Duch Zagłady

Tekst
Z serii: Manitou #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 2

Siedzieliśmy w barze U Maude w hotelu Summit. Było głośno i tłoczno, jak to w porze lunchu, ale na szczęście udało nam się znaleźć miejsce. Karen zamówiła koktajl z rumu i soku cytrynowego z lodem, a ja to co zwykle: Eksplozję Erskine’a. To był jedyny bar, w którym mogłem ją dostać, a przynajmniej jedyny, w którym wiedzieli, jak ją zrobić. Składała się głównie z wódki o nazwie Cierpiący Bękart z odrobiną bourbona. Niech tylko wypiję szklaneczkę, a świat od razu wydaje mi się lepszy. Co tam lepszy?! Najlepszy ze światów! Jeżeli wciąż ogląda się inne światy, jak na przykład światy według tarota, światy, w których ze ścian spadają niewidzialne przedmioty, odrobina iluzji pozwala zachować równowagę umysłu.

Zauważyłem obrączkę na palcu lewej dłoni Karen.

– Jesteś mężatką? – zapytałem.

Pokręciła głową.

– Byłam. Profesor z college’u w Hartford. Był dla mnie bardzo dobry. Na imię ma Jim.

– Zatem nie nazywasz się Karen Tandy, tylko pani Jimowa…?

– Van Hooven.

– Zmieniłaś więc również narodowość. I co się stało?

– Z Jimem? Nic takiego. W dalszym ciągu uważam, że to wspaniały człowiek. Po prostu któregoś ranka zdałam sobie sprawę, że potrzebuję w życiu czegoś więcej niż samej dobroci.

– A teraz co cię interesuje? Seks, narkotyki czy rock’n’roll?

– Sama nie wiem. Próbuję się zorientować.

Znałem osobliwe siostry Miłosierdzia – zacytowałem. – Widziałem, jak całowały chorych, opiekowały się starcami i dawały cukierki obłąkanym!

– Dziwny z ciebie człowiek, Harry.

– Wcale nie. Dziwni ludzie mają dziwne dążenia. A ja tylko, by być normalnym człowiekiem.

– Ci moi przyjaciele… – zaczęła Karen.

– Ci, o których się martwisz?

– Tak. Mieszkają przy Siedemnastej Wschodniej. Nazywają się Michael i Naomi Greenbergowie. Michaela znam jeszcze ze szkoły. To uroczy ludzie. Naprawdę uroczy.

Łyknąłem trochę mojej Eksplozji i wstrząsnął mną dreszcz, jakby mnie śmierć przeskoczyła.

– O co więc chodzi? – spytałem. – Co to za historia, w którą nikt nie chce wierzyć, nawet ty?

Karen była poważna. Mówiąc, wodziła palcem po deseniu obrusa.

– To zdarzyło się w piątek, trzy tygodnie temu. Michael wraz z bratem Erwinem poszli do synagogi. Naomi przygotowała kolację, nakryła stół i czekała na nich. Jakieś pół godziny przed ich powrotem meble w jadalni same zaczęły się przesuwać i tłoczyć pod ścianą. Naomi próbowała je zatrzymać. Zaczęła nawet przenosić je z powrotem na środek pokoju, ale one uparcie wracały pod ścianę. W rezultacie Naomi doznała dosyć ciężkich obrażeń. Jedno żebro złamane, dwa pęknięte, a lewe płuco zgniecione. Na dodatek to straszliwe przeżycie wtrąciło ją w szok.

– Sama przeszłaś gorsze rzeczy – przypomniałem jej.

Wzruszyła ramionami, starając się zlekceważyć przebyte doświadczenie.

– Nie byłam sama jak Naomi. Nie zdawałam sobie sprawy, co się ze mną dzieje. Nie wiem, jak to powiedzieć. Nie byłam sobą.

Odchyliłem się na oparcie krzesła. Siedzący obok mnie młody mężczyzna o wyglądzie biznesmena ryczał ze śmiechu, myślałem, że bębenki mi w uszach popękają.

– W czym problem? Że meble Greenbergów same się przesunęły? Mnóstwo ludzi chciałoby, żeby ich meble same się przesunęły.

– Nie w tym rzecz.

– Zacznijmy od przesunięcia mebli. Musimy rozważyć dwie możliwości. Pierwsza to ta, że Naomi złamała żebro w takich okolicznościach, o których nie chciała powiedzieć Michaelowi. Druga to ta, że ona sama przesunęła meble, a historyjkę wymyśliła, ot tak sobie.

– Ona nigdy by tak nie postąpiła! Na miłość boską, cóż to musiałaby być za sytuacja, żebym nie miała odwagi powiedzieć mężowi, że złamałam żebro?

– Kto wie? Może twoja przyjaciółka ma bardzo gwałtownego kochanka. Może miała gdzieś wypadek samochodowy i nie chciała, żeby mąż dowiedział się, gdzie była.

– Nie, Harry. To niepodobne do Naomi. Mogę dać za nią głowę.

– Za nikogo nie możesz dać głowy. Dobrze o tym wiesz.

– Czy ja dobrze słyszę? Po tym wszystkim, co wydarzyło się w szpitalu Sióstr Jerozolimy, po tej strasznej walce, nie wierzysz, że stało się to za sprawą sił nadprzyrodzonych?

Dopiłem swojego drinka.

– Zastanów się, Karen. To kwestia skali. To, co się wydarzyło w Szpitalu Sióstr z Jerozolimy, było właściwie wojną ludzi przeciw ludziom. Wyznawcy jednej duchowej wiary przeciwko wyznawcom innej. Jak na razie, to, co zdarzyło się w mieszkaniu twoich przyjaciół, wygląda na niezbyt doniosły akt wiedzy tajemnej. Może Naomi jest jej wyznawczynią. A może to jakieś kołatki, wiesz, złośliwe duchy stukające. Osobiście uważam, że powinnaś szukać wyjaśnienia w zjawiskach naturalnych.

Karen była zmartwiona, a ja za nic w świecie nie chciałem jej zmartwić. Dwadzieścia lat temu w Szpitalu Sióstr z Jerozolimy Karen urodziła karła potworka, którego wszyscy uważali za Misquamacusa, wcielenie siedemnastowiecznego szamana z plemienia Wampanoagów. To było straszliwe. Wielu ludzi straciło życie. Pojawienie się Misquamacusa daleko wykraczało poza granice mojej wiary i wiarygodności. Byłem w Szpitalu Sióstr z Jerozolimy. Na własne oczy widziałem to, co się tam zdarzyło. Lecz kiedy dziś myślę o tym, wolę uznać, że ten jedyny w swoim rodzaju stan Karen był epicentrum niezwykłego wybuchu sugestii zbiorowej. Nie mam pojęcia, jak i dlaczego do tego doszło. W każdym razie wolę myśleć o tym w ten sposób. Lepiej uchodzić za wariata, niż być zmuszonym przyznać, że coś takiego jak Misquamacus w ogóle istnieje.

– Pewien profesor z uniwersytetu w Seattle przyjechał, żeby osobiście sprawdzić mieszkanie Greenbergów – powiedziała Karen. – Specjalizuje się w badaniach ludzi poruszających przedmioty siłą swojej woli. Jest również swego rodzaju ekspertem od kołatków. Nigdy w życiu nie stwierdził wśród nich takiego zachowania. Kołatki są bardziej psotne, bardziej złośliwe. U Greenbergów po prostu wszystkie meble zostały przesunięte na jedną stronę pokoju i tam już pozostały.

– Jeżeli to nie była sprawka kołatków, w takim razie czyja? Jaka jest opinia profesora? Co to było?

Karen wzruszyła ramionami.

– On nie umie tego wytłumaczyć. Podobnie jak inni. Była tam policja. Był rabin. Przyszedł psychoanalityk Naomi. Nikt nie potrafi tego wytłumaczyć. Wobec tego doszli do wniosku, że to się w ogóle nie wydarzyło albo… jak ty… że Naomi zmyśla.

Położyłem ręce na jej ramionach.

– Karen, naprawdę bardzo chciałbym jakoś pomóc. Lecz to jest poza zasięgiem mojego doświadczenia. Nigdy nie miałem z czymś takim do czynienia. I nie będę miał. Bardzo mi przykro.

– Walczyłeś z Misquamacusem – przypomniała Karen. Wiedziałem, jak trudno jej przyszło wymówić to imię. – Walczyłeś i pokonałeś go.

– Sam nie wiem. Może to było coś zupełnie innego, niż pamiętamy.

– Posłuchaj, Harry. – W oczach Karen zabłysły łzy. – Michael i Naomi są moimi najlepszymi przyjaciółmi. Oni szaleją. Całe to wydarzenie zrujnowało im życie. Dla ciebie to może błahostka, dla nich to jest koniec małżeństwa. Są bliscy utraty zmysłów. Obiecałam im…

Spojrzałem na nią. Uniosłem rękę, dając kelnerowi znak, że chcę zamówić jeszcze dwa drinki. I zastygłem.

– Co im obiecałaś?

– Obiecałam im, że sprowadzę najlepszego znawcę zjawisk metapsychicznych w Nowym Jorku. Prawdę mówiąc, najlepszego znawcę w Ameryce.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Podszedł kelner, a ja siedziałem z uniesioną ręką jak uczniak, nie mogąc wykrztusić słowa.

– Co mam podać?

– Rachunek – wybełkotałem. – Proszę o rachunek.

– Harry – zaczęła Karen, ale jej przerwałem.

– Obiecałaś im najlepszego znawcę zjawisk metapsychicznych w Ameryce? Czy miałaś na myśli mnie?

– Nie wiedziałam, co mam robić. Nie wiedziałam, do kogo się zwrócić.

– Karen na miłość boską! Jestem wróżbitą! Wróżę z fusów! Ja to wszystko zmyślam! Taki ze mnie znawca metapsychiki, jak z Pee Wee Hermana! Dlaczego nie poszłaś do niego? To jeszcze większy krętacz niż ja!

Młodzieniec o wyglądzie biznesmena nagle przestał się śmiać i wpatrywał się we mnie ze zdumieniem.

– Chcesz poznać swoją przyszłość, ty przeklęta wyjąca hieno?! – wrzasnąłem na niego. – Ożenisz się, a twoja żona ogłuchnie. Twój pies i twoje dzieci też ogłuchną. W końcu ogłuchniesz ty sam. Reszta jest milczeniem!

– Co cię gryzie, o co ci chodzi, kolego – odparł, wycofując się.

– Harry, uspokój się, proszę – błagała Karen.

– Tak, Harry – powtórzył biznesmen – uspokój się, proszę.

– Chcesz dostać w pysk? – spytałem, lecz Karen złapała mnie za rękaw.

– Harry – błagała. – Tylko pójdź i zobacz. Nic więcej nie chcę. Tylko pójdź i zobacz.

– Tak, Harry – powtórzył biznesmen. – Wyświadcz nam tę łaskę. Pójdź i zobacz.

Podpisałem rachunek, odsunąłem stół, żeby Karen mogła wstać, i ruszyliśmy w stronę wyjścia. Otwierając drzwi, odwróciłem się do biznesmena.

– Wierz mi, przyjacielu, z takim śmiechem daleko zajdziesz. Nawet jak dotrzesz do Paterson w New Jersey, jeszcze i tak będzie cię słychać.

Z powodu korka przy Union Square droga do domu Greenbergów zajęła nam dwadzieścia minut. Gruby czarny kierowca w kółko nucił Message in a Bottle, ale za to działała klimatyzacja. Na zewnątrz temperatura wynosiła około trzydziestu stopni przy wilgotności osiemdziesięciu jeden procent. Powietrze miało kolor spiżu.

Karen opowiedziała mi wszystko, co się wydarzyło przez te dwadzieścia lat, od chwili gdy zamykając drzwi jej sypialni, powiedziałem „Dobranoc”. Aż trudno uwierzyć, że od tej pory upłynęło tyle czasu. Zapamiętałem doskonale jej bladą dziewczęcą buzię o nieskazitelnej cerze, a tymczasem teraz miałem przed sobą dojrzałą kobietę, z pierwszymi zarysami zmarszczek na twarzy.

 

Największym problemem w ich małżeństwie była dobroć Jima. Mąż Karen bardzo pragnął mieć dzieci. Ona jednak, po tym, co się wydarzyło w Szpitalu Sióstr z Jerozolimy, bała się takiego ryzyka. Jim należał do tych mężczyzn, którzy obsesyjnie pragną syna. On sam był ostatnim męskim potomkiem rodu Hartfordów van Hooven; błagał Karen, aby zechciała dać mu przynajmniej jednego dziedzica, by zachować ciągłość rodu. Ożenił się potem z kobietą profesorem; miała jaskrawe tlenione włosy i ostre rysy twarzy. Nosiła swetry własnej roboty i miała szerokie biodra, dobre do rodzenia dzieci. Karen bardzo śmieszyła myśl, że ona i ta nauczycielska Walkiria noszą to samo nazwisko – van Hooven.

Dotarliśmy wreszcie do Siedemnastej Wschodniej i zesztywniali od siedzenia w aucie stanęliśmy na rozpalonym chodniku. Nie znałem tych okolic zbyt dobrze, chociaż kiedyś miałem tutaj przyjaciółkę. Mieszkała na Piętnastej Ulicy. Była dziennikarką, pisywała do „Voice” i często wpadaliśmy na drinka do baru pod nazwą Dzwony Piekieł. Rozejrzałem się po ulicy. W powietrzu unosił się fetor śmieci i gazów spalinowych oraz nieuchwytny kwaśny, przyprawiający o mdłości odór. Niewidomy grajek z siwą szczeciniastą brodą, pochylony nad białą laską, grał na straszliwie rozstrojonej harmonijce żałobnego bluesa.

Fronton domu, gdzie mieszkali Greenbergowie, wyłożony był czerwonobrązowym piaskowcem. Po obu stronach drzwi wejściowych rosły pokryte kurzem wawrzyny, przytwierdzone ciężkimi łańcuchami do kamiennej balustrady. Po zachodniej stronie domu stała stara fabryka kopert, zbudowana chyba koło tysiąc dziewięćset czternastego roku z czerwono-białych cegieł, której zakurzone okna były szczelnie zasłonięte. Po wschodniej stronie znajdował się dużo większy budynek, którego fronton również wyłożony był piaskowcem, okna pozbawione proporcji, a ściany łuszczyły się od sadzy. Czerwony neon nad wejściem głosił, że jest to hotel Belford. Był to hotel z rodzaju tych, co to lepiej spędzić noc na ulicy, niż się w nim zatrzymać. W holu piętrzą się stare graty, a od wieczora do rana towarzyszy ci złowieszczy szczęk klamki, którą ktoś usiłuje sforsować twoje drzwi.

Karen nacisnęła przycisk z napisem M. i N. GREENBERGOWIE i po chwili przez domofon dał się słyszeć zmęczony głos:

– Karen? Czy to ty?

– Znalazłam Harry’ego – powiedziała. Drzwi otworzyły się prawie natychmiast.

Wspięliśmy się po ciemnych schodach. Dobrze, że były wyłożone chodnikiem, a zapachy dolatujące z kuchni całkiem apetyczne. U kogoś będzie ryba, chyba się nie mylę. Zapach duszonej ryby mieszał się z lawendowym zapachem pasty do czyszczenia mebli.

Stanęliśmy przed drzwiami mieszkania Greenbergów. Karen zapukała. Błyszczące mahoniowe drzwi otworzyły się. Do środka wprowadził nas niski łysiejący mężczyzna, z brodą, w okularach w czarnych oprawkach. Miał na sobie beżowy golf i przykrótkie dżinsy, odsłaniające białe skarpetki.

– Michael, to jest Harry Erskine.

Michael potrząsnął moją ręką. Dłonie miał wilgotne, ale przypuszczam, że moje również nie były suche.

– Harry, tak się cieszę, że udało ci się przyjść. Chyba nie masz nic przeciwko temu, żebym ci mówił po imieniu? Karen bardzo wiele nam o tobie opowiadała.

– Mam nadzieję, że nie przesadziła.

– Mówiła o tobie w samych superlatywach. Jedyny człowiek w Stanach Zjednoczonych, który może poradzić sobie z waszym problemem, to Harry Erskine. Tak powiedziała.

Karen przeszła do salonu. Michael chwycił mnie za rękaw i przytrzymał chwilę.

– Słuchaj – powiedział – moja żona jest w strasznym stanie. Nie wiem, co się z nią dzieje. Jest cały czas na lekach. Co drugi dzień telefonuje psychiatra. Myślę, że wydarzyło się tutaj coś znacznie gorszego, niż ona chce nam powiedzieć. Proszę cię, bądź dla niej wyrozumiały.

– Oczywiście – obiecałem. Jeszcze nigdy nie czułem się takim oszustem jak w tej chwili.

– Nie wiem, co zrobiłeś dla Karen – ciągnął Greenberg. Nikomu tego nie mówiła. Domyślam się, że to ma jakiś związek z blizną na jej szyi, ale to jest wszystko, co wiem. Cokolwiek to było, mogę cię zapewnić, że Karen darzy cię najwyższym szacunkiem. Naprawdę.

– Bardzo dziękuję – odparłem. – Ja też mam o Karen jak najlepsze zdanie.

Michael Greenberg wskazał ręką drogę.

– Proszę, tędy. – Poprowadził mnie do dusznego, typowo mieszczańskiego salonu pełnego różnego rodzaju bibelotów i ozdób, zdradzających od razu, iż jego mieszkańcy są żydowskiego pochodzenia: srebrna gwiazda Dawida na kominku oraz obraz olejny namalowany przez amatora, przedstawiający dzieci pracujące w kibucu. Meble były duże i ciężkie, a ich tapicerka wymagała renowacji. Znałem człowieka na Pięćdziesiątej Trzeciej Ulicy, który miał odpowiednią tkaninę obiciową, lecz chwila wydała mi się niestosowna, żeby go polecać.

Klimatyzator stojący pod oknem nastawiony był na pełny regulator. Zatrzymałem się chwilę przed nim, rozkoszując się chłodem. Potem stanąłem na środku pokoju, rozglądając się dookoła i wąchając powietrze. Był to tani teatralny chwyt, obliczony na wywołanie wrażenia. Władca umysłu wkraczający do nawiedzonego przez złego ducha pomieszczenia, odkrywający przyczajone zło. Lecz tam naprawdę coś było, natychmiast wyczułem czyjąś obecność. Wrażenie było tak silne, że dopiero teraz zrozumiałem, co czuła pani Johnowa F. Lavender, kiedy mówiła: Lodowate-palce-wędrujące-wzdłuż-pleców.

Przycisnąłem palce do czoła.

– Hmm… – powiedziałem jak koneser rozpoznający rocznik wina. Kołatek pochodzenia niemieckiego, chyba z roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego dziewiątego; kwaśny i bezcielesny, sam w sobie niezbyt niebezpieczny, lecz pewne jego groźne odmiany mogą sprowadzić nie lada przykrości.

– Co się stało? – zapytała Karen. – Czy coś czujesz?

– Zdecydowanie – odpowiedziałem, rozglądając się dookoła. – Zapach, którego nie możesz powąchać, jakby samo powietrze było gęste. Czujesz to?

– Coś w rodzaju napięcia. Nie jestem pewna. Może to ta wilgotność.

Obchodząc salon dookoła, brałem do ręki różne przedmioty: książki, wazy, popielniczki. Widokówka w ramkach przedstawiała Górę Oliwną. Pęknięcie na jej szkle układało się w dziwny zygzak.

– Ja też się nad tym zastanawiałem – zauważył Greenberg. To stało się tego samego dnia, co… – Skinął głową w stronę jadalni.

Postawiłem widokówkę na stole.

– No dobrze. Pora zobaczyć epicentrum.

Podobało mi się słowo „epicentrum”, brzmiało tak bardzo spirytystycznie i profesjonalnie. Lubiłem też określenia: „paranormalny” i „metempsychoza”.

Michael Greenberg zatrzymał mnie.

– Harry, zanim tam wejdziesz…

Uspokajająco podniosłem rękę.

– Panie Greenberg, Michael, mam spore doświadczenie w zakresie zjawisk metapsychicznych. Widziałem rzeczy, których ty nie chciałbyś zobaczyć nawet w koszmarnych snach.

– No dobrze… – Michael Greenberg wahał się. – Wierz mi, tam jest nie tylko ten odór.

– Byli tutaj z policji. Co powiedzieli?

– Nie dociekali. Powiedzieli, że skoro nie było przestępstwa ani zakłócenia spokoju, cała sprawa nie należy do nich.

– A co mówią psychoterapeuci?

– Nie wiem. – Greenberg wzruszył ramionami. – Używają swojego zawodowego języka: a to psycho-, a to nieprzystosowana. Jeśli mam być szczery, myślę, że sami nie wiedzą, o czym mówią.

Usiadłem na oparciu sofy jak u siebie w domu. Pewność siebie robi na klientach dobre wrażenie. Zwłaszcza kiedy mówi się o sprawach nadprzyrodzonych – zmarli krewni szepczą ci do ucha, złośliwe duchy wydzierają garściami futro z twojego kota. Trzeba stwarzać pozory, że nic nie jest w stanie cię zaskoczyć.

– Nie wydaje ci się, że psychiatrzy dobrze wiedzą, na czym polega uraz Naomi?

– Absolutnie nie. Oni ją obwiniają! Ona jest pacjentką, ona jest ofiarą, a oni zwalają winę na nią! Gówno z tego rozumieją.

– Może tak, a może nie. Musisz zrozumieć, Michael, że ktoś bardzo zdenerwowany… zwłaszcza kobieta… z jakichś tajemniczych powodów jest zdolna uruchomić siły, które mogą spowodować chwilowe fizyczne zakłócenia. Drobne wypadki, przecinanie przedmiotów, wstrząsy, a nawet pożary. Dwa lata temu pewna kobieta z Baltimore po kłótni z mężem wybiła w nocy wszystkie okna w promieniu trzech kilometrów. To zostało dowiedzione; można o tym przeczytać w rejestrach policyjnych. Wytłukła wszystkie cholerne szyby w promieniu trzech kilometrów, nawet nie wychodząc z mieszkania. Pewnie widziałeś film Carrie, to nie żadna bujda. My nazywamy takie zjawisko psychokinezą: poruszanie, przemieszczanie lub niszczenie przedmiotów fizycznych za pomocą energii wysyłanej z mózgu.

Michael Greenberg, oddychając ciężko, kiwnął potakująco głową.

– To właśnie jedno z tych słów, których używali psychiatrzy; psychokineza, jeśli nie przekręcam.

Chwyciłem go za ramię, posyłając mu jeden z moich najwspanialszych uśmiechów zawodowego medium.

– Michael, zanim zobaczę, co się tam dzieje, chcę ci coś obiecać. Te zaburzenia są do wyleczenia. Nie istnieje takie zaburzenie psychiki, które przy właściwym postępowaniu nie byłoby podatne na leczenie. Dyscyplina, spokój, rozsądek. To jest tak jak w interesie. Jeżeli nagle coś wyskoczy, na przykład nagły i niespodziewany spadek sprzedaży, wierz mi, zawsze musi być jakiś powód. I zawsze musi być droga naprawy. Podobnie będzie w tym przypadku, ja ci to gwarantuję. Gwarantuję ci… bez względu na to, co się stało. Coś cię straszy? Słyszysz głosy? Już ja je uciszę!

Michael spojrzał w kierunku Karen, jakby chcąc podać w wątpliwość moje umiejętności, lecz Karen się odwróciła.

– Karen twierdziła, że ty jesteś najlepszy – zauważył.

– W tych sprawach ocena jest bardzo trudna. Nie rozmawiamy tutaj o konserwacji samochodu.

– Jesteś dobry, Harry – upierała się Karen. – Sam wiesz, że jesteś dobry.

– Chyba już czas, żebyś sam to zobaczył – zaproponował Michael.

– Chyba tak – odpowiedziałem i podążyłem za nim do drzwi.

Położył rękę na klamce, odwrócił się do mnie i rzekł:

– Jeszcze masz wybór. Błagałem Karen, żeby cię do nas sprowadziła, ale jeśli naprawdę nie chcesz, nie musisz się w to wdawać.

– Michael, ja nie rzucam słów na wiatr – odpowiedziałem. Nie istnieją takie zjawiska metapsychiczne, czy to wywołane przez żywych, czy umarłych, z którymi nie można byłoby sobie poradzić. Trzeba tylko wybrać właściwy egzorcyzm dla właściwego zjawiska.

– No dobrze – rzekł Michael i otworzył drzwi.

Zrobiłem krok i znalazłem się w dużej jadalni rodzinnej. Było zimno, nadspodziewanie zimno, zapach zaś, który poczułem już w salonie, był o wiele silniejszy. Dziwny zapach – mieszanina palonych ziół, potu i kurzu. Coś mi przypominał… nie mogłem sobie przypomnieć co… Coś, co nie kojarzyło się z Siedemnastą Wschodnią w parne sierpniowe popołudnie. To był zapach bardzo stary i bardzo odległy.

Pięcioramienny żyrandol ze słabymi żarówkami niewyraźnie oświetlał jadalnię. Wystrój pokoju, podobnie jak w salonie, był bardzo dostojny i staromodny – ściany wyklejone brązową wzorzystą tapetą, gruby brązowy dywan na podłodze. Moją uwagę przyciągnęły przede wszystkim meble. Stłoczone pod lewą ścianą, piętrzyły się jedne na drugich jak w magazynie rzeczy używanych lub na wyprzedaży. Stół, krzesła, kredens, nawet wazony z kwiatami i sztućce – wszystko wymieszane i bezładnie stłoczone.

Nawet obrazy na ścianie były przekrzywione.

Tylko jedno krzesło pozostało na środku pokoju. Na tym krześle siedziała kobieta w brudnym białym szlafroku frotté. Jej szara pergaminowa twarz przypominała ścianki gniazda os, wydawała się tak krucha, że bez trudu można by rozerwać policzek palcem. Szeroko otwarte oczy miały kolor mleka. Źrenice uciekły gdzieś w głąb czaszki. Oddychała jednostajnie, ale szybko i w tym oddechu nie czuło się spokoju, tylko coś groźnego. Splątane włosy wyglądały jak nagie kości.

Zaszokowany, odwróciłem się do Michaela. Sam widok pokoju wystarczał, aby wstrząsnąć człowiekiem do głębi.

– Kto to jest? – wychrypiałem.

Michael zdjął okulary i wierzchem dłoni przetarł oczy.

– To jest Naomi, moja żona.