Wirus

Tekst
Z serii: WIRUS #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wciąż przypatrując się swojej twarzy, zdała sobie sprawę, że Mike jęczy i błaga o ratunek. Trudno jej było w to uwierzyć. Przecież go oślepiła i wypruła mu wnętrzności – czyż nie powinien już być martwy?

Wytarła ręce i wróciła do sypialni.

– Soph – wycharczał Mike. – Kocham cię, Soph. Pomóż mi.

– Pomóc ci? – odezwała się z niedowierzaniem. – Chcesz, żebym ci pomogła?

Znów wzięła do ręki duży nóż. Jego rękojeść była teraz lepka, nieprzyjemna w dotyku. Stanęła z boku łóżka, pochyliła się i wykrzyczała Mike’owi prosto w twarz:

– Miałabym ci pomagać? Po tym, jak mnie traktowałeś?

Dźgnęła go w otwarte usta. Ostrze przecięło język Mike’a i zakleszczyło się między przednimi zębami, tak że nie dała rady go wyciągnąć.

Odeszła dwa kroki od łóżka i patrzyła na Mike’a, ciężko oddychając.

Gdyby wszyscy aroganccy i nieczuli mężczyźni tego świata wiedzieli, że taka właśnie będzie nieuchronna kara za złe traktowanie kobiet, pewnie życie byłoby o wiele lepsze, prawda?

Podeszła do okna i odsunęła zasłony. Na zewnątrz było jeszcze ciemno i zaczął padać deszcz.

Mike jeszcze raz drgnął, zacharczał po raz ostatni i wreszcie znieruchomiał.

6

Jerry siedział przy biurku w kącie pokoju detektywów, opychając się kanapką z kurczakiem i pieczarkami, gdy weszła Dżamila. Tego dnia ubrana była w czarne spodnie i żakiet, a na głowie miała purpurową jedwabną przepaskę.

– Tutaj jesteś – powiedziała. – Co się dzieje z twoim telefonem?

– To jest inteligentny telefon, który sam się wyłącza, kiedy jem, żebym nie musiał rozmawiać z pełnymi ustami.

– Powinieneś jeść śniadanie przed przyjściem do pracy.

– Tak bym robił, gdyby mi je ktoś chciał przygotowywać.

– Nosisz obrączkę. Myślałam, że jesteś żonaty.

– Byłem. Powodem rozstania były godziny mojej pracy, no i pewien kierownik pobliskiego sklepu sieci Waitrose. Zapewnił jej regularny seks i dziesięcioprocentową zniżkę na zakupy. Jak mógłbym z nim rywalizować?

– Masz dzieci?

– Córeczkę, Alice. Ma siedem lat. Mogę ją widywać co dwa tygodnie.

– Cóż, życie bywa czasem bardzo trudne.

– Wiesz to z własnego doświadczenia?

Dżamila nie odpowiedziała. Zmieniła temat, mówiąc:

– Właśnie dzwonił do mnie anatomopatolog ze Świętego Jerzego. Mówi, że ma dla mnie coś niezwykłego.

– Naprawdę? Co takiego?

– Powiedział, że powinniśmy zobaczyć to na własne oczy. Nie chciał o tym rozmawiać przez telefon. Musimy tam pojechać.

– Co z Saundersem?

– Dzisiaj rano miał coś do załatwienia w Scotland Yardzie. Chodzi o jakąś naradę. Ale dołączy do nas później.

Jerry popatrzył na niedojedzoną kanapkę.

– Zabierz ją ze sobą – powiedziała Dżamila. – Ja poprowadzę samochód. Nie chcę, żebyś był głodny w pracy.

– Ależ ja wcale nie jestem głodny – odparł Jerry.

Otworzył szufladę i wsunął do niej kanapkę. Wylądowała na raporcie o działalności lokalnych chuliganów.

Kiedy przyjechali, doktor Fuller niecierpliwie popatrzył na zegarek, jednak nic nie powiedział.

– Korki – wyjaśnił Jerry. – Pękła magistrala wodociągowa na Longley Road.

– A na mnie czekają trzej martwi narkomani – odparł doktor Fuller. – Byłbym zadowolony, gdyby udało mi się ich zaszyć przed lunchem.

Był potężnym, niechlujnym mężczyzną z piegami na czole, które pojawiły się, gdy zaczął odbywać trzy razy w roku rejsy po Morzu Śródziemnym. Nosił małe okulary do czytania, które sprawiały wrażenie, jakby w każdej chwili mogły spaść z jego zadartego nosa. Fartuch laboratoryjny miał krzywo pozapinany, a jego spodnie były przynajmniej o trzy centymetry za krótkie, co pozwoliło Jerry’emu zauważyć, że doktor nie nosi skarpetek.

Miał lekkiego zeza w jasnoniebieskich oczach, dlatego Jerry nie był pewien, czy doktor spogląda na niego czy na Dżamilę.

– Sierżant Patel powiedziała mi, że ma pan dla nas coś dziwnego.

– Cóż, chodzi o coś, z czym jeszcze nigdy się nie zetknąłem, że tak to ujmę, a pracuję w tym fachu już od trzydziestu trzech lat.

Gdy doktor Fuller prowadził ich korytarzem, jego buty skrzypiały na posadzce. W prosektorium było zimno jak w kościele, w oknach tkwiły matowe szyby. Młoda asystentka myła w zlewie metalowe naczynia, pobrzękując nimi i śpiewając coś pod nosem. W pomieszczeniu znajdowały się cztery stoły sekcyjne. Trzy z nich były ustawione pod ścianą, a jeden stał na samym środku.

Samira leżała płasko na brzuchu z rękami ułożonymi wzdłuż ciała. Jej głowa i pośladki przykryte były jakimś zielonym materiałem. Jerry i Dżamila podeszli do stołu i popatrzyli na nią. Żadne z nich nie zauważyło niczego nadzwyczajnego. Widzieli po prostu kształtne plecy młodej Pakistanki, upstrzone kilkoma ciemnymi znamionami. Na ramionach, w tych miejscach, na które spadły krople kwasu, widniały rany po oparzeniach.

– No i co w tym dziwnego? – zapytał Jerry.

– Nie patrzycie wystarczająco uważnie – odparł doktor Fuller. – Proszę… skorzystajcie z tego. Na pewno wam pomoże.

Podał Jerry’emu duże białe szkło powiększające z wbudowaną lampką LED. Jerry włączył światło i popatrzył na plecy Samiry przez soczewkę. W ostrym świetle zobaczył na nich las włókien tak cienkich, że niemal niewidocznych. Każde z nich mogło mieć centymetr długości. Sterczały z każdego pora w skórze.

Podał szkło powiększające Dżamili.

– Co to za włosy, do cholery? – zapytał doktora Fullera. – Czyżby dziewczyna hodowała na sobie zimowy płaszcz czy co?

– To nie… to mi wcale nie wygląda na włosy – powiedziała policjantka. – A już na pewno nie Samiry. Włosy tej biednej dziewczyny są czarne jak smoła, wystarczy spojrzeć na jej głowę.

– Bo to nie są jej naturalne włosy – stwierdził doktor. – I nie rosły na niej. Nie mają cebulek.

Patrząc przez szkło powiększające, Dżamila ostrożnie pociągnęła za jedno z włókienek.

– Wychodzi bez problemu – orzekła. – Nie poczułam żadnego oporu.

– Ale co to jest? – zapytał Jerry. – I jak znalazło się na jej skórze? Nawet umieszczenie jednego włosa w skórze musi być niezwykle trudne, a ich są przecież setki, może tysiące. Cholera, ja potrzebuję pół godziny, żeby nawlec igłę.

– Przeprowadziłem już wstępne analizy – powiedział doktor Fuller. – Oczywiście, gdy otrzymamy wyniki wszystkich badań, będę mógł powiedzieć coś więcej, jednak już teraz mogę stwierdzić, że to bynajmniej nie są włosy. W każdym razie nie są to ludzkie włosy. To połączenie wełny i poliestru.

– Co?

Doktor Fuller podsunął okulary wyżej na nos.

– Co do tego nie mam wątpliwości. To jest takie włókno, z jakich produkuje się materiały na ubrania. W jakiś sposób włókna wbiły się w jej skórę. Głównie w plecy, ale też w ramiona, boki, piersi i brzuch.

– Ma pan jakiś pomysł, jak to się mogło stać? – zapytała Dżamila.

– Absolutnie żadnego. Miałem już do czynienia z przypadkami alergii na niektóre materiały, jak nylon czy czysta wełna. Na skórze mogą się wówczas pojawić różnego rodzaju wysypki, wrzody, krosty, zdarzają się też inne, czasem ciężkie, objawy. Ale jeszcze nie miałem do czynienia z osobą, u której kontakt z tkaniną wywołałby takie zmiany jak u tej nieszczęsnej dziewczyny.

– Jaki będzie pański następny krok?

– Pobiorę kolejne próbki zmienionej skóry i wyślę je do laboratorium na Lambeth Road. Niech tam wydadzą opinię. Przyczyną śmierci niemal na pewno było zatrzymanie czynności serca spowodowane wstrząsem, jednak nic w tym dziwnego, jeśli weźmiemy pod uwagę, co się stało z jej twarzą. Ja także przeprowadzę dodatkowe badania, żeby ustalić, czy te włókna nie przyczyniły się jednak w jakiś sposób do jej zejścia. Może wywołały jakąś reakcję chemiczną, która drastycznie obniżyła ciśnienie tętnicze krwi?

– Mówi pan, że włókna są z wełny i poliestru. Niby jak miałyby to zrobić?

– Zawierają również elementy dyspergatora syntetycznego. To środek do barwienia tkanin, szczególnie takich, w których skład wchodzi poliester.

– Te włókna były barwione? Na jaki kolor?

– O ile zdołałem się zorientować, chodzi o jakiś odcień szarości. Takiej gołębiej szarości, jeśli miałbym zgadywać.

Jerry i Dżamila wyszli ze szpitala i wrócili na komisariat. Przez większość drogi milczeli, ale kiedy skręcili w Mitcham Road, oboje odezwali się równocześnie.

– Nie lubię cholernych niewytłumaczalnych zagadek – stwierdził Jerry.

– W jaki sposób włókna tkaniny miałyby zaatakować kobietę? – zapytała Dżamila. – To w ogóle nie ma sensu.

W windzie Jerry powiedział:

– Włókna były szare. I ten płaszcz był szary, ten, który zniknął.

– Ten, który ty uważasz za zaginiony.

– Wiem, że zniknął. Widziałem go, kiedy wchodziłem do domu Wazirów, a kiedy wychodziłem, nie było go tam. Pamiętam, że miał szary kolor.

– Przecież to o niczym nie świadczy.

– Może nie. Mimo wszystko chciałbym się dowiedzieć, co się z nim stało.

– A więc może pojechałbyś do Wazirów i zapytał, czy wiedzą coś o płaszczu? Jak się dowiesz, to może przestaniesz nudzić.

– Po prostu mam w związku z nim jakieś nieokreślone przeczucie. Nie wiem, skąd mi się wzięło. Może matka albo brat tej dziewczyny pozbyli się płaszcza, ponieważ był dowodem, że to jedno z nich wylało kwas na jej twarz? Może któreś z nich miało na sobie ten płaszcz podczas zabójstwa i kwas prysnął także na niego?

– Wróżysz z fusów, Jerry.

– Wiem. Ale jeśli chodzi o analizę dowodów poszlakowych, miewam nerwicę natręctw. Ostatniego lata prowadziłem w Tower Hamlets sprawę zaginionej kobiety. W jej sypialni znaleźliśmy tylko jeden but, drugiego nigdzie nie było. Ale ten cholerny but tak mnie męczył, że w końcu go znalazłem. Utkwił pod fotelem pasażera w samochodzie jej męża. Facet pobił żonę do nieprzytomności, wywlókł z domu i zawiózł do Leigh-on-Sea, gdzie wynajął łódź, a potem wyrzucił nieprzytomną kobietę do wody u ujścia rzeki.

 

– Wyjaśnij więc sprawę tego płaszcza, skoro aż tak cię to męczy. Jednak na dwunastą inspektor Saunders zwołał konferencję prasową i do tego czasu musisz wrócić.

– A co my możemy powiedzieć dziennikarzom? Przecież nie mamy do czynienia z zabójstwem honorowym. Czyżby rodzina chciała zawinąć dziewczynę w latający dywan i coś im nie wyszło?

– Jerry…

– Przepraszam. Ale czasami szlag mnie trafia, że musimy być tak cholernie politycznie poprawni, kiedy rozmawiamy o społeczności muzułmańskiej.

– Jerry, my szanujemy twoją religię. I prosimy cię, żebyś ty również szanował naszą.

– Nie wyznaję żadnej religii. Rzuciłem wiarę w tym samym czasie co palenie papierosów.

– My także nie palimy.

– Naprawdę? A mnie się zdawało, że od czasu do czasu palicie ambasady. Przepraszam, przepraszam… Głupi żart!

– Masz szczęście, że go nie zrozumiałam.

– Nie słyszałaś o papierosach marki Embassy1? Zresztą nieważne.

– Do zobaczenia o dwunastej.

1 Gra słów: ang. embassy – „ambasada” to także nazwa marki papierosów (przyp. tłum.). [wróć]

7

David otworzył kluczem drzwi i wszedł do holu. Było duszno i wilgotno. Już miał jak zwykle zawołać: „Halo! Wszystko w porządku! To tylko ja!”, ale oczywiście nie musiał tego robić, już nigdy nie będzie musiał.

Mimo wszystko wyszeptał:

– Halo. Wszystko w porządku. To tylko ja.

Wszedł do salonu. Zasłony były częściowo zaciągnięte, dlatego w pomieszczeniu panował półmrok. Robótka jego matki wciąż leżała na fotelu; niedokończony rękaw z ciemnozielonej wełny. Obiecała mu na urodziny nowy sweter, jak co roku, jednak dzięki Bogu nie będzie już musiał udawać, że prezent mu się podoba.

Dzisiaj przyszedł tu po raz pierwszy od dnia pogrzebu, który odbył się w ubiegłym tygodniu. Odwlekał tę wizytę, korzystał z każdego pretekstu, by ją przełożyć, bo po prostu się bał. Wszechobecnego odoru moczu. Poszczerbionych chińskich ozdób i reprodukcji z ponurymi wiejskimi pejzażami, które wisiały na ścianach. Kuchni z wiecznie zapchanym zlewozmywakiem, brudnych łyżeczek do herbaty i niedomytych talerzy, do których przylgnęły wysuszone resztki jedzenia.

Ale przede wszystkim bał się wspomnień z czasu, kiedy tutaj dorastał. David miał osiem lat, kiedy jego ojciec zmarł na zawał serca, wychowywała go więc tylko matka. Netty – tak miała na imię – była samolubną, zgorzkniałą i apodyktyczną kobietą, która nigdy nie miała dla nikogo dobrego słowa.

Dziwne, ale w młodości była piękna i zachowała ślady nieprzeciętnej urody aż do późnej starości. Niestety, z biegiem lat górę nad nią zaczęła brać starcza demencja. Niemal do siedemdziesiątego roku życia ubierała się schludnie i splatała włosy w nieskazitelny warkocz francuski, w końcu zaniechała tego, a jej włosy były nieustannie rozczochrane. Przestała o siebie dbać, nosiła brudne, poplamione ubrania, a w wieku siedemdziesięciu ośmiu lat przestała kontrolować czynności fizjologiczne.

Każdego dnia odwiedzała ją opiekunka z ośrodka pomocy społecznej, jednak spędzała z nią jedynie dwadzieścia minut, co wystarczało na drobne porządki i zasłanie łóżka oraz odgrzanie posiłku w kuchence mikrofalowej. Nic dziwnego, że żadna z opiekunek nigdy nie chciała zostać z nią dłużej. Netty wszystkie do siebie zniechęciła. Szczególnie wyżywała się na czarnoskórych.

David był zbulwersowany jej rasizmem. W wieku siedemnastu lat miał czarną dziewczynę o imieniu Millie, ze Streatham. Nigdy nie ośmielił się przyprowadzić jej do domu.

Wszedł do sypialni matki. Tutaj również okna były zasłonięte, więc rozsunął zasłony, żeby wpuścić światło. W małym ogródku za domem rosły głównie chwasty, na ziemi zalegały mokre liście. Gipsowego krasnala otaczały uschnięte paprocie, tak że widać było tylko jego wyblakłą niebieską czapkę.

David popatrzył na łóżko. W jego nogach leżała gruba brązowo-musztardowa narzuta. Poduszka wciąż miała wgniecenie w miejscu, gdzie spoczywała głowa Netty, a pościel była brudna i wymięta. Nikt jej nie dotknął od chwili, kiedy zabrano ciało. Na toaletce w kącie stały słoiczki z kosmetykami i częściowo wyciśnięte tubki z kremem przeciwzmarszczkowym. Lustro było pokryte tak grubą warstwą kurzu, że patrząc na nie, można było odnieść wrażenie, że w pokoju unosi się mgła.

Przyszedł tu z zamiarem posprzątania, powyrzucania zbędnych rzeczy i przygotowania mieszkania do sprzedaży. Ale teraz, gdy znalazł się w środku, nagle opuściła go wszelka energia. Poczuł się równie bezradny jak wtedy, gdy był chłopcem zdominowanym przez nieustająco złośliwą matkę. „Tylko mi tu niczego nie dotykaj. To jest mój dom, a nie twój!”

Podszedł do zabudowanej szafy z ubraniami i otworzył przesuwne drzwi. Wisiały tutaj wszystkie suknie i spódnice matki, niektóre bardzo znoszone. Jego wzrok padł na liliowy kostium, który pamiętał z czasów, kiedy był nastolatkiem, a także na długą zieloną suknię z szerokim kołnierzem, którą zawsze wkładała na, jak to nazywała, „specjalne okazje”, na przykład jego koncerty szkolne lub na Boże Narodzenie.

Po prawej stronie na półkach leżały upchnięte byle jak swetry, które matka kiedyś układała w obsesyjnym porządku, oraz bielizna, pończochy i rajstopy. Już miał zamknąć szafę, gdy zauważył czarny rybacki sweter – matka zrobiła go na drutach jako prezent urodzinowy dla ojca, zaledwie rok przed jego śmiercią.

David uważał, że był to najlepszy sweter, jaki kiedykolwiek udało jej się zrobić – głównie dlatego, że ojciec namówił ją, aby sweter miał czarny kolor, a nie żółty, zielony czy łososiowy jak większość jej robótek. W dniu urodzin ojca rodzice Davida ostro się o coś pokłócili – nie pamiętał już o co – a efekt tej kłótni był taki, że ojciec nigdy nie włożył czarnego swetra. Ale matka go zachowała i w zimne dni zdarzało jej się go nosić, chociaż był dla niej o wiele za duży.

David wyciągnął go teraz spod innych sztuk garderoby. Nie tknęły go mole i był czysty, co świadczyło o tym, że matka od wielu lat już go nie nosiła. David planował kupić sobie na zimę dwa lub trzy swetry i teraz przyszło mu do głowy, że jeśli weźmie sobie czarny sweter ojca, zaoszczędzi sporo gotówki. Był partnerem w kancelarii prawnej, ale ostatnio jego dochody znacznie spadły, zalegał ze spłatą hipoteki, jednak nie powiedział dotąd żonie, Evie, że jest niemal bankrutem.

Śmierć matki w gruncie rzeczy przyjął z ulgą, ale nie dlatego, że nie musiał już tu przychodzić dwa lub trzy razy w miesiącu i wysłuchiwać jej wyzwisk, lecz dlatego, że zostawiła mu niemal siedemnaście tysięcy funtów w oszczędnościach i akcjach oraz dom wart przynajmniej czterysta siedemdziesiąt pięć tysięcy, jeżeli nie więcej. Jej biżuteria też była warta ładne kilka tysięcy.

Zdjął sztruksową kurtkę i włożył sweter. Delikatnie pachniał perfumami matki, jednak David przyjął ten zapach raczej z nostalgią niż ze wstrętem. Może nie była dla niego aż tak zła, jak ją zapamiętał? Przecież nagle pozostała na świecie sama z ośmioletnim dzieckiem, którym musiała się opiekować, które sama musiała utrzymywać.

Popatrzył na swoje odbicie w zakurzonym lustrze. Sweter pasował idealnie, jak gdyby został zrobiony specjalnie dla niego. Był ciepły i jakby przynosił ukojenie; niespodziewanie Davida opuściła wszelka nienawiść do matki, a jej dom nagle wydał mu się bardziej przytulny.

Teraz chyba rozumiesz, przez co przechodziłam, użerając się z twoim niewdzięcznym ojcem i wychowując ciebie, wstrętny chłopaku. A przede wszystkim wcale nie chciałam cię urodzić. Jeśli chodzi o mnie, byłeś wpadką, skutkiem tragicznej pomyłki.

– Byłem nieplanowanym dzieckiem? – powiedział David głośno. – Nie chciałaś mnie?

Co ja wyrabiam, pomyślał, mówię sam do siebie. Ale może to on był egoistą, a nie jego matka. Przecież tylko dlatego, że rodzice tak często się ze sobą kłócili, z uporem obwiniał matkę o spowodowanie śmierci ojca, nawet przez chwilę nie pomyślawszy, jak bardzo czuła się samotna i jak musiała cierpieć po jego śmierci. Nic dziwnego, że czasami na niego krzyczała.

Ponownie włożył kurtkę, nie zdejmując swetra. Nie wiedział dlaczego, ale dodawał mu pewności siebie. Dzięki niemu nagle poczuł, że znowu sam może wziąć odpowiedzialność za swoje życie, a przecież takiej świadomości ostatnio mu brakowało, szczególnie w obliczu problemów w kancelarii. Nelson & White przegrali kilka ważnych spraw przed sądem, z tego powodu ucierpiała ich reputacja i interesy szły coraz gorzej.

Wszedł do pokoju, który kiedyś należał do niego. Gdy się wyprowadził, matka zamieniła to pomieszczenie w graciarnię. Trzymała tutaj walizki i leżaki, deskę do prasowania i odkurzacz, a także kartonowe pudła wypełnione różnymi śmieciami i szpargałami, od przepalonych żarówek po stare kolorowe czasopisma dla kobiet. Wciąż stało tutaj jego wąskie łóżko przykryte błyszczącą niebieską narzutą, a na ścianie wisiał plakat z Davidem Bowie, chociaż jego dolna część była oderwana.

To tutaj się chowałeś i nigdy nie przyszło ci do głowy, jaka samotna się czułam. To tutaj słuchałeś swojej kakofonicznej muzyki i onanizowałeś się każdego wieczoru. Och, nie myśl, że o tym nie wiedziałam! Znalazłam wszystkie twoje pornosy. Naprawdę uważasz, że byłam dla ciebie zła?

David stał na progu, a w głowie kłębiły mu się setki myśli. Miał wrażenie, że patrzy na pokój oczami matki, i przypomniał sobie, że po powrocie ze szkoły zawsze zamykał się w nim aż do wieczora, najwyżej na chwilę pojawiał się w kuchni, żeby zjeść kolację, ani słowem nie odzywając się do matki.

Wiesz, co powinnam była zrobić? Powinnam wejść którejś nocy do twojego pokoju, kiedy spałeś, i udusić cię. Dlaczego tego nie zrobiłam?

David się zorientował, że oczy ma pełne łez. Mrugnął, jednak łzy zamazywały mu widok. Odniósł wrażenie, że rupiecie w pokoju zaczynają tańczyć.

– Przepraszam – powiedział. – Nie miałem o tym pojęcia. Naprawdę nie wiedziałem.

Nadal stał w progu i przecierał oczy, kiedy zadzwonił jego iPhone. Pociągnął nosem i sięgnął do kieszeni. Dzwoniła Evie. Na ekranie pojawiła się jej fotografia – ciemnowłosa, drobna, uśmiechnięta kobieta. W tle widać było różowe i żółte balony.

– Jak ci idzie? – zapytała.

– Dlaczego?

– Co „dlaczego”? Chciałam się po prostu dowiedzieć, jak ci idzie sprzątanie, to wszystko. Chcesz, żebym przyjechała ci pomóc? Właśnie skończyłam zakupy.

– A dlaczego miałbym potrzebować pomocy?

– Wiesz… w tym domu jest mnóstwo śmieci, których trzeba się pozbyć, prawda?

– Jakie śmieci masz na myśli?

– Wszystkie te stare meble, łóżka, zasłony, no i ubrania twojej matki.

– To nie są śmieci! Jak w ogóle śmiesz używać takiego słowa?

– David, co ci się stało?

– Nic mi się nie stało. Dlaczego miało mi się coś stać?

– Bo cię nie poznaję. I dlaczego jesteś taki agresywny?

– Sama byłabyś agresywna, gdybyś musiała zmagać się z tymi wszystkimi uczuciami, z którymi ja muszę sobie poradzić.

– Szczerze mówiąc, nie rozumiem, o czym mówisz. Czyżby sprzątanie u matki tak cię rozstroiło? Wiem, że była okropną starą jędzą, ale daj już spokój. Zapomnij o niej. Przecież ona nie żyje, już nigdy na ciebie nie nakrzyczy. Skończ na dzisiaj i wróć do domu. Możemy pojechać tam w sobotę i posprzątać razem. Albo sama to zrobię, jeśli tak cię to przygnębia.

– Och, myślisz, że ci na to pozwolę?

– David, proszę, wracaj do domu. Jesteś jakiś dziwny.

Milczał przez kilka sekund.

– David? – odezwała się w końcu Evie, ale on bez słowa przerwał połączenie.

Tak, wrócę do domu i pogadamy, Evie. Pokażę ci, co spotyka ludzi, którzy mnie obrażają. Robiłem to już wcześniej i, na Boga, zrobię znowu.