Duch Zagłady

Tekst
Z serii: Manitou #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie może pan spytać tego kogoś? Lub to coś? Cokolwiek to jest.

– Znam lepszy sposób.

Dopił drinka i przesunął się na kanapie, tak że mógł dosięgnąć książek ułożonych na szklanym blacie stolika do kawy. Na wierzchu leżał album malarstwa Velázqueza, na którego okładce była reprodukcja portretu Filipa IV w mundurze marszałka polnego.

– Proszę położyć prawą rękę na książce – powiedział Martin Vaizey. – Doskonale. Teraz ja położę moją rękę na pańskiej.

Przycisnąłem rękę do błyszczącej okładki książki. Byłem zgrzany i spocony. Czułem, jak moje palce lepią się do okładki. Martin Vaizey położył płasko swoją rękę na mojej. Jego palce były zimne i suche.

– Po co to robimy? – spytałem.

Wciąż patrzył na moje prawe ramię, co mnie trochę denerwowało.

– Jakikolwiek duch by panu towarzyszył… zmuszę go, by ukazał panu swoją twarz. Musimy współpracować, wszyscy trzej. Nie mam pojęcia, jak będzie wyglądała ta twarz, pan nie ma mocy odtworzenia jej w świecie rzeczywistym, sam duch zaś nie może się ukazać bez naszej pomocy. To przypomina formowanie masek z plastiku na Halloween. Pańska ręka jest formą, moja – pompą wtryskową, a duch jest plastikiem.

– Nie wiem dlaczego mi się wydaje, że już kiedyś użył pan tej analogii – stwierdziłem.

Oczy mu błysnęły.

– To prawda. Używałem jej wiele razy. Bo to bardzo trafna analogia.

I tak siedzieliśmy twarzą w twarz, jego ręka na mojej ręce. Nie trwało to dłużej niż trzy, cztery minuty, ale mnie się zdawało, że siedzimy tak przynajmniej kwadrans. Plecy mi zesztywniały, zrobiło mi się niewygodnie i czułem, że moja spocona ręka niszczy okładkę tej kosztownej książki. Spojrzałem na Martina Vaizeya, lecz on wcale na mnie nie patrzył. Spoglądałem na obraz wiszący na ścianie za Martinem, przedstawiający kraba z ogromnymi szczypcami. Słyszałem szum klimatyzatora i odgłosy ruchu ulicznego. Winda zajęczała – zatrzymała się – i znowu zajęczała.

Nagle Martin Vaizey wykrzyknął:

– Duchu!

– Co takiego? – Podskoczyłem.

– Wzywam ducha, nie ciebie – warknął.

– Bardzo przepraszam. Nie pomyślałem.

– Duchu – ciągnął – weź mnie za rękę, pozwól mi wyprowadzić cię z bezkształtu. Nie bój się, duchu. Będziemy cię ochraniać i prowadzić. Ukaż się nam, duchu, żebyśmy mogli cię poznać.

Upłynęła następna długa chwila. Chociaż byłem nastawiony sceptycznie, wydało mi się, że ktoś za mną stoi. Może dlatego, że Martin Vaizey w szczególny sposób wpatrywał się w przestrzeń ponad moim ramieniem. Jeżeli ktoś wpatruje się tak długo i uporczywie, w końcu zaczynasz wierzyć, że naprawdę ktoś tam stoi. Podobnie gdy wpatrujesz się w buty ludzi przechodzących ulicą, prawie zawsze zaczynają podnosić nogi, aby sprawdzić, czy nie wdepnęli w coś brzydkiego.

– Duchu, wiemy, że próbujesz do nas przemówić. Ukaż się, duchu, weź mnie za rękę. Będziemy cię strzec i prowadzić. Nie obawiaj się.

Może chmury przesłoniły słońce, a może to był smog. Nagle całe mieszkanie wydało się trochę ciemniejsze, pojawił się inny zapach, świeży, jakby przesycony ozonem. Głębokie drgania dźwięku, które poczułem, nie były głośniejsze niż zamierające drgania kamertonu, niemniej były to drgania. Miałem uczucie, jakby przesunął się czas i zmienił się pokój. Niewątpliwie ktoś tu jeszcze z nami był.

– Duchu, ukaż się – szeptał Martin Vaizey. – Jesteśmy twoimi przyjaciółmi i obrońcami. Nie mamy złych zamiarów.

Czekaliśmy. W mieszkaniu robiło się coraz ciemniej. Mały zegar z holu wybił godzinę czwartą. Dzyń, dzyń, dzyń, dzyń. Ze wzrastającą niecierpliwością spojrzałem na Martina Vaizeya.

Właśnie wtedy poczułem na moim ramieniu upiornie zimną rękę. Przez ułamek sekundy ręka ta ścisnęła moje ramię, jakby zmarły stojący za mną chciał zwrócić na siebie uwagę.

Odwróciłem się błyskawicznie, tak że omal nie zwichnąłem sobie kręgów szyjnych. Nie było nikogo. Tylko tors z brązu i irysy. Lodowate-palce-wędrujące-wzdłuż-pleców.

Zwróciłem się do Martina i powiedziałem:

– Co…

Lecz Martin, podnosząc palec do ust, szepnął:

– Cicho, poczekaj! Teraz. To zaraz nastąpi!

Paraliżujące uczucie zimna przebiegło wzdłuż całej mojej prawej ręki, od ramienia po nadgarstek, jak gdyby wszystkie żyły powoli napełniały się płynnym tlenem. I tak już miałem kłopoty z łokciem tenisisty (nie od gry, tylko od malowania wałkiem sufitu w moim gabinecie). Kiedy ten niesamowity chłód dotarł do przedramienia, jęknąłem głośno.

– Nie bój się – odezwał się Martin Vaizey. – Duchy zawsze są zimne. Przecież ciepło ciała jest im zupełnie niepotrzebne.

Skrzywiłem się, za wszelką cenę starając się zachować spokój, chociaż właśnie w tej chwili duch, któremu zbędne jest ciepło ciała, przeniknął mi do ramienia, zamieniając moje spracowane ścięgna w lodowato zimny supeł bólu.

Miałem zmarznięte palce. I nagle stało się coś, co zaparło mi dech w piersiach i zjeżyło włosy na głowie. Okładka książki zaczęła jakby rosnąć pod moją dłonią, wypełniając ją konturami i wypukłościami. Przybierała kształty – kształt owalu, nosa, podbródka, ust.

Moja ręka już nie przyciskała płaskiej okładki książki. Przyciskała twarz mężczyzny.

ROZDZIAŁ 5

Próbowałem oderwać rękę, ale Martin Vaizey powstrzymał mnie. I jeszcze mocniej przycisnął moją dłoń do okładki. Pozostawało mi tylko czekać, aż wybrzuszenia na okładce staną się bardziej wypukłe. Zimna, miękka ludzka twarz z każdą sekundą stawała się wyraźniejsza.

Starałem się uwolnić rękę, lecz Martin Vaizey trzymał ją mocno.

– Nie! Jeszcze nie teraz! Możesz go uszkodzić!

Byłem zupełnie bezradny. Z jednej strony za nic nie chciałem uszkodzić twarzy, która powstała w mojej dłoni, z drugiej zaś Martin Vaizey, jako cięższy i dużo silniejszy niż ja, uniemożliwiał mi uwolnienie się.

W końcu proces kształtowania się twarzy jakby się zatrzymał. Wciąż czułem tę zimną żywą twarz w mojej dłoni. Co gorsza, czułem rzęsy łaskoczące moją skórę. Ponadto czułem oddech – słaby, lecz miarowy.

– W porządku – szepnął Martin Vaizey. – Możesz zabrać rękę. Już się uformował. Zabierz rękę.

Ostrożnie podniosłem dłoń znad okładki.

– Jest – rzucił triumfalnie Martin Vaizey.

– Chryste Panie! – wyszeptałem.

Okładka przybrała kształt ludzkiej twarzy. Była to twarz mężczyzny o krótkim, prostym nosie, wydatnych ustach i surowym czole. Trudno było stwierdzić, jakiej był rasy, ponieważ rysy jego mieszały się z rysami Filipa IV. Przez jego policzki przebijał pomarańczowy jedwab i koronki munduru marszałka polnego, podbródek przesłonięty czarnym trójkątnym kapeluszem Filipa sprawiał wrażenie brody, prawe oko zaś zasłaniała twarz Filipa, blada i bezbarwna typowa twarz Habsburgów.

Niewiarygodność tej zjawy potęgował fakt, że ona oddychała, miała otwarte oczy i poruszała ustami.

– Duchu, czy mnie słyszysz? – zapytał Martin Vaizey, pochylając się nad nią.

Usłyszałem dźwięk przypominający uderzenie wiatru w mikrofon, szelest bukowych liści czy przesypywanie piasku wśród wydmowych traw. Nagle usłyszeliśmy głos, słaby i niewyraźny męski głos, jakby z zaświatów.

– …nie mogą cię odrzucić… oni nie mogą

– Co on mówi? – spytałem Martina Vaizeya z nieukrywanym przerażeniem. – Do diabła. Kto to jest?

– Sądziłem, że pan mi to powie. Nigdy w życiu go nie widziałem.

– Przecież to jest tylko książka! – prawie wrzasnąłem na niego. – Na miłość boską, przecież on nie może mówić! To tylko książka!

– Panie Erskine, sądziłem, że już to panu wytłumaczyłem. To, na co pan patrzy, to jest po prostu pośmiertna maska. Przyznaję, że nie jest podobna do zwyczajnych pośmiertnych masek, ponieważ bardziej przypomina nieśmiertelnego ducha tego mężczyzny niż jego zmarłe ciało i dlatego może poruszać się, oddychać i mówić. Użyłem do tego celu książki, ponieważ tak było najwygodniej. To wszystko. Z równą łatwością moglibyśmy odtworzyć jego twarz na ścianie, na stole lub na podłodze.

– A zatem to nie jest jego prawdziwa twarz, tylko odbicie?

– I tak, i nie. Zazwyczaj duch znajduje się wszędzie i nigdzie. Tak się stało, że udało nam się na tej książce uzyskać duchowy zarys twarzy.

Szszszsz…

– …trochę za późno… nie zrozumieliście, że nie można użyć duchów do walki przeciwko istotom nieposiadającym duszy… teraz oni… wszędzie gdzie… nawet ślad… nic nie pozostanie… dopóki nie odzyskają wszystkiego… wszystkiego… jak było dawniej

Szszszsz…

Byłem zdenerwowany i nie bardzo zdawałem sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie ta pośmiertna maska mogła przedstawiać. Ostrożnie pochyliłem się nad nią. Najbardziej denerwujące było patrzyć, jak wraz z oddechem i mową maski jedwabny pomarańczowy mundur Filipa IV faluje niczym prawdziwy materiał, jak jego miniaturowa twarz wznosi się i opada przy każdym drgnięciu powieki.

– Jest pan pewien, że go pan nie zna? – dopytywał się Martin. – Musiał go pan kiedyś spotkać, zapamiętać jego twarz, w przeciwnym razie nie udałoby się nam wywołać jego wizerunku.

– Sam nie wiem… te plamy rozsiane po twarzy… doprawdy trudno powiedzieć.

Szszszsz…

…ostrzegałem was… ostrzegałem was… teraz oni wytępią całą… wciągną was wszystkich w otchłań… wszystko

Szszszsz…

– Jest bardzo nieszczęśliwy, nie sądzi pan? – zauważył Martin Vaizey. – Wygląda na to, że chce pana przestrzec przed czyjąś zemstą. Straszliwą zemstą! „Nic nie pozostanie… wciągną was wszystkich… nawet ślad…”. Według mnie to jakaś straszna zemsta.

– Czy mogę dotknąć książki? – zapytałem.

– Oczywiście. Może pan robić z nią wszystko. Nawet ją czytać.

 

– Czy mogę ją odwrócić?

– Śmiało. Proszę robić, co pan chce.

Wziąłem książkę i końcami palców dotknąłem jej grzbietu. Sam nie wiem, co chciałem przez to osiągnąć. Może pomyślałem, że twarz nagle odwróci się i ugryzie mnie w palce. Tymczasem poczułem tylko miękki, elektryzujący chłód.

Ostrożnie odwróciłem książkę, by przyjrzeć się twarzy z różnych stron. Przez cały czas twarz coś szeptała, lecz głos był tak nikły, że nic nie mogłem zrozumieć.

– Czy ma pan jakichś wrogów? – spytał Martin Vaizey poważnie. – Kogoś, kto chciałby pana skrzywdzić?

Pokręciłem głową.

– Może paru mężów, którzy wyobrażają sobie, że moje sesje nie polegają tylko na czytaniu z ręki. Chciałbym być takim szczęśliwcem. Moja najładniejsza klientka wygląda jak bliźniaczy brat Bette Midler.

– To jest o wiele poważniejsza sprawa – stwierdził Martin Vaizey. – Ten duch jest autentycznie zaniepokojony. Nie przypominam sobie, żebym w ciągu ostatnich dwudziestu lat widział równie zmartwionego ducha.

Szeptanie nie ustawało.

– …cokolwiek byś zrobił… pamiętaj, co ci zapowiedział… pamiętaj, co ci zapowiedział… nawet w otchłani

– Czy ktoś panu czymś groził? – dopytywał się Martin Vaizey.

– Nie wiem. Mój gospodarz zapowiedział, że mnie wyrzuci, jeżeli nie zapłacę czynszu. Nic innego nie przychodzi mi do głowy.

Nagle szepczący głos powiedział:

– …nie na tym świecie… nie na tym świecie… skala, nie pamiętasz?… czy dobrze to ukryłeś?… zagrzebane w glinie… jąca skala… czy ty

Z przerażeniem i niedowierzaniem wpatrywałem się w tę twarz. Pomyślałem: Nie, tylko nie to. Nigdy więcej. Nie zniósłbym już tego. Raz to było aż nadto. Za drugim razem omal nie oszalałem. Boże, nigdy więcej. Nie dopuść, bym jeszcze raz wplątał się w tę kabałę. Martin Vaizey obserwował mnie cały czas uważnie.

– Pan wie, kim on jest, prawda? Już pan sobie przypomniał? Czyż nie tak?

Wstałem, wycierając spocone dłonie o spodnie.

– Niech pan posłucha, panie Vaizey. Myślę, że cały ten eksperyment to była pomyłka. Czy mógłby pan pozbyć się tej twarzy?

– Przyszedł pan prosić mnie o pomoc – rzekł Martin Vaizey.

– To prawda. Lecz chodziło mi o panią Greenberg i jej meble. To nie ma nic wspólnego z tym, co się tu dzieje.

– Czy jest pan tego pewny?

– Tak. Ta twarz ma związek z moją przeszłością. Z czymś, w co zostałem wplątany wiele lat temu. To jest mój duch, a nie Naomi Greenberg. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego on wciąż wokół mnie krąży.

– Panie Erskine, ten duch wciąż panu towarzyszy, gdyż jest pan uwikłany w pewien rodzaj metapsychicznej walki. On nie chce pana przestrzec przed zazdrosnymi mężami lub nękającymi pana o czynsz gospodarzami. Chce pana przestrzec przed czymś zupełnie innym. „Nie na tym świecie”, tak powiedział. „Nie na tym świecie”. Mówił też o otchłani. Otchłań to powszechnie używane określenie królestwa duchów.

Z całą stanowczością podniosłem rękę.

– Panie Vaizey, proszę mi wierzyć, że ta sprawa nie ma nic wspólnego z panią Greenberg.

– Czy oprócz pani Greenberg ma pan do czynienia z innymi zjawiskami metapsychicznymi?

– Owszem, jeden lub dwa przypadki.

– Jakiego rodzaju? – dopytywał się Martin Vaizey.

– Właściwie to chodzi o jeden. Pewna pani z Osiemdziesiątej Szóstej Wschodniej.

– Jaki jest charakter tego zjawiska?

Spojrzałem na twarz z albumu Velázqueza. Szeptała coś, w dalszym ciągu otwierając i zamykając oczy.

– Jej fortepian sam gra. Przynajmniej tak jej się wydaje.

Martin Vaizey milczał chwilę, dalej mnie obserwując. Zerknąłem na niego raz i drugi bez powodzenia, starając się uśmiechnąć.

– Chce mi pan powiedzieć, kim jest nasz przyjaciel duch – sugerował Martin Vaizey.

– Czy mógłby pan zdjąć obwolutę książki? Chciałbym się upewnić.

Martin Vaizey ostrożnie wziął książkę do ręki, trzymając ją na poziomie moich oczu. Zdjął obwolutę, pozwalając jej opaść na podłogę. Miałem przed sobą tę samą żyjącą pośmiertną maskę. Tym razem jednak patrzyła mi prosto w oczy, tak jak żywy człowiek. Jego skóra miała kolor kremowego marmuru, jak oprawa książki. Złoty nadruk Velázquez opasywał jego czoło jak przepaska. Oczy mrugały na mnie, a usta wciąż szeptały.

Nie miałem cienia wątpliwości. Owładnęło mną bez reszty uczucie powstałe z połączenia żalu i tchórzostwa.

Pierwszy raz ujrzałem tę twarz pewnego wiosennego dnia prawie dwadzieścia lat temu na lotnisku La Guardia, gdzie przybyłem, by oczekiwać samolotu z Sioux Falls w Dakocie Południowej.

Gdy ujrzałem ją po raz pierwszy, nie mogłem przewidzieć masakry, jakiej miałem stać się świadkiem; to było jak otwarcie puszki Pandory.

Kiedy ujrzałem ją po raz pierwszy, nie miałem pojęcia o magii, o życiu po śmierci, o wszystkich tych przerażających potwornościach.

To był Śpiewająca Skała, właściciel firmy ubezpieczeniowej i szaman w jednej osobie, nieżyjący, i to od bardzo dawna.

Śpiewająca Skała szeptał nieustannie:

– …uwolnić ziemię od morza do… aby było jak dawniej… żadnego wyobrażenia

– Chce mi więc pan powiedzieć, kto to jest? – nalegał delikatnie Martin.

Zdałem sobie sprawę, że mam łzy w oczach. Z trudem przełknąłem ślinę.

– To jest mój przyjaciel. Właściwie mój znajomy. Nie mogę powiedzieć, że byliśmy przyjaciółmi. Nazywa się Śpiewająca Skała.

– Sądząc po imieniu, to jakiś tubylec.

– Tak.

– Czy domyśla się pan, przed czym chciałby pana ostrzec?

– Chyba tak, choć wolałbym nie.

– Czy nie zechciałby pan nazwać go po imieniu? Może otrzymamy wyraźniejszą odpowiedź.

Zawahałem się, lecz Martin zachęcał mnie ruchem głowy, więc zbliżyłem się do twarzy, która patrzyła na mnie z książki. Spojrzałem w niewidzące oczy koloru bladego marmuru i ze ściśniętym gardłem zapytałem:

– Jak się masz, Śpiewająca Skało?

Otworzył oczy, potem zamknął.

– …Harry… czy mnie słyszysz

– Słyszę cię, ale bardzo słabo. Skąd mówisz?

Na twarzy zjawiło się coś na kształt uśmiechu.

– …którą wy nazywalibyście Terenem Szczęśliwych Łowów… a ja nazywam Wielką Otchłanią

– Rozumiem. Nie mamy zbyt dobrego połączenia…

– …a ja… nigdy nie miałem dobrego połączenia

– Coś cię trapi, Śpiewająca Skało. Śpiewająca Skało, słyszysz mnie? Mówię, że coś cię gnębi. Coś cię denerwuje. Owszem, słyszę niektóre słowa, ale ich nie rozumiem. Nie rozumiem, co złego się dzieje.

– …najmniejszy ślad… oczyszczają święte ziemie, by nie pozostał najmniejszy ślad

– Co chcesz przez to powiedzieć? Nie rozumiem cię.

– …bardzo mało czasu… wierz mi

Jego głos zupełnie zaniknął i słyszałem tylko fale głośnych zakłóceń w atmosferze.

– Śpiewająca Skało?! – wołałem. – Śpiewająca Skało!

Oczy Śpiewającej Skały były zamknięte, tylko oddech stał się szybszy.

– Tracimy go – powiedział Martin Vaizey. – Coś się stało. Czuję to! Coś się wokół niego dzieje. Wyczuwam koło niego czyjąś obecność.

– Co takiego? Co to znaczy? Czyją obecność?

– Coś go otacza. Coś ciemnego. Czarnego.

– Jezus Maria! Czy coś mu się stało?

Nagle twarz na książce otworzyła oczy, szeroko rozwarła usta i wrzasnęła do mnie. Z przerażenia poczułem, że za chwilę poleci mi po nogach. Martin Vaizey krzyknął – Aaaaach! – i cisnął książkę w powietrze.

Gdy dotknęła podłogi, jakaś siła zdarła z niej okładkę i zaczęła rzucać nią po pokoju. Wrzask nie ustawał. Strona tytułowa uniosła się ku twarzy Śpiewającej Skały i również krzyczała. Wyrwała się i rzuciła w ślad za okładką. Pod nią była strona z podziękowaniem i ona też miała twarz Śpiewającej Skały i też krzyczała. Porwał ją jakiś niewyczuwalny wiatr.

Kartki z książki odrywały się jedna po drugiej, a każda z nich miała na sobie wizerunek pośmiertnej maski Śpiewającej Skały, a każda maska wydawała z siebie ten sam wrzask. Kartki wirowały po pokoju – pięćdziesiąt twarzy, siedemdziesiąt twarzy, sto twarzy, dwieście twarzy. Z każdą twarzą wyrzuconą w powietrze wrzask potęgował się. W końcu w mieszkaniu Martina Vaizeya rozbrzmiewał chór ponad trzystu rozdzierających głosów.

– Duchu! Odejdź! – ryknął Martin Vaizey.

W pokoju nadal szalała jednak zamieć wrzeszczących kartek. Równocześnie ktoś zaczął walić i dzwonić do drzwi.

Zasłaniając uszy rękami, torowałem sobie drogę wśród fruwających kartek. Martin Vaizey stał w wirującym gąszczu krzycząc:

– Odejdź! Słyszysz mnie?! Rozkazuję ci odejść!

Złapałem egzemplarz „New Yorkera” ze stojaka na gazety, zwinąłem luźno i przytrzymałem między kolanami. Krzyk wzmagał się z każdą chwilą. Był tak głośny i ostry, że omal nie straciłem słuchu. Zapaliłem zapałkę i zrobiłem z gazety coś w rodzaju pochodni.

– Panie Erskine, nie! – krzyknął Martin Vaizey. Ale ja stałem, wymachując płonącą gazetą, i Vaizey nie mógł mnie powstrzymać. Dobrze wiedziałem, z kim walczymy. On nie wiedział. Jeszcze nie wiedział. A może nigdy się nie dowie, jeżeli nie uda nam się pozbyć tych rozwrzeszczanych twarzy.

Przeszedłem przez salon, machając na wszystkie strony moją pochodnią. Za każdym ruchem płomienie wydawały głuchy grzmot. Złapałem parę wirujących kartek-masek i podpaliłem je. Spłonęły natychmiast, krzycząc dziko. Zacząłem chwytać następne kartki – twarz po twarzy, aż w końcu całe mieszkanie pełne było płonących, tańczących, przeraźliwie wrzeszczących pośmiertnych masek Śpiewającej Skały.

Walenie do drzwi stawało się coraz bardziej gwałtowne. Słychać było czyjś ryk:

– Dość tego! Dość! Skończcie z tym przeklętym hałasem, bo zawołam gliny!

Odwróciłem się i znów przeszedłem przez pokój, dotykając każdej maski, która przefruwała koło mnie. Migotały i kruszyły się w powietrzu, wirując i dymiąc. Spadały na białą kanapę Martina Vaizeya i na dywan w kolorze zimnego błękitu. Opadały na szklany blat stolika i na niedopity napój z passiflory. Powietrze przesycone było dymem i sadzą.

Stałem pośrodku ognia i krzyczących twarzy. Żar unosił płonące kartki; podfruwały w górę i znów opadały na podłogę. Gdziekolwiek się obróciłem, wszędzie widziałem twarz Śpiewającej Skały. Śpiewająca Skała z płonącym nosem. Śpiewająca Skała z płonącymi włosami. Śpiewająca Skała z ustami otwartymi do krzyku.

To były tylko maski, odbitki ludzkiej duszy. Niemniej były to twarze człowieka, który bronił mnie i ochraniał, który poświęcił swoje życie, aby jego naród i nasz naród mogły zapomnieć o przeszłości.

– Mój Boże – powiedział Martin Vaizey. – Co pan zrobił z moim mieszkaniem?

Nie zwracając uwagi na jego słowa i wymachując resztką płonącej gazety, szukałem niedopalonych kartek. Zdawało mi się, że złapałem wszystkie, a te, których nie podpaliłem, same zapalały się od innych. Martin Vaizey z założonymi rękami stał i obserwował mnie, jakby pozował do obrazu zatytułowanego Jak opanować gniew.

– Bardzo przepraszam – powiedziałem. Przyciągnąłem szklaną popielnicę i niedbale zdusiłem niedopalony koniec gazety. Żaden inny pomysł nie przyszedł mi do głowy.

Strzepnął popiół z kanapy.

– Myślę, że w tych okolicznościach słusznie pan postąpił.

– Znam dobry zakład, który czyści obicia – powiedziałem.

Za pomocą długiej srebrnej łyżki koktajlowej wyłowił popiół ze szklanki. Przez chwilę spoglądał na napój, chcąc się upewnić, czy nadaje się do picia. Po krótkim namyśle odstawił szklankę.

– Nie sądzę, aby teraz naszym głównym zmartwieniem było czyszczenie tapicerki – powiedział. – Wydaje mi się, że pan i pańska pani Greenberg jesteście poważnie zagrożeni.

– Ile powagi jest w pańskim słowie: „poważnie”?

– Grozi wam niebezpieczeństwo ze strony sił nadprzyrodzonych. Oto i cała powaga. – Spojrzał na zegarek, rolex z tysiąc dziewięćset trzydziestego roku. Taki zegarek wystarczyłby mi na czynsz za dwa lata. – Potrzebuję piętnastu minut, żeby wziąć prysznic i przebrać się. A pan w tym czasie może trochę posprząta. Proszę nie wcierać popiołu w obicia.

– Słucham?

– O co chodzi? – spytał, kierując się do łazienki.

– Czy mam rozumieć, że zgadza się pan pomóc mi w sprawie pani Greenberg?

Twarz miał ponurą. Mięsień w prawym policzku drgał mu bez przerwy, jakby Martin zaciskał zęby, co też prawdopodobnie czynił.

– Panie Erskine, to, czego świadkami byliśmy przed chwilą, jest najbardziej spektakularnym przejawem interwencji sił nadprzyrodzonych, jaki kiedykolwiek widziałem. I jak już wcześniej powiedziałem, uważam, że jest pan poważnie zagrożony.