Zwierciadło piekieł

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lustro było puste, pomijając jego samego, pokój, południowe słońce i stojącego tuż za jego plecami oszołomionego Emilia.

Martin odwrócił się gwałtownie.

– Gdzie on jest? – zapytał załamującym się głosem.

Emilio potrząsnął głową.

– Nie wiem, o co ci chodzi.

– Chłopiec, prawdziwy chłopiec. Gdzie on jest?

– On…

– Posłuchaj, Emilio. Stałem tuż za drzwiami. Słyszałem go. Słyszałem na własne uszy.

Niespodziewanie dwie łzy stoczyły się po policzkach chłopca i spłynęły po brodzie na ziemię.

– Kazał mi nikomu nie mówić. Powiedział, że jeżeli ktokolwiek się dowie, ukarzą go.

Martin ukląkł na jedno kolano i przytulił go do siebie.

– Posłuchaj, stary. Nie chcę go skrzywdzić. Jestem jego przyjacielem tak samo jak ty.

– On mówi, że się boi.

– A czego ma się bać? Mnie nie musi się obawiać. Mogę mu pomóc. A przynajmniej tak mi się zdaje.

Emilio pokręcił głową.

– Twierdzi, że się boi.

– No dobra – powiedział Martin i wstał. Zerknął w stronę lustra, ciekaw, czy jego mieszkaniec słucha ich w tej chwili.

– Ale jeśli ten chłopiec jest naprawdę tym, kim myślę, i jeśli został uwięziony w lustrze czy coś w tym stylu – nieważne z jakiego powodu – i teraz się boi, to jestem pewien, że uda mi się znaleźć jakiś sposób, aby mu pomóc, bo wiem o nim więcej niż on sam.

Emilio szybko, jakby chyłkiem zerknął na lustro i zapytał:

– Czy mogę już iść?

Martin wzruszył ramionami z uśmiechem.

– Pewnie, że możesz. To nie przesłuchanie trzeciego stopnia.

Choć Emilio nie zrozumiał, o co mu chodziło, poszedł i tak. Mijając drzwi kuchni, odwrócił się jednak.

– Czy zaprosisz go na drugą stronę na obiad?

– Na drugą stronę?

– No wiesz, jak po drugiej stronie lustra.

Martin przeszedł przez korytarz i wymierzył chłopcu udawany cios, jakiego nie powstydziłby się Rocky.

– Chyba czegoś tu nie rozumiem.

– Ale on lubi lasagnę.

– Powiedział ci?

– Lubi szwedzkie zraziki i lasagnę, i placek orzechowy.

– Zatem lasagna twojej babci nie zmarnuje się u mnie?

– Nie, proszę pana.

Martin patrzył, jak Emilio schodzi po schodach. „Niesamowite, z jaką łatwością dzieci akceptują to, co niezwykłe i nadprzyrodzone” – pomyślał. Ale może to lustro nie było aż takie niezwykłe i nadprzyrodzone, na jakie wyglądało. Czytał kiedyś w „Popular Radio”, że lustra mogą czasem odbierać sygnały radiowe z potężnych nadajników dzięki swej warstwie srebra, i że ich szkło jest w stanie wibrować wystarczająco mocno, aby ludzie mogli usłyszeć bezcielesne głosy. Pewnej nocy w 1962 w Pasadenie żona kierownika sklepu leżała w łóżku, czekając na powrót męża, kiedy lustro na jej toaletce zaczęło odbierać wywiad z Frankiem Sinatrą z Palm Springs. Jej mąż usłyszał męski głos w sypialni żony i strzelił. Zranił ją, po czym popełnił samobójstwo.

Martin wrócił do pokoju, oparł się o lustro z wzniesionymi ramionami, nasłuchując, i czekał tak przez dłuższą chwilę. Ani śladu chłopca. Nic.

– Walter! – zawołał. – Boofuls! Chodź tu, Boofuls, pozwól, że ci się przyjrzę! Jestem twoim największym wielbicielem! Czemu nie wyjdziesz i nie zatańczysz dla mnie tego marynarskiego tańca? No dalej, Boofuls, trzy lata mego życia poświęciłem na pisanie o tobie. Trzy lata i trzy pełne transfuzje krwi i potu. Najmniej, co możesz dla mnie zrobić, to zatańczyć przez kilka minut.

Odczekał pięć minut, dziesięć. Nic się nie stało. Boofuls nie pojawił się. W końcu Martin odwrócił się od lustra i spojrzał na maszynę do pisania. Miał jeszcze trochę roboty przy scenariuszu „Knight Ridera”. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby się do tego zabrać. Próbami nawiązania kontaktu z chłopcami, którzy mieszkają w lustrze, nie zarobi na chleb.

Włączył magnetofon i wsunął do niego kasetę ze ścieżką dźwiękową z „Pieśni Południa”. Natychmiast zaśpiewały flety, zadudniły werble, a pokój wypełniły dźwięki otwierającego film marsza, kiedy to Boofuls paraduje jako kapelmistrz na czele regimentu dwustu przebranych za Murzynów śpiewaków, defilujących promenadą.

Południa Pieśń! Południa Pieśń!

Gdy grają nam flety, puzony i werble, i ty możesz iść z nami i śpiewać ją też!

Martin zasiadł za biurkiem, wkręcił nową kartkę do maszyny i zajął się najnowszymi przygodami Davida Knighta. Przewrotnie zaciekawiło go, czy Kit – gadający samochód – mógłby okazać się homoseksualistą, wyjść ze swego garażu, z podziemia, i ujawnić się przed światem.

Południa Pieśń! Południa Pieśń!

Bo to pieśń, bo to pieśń, bo to pieśń nasza jest!

Sam nie wiedział, co przyciągnęło jego wzrok, co sprawiło, iż oderwał się od pisania. „Co jest, David? Kłopoty?” Obrócił się wraz z krzesłem i uważnie wpatrzył w lustro. Biało-niebieska piłka wytoczyła się spod biurka na środek pokoju i tam zamarła, przez chwilę kołysząc się lekko, aż wreszcie całkiem znieruchomiała.

Obejrzał się na prawdziwy pokój. Nie było w nim żadnej piłki. Wyłączył maszynę, podszedł do lustra i przez dwie lub trzy minuty z namysłem przyglądał się zabawce. Szybko wrócił do biurka, otworzył dolną szufladę i wyjął piłkę tenisową, której używał do ćwiczeń zeszłego lata.

Musimy mieć dwie! – tak wołał przedtem chłopiec. – Jeśli ty rzucisz do mnie, to ja będę mógł rzucić do ciebie!

Przez moment zawahał się, podrzucając lekko piłkę na dłoni. Nagle, bez najmniejszego ostrzeżenia, cisnął ją mocno w lustro, prawie pewien, że je stłucze, czując niemal nadzieję, iż tak się stanie.

Rozległ się donośny odgłos uderzenia. Piłka, odbiwszy się od szkła, potoczyła się po podłodze, aby spocząć zaledwie sześć cali od jego adidasów.

Nie była to już jednak zniszczona szara piłka tenisowa, tylko nowiutka biało-niebieska piłeczka. A kiedy wstrząśnięty obejrzał się i spojrzał w lustro, zobaczył tam własną piłkę, dokładnie w tym samym miejscu, sześć cali od jego nogi.

Podniósł piłkę. Była twarda i roztaczała silny zapach gumy i farby. Jego odbicie podniosło piłkę tenisową i także ją powąchało.

– Mój Boże – szepnął i wolno podszedł do lustra, trzymając przed sobą biało-niebieską zabawkę, aż wreszcie dotknęła powierzchni szkła. Jego odbicie uczyniło to samo, toteż piłki zdawały się dotykać.

Martin ledwie mógł uwierzyć w to, co widzi. Obracał piłkę na wszystkie strony, jednak bez wątpienia pozostawała tym, czym była, podczas gdy jej odbicie przedstawiało nadal szarą, wyłysiałą piłkę tenisową, którą kopał całe lato.

Spróbował jeszcze jednego eksperymentu. Cofnął się, wziął zamach i rzucił piłeczkę prosto w lustro. Ponownie rozległ się ten sam dźwięk, ale tym razem do prawdziwego pokoju znowu potoczyła się biało-niebieska kula.

Martin podniósł ją, obrócił w dłoni i położył na biurku obok findesieclowego przycisku do papierów z brązu, przedstawiającego tancerkę odzianą w strusie pióra. Patrząc na piłkę, usiadł, po czym nalał sobie wina i dalej na nią patrzył.

Słońce wędrowało po pokoju. Na sąsiednim podwórzu, obok basenu, Maria Bocanegra pojawiła się i zniknęła, chusteczkami osłaniając swe sutki przed słońcem. Nawet nie wstał, by na nią spojrzeć. Nie mógł oderwać wzroku od biało-niebieskiej piłki.

Dzień się skończył. Nie dotarło to do niego. Noc była jasna, światełka migały aż po horyzont.

Zasnął na krześle. Biało-niebieska piłka pozostała na swym miejscu, nieruchoma.

ROZDZIAŁ III

Tej nocy śnił, że jest najmniejszym morskim żyjątkiem, skulonym w najmniejszej z muszelek na rozległej plaży, oświetlonej blaskiem księżyca.

Czuł pod sobą dotyk piasku, a w ustach smak soli. Słyszał odgłos wolnych, nieustających konwulsji oceanu, przemieniających skały w głazy, głazy w kamyki, kamyki w pył, dzień za dniem, rok po roku, nawet kiedy nie było nikogo, kto mógłby być tego świadkiem.

Odczuwał ogromne przerażenie istoty małej i bezbronnej.

Otworzył oczy. Zbudził się zlany potem. Powinno być gorąco, wokół jednak panował zaskakujący chłód. Zadrżał. Usiadł na łóżku, z jego ust dobyły się kłęby pary. Trudno mu było stwierdzić, czy to jeszcze sen, czy może już jawa – czy on sam to Martin Williams, czy raczej nadal małż.

Jeszcze zanim do końca się ocknął, zawołał:

– Kto tam?

Ze stołowego pokoju dochodziły stłumione szepty: dwoje dzieci dzielących się sekretami. Widział także mrugające światło: chłodny kliniczny blask, jakby ktoś w pokoju spawał coś bezszelestnie.

– Emilio? – zawołał. I jeszcze raz, głośniej: – Emilio?

Odrzucił koc i sięgnął po szlafrok. Pospiesznie wyszedł na korytarz i podszedł do drzwi pokoju. Światło wewnątrz, choć migotliwe, było jednak bardzo jaskrawe, toteż musiał zasłonić oczy dłonią.

Na moment przystanął. Tym razem nie czuł specjalnego strachu, raczej głęboką ciekawość. Jeżeli miał rację i to naprawdę był Boofuls albo duch Boofulsa, to co za spotkanie go oczekiwało! Gdyby żył, Boofuls zbliżałby się teraz do sześćdziesiątki; Martin miał tylko trzydzieści cztery lata.

Mocno pchnął drzwi. Pokój lśnił wyładowaniami elektrycznymi, panowało w nim straszliwe zimno. Obróciwszy się, ujrzał Emilia w koszulce nocnej ozdobionej podobizną Misia Puchatka, klęczącego przed lustrem z uniesioną jedną ręką. Naprzeciw niego zaś – miast zwykłego odbicia – znajdował się drobny blady chłopczyk o złotych loczkach, ubrany w jasnożółtą piżamę.

Serce Martina przestało na moment bić, załomotało, po czym znów przystanęło, podobnie jak to się kiedyś zdarzyło na „Zemście Montezumy” w kinie w czasach jego dzieciństwa. I do tego to samo hipnotyczne, niemal histeryczne rozumowanie: Nie chcę tego robić bardziej niż czegokolwiek na świecie, ale muszę, bo boję się tak, że prawie nie mogę już myśleć o tym, jak bardzo mnie to przeraża.

 

Nie było żadnych wątpliwości. Chłopcem w lustrze był Boofuls. Martin wpatrywał się w niego z chorobliwą fascynacją. Stał tam, z uśmiechem na ustach. Jego oczy były znacznie mniejsze i jaśniejsze, niż to sobie Martin wyobrażał, zapewne jednak filmowi charakteryzatorzy przyciemniali mu rzęsy, zanim stawał w świetle reflektorów. Także jego włosy wydawały się rzadsze. Złote, owszem, i bardzo kręcone, lecz cienkie niczym włosy dziecka, które cierpi z powodu alergii, stałego napięcia albo konfliktów z rówieśnikami.

Emilio skłonił swą ciemną głowę w kierunku lustra, a Boofuls nachylił się w jego stronę. Ich ruchy były tak dokładnie zharmonizowane, iż w żaden sposób nie dałoby się stwierdzić, który z nich inicjuje, a który naśladuje. Może zresztą istniała między nimi tak silna więź, że byli w stanie jednocześnie wykonywać identyczne gesty.

Scena ta dziwnie przypomniała Martinowi jeden z tych filmów braci Marx, w których Harpo staje w pustej ramie zwierciadła, imitując poruszenia jakiegoś biednego naiwniaka, próbującego poprawić sobie przed nim krawat.

– Moglibyśmy to zrobić teraz – wyszeptał Emilio.

Boofuls przytaknął, na co Emilio również skinął głową.

Emilio podniósł się, trzymając ręce po bokach. Boofuls także wstał z uśmiechem na białej twarzy.

– Raz! Dwa! TRZY! – zawołał.

I w tej sekundzie Martin zrozumiał, co zamierzają zrobić – stara piłka tenisowa wpadająca do lustrzanego świata i wylatująca z niego nowiutka biało-niebieska piłeczka – tylko że nie mógł potem odrzucić jej z powrotem.

– Emilio! – krzyknął z całych sił – EMILIO, NIE!

Chłopiec odwrócił się, zaskoczony. Boofuls także obrócił głowę – tu jednak zawiodła go jego lustrzana zdolność naśladowcza, bowiem spojrzał prosto na Martina, dokładnie tak jak Emilio. Jego małe oczka przez moment zalśniły szafirowym błękitem, niczym dwa miniaturowe łuki elektryczne. Obiema rękami sięgnął w stronę Emilia.

Wtedy jednak Williams, który nigdy nie umiał zanurkować po piłkę ani właściwie się uchylać, przyniósł zaszczyt swemu trenerowi – przepięknym poślizgiem rzucił się w kierunku chłopca, chwycił go w pasie i padli razem na podłogę.

Przez ułamek sekundy Martin poczuł, że coś z niezwykłą siłą ciągnie Emilia, zupełnie jakby był on wysysany z samolotu, w którym nagle nastąpiło obniżenie ciśnienia. Jedną ręką złapał się biurka – palce ześliznęły się, po czym znalazły punkt zaczepienia – drugą zaś cały czas podtrzymywał dziecko. Po sekundzie gwałtownego ssania nieznana siła ustąpiła, mrugające światła zamarły, a oni dwaj pozostali rozciągnięci na podłodze w ciemności, chłodzie i ciszy.

Martin przejechał dłonią po czuprynie chłopca.

– Nic ci nie jest, Emilio?

Ku jego zdumieniu na policzkach dziecka błyszczały łzy.

– Daj spokój – powiedział, siadając. – O co chodzi?

– Ja chciałem tam pójść – wyszlochai Emilio.

– Chciałeś tam pójść? Ale gdzie?

– Na drugą stronę lustra, naprawdę chciałem.

Martin spojrzał na lustro. Boofuls zniknął. Jedyne, co było w nim widać, to ich dwóch i pokój, oświetlony promieniami księżyca. Gdzieś na zewnątrz, oddalając się w kierunku La Brea, wyła syrena policyjna – samotne echo strachu i zagrożenia.

– Chodź. – Martin wziął chłopca za rękę i pomógł mu wstać. – Poszukamy sobie coli.

Emilio wyprostował się i ze smutkiem popatrzył na lustro.

– On tylko chciał się pobawić.

– Tak ci powiedział?

Emilio przytaknął.

– Mówił, że będziemy mogli bawić się przez cały dzień, że nie będę musiał iść do szkoły. Chce, żebym poznał jego przyjaciół. I jego starego.

– Jego starego? To znaczy ojca?

– Właśnie. I mówił, że będziemy jeździć na wycieczki i pływać w morzu, no, w ogóle.

Martin nachylił się nad biurkiem i wziął do ręki biało-niebieską piłeczkę.

– Emilio – zaczął – czy wiesz, skąd to się wzięło?

– Mmhmm.

– Stamtąd. Z lustra. Spójrz na moje odbicie. Co trzymam w ręce? Starą piłkę tenisową, prawda? A popatrz tutaj. To zupełnie nie ma sensu. Tak jak to, że widzimy tego chłopca, też nie ma sensu. Kiedy się patrzy w lustro, powinno się widzieć siebie samego, a nie kogoś innego.

Emilio otarł łzy rękawem.

– Problem w tym, że nie mogę odzyskać mojej piłki tenisowej – dodał Martin.

– Ale przecież ta jest w porządku. Czemu chcesz tamtą z powrotem?

Martin podrzucił piłkę w górę ł złapał ją ponownie.

– Emilio, nie o to chodzi. Nie mogę jej wydostać, czy tego chcę, czy nie. A teraz przypuśćmy, że to ty przeszedłeś przez lustro. Tak jak ja to widzę, aby cokolwiek mogło tego dokonać, jedna prawdziwa rzecz musi zamienić się miejscami z lustrzaną. Rozumiesz? To tak, jak ten chłopiec mówił ci wczoraj. Nie możesz grać w piłkę z jej odbiciem, tak się po prostu nie da. Potrzebne są dwie piłki – jedna musi przejść stąd – tam, a druga: stamtąd – tu. Tak samo trzeba dwóch chłopców. Jeden musi wejść w lustro, a drugi z niego wyjść.

Emilio podrapał się w głowę, jak jeden z Małych Łotrzyków.

– Ale jeśli ten chłopak musi wyjść, kiedy ja tam wejdę, to jak mamy się razem bawić? Obiecał pokazać mi swoją kolekcję ołowianych żołnierzyków.

– Posłuchaj mnie, mój ty supermózgu – rzekł Martin. – Jeżeli ta biało-niebieska piłka przeleciała przez lustro, a ja nie mogę teraz odzyskać mojej, to czy istnieje jakikolwiek powód, dla którego mógłbyś sądzić, iż kiedy ten chłopiec wyjdzie z lustra, będę w stanie wydostać stamtąd ciebie?

Emilio namyślał się przez chwilę z kwaśną miną, po czym powiedział:

– Wcale nie chcę wracać. Nie zależy mi. Wszystko jest lepsze od babci i dziadka. Zawsze pachną czosnkiem, a pod łóżkami pełno jest kłaczków kurzu.

– Identyczne kłaczki istnieją też w lustrze – zapewnił go Martin. – Tak samo jak łóżka, pod którymi je znajdujesz. Jest tam taki sam czosnek, ci sami ludzie, ten sam świat. Jedyna różnica to to, że wszystko jest tam dokładnie odwrócone.

– Chciałbym to zobaczyć. – W głosie chłopca brzmiała tęsknota.

– Nic w tym specjalnie ciekawego, uwierz mi.

– A właśnie, że tak! Popatrz na te napisy! – To mówiąc, wskazał na litery Słoneczna Sereneda. – Ciekaw jestem, jak się to mówi. Fajne.

– Fajne. – Martin uśmiechnął się, potrząsając głową, i objął ramiona Emilia. – Powinieneś zostać drukarzem, oni właśnie to robią: czytają odwrócone teksty. Chodź po tę colę.

Przeszli do kuchni. Emilio przysiadł na taborecie, podczas gdy Martin otwierał dwie puszki coca-coli.

– Ten chłopiec nie nazywa się naprawdę Petey, prawda? – spytał Emilio.

– Nie – wyjaśnił Martin. – On ma na imię Boofuls.

– Tak jak ten na plakacie u ciebie w sypialni?

– Dokładnie ten sam.

Emilio głośno siorbnął przez słomkę.

– Ale to zdjęcie jest bardzo stare.

– Zgadza się. Ściślej biorąc, z tysiąc dziewięćset trzydziestego szóstego roku. A to ponad pięćdziesiąt lat temu.

Emilio dalej sączył colę, zastanawiając się, co powiedzieć. Jego twarz była bardzo blada, bowiem o tej porze powinien już dawno spać, pod oczami widniały śliwkowe kręgi.

– To w jaki sposób on jest ciągle chłopcem? – zainteresował się nagle.

– Nie wiem – przyznał Martin. – Powinien nie żyć. To znaczy, myślę, że on nie jest prawdziwy. To, co widzisz w lustrze, to raczej coś w rodzaju ducha.

Emilio przemyślał to.

– O rany. Nigdy przedtem nie widziałem ducha.

– Ja też nie. – Martin otworzył torebkę chrupek. – Dlatego właśnie uważam, że twoje zabawy z nim to może nie najlepszy pomysł. Nie chciałbyś przecież też skończyć jako duch, co?

– Czy byłbym niewidzialny? No wiesz, gdybym został duchem. Czy mógłbym przenikać przez ściany?

– Nie mam pojęcia. Ale z tego, co wiem o duchach, nie są one zbyt szczęśliwe. No wiesz, Boofuls nie jest specjalnie zadowolony, prawda? Słuchaj, może byś coś zjadł? Chrupkę albo co. Mam tu gdzieś te, no, jak im tam, chipsy.

Emilio potrząsnął głową. Zbyt był zmęczony i za bardzo fascynowała go nieziemska natura kolegi, którego poznał w pokoju stołowym Martina. Można było niemal dostrzec maleńkie kółeczka obracające się w jego głowie: „Grałem w piłkę z duchem! Rozmawiałem z duchem! Duch! Prawdziwy, żywy duch! Nie jak w bajkach ani w filmie „Duch”, ale taki jak ja! Duch-chłopak, zupełnie podobny do mnie!”

Martin mówił dalej:

– Możliwe, Emilio – istnieje takie prawdopodobieństwo – że zabawa z Boofulsem nie jest całkiem bezpieczna. Rozumiesz mnie? To znaczy, sam Boofuls nie chce ci zrobić nic złego. Przynajmniej według mnie. Ale ta cała historia jest dość niesamowita, prawda? I dopóki nie dowiemy się, co się właściwie dzieje, czemu on tu jest i czego chce, to myślę, że lepiej by było, gdybyś na razie tu nie przychodził.

Emilio wyglądał na całkowicie zbitego z tropu.

– Przecież Boofuls mnie lubi?

– Jasne, że tak. Zapewne uważa cię za najlepszego kumpla, jakiego kiedykolwiek miał. Ale akurat w tej chwili powinniście najpierw ustalić między sobą pewne rzeczy. Jak to, że on mieszka po jednej stronie lustra, a ty po drugiej. Tak jak ja to rozumiem, albo ty jesteś tu, a on tam, albo odwrotnie. A to, przyznasz, trochę za wiele dla normalnego człowieka.

Emilio ziewnął.

– No dobra – poddał się.

W tej właśnie chwili do kuchni wkroczył ciężko pan Capelli, opatulony w lśniący atłasowy szlafrok w metalicznie żółte i karmazynowe paski. Pod spodem Martin dostrzegł szare wełniane podkolanówki.

– Emilio! – wykrzyknął pan Capelli. – Szukam cię wszędzie! Doszedłem prawie do centrum!

– Wyszedł pan na ulicę w takim ubraniu i nie został pan aresztowany? – zapytał Martin z udanym zdziwieniem.

Pan Capelli ciaśniej owinął się połami szlafroka.

– Pani Capelli podarowała mi go na gwiazdkę.

– Mnie pan tego nie musi wyjaśniać, niech pan to powie przed sądem. Jedynie swej szczęśliwej gwieździe może pan dziękować za to, iż nie wysyła się już ludzi do celi śmierci z powodu braku gustu, i to okazywanego z premedytacją.

– A co ty nazywasz dobrym smakiem? Tę kupę złomu zaparkowaną przed moim domem, którą uważasz za samochód?

Martin podniósł Emilia ze stołka i na dobranoc ucałował go w czubek głowy. Zabawne, że włosy dzieci zawsze wydają podobny zapach: świeży, nasycony młodością, pełen życia, kasztanów, lekkich ubranek i letnich dni.

– Proszę – powiedział – lepiej niech pan zabierze tego małego lunatyka z powrotem do łóżka.

Pan Capelli odebrał mu dziecko i przytulił je do siebie.

– Kompletny z ciebie wariat, wiesz? Zupełnie jak twoja mama.

– Panie Capelli… – zwrócił się cicho Martin do odchodzącego już z Emiliem w ramionach gospodarza, kiedy jednak ten odwrócił się, dostrzegł łzy w jego oczach, wywołane jednym z nagłych ukłuć żalu po zmarłej córce, chwilą słabości przypadającą w najmniej spodziewanym momencie.

Matka Emilia, córka pana Capellego, nie żyła od trzech lat. Jej mąż, Stanley, porzucił ją (Martinowi opowiedziała o tym pani Capelli, ze wszystkimi szczegółami, zupełnie jak w serialu: trzeba było widzieć te kłótnie, słyszeć przekleństwa; jak dwoje ludzi mogło się do tego stopnia znienawidzić, nie do uwierzenia).

Smutna, zagubiona, czując, że w jakiś sposób wypadła z łask, pewnego niedzielnego ranka matka Emilia przesadziła z valium i włoskim winem. Znaleziono ją martwą w jej mieszkaniu, bladą niczym Ofelia, z rozrzuconymi ramionami i włosami, prawie piękną, roztaczającą jednak ohydną woń. W całym mieszkaniu kłębiły się roje wielkich much.

Stanley przeniósł się do Saskatchewan, aby tam rąbać drewno. Opiekę nad Emiliem przyznano państwu Capellim. Czosnek, kłaczki kurzu i tak dalej.

– O co chodzi, Martin? Dzieciak musi natychmiast iść do łóżka – powiedział pan Capelli.

– Panie Capelli, muszę z panem porozmawiać – nalegał Martin. – Jeśli mógłby pan wrócić tu na chwilę…

– Porozmawiać?

– Proszę, tu chodzi o Emilia. Czy może mi pan poświęcić pięć minut?

– Już po trzeciej.

– Tak, wiem, ale bardzo pana proszę. Nie jestem pewien, czy to może zaczekać do jutra.

Oddarł kawałek papierowego ręcznika i podał gospodarzowi, który otarł nim oczy. Był to jakby akt akceptacji, pojednania z rzeczywistością.

– No dobra – obiecał pan Capelli. – Ale pięć minut i ani chwili dłużej.

 

Martin spojrzał na Emilia, wtulonego w ramię dziadka. Chłopiec spał już głębokim snem.

Po dziesięciu minutach pan Capelli wrócił na górę i zastukał w drzwi.

– Proszę wejść! – zawołał Martin.

Gospodarz w swoim żółto-purpurowym szlafroku stanął w progu, zmęczony i zakłopotany.

– Przepraszam. Chyba puściły mi nerwy. Po prostu… czasem mam dosyć, wiesz, Andrea i to wszystko…

Martin poklepał go po ramieniu.

– Rozumiem. Też pana przepraszam. Wie pan, my, scenarzyści, wszyscy jesteśmy tacy sami. Spryciarze o niewyparzonej gębie. Właśnie tym zarabiamy na życie.

Pan Capelli przytaknął, nieświadom ironii zawartej w tych słowach.

– Andrea była taka piękna, a Emilio wygląda zupełnie jak ona. Nic nie ma po Stanleyu, tym draniu. Stanley miał za blisko osadzone oczy, wiedziałeś o tym? Ale Emilio to wykapana Andrea. Śliczny, prawdziwy Włoch, cóż więcej mogę powiedzieć?

– Może kawy? – zaproponował Martin.

– Nie, nie, dziękuję. I tak kiepsko sypiam. No, mów, co masz powiedzieć.

– Okay. – Martin głęboko zaczerpnął powietrza. – Nie jest to takie proste. Proszę postarać się mnie zrozumieć. Nawet jeśli to nie zabrzmi logicznie, musi pan wiedzieć, że nie mówiłbym tego, gdyby nie to, że boję się o Emilia.

– A czemu boisz się o Emilia? – zapytał ostro pan Capelli. – Dlaczego niby miałbyś się o niego troszczyć?

– Proszę posłuchać, panie Capelli. Emilio jest pańskim wnukiem, ale też moim przyjacielem. Przynajmniej mam taką nadzieję. Nie wydaje mi się, aby ważne było, kto ile ma lat, a panu? W końcu różnica wieku między panem a mną jest znacznie większa niż między mną a Emiliem. Nie może pan więc powiedzieć, że on i ja nie mamy prawa być kumplami, prawda?

– Nie, nie mogę – odparł sztywno pan Capelli. Dłonie złożył spokojnie na kolanach.

– No dobrze – ciągnął Martin. – Proszę mi uwierzyć, że to, co mam do powiedzenia, leży w najlepszym interesie Emilia. Jeżeli dalej będzie przychodził tu do mojego mieszkania… no, krótko mówiąc, nie chcę, aby tu więcej przychodził.

Pan Capelli nachylił się naprzód, rękoma wciąż ściskając kolana.

– Nie chcesz powiedzieć… no, nie jesteś chyba pedałem?

– Do cholery, panie Capelli! – krzyknął Martin, uderzając pięścią w ścianę. – Tu nie chodzi o mnie! Pedał! Co się dziś z panem, u diabła, dzieje? Mam na myśli to lustro, które pomógł mi pan wnieść na górę.

– Lustro, co? Lustro Boofulsa? A co ci mówiłem? Nie powinieneś był przynosić go do domu.

– Może i tak – przyznał Martin. – Nie wiem dokładnie, ale coś jest z nim nie w porządku. Trudno powiedzieć co. Ale to nie jest takie zwyczajne, normalne lustro.

– Może magiczne? – zaproponował pan Capelli, starając się rozjaśnić nieco tę ponurą i złowieszczą rozmowę, zanim Martin zacznie opowiadać o śmierci, morderstwach i wszystkich innych strasznych tematach, które (podobnie jak saraghine alla brace) nieodmiennie wywoływały u niego senne koszmary i potworną niestrawność. – Patrzysz w lustro i co? Nie masz na sobie ubrania!

– Nie, panie Capelli, chodzi o coś zupełnie innego. To znaczy, w pewnym sensie to jest rodzaj magicznego lustra, ale nie sprawia ono, że znika pańskie ubranie czy coś w tym stylu. Nie. Kiedy się w nie patrzy… no, nie zawsze widać w nim to, co istnieje w rzeczywistości.

Pan Capelli milczał, oczekując wyjaśnień. Co chwila mrugał wolno oczami, co Martinowi skojarzyło się z pelikanem w ogrodzie zoologicznym w San Diego.

– Chodzi o to, że jeśli Emilio będzie się tu bawił, może zacząć widzieć rzeczy – może nawet ludzi – których naprawdę nie ma. A… cóż… gdyby zaczął widywać takie rzeczy… to może to być dla niego, no…

Przerwał. Pan Capelli wpatrywał się w niego w ten pelikani sposób, myśląc zapewne, że całkiem już zwariował.

– Niebezpieczne – dokończył Martin, obdarzając gospodarza kretyńskim uśmiechem.

Pan Capelli ścisnął palcami swój bulwiasty nos i zastanowił się przez chwilę, po czym oznajmił:

– Martin, lubię cię. Dlatego daję ci do wyboru: albo pozbędziesz się tego lustra, albo opuścisz ten dom. Jedno z dwojga.

– Wyrzuca mnie pan? – w głosie Martina zabrzmiało niedowierzanie.

– Oczywiście, że nie. Tylko to lustro.

– Panie Capelli, nie jestem wcale pewien, czy mogę to zrobić.

– Czemu? Oszalałeś? W jednym momencie twierdzisz, że jest niebezpieczne, że widać w nim rzeczy, których naprawdę nie ma, że boisz się o Emilia, a w następnym mówisz, że nie możesz tego zrobić. Otóż możesz, nic prostszego. Po prostu zrób to. Czyżbym za wiele żądał?

Martin położył rękę na jego ramieniu. Pan Capelli przyjrzał się jej uważnie.

– W zasadzie to lustro jest w porządku – rzekł Martin, a pan Capelli zawtórował mu:

– W zasadzie.

– Twierdzę tylko, że jest w nim jakaś wibracja. Nie wiem, może pan to nazwać, jak się panu żywnie podoba. Coś w rodzaju optycznego echa. Echa, które da się zobaczyć.

– Echa, które da się zobaczyć? – powtórzył pan Capelli i Martin dostrzegł, jak bardzo gospodarz jest poirytowany i zmęczony. Nawet nie starał się go zrozumieć. Reakcją pana Capellego na wszystko, cokolwiek mu nie odpowiadało, albo co wykraczało poza jego pojmowanie świata, było odwrócenie się do tego plecami.

– No dobrze – ustąpił Martin. – Boofuls ożył. Niech pan mnie nie pyta, jak to możliwe. On jest w tym lustrze. Emilio bawił się z nim i sam o mały włos nie dostał się tam także.

Pan Capelli wstał. Zerknął przelotnie na Martina, jak gdyby nigdy nic, po czym pokiwał głową. Mruknął do siebie, jeszcze raz skłaniając głowę. Martin przypatrywał mu się z rosnącym napięciem.

– Dobrej nocy, Martin – odezwał się wreszcie pan Capelli i ruszył ku wyjściu.

– To wszystko? Dobrej nocy?

– W porządku, bardzo dobrej nocy. Czego jeszcze chcesz?

– Chcę, aby obiecał mi pan, że przez jakiś czas nie pozwoli Emiliowi tu przychodzić. Niech pan mu absolutnie tego zabroni. Całe moje mieszkanie to teren zakazany.

– Rano będziesz się musiał zdecydować. Albo to lustro opuści mój dom, albo ty. Pierwsza rzecz, którą ci powiedziałem, kiedy je tu przywiozłeś. Pamiętasz? Nic dobrego z tego nie wyniknie. Tak właśnie powiedziałem. I co się stało? Nic dobrego.

– Panie Capelli, całkiem możliwe, że w tym lustrze uwięziony jest prawdziwy chłopiec.

– Racja, i całkiem możliwe, że istnieją tacy spryciarze, którzy potrafią nauczyć świnię, aby sama wskakiwała do wędzarni, i drugą świnię, by odwiozła potem mięso do sklepu.

– Panie Capelli…

– Nie! Tego lustra ma tu nie być do wieczora. W przeciwnym razie wyprowadzasz się stąd. Już późno. Nie chcę o tym więcej dyskutować.

I wyszedł, trzaskając za sobą drzwiami.

Martin pozostał w kuchni. Czuł się wyprany z energii i dziwnie nieważny, jakby sen sprawił, iż jego świadomość skurczyła się do rozmiarów mikroskopijnego pyłku. Był niewątpliwie zmęczony, zaniepokojony i wybity z równowagi z powodu tego, co się zdarzyło w lustrze.

Wrócił do łóżka i niemal natychmiast zasnął. Nie pamiętał, aby cokolwiek mu się śniło, choć zdawał sobie sprawę z tego, że błądzi w ciemności, zastanawiając się, czy kiedyś jeszcze ujrzy światło. Kiedykolwiek.

Była już jednak prawie ósma, gdy wydało mu się, że słyszy dziecięcy głos, szepczący mu do ucha: „Gałka-siostra-wiatru”.

Usiadł na łóżku. Rozejrzał się po pokoju, całkiem już o tej porze jasnym. Wszystko wyglądało normalnie, miał jednak dziwne uczucie, jakby zasłony i meble skoczyły na miejsce, kiedy tylko otworzył oczy; jakby cały pokój zachowywał się jakoś niezwykle aż do momentu jego przebudzenia.

Zasłony zadrżały lekko, jak gdyby chowało się za nimi dziecko, po chwili jednak Martin zorientował się, że to tylko poranna bryza.

Gałka-siostra-wiatru. Co to, u diabła, miało znaczyć? Nie namyślając się wiele, poszedł do pokoju stołowego, poszukał na biurku kawałka papieru i zapisał te słowa zielonym flamastrem. Było w nich coś niepokojącego, wywoływały niejasne skojarzenia: książka z dzieciństwa, rysunki chmur, kominów i dalekich wzgórz.

Zerknął w stronę zwierciadła. Szyderczo uśmiechnięta złota twarz Pana wieńczyła obrazek, będący skrupulatnym odbiciem rzeczywistości. Jedynie biało-niebieska piłka na biurku pozostawała uparcie w rażącej sprzeczności ze swym odbiciem – szarą piłeczką tenisową.

Podszedł do lustra i, nadal trzymając w dłoni strzęp papieru, przejrzał się w nim uważnie. Wyglądał całkiem nieźle i zupełnie spokojnie, choć wcale się tak nie czuł. Zamyślił się. Może naprawdę za tymi drzwiami istniał cały świat, zupełnie odmienny od prawdziwego, świat, w którym Boofuls przeżył swoją śmierć. Świat Lewisa Carrolla, gdzie zegary uśmiechały się, figury szachowe rozmawiały, wśród kwiatów wybuchały kłótnie, a aby iść naprzód, należało się cofać.