słowa te wcale nie biegły w przeciwną stronę. W lustrze jego własne pismo głosiło nadal „Gałka-siostra-wiatru”, bez żadnych zmian.

Przeniósł wzrok na prawdziwy skrawek papieru. Jego ręka drżała. „Gałka-siostra-wiatru”, tak jak przedtem.

Napis nie chciał odwrócić się w lustrze. Martin zmiął kartkę, po czym rozprostował ją i uniósł ponownie. Żadnych zmian. Z jakiegoś zupełnie niewyobrażalnego powodu słowa, wyszeptane do niego wczesnym rankiem, całkowicie zaprzeczały wszelkim prawom optyki.

Stał tak przez dłuższą chwilę, przyglądając się swemu odbiciu. Nie wiedział, co ma robić. „Mój Boże – pomyślał – o co tu w ogóle chodzi?”

Krok po kroku wycofał się z pokoju, ani na moment nie spuszczając wzroku z lustra. Zamknął drzwi, przekręcając klucz w zamku i zabierając go ze sobą, po czym wrócił do sypialni i ubrał się.

Kiedy Martin dotarł do Reel Thing, Ramone jadł właśnie śniadanie. Jego oparte na ladzie robione na zamówienie adidasy w kolorach fioletu, bieli i naturalnego zamszu same wyglądały na eksponat. Ramone był śniady, rozczochrany, obdarzony kończynami, które zdawały się mieć większą niż zwykle liczbę stawów, i jedną z tych brzydkich, szerokonosych latynoskich twarzy, wzbudzających natychmiastową sympatię. Jego śniadanie składało się z ogromnego chiliburgera, nadzianego praktycznie wszystkim, i butelki cytrynowej wody mineralnej.

– Hej, Martin! – zawołał, wymachując jedną ze swych pajęczych rąk.

Martin podszedł bliżej i całym ciężarem oparł się o ladę niedaleko kasy.

– Allure, Ramone – przywitał go. „Allure” zamiast „cześć” było ich własnym powiedzonkiem od czasu, gdy pewnego wieczoru poszli razem do kina na przedmieściu, aby obejrzeć ambitny brazylijski film, w którym wszyscy mówili „allure”.

– Allure, Juanita.

– Allure, Gaspar.

– Ta ruda panienka była tu wczoraj po południu. Pytała o ciebie – poinformował go Ramone.

– Tak? – Określenie „ta ruda panienka” odnosiło się do studentki z jego wieczorowego kursu pisania dla telewizji, Normy, która uważała jego przeróbki „Drużyny A” za „przecudne” i koniecznie chciała zaciągnąć go do łóżka, aby „no wiesz, dokonać transfuzji talentu”.

Reel Thing nie był jedynie sklepem: to była świątynia. Zgromadzono tu wszystko, cokolwiek miało jakąś wartość dla maniaków kina. Lalki Shirley Temple w marynarskich ubrankach, kowbojskich kostiumach i tradycyjnych szkockich strojach. Dezintegratory, blastery i rakiety Bucka Rogersa. Składane noże i sześciostrzałowce Toma Mixa. A także pudło za pudłem podpisanych zdjęć reklamowych – Joan Crawford i Adolphe Menjou, Robert Redford i Dorothy Doll.

W całym sklepie unosiła się woń czterdziestoletnich programów kinowych, kurzu, starych strojów i dymu papierosowego z tysiąca dawno zapomnianych przyjęć. Mimo to każdy, kto interesował się filmem, mógł tu siedzieć godzinami, z szacunkiem dotykając sukien Garbo, białego stetsona Williama Boyda czy koszul z krótkim rękawem, należących niegdyś do Mickeya Rooneya. Same eksponaty były niczym. O ich wartości stanowiły wspomnienia, które przywoływały.

Martin wziął do ręki pożółkły numer „Silver Screen”, opatrzony kuszącym tytułem: „Czego trzeba, by stać się Dziewczyną Roku 1939”.

– Oglądałeś ten towar? – spytał Ramone, zgarniając palcami paprykę i kiszone ogórki.

Martin odłożył pismo na półkę.

– O tak, obejrzałem go dość dokładnie.

– Do niczego?

– To zależy, co masz na myśli, mówiąc „do niczego”.

Kocur Ramone’a, Lugosi, leżał na stosie „Screenlandu” z podkurczonymi łapkami i oczami zmrużonymi przed blaskiem słońca wpadającym przez okno. Martin podrapał go pod brodą, Lugosi jednak otworzył oczy i spojrzał na niego z irytacją, podkreślając swe rozdrażnienie sposobem, w jaki jeden spiczasty kieł niby przypadkiem wysunął się nad wargę. Lugosi był definitywnie kotem jednego pana.

– To najprawdziwszy dobytek Boofulsa – ciągnął Ramone z pełnymi ustami. – Widziałem papiery. M-G-M sprzedało go na licytacji razem z całą kupą rzeczy Shirley Temple.

– Kupiłem lustro – odpowiedział Martin. – Słuchaj, Ramone, czy mógłbyś urwać się na trochę? Potrzebuję kogoś, z kim mógłbym na ten temat pogadać.

Ramone otarł dłonie w papierową serwetkę, zwinął ją i cisnął precyzyjnie do kosza.

– I tak miałem jechać do Westwood. Kelly zajmie się sklepem. Kelly! Dónde esta usted?

Drobna dziewczyna w wielkich modnych okularach, z długim blond warkoczem zwieszającym się przez środek pleców, wyszła z zaplecza. Miała na sobie luźną białą koszulkę z napisem: „Ze wszystkich koszulek na całym świecie musiałam wybrać akurat tę”.

– Hasta luego, Kelly – rzucił Ramone, podnosząc kluczyki od samochodu. – Jadę do Westwood z tym oto Martinem-Tartinem, żeby obejrzeć ten towar.

– W porząsiu – odparła Kelly nosowym akcentem z Frisco i zajęła się przekładaniem programów.

Ramone zagwizdał na swego kota, który natychmiast zeskoczył na ziemię i podążył za nimi.

„Towar z Westwood” okazał się niewypałem: dwie zmięte i wyblakłe wieczorowe suknie, ponoć należące niegdyś do Marilyn Monroe. Ich właścicielka, nerwowa kobieta w średnim wieku, paliła papierosa za papierosem i przechadzała się tam i z powrotem.

– Są na nich plamy – oznajmiła wreszcie, jakby to właśnie stanowiło atut, mogący zadecydować o sprzedaży.

– Plamy? – spytał Ramone, podnosząc w górę jedną z sukien.

– Na miłość boską, no wie pan, plamy – warknęła kobieta. – Robert Kennedy.

Martin, który siedział z boku na tapczanie i przyglądał się przyjacielowi przy pracy, potrząsnął z niedowierzaniem głową. Nie był w stanie wyobrazić sobie czegoś bardziej niesmacznego od próby sprzedaży wieczorowych kreacji Marilyn Monroe z plamami Roberta Kennedy’ego.

Ramone odłożył obie suknie z powrotem na krzesło.

– Przykro mi, ale nic nie mogę za nie zaproponować. Nie ma żadnych dowodów, nic. A poza tym to różne rozmiary. Mogły należeć do dwóch różnych kobiet, z których żadna nie była Marilyn.

– Wątpi pan w moje słowo? – zapytała sztywno kobieta.

– Wcale tego nie powiedziałem. Wszystko, co mówię, to dzięki, ale nie, dzięki.

Przechadzali się plażą. Dość silna bryza wydymała ich ubrania. Lugosi podążał za nimi, utrzymując pewien dystans. Od czasu do czasu unosił głowę i węszył.

– Nie wiedziałem, że koty lubią morze – zauważył Martin.

– Och, Lugosi je uwielbia. Wszystkie te ryby i ptaki. Pewnie by sobie popływał, gdyby tylko udało mu się dostać odpowiedni dla niego kostium.

Ramone wyjął krótkie cygaro i zapalił je za pomocą zapalniczki ozdobionej napisem „Indiana Jones”, osłaniając płomyk dłonią.

– Co sądzisz o tej babce i jej sukniach Marilyn Monroe? Mocne, co?

– Gdyby były autentyczne, dałbym jej za nie po półtorej stówy – poinformował go Ramone.

– A skąd wiesz, że nie są?

Ramone potrząsnął głową.

– Trzeba mieć oko na takie rzeczy, oko i wyczucie. Marilyn nigdy w życiu nie włożyłaby na siebie czegoś takiego. Żydzi mówią na takie sukienki „szmata”. A poza tym, nie istnieje żadne zdjęcie Marilyn w takim stroju. Gdyby kiedykolwiek miała na sobie taką obcisłą suknię z głębokim dekoltem, to nie sądzisz, że ktoś pstryknąłby fotkę? Ostatecznie, najoględniej mówiąc, miała to i owo do pokazania.

Dostrzegłszy zdumione spojrzenie Martina, Ramone uśmiechnął się.

– To prawda! Pamiętam każde zdjęcie Marilyn Monroe, jakie kiedykolwiek powstało. I Jamesa Deana. I Jayne Mansfield. I to, w co wtedy byli ubrani.

– Chciałbym, żebyś spojrzał na tego chłopaka w lustrze. I powiedział mi, czy to naprawdę Boofuls.

Ramone wydmuchnął obłoczek dymu.

– Cała ta sprawa ostro mi śmierdzi.

– Nie musisz mi wierzyć, dopóki sam tego nie zobaczysz.

– Ależ wierzę ci. – Ramone szeroko rozłożył ramiona. – Czemu miałbym nie wierzyć? Pochodzę z bardzo przesądnej rodziny.

– Po prostu nie mam pojęcia, co robić – wyznał Martin. – No bo przypuśćmy, że to faktycznie on? I że istnieje jakiś sposób na to, by go stamtąd wydostać?

– Tak jak z piłką tenisową, co? No nie wiem. To cuchnąca sprawa. Ale cokolwiek by się stało, to gdyby ci się udało, gdybyś rzeczywiście go stamtąd wyciągnął, to jakbyś siedział na kopalni złota, nie? Jesteś w końcu facetem, który chce zrobić musical o Boofulsie. I co ci wpada w ręce? Autentyczny Boofuls. A co z całą tą historią o tym, jak został porąbany na kawałki? Będą raczej musieli o niej zapomnieć, kiedy stanie przed nimi cały i nietknięty?

– Raczej tak – zgodził się Martin lekko nieszczęśliwym głosem. – Tylko ten sposób, w jaki próbował złapać Emilia i wciągnąć go do lustra… no, trochę mnie to wystraszyło. Możliwe, że nic by się nie stało… no wiesz, może akurat to lustro ma jakieś niezwykłe właściwości, pozwalające przedmiotom na wniknięcie wewnątrz. Może Emilio mógłby pobawić się w tamtym świecie, po czym wyjść, kiedy by tylko zapragnął.

– Naprawdę uważasz, że to możliwe? – zapytał Ramone.

 

Martin potrząsnął głową.

– Jeżeli stałoby się z nim to samo co z piłką… cóż, może i zdołałby dostać się na drugą stronę lustra, lecz wcale nie jestem pewien, czy kiedykolwiek udałoby się nam go odzyskać.

Ramone odrzucił niedopałek i przez moment stał tak, z rękami w kieszeniach dżinsów, wpatrując się w ocean.

– Wiesz, przychodzę tu zawsze, kiedy wydaje mi się, że życie jest okropne, ludzie mali, zawistni i pełni goryczy, a ludzkie ambicje gówno warte.

Przerwał, spoglądając na szarą wodę połyskującą w słońcu.

– I wiesz co? Kiedy tak patrzę na całe te nieskończone przestrzenie wodne, na ten ogrom, to wcale mi to nie pomaga. Ani trochę. Morze jest wielkie, i co z tego? Wcale nie czyni to życia znośniejszym.

Wracali wzdłuż Bulwaru Zachodzącego Słońca w poobijanym camaro należącym do Ramone’a, z Lugosim rozpartym sztywno na tylnym siedzeniu. Zaśpiewali razem dwie lub trzy linijki „Gwiżdżącego chłopca”, po czym umilkli na dobre.

– A więc to właśnie ono – powiedział Martin, przekręcając klucz w zamku drzwi pokoju i gestem zapraszając Ramone’a do środka.

Ramone gwizdnął cicho i skrzypiąc adidasami, podszedł do lustra z Lugosim w ramionach. Ciało kota zwieszało się ku dołowi.

– Niezły kawał szkła. Rama też niekiepska. Kim jest ten palant pośrodku?

– Chyba Pan. Albo Bachus. Jeden z tych dawnych rzymskich bogów.

– To wykapany Charlton Heston, jeśli chcesz znać moje zdanie. Jak sądzisz, czy Charlton Heston kiedykolwiek pozował do lustrzanych ram? No wiesz, zanim jeszcze stał się sławny.

Ramone z pewnym wahaniem dotknął powierzchni zwierciadła, po czym cofnął się o krok.

– To naprawdę coś, wiesz? Ile za nie chciała?

– Pięć stów – skłamał Martin.

– No tak. Chyba cię orżnęła. Nie dałbym za nie więcej jak dwieście pięćdziesiąt, góra dwieście siedemdziesiąt pięć. Ale to spory kawałek szkła.

– To właśnie ta piłka – Martin wskazał biało-niebieską kulę na biurku. Ramone zerknął na nią, a następnie przeniósł wzrok na piłeczkę tenisową w lustrze.

– Tak, to naprawdę zasługuje na miano extrano. – Ramone uważnie obejrzał biało-niebieską piłkę i spytał: – Czy mogę ją ruszyć?

– Jasne, sam to robiłem. Ani trochę nie różni się od innych.

Ramone podrzucił piłkę w powietrze i ponownie złapał, z radością obserwując swe odbicie w lustrze.

– I co ty na to? – zawołał ze śmiechem. – Tu piłka, którą podrzucam, jest niebieska, a w lustrze odbija się coś zupełnie innego!

– Spróbuj rzucić w nie – zaproponował Martin i podszedł do parapetu po butelkę wina. – Dokładnie tak, w sam środek.

– Hej! – wykrzyknął naraz Ramone. – Właśnie coś mi wpadło do głowy. Jeżeli ta piłka tutaj nie jest tą samą, co w lustrze, to może ten facet, który wygląda jak ja… no, może nie jest mną, tylko zupełnie kimś innym? Podobnym do mnie, zgoda, ale nie mną.

Martin nalał im obu po kieliszku chardonnay.

– Czemu go nie spytasz? – zasugerował.

– Ha, ha, ha! – zaśmiał się Ramone, po czym zawołał do swego odbicia: – Hej, stary, czy jesteś mną, czy kimś, kto tylko udaje? Bo, bądźmy szczerzy, masz prawą rękę po lewej stronie, a lewą po prawej – a ja nie. Więc może ściągnij spodnie i zobaczmy, po której stronie tyłka jest u ciebie wytatuowana trupia czaszka i skrzyżowane piszczele, co?

– Nigdy mi nie mówiłeś, że masz na tyłku tatuaż.

Ramone wyglądał na zakłopotanego.

– Bo nie mam. Żartowałem tylko, w porządku? Ale powiedz jedno słowo, a…

– W każdym razie spróbuj rzucić piłką w lustro. Ale nie za mocno. Nie chcemy przecież go stłuc.

Biorąc potężny zamach, Ramone zapowiedział:

– Proszę państwa, a teraz przed państwem Rip Collins, szykujący się właśnie do podania stanowiącego ukoronowanie jego kariery!

– Tylko nie za mocno, dobra? – poprosił Martin.

Ramone rzucił i piłka uderzyła o szkło. Kot Lugosi natychmiast skoczył za nią, ku własnemu wizerunkowi. Biało-niebieska piłka odbiła się od szkła i odleciała na środek pokoju, ale ku przerażeniu Martina Lugosi zapadł się do połowy w powierzchnię lustra, jakby zanurkował w wodę.

Wyglądało to tak, jakby kot przeistoczył się w niezwykłe bezgłowe stworzenie z ogonami po obu stronach i dwiema parami tylnych nóg, które szarpiąc się i drapiąc, starały się uwolnić.

– Wyciągnij go stamtąd! – ryknął Ramone głosem pełnym przerażenia. – Martin, na miłość boską, wyciągnij go!

Martin rzucił się na podłogę i chwycił smukłe ciało Lugosiego. Przez futro czuł żebra kota, jego łomoczące serce. Tylne nogi wierzgnęły dziko, a pazury głęboko zadrapały całą wewnętrzną stronę jego przedramienia.

Ramone najlepiej jak umiał starał się unieruchomić łapy kota, podczas gdy Martin próbował go wydostać. Czuł jednak tę samą potężną siłę, z którą zetknął się w przypadku Emilia; to samo nieodparte ssanie.

– Martin! Pomóż mu! – wrzeszczał Ramone. – Kurwa mać, Martin, coś go tam wciąga!

Przyciąganie było zbyt silne, za bardzo gwałtowne. Stopniowo, cal po calu, ciało kota wysuwało się z rąk Martina, mimo że trzymał je tak mocno, iż w dłoniach pozostawały całe kępki jego sierści. Tułów, nogi i wreszcie drżące łapki – wszystko po kolei znikało. Odbicie kota także się zmniejszało – aż wreszcie nie zostało z niego nic, poza jedną ciemną włochatą gąsienicą wijącą się w powietrzu – czubkiem ogona.

A potem nie było już nawet tego. Lugosi zniknął, pozostawiając po sobie jasną, nienaruszoną powierzchnię zwierciadła.

Ramone był cały mokry.

– Gdybym sam tego nie widział… gdyby nie to, że stało się to na moich oczach… Madre mia!

Martin wstał. W lustrze widział swą twarz, poszarzałą, koloru gazety.

– Ramone, nie wiem, co powiedzieć. Nie miałem pojęcia, że coś takiego może się zdarzyć.

– Ale ono go wciągnęło! Wciągnęło do środka!

Ramone musnął lustrzaną taflę, jakby dotykał żelazka, żeby się upewnić, czy działa.

– Ramone – ostrzegł go Martin. – Na rany Chrystusa, człowieku, uważaj! A jeśli wciągnie i ciebie?

Strach Ramone powoli przeradzał się w żal i wściekłość.

– Słuchaj, to mój kot! Mój własny pieprzony kot! Mam go od sześciu lat! Nie po to go kochałem, karmiłem i opiekowałem się nim, żeby teraz zabrało mi go jakieś głupie lustro! Kretyńskie lustro!

Martin podszedł do niego i delikatnie ujął go za ramiona.

– Ramone, przykro mi. Gdybym wiedział, co się stanie…

– Czy ja twierdzę, że to twoja wina? – warknął Ramone. – Wcale cię za to nie winię! To nie ma nic wspólnego z tobą. Chcę tylko mojego kota z powrotem. Przeszedł na drugą stronę i gdzie jest?

– Ramone, nie mam najmniejszego pojęcia. Nie wiem, w jaki sposób zniknął ani dokąd się dostał.

Ramone wstał. W jego oczach błyszczało zdecydowanie.

– No, na pewno istnieje sposób, aby się dowiedzieć. Trzeba rozwalić to pieprzone lustro na kawałki!

– Nie! – krzyknął Martin. – Ramone, posłuchaj… w tym lustrze jest chłopiec. Z tego, co wiem, udało mu się w jakiś sposób przeżyć… rozumiesz, ukryć się w lustrze, czy coś takiego. Słuchaj, sam nic z tego nie pojmuję. Ale dopóki nie uda mi się tego zrozumieć, błagam, nie dotykaj go. Do cholery, nie wiesz, co może się stać, ilu ludzi może zginąć!

Ramone na moment przygryzł wargę, z wściekłością odstępując na trzy kroki i podchodząc z powrotem.

– To głupie pieprzenie! Idiotyczne pieprzenie, i sam o tym wiesz! Co cię obchodzi, ilu ludzi może zginąć? Chodzi o Lugosiego! To mój kot!

Martin nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Obaj wciąż jeszcze odczuwali wstrząs wywołany jeżącym włos na głowie zniknięciem kota – gdzie? w czym? To nie miało sensu. Żaden lustrzany kot nie wyskoczył do pokoju, aby zająć jego miejsce, tak jak biało-niebieska piłka Boofulsa pojawiła się zamiast piłeczki tenisowej Martina.

Dotąd zdawało mu się, że odkrył logikę wypadków: dany obiekt mógł przeniknąć w głąb lustra jedynie wtedy, gdy w zamian do prawdziwego świata wydostawało się coś stamtąd. A jednak Lugosi został wchłonięty przez lustro, zniknął bez śladu. I – sądząc ze sposobu, w jaki zwijało się jego ciało i biło serce – było to przeżycie przerażające i bardzo bolesne.

Ramone ponownie dotknął powierzchni zwierciadła – prędkim, nerwowym ruchem, błyskawicznie cofając dłoń.

– Wessało już piłkę, wessało też kota. Czy naprawdę sądzisz, że mogłoby wciągnąć również człowieka?

– Ramone – odpowiedział Martin – to eksperyment, o podjęciu którego nie chcę nawet myśleć.

– Cóż, może i tak, a może nie. Ale tam jest mój kot. To znaczy, w jakiś sposób jest tam w środku. I wszystko, czego chcę, to wydostać go.

– Zaczekaj. Mam pomysł. Może uda mi się namówić Boofulsa, żeby nam powiedział.

– Człowieku, Boofulsa? Boofuls nie żyje, Boofuls to hamburger.

– No, może i tak – odparł Martin, starając się, by jego głos nie zabrzmiał zbyt chłodno. – Ale jego dusza albo duch czy coś z tego, kim był, ciągle tam jest – wewnątrz lustra.

– Ach tak? A gdzie? Nie widzę tam żadnego Boofulsa. Jedyne, co tam dostrzegam, to ty, ja i jakaś głupia piłka, która tutaj jest niebieska, a tam szara, co zresztą niczego nie dowodzi, a przede wszystkim w niczym nie ułatwia mi odzyskania Lugosiego.

– Trochę cierpliwości! – krzyknął na niego Martin.

– Nie chcę być cierpliwy! – odparował Ramone. – Po pierwsze, wcale nie chciałem tu przychodzić!

– Więc zjeżdżaj! – wrzasnął Martin.

Ramone szarpnął drzwi. Przez chwilę zawahał się, potem jednak pochylił głowę, odwrócił się, rzucił przekleństwo i wyszedł. Martin stał na środku pokoju, nadal bez tchu, ciągle rozdygotany, i słuchał, jak jego przyjaciel zbiega po trzy i cztery stopnie.

Poszedł do łazienki i przez długi czas nachylał się nad umywalką, wsłuchując się w odgłosy dochodzące z własnego żołądka. Chociaż nie zwymiotował, miał wrażenie, jakby wnętrze jego ust i przełyk pokrywała warstwa zestalonego tłuszczu.

Pan Capelli przyszedł do jego mieszkania o szóstej wieczór. Martin z furią walił w maszynę, pracując nad odcinkiem „Tak kręci się świat”. Pan Capelli zastukał do drzwi pokoju, po czym wszedł do środka. Miał na sobie ciemny, trzyczęściowy, bardzo uroczysty garnitur i roztaczał wokół silny zapach wody lawendowej. Poprawił mankiety, odchrząknął i skinął głową w stronę lustra.

– Nie pozbyłeś się go? – zapytał.

Martin przerwał pisanie i odwrócił się na swym kręconym krześle.

– Przykro mi. Ktoś po nie przyjedzie zaraz jutro rano. To najwcześniejszy termin, jaki udało mi się załatwić.

Pan Capelli podszedł do lustra i poprawił czarno nakrapiany krawat. Następnie dłonią przygładził włosy z tyłu głowy.

– Wychodzi pan gdzieś? – Martin nie spuszczał z niego wzroku. Miał nadzieję, że gospodarz nie podejdzie za blisko do lustra.

Pan Capelli nachylił się naprzód i wyszczerzył zęby do swego odbicia.

– Dwadzieścia jeden tysięcy dolarów – oznajmił. – Tyle wziął dentysta. Dwadzieścia jeden tysięcy. I co za to mam? Tylko zęby.

– Dzięki, że trzymał pan Emilia z daleka.

Pan Capelli odwrócił się do niego.

– No, nie było to łatwe. Mówił, że chce się pobawić z twoim siostrzeńcem.

– Panie Capelli…

– Nic nie mów. – Gospodarz uniósł dłoń w geście ostrzeżenia. – Cokolwiek to jest, nie mam ochoty tego słyszeć.

– Panie Capelli, próbowałem wyjaśnić to panu wczoraj… mojego siostrzeńca wcale tu nie ma. Chłopiec, z którym bawił się Emilio, to Boofuls.

– Jasne – mruknął pan Capelli.

– Boofuls pojawił się w lustrze, a Emilio go zobaczył. Widziałem go na własne oczy, równie wyraźnie, jak teraz pana.

– Jasne – powtórzył gospodarz.

– Nie wierzy mi pan – stwierdził Martin. – Ani przez chwilę mi pan nie wierzył.

– Jasne, że ci wierzę. – Na twarzy pana Capellego pojawił się wymuszony uśmiech. – Kiedy byłem chłopcem, moja matka i ojciec opowiadali mi różne historie o duchach, potworach i stworach, które wyglądają na człowieka z luster. Ojciec opowiadał mi raz, że przechodził wieczorem koło jadalni, zerknął w lustro i zobaczył sześcioro ludzi w czerni, z czarnymi welonami na głowach, siedzących przy stole w milczeniu… ale tylko w lustrze.

Martin spojrzał na pana Capellego, nie wiedział jednak, co na to rzec.

– Wierzę ci. Wierzę, ale nie chcę nic na ten temat słyszeć. Nie chcę nic wiedzieć o innych światach czy lustrzanych ludziach. Życie w tym świecie jest dostatecznie ciężkie, chwała Bogu.

 

Gwałtownie obrócił się w stronę lustra.

– Każde lustro jest złe. Istnieją tylko po to, by zaspokajać próżność, patrzeć we własną twarz, zamiast w twarze innych ludzi. A to lustro jest szczególnie złe. Jutro rano ma go tu nie być. Przykro mi, ale w przeciwnym razie będziesz się musiał wyprowadzić.

Martin przytaknął.

– W porządku, panie Capelli. Gość przyjedzie po nie koło jedenastej.

Faktycznie Martin nie poczynił żadnych starań w celu pozbycia się lustra. Po prostu grał na zwłokę. Jeżeli Boofuls naprawdę był tam w środku i jeżeli był tam też kot Ramone’a, to Martin chciał nadal mieć je w swoim zasięgu i wiedzieć, że jest bezpieczne. Dzwonił do Ramone’a, aby zapytać, czy mógłby przez jakiś czas przechować je w Reel Thing, ale przyjaciel nie wrócił jeszcze do pracy, a Kelly poinformowała go, że nie jest „upoważniona do podjęcia takiej decyzji”.

Pan Capelli położył dłoń na ramieniu Martina.

– Pozbądź się go, rozumiesz, ale uważaj, żeby go nie zbić, a przynajmniej nie w tym domu. Gdybyś stłukł takie lustro, to kto wie, co mógłbyś z niego wypuścić.

– Jasna sprawa, panie Capelli – zapewnił go Martin. – I, wie pan, niech pan się dobrze bawi.

Gospodarz rzucił okiem na swój garnitur, po czym spojrzał na Martina, jakby ten powiedział coś niesłychanie idiotycznego.

– Dobrze się bawić? Idziemy na obiad do siostry mojej żony.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?