Tańczące martwe dziewczynki

Tekst
Z serii: Katie Maguire #8
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Tańczące martwe dziewczynki
Tańczące martwe dziewczynki
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,80  60,64 
Tańczące martwe dziewczynki
Tańczące martwe dziewczynki
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
38,90  27,62 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 8

Kiedy Davy Dorgan wszedł do Templegate Tavern, trzej zajmujący stały stolik mężczyźni wyraźnie się skulili, jak posypane solą ślimaki.

– Co jest? – spytał Davy, odstawiając krzesło i siadając.

– Pewnie słyszałeś o Niallu – powiedział Murtagh. – Dzwoniłem do ciebie na komórkę, ale nie odbierałeś. Dziś wszystko było pokazane dokumentnie w telewizji.

– Oczywiście, że słyszałem. Co jest? Kombinujecie, że to ja go stuknąłem?

– Kurwa, nie mówiłem, że ty. Tyle że Niall był w porzo jak mało kto. Pyskował, jasne, ale nigdy nie wyciął ci żadnego numeru za plecami, kiedyś się nie spodziewał.

– Musiał komuś podpaść, to więcej niż pewne – zauważył Billy. – Nie sądzicie, że to mógł być ten gość, ten Dennehy, którego starą posuwał Niall?

– Tak bym obstawiał – rzucił Liam. – Opowiadał mi, że w zeszłym tygodniu Dennehy wparował wcześniej do domu, bo zapomniał kanapki do roboty. Niall musiał się zmywać tylnym oknem i przez pół godziny kryć w sraczu za domem.

– No, kto wie? – powiedział Murtagh. – Niall otarł się o wielu takich, o których nigdy nie gadał. Kiedy był młody, trzymał z O’Flynnami, to pewne. Moja Brenda wczoraj wieczorem zadzwoniła do wdowy po nim… wiecie, do Patty… żeby złożyć kondolencje, ale nikt nie odebrał. Jak Patty ma choć trochę pod kopułą, zmieni nazwisko i całkiem się zwinie z kraju.

– To mogła być Nowa IRA – orzekł Billy. – Mieli w końcu trochę pretensji do Bobby’ego w zeszłym roku, bo nazywał nas Autentyczna IRA i zabierał się za handel prochami.

– To straszna tragedia, nieważne, kto go zabił – wtrącił Davy. – On i ja nie zawsze jedliśmy sobie z dziobków, ale był w porzo, jak mówicie, i znał się na robocie.

– Jasne, no nie – potwierdził Billy. – Teraz, jak nie ma już Bobby’ego i Nialla… niech Bóg ma w opiece ich dusze… to jak, na Chrystusa, mamy rozprowadzać fajki? Przecież to Niall miał na głowie cały zakup i sprzedaż. Tyle się na tym wszystkim znam co nic.

– Spokojna czaszka, Billy – uspokoił go Davy. – Mogę przejąć organizowanie wszystkiego. Mam kontakty w urzędzie celnym w Ringaskiddy i w Larne, więc spada cały kłopot z wwozem towaru.

– No a detal? – spytał Murtagh. – Od kiedy Bobby odwalił kitę, straciliśmy więcej niż połowę tych, co nam pchali detal. Pewnie, że możemy przeszmuglować wszystkie wolnocłowe fajki z całej zachodniej półkuli, ale co z tego, jak nie będziemy mieli nikogo, kto by je dla nas opychał?

– Dobrze prawisz, Murtagh, trzeba będzie się przyłożyć do organizacji, macie to u mnie jak w banku, ale znam paru chłopaków z Knocka, którzy mogą nam podesłać kilku gówniarzy. Spokojna czaszka. Ani się obejrzycie, a wrócimy do interesu, pełna para naprzód i koniec z wyrzucaniem zysków na wypasione samochody i dziwki… Wybacz, że to mówię, Bobby, jeśli patrzysz na nas z góry. Albo z dołu, gdziekolwiek jesteś.

Murtagh pociągnął łyk piwa i otarł usta ręką.

– Więc co teraz?

– Nie rozumiem pytania. – Davy się nachmurzył. – Jedziemy jak do tej pory, tylko z większym szwungiem.

– Nie uważasz, że Niall miał trochę racji, radząc poczekać i zobaczyć, jak się sprawy ułożą… wiesz, chodzi mi o stronę polityczną.

– Mamy już masę gnatów, Murtagh, i więcej niż wystarczająco dużo plastiku, dzięki… wiecie komu. Ale myślałem o tym zeszłej nocy i tak… muszę przyznać, że Niall miał rację co do kilku spraw. Przydałoby się nam trochę więcej zasobów finansowych i jeszcze paru gości, którzy znają się na zbieraniu informacji. Za każdym razem, kiedy szliśmy na Angoli, dawali nam popalić, bo mieli lepszy wywiad. Tym razem my musimy ich wyrolować. Nie chcemy powtórki masakry w Clonmult.

– Dla mnie to wcale nie takie śmieszne – powiedział Murtagh. – Zastrzelili mi dziadka w Clonmult, bezbronnego i z rękami do góry. I na dodatek zerwali mu Oznakę Serca Bożego.

– Wiem o tym, Murtagh, i dlatego to mówię. Chciałem, żebyś pamiętał, dlaczego to robimy, i żebyś nie trząsł gaciami.

– Nie ma mowy, żebym trząsł gaciami, Davy. Chodzi o to, że pojawiasz się nie wiadomo skąd i bierzesz się za rządzenie, a nie pamiętam, żebyś został wybrany na przywódcę.

– Mam kontakty, tylko tyle. Jeśli myślisz, że tobie pójdzie lepiej, to świetnie, śmiało. Nigdy nie będę głuchy na dobre rady. Ale jak szykujemy się podjąć akcję, to musimy uderzyć teraz, i to mocno, zanim wszyscy zapomną, o co w tym wszystkim chodzi. Tydzień to długo w polityce, mądralo, i lepiej, żeby ludzie nie gadali: „Gdzie oni się, kurwa, wyrwali i po co?”.

– Myślę… – zaczął Liam głosem o pół oktawy wyższym niż zwykle, prawie jak chórzysta, który pociągnął pierwszego papierosa. – Myślę, że jak na razie powinniśmy całkiem dać na wstrzymanie.

Davy odwrócił się do niego i zmierzył go spojrzeniem wyrażającym w połowie teatralne zaciekawienie, w połowie wrogość.

– Dlaczego tak myślisz, Liam?

– No, wciąż nie wiemy, kto kropnął Nialla, nie? W telewizji mówili, że Garda wciąż nie ma pojęcia, kto mógł to zrobić. Jeśli to robota tego Dennehy, to gra, nie mamy się czym przejmować, bo żaden z nas nie obracał jego starej, no nie? Ale jeżeli to była Nowa IRA albo któryś z gangów, możemy mieć przesrane.

– Więc sugerujesz, żebyśmy siedzieli na dupie i nic nie robili?

– Niall został zabity, Davy – powiedział Liam jeszcze bardziej piskliwym głosem. – On nie żyje. Nie wiem jak ty ani ty, Murtagh, ani ty, Billy, ale ja nie chcę być następny. W przyszłym miesiącu mamy zaplanowane wakacje w Santa Ponsa. Kurwa, nie chcę leżeć na cmentarzu Świętego Michała z wielką dziurą w głowie.

Wstał, przewrócił szklankę, rozlewając resztkę piwa, i poinformował pozostałych:

– Idę się odpryskać, a potem zjeżdżam stąd.

Davy Dorgan nie odezwał się słowem, gdy Liam ruszył do toalety.

– Więc co o tym myślisz? – spytał Murtagh.

– Jest młody – rzucił Davy, wzruszając ramionami. – I tyle. Nie widział tego co my. Jestem pewien, że pójdzie po rozum do głowy, jak tylko pogadam z nim na spokojnie. – Odsunął krzesło i wstał. – Też muszę się odlać.

Przeszedł zygzakiem między stolikami, w głąb baru, do męskiej toalety. Wnętrze było ciemne, wypełnione odgłosami cieknących spłuczek i wonią cytrynowych kostek dezynfekcyjnych. Liam stał przed jednym z trzech pisuarów. Rozstawił szeroko nogi, odchylił głowę. Poza nim nie było nikogo.

Davy zaszedł go od tyłu i klepnął w ramię. Liam się obejrzał.

– Jezu, Davy. Ja tu tylko się odpryskuję.

– No, co ty nie powiesz – łagodnie zamruczał Davy. Sięgnął do kieszeni kurtki, wyjął sprężynowiec i uwolnił ostrze. Potem podsunął się tak blisko Liama, że przylgnął klatką piersiową do jego pleców. Objął go, wciąż sikającego, i złapał lewą ręką jego członek. Mocno zacisnął rękę. Strumień moczu oblał mu palce, gdy odciągnął członek Liama.

– Kurwa, co je…! – zaskrzeczał Liam, ale w tej samej chwili poczuł ostrość i zimno noża pod członkiem. Usiłował stać tak nieruchomo jak to możliwe, ale dygotał, łapiąc powietrze krótkimi, płytkimi oddechami.

– Wygląda na to, że coś ci umknęło. – Davy cedził słowa tak blisko ucha Liama, że ten czuł jego oddech. – Nazywamy się Autentyczna IRA dlatego, że jesteśmy armią, Irlandzką Armią Republikańską. A skoro jesteśmy armią, to jesteśmy na wojnie. Walczymy o proklamację z tysiąc dziewięćset szesnastego: „Ogłaszamy prawo ludu Irlandii do władania Irlandią”. I nigdy nie przestaniemy o to walczyć, dopóki nie osiągniemy celu.

– Błagam cię, Davy, nie zrób mi krzywdy – wyszeptał Liam.

– Prowadzimy wojnę, przypominam ci to, i jeśli facet postanawia odstawić broń i opuścić towarzyszy broni, kiedy wojna wciąż trwa, to wiesz, jak go nazywamy? Nazywamy go dezerterem. A dezerterzy są zawsze karani, karani surowo, nawet jak nie są ustawiani pod murem i rozstrzeliwani.

Davy mocniej przycisnął sprężynowiec do członka Liama. Mocz wysychał i kleił mu się do ręki.

– Błagam – prosił Liam.

– Ale możesz mi powiedzieć, że zmieniłeś zdanie co do tej mówki, którą palnąłeś przy stoliku, i że zdecydowałeś się zostać i nas wspierać. Albo możesz powiedzieć, że trwasz przy swoim, odchodzisz i zostawiasz walkę nam, pozostałym. W tym drugim przypadku oderżnę ci fiuta i spuszczę go ze szczochami. Będzie to mniejsza kara, niż na to zasługujesz jako dezerter, ale mówią o mnie, że jestem litościwy.

– Co zrobisz…?! – Liam zagubił się w oparach strachu i równie dobrze Davy mógłby do niego przemawiać w jakimś niepojętym obcym języku.

– Głuchyś, głupiś, czy jedno i drugie? – zasyczał Davy. – Jak będziesz się upierał, że nas zostawiasz, przerobię cię na miękką cipę, bo zagrywasz jak miękka cipa. To wszystko. I nie przyszyją ci z powrotem fiuta, bo będzie w połowie drogi do oczyszczalni ścieków Carrigrenan, zanim dojedzie tu karetka.

Liam zacisnął powieki. Nadal dygotał.

– To nie sen – dodał Davy Dorgan. – To dzieje się naprawdę. Daję ci pięć sekund, a potem możesz wypełnić formularz zgłoszeniowy do stowarzyszenia lesb, ciot i transów.

– W porządku – zajęczał Liam, nie otwierając oczu. – Jestem z tobą, chłopie.

Davy wykręcił członek Liama takim ruchem, jakby wyżymał ścierkę, i mocno szarpnął nim w górę.

– Świetny wybór – rzucił. – Teraz wracajmy i walnijmy jeszcze jeden browar na wiwat. Wszyscy jak jeden mąż.

Rozluźnił uścisk i podszedł do umywalki opłukać ręce. Kiedy trzymał je pod suszarką z gorącym nawiewem, patrzył w pocętkowane plamkami lustro, nie spuszczając z oka Liama.

Ten się nie ruszył, dopóki Davy nie wyszedł z toalety i nie zamknęły się za nim drzwi. Potem, drżąc, opuścił wzrok na zasikane dżinsy i rozpłakał się, poniżony i całkowicie bezsilny.

 

Rozdział 9

Bill Phinner czekał przy Farren’s Quay, gdy pojawiła się Katie w asyście Kyny i Begleya. Stał przy kamiennym murze wychodzącym na rzekę ubrany w srebrzysty kombinezon z tyveku, jak astronauta świeżo z kosmosu, i palił e-papierosa.

Media też czekały i kiedy Katie, pochylając się, przeszła pod niebiesko-białą taśmą odgradzającą, Fionnuala Sweeney krzyknęła:

– Pani nadkomisarz Maguire! Rozumiemy, że odkryto więcej ciał! Czy to prawda? Jeśli tak, to ile w sumie?

Katie nawet się nie odwróciła, żeby na nią spojrzeć, i nie zareagowała na inne nagabywania reporterów. Zwykle wychodziła ze skóry, by pomóc mediom, ale dzisiaj nie miała nastroju na pogaduszki. Przed nią jeszcze jazda do kostnicy, ocena postępów sekcji szesnastu spalonych trupów i identyfikacji. Czekało ją też pocieszanie rozpaczających krewnych ofiar, co było naprawdę ciężkim zadaniem, bo zawsze pytali: „Dlaczego? Dlaczego mój syn”, „Dlaczego moja córka?”.

Po rozpoznaniu wszystkich zmarłych zaplanowano konferencję prasową przy Anglesea Street i kolejną prośbę pod adresem ewentualnych świadków o informacje. Zamierzała też zwrócić się do przewielebnego Eoina Whooleya, by pomodlił się za ofiary i tych, którzy je opłakują.

– Rzuciłeś fajki, Bill? – spytał Begley.

– Ano rzuciłem. Tak jak ta parka, którą znaleźliśmy na strychu, tyle że oni w najbliższej przyszłości nie pociągną e-papieroska. Czy raczej już nigdy.

Katie to nie rozbawiło. Kiedy była młodsza i ojciec chciał dać do zrozumienia, że ktoś nie żyje, mówił: „Rzucił fajki”, z próżną nadzieją, że Katie i pozostałe córeczki się nie połapią.

– Nie musisz wkładać kombinezonu – zwrócił się do niej Bill. – Przejrzeliśmy wszystko przy użyciu ultrafioletu i zebraliśmy wszystkie potrzebne próbki. Tylko ostrzegam, patrz dobrze pod nogi. Jest cała masa gruzu, a podłoga strychu wcale nie jest taka stabilna.

Zaprowadził ją do spalonego budynku. Stał tam zastępca komendanta straży pożarnej, rozmawiając z dwoma poważnie wyglądającymi mężczyznami z Irlandzkiego Stowarzyszenia Śledczych Pożarowych. Ujrzawszy Katie, pozdrowił ją uniesieniem brwi. Stowarzyszenie miało wyłącznie ustalić źródło pożaru. Gdyby się jednak okazało, że doszło do podpalenia, to ustalanie, kto za nim stoi, znalezienie sprawcy czy sprawców i przeprowadzenie udanego śledztwa było zadaniem Katie. Jak wynikało z jej doświadczeń, miała na to mniej niż siedem procent szans.

Weszli na chybotliwą drabinę i wspięli się na pierwsze piętro. Z każdym szczeblem wzmagał się smród kwaśnego dymu. Gdy znaleźli się na podeście, Katie musiała wysiąkać nos, bo zapchał się sadzą.

Ciała tancerzy i tancerek zabrano, ale gdy chodziła po podłodze studia, widziała, że złuszczony parkiet zachował zarys zwłok. To przypomniało jej opowieści o Hiroszimie, gdzie wybuch bomby atomowej był tak potężny, że cienie ludzi na wieczność utrwaliły się na murach, chociaż dosłownie wyparowali, zniknęli.

– Teraz ostrożnie – ostrzegł Bill, prowadząc ją stromą, wąską klatką schodową na strych. Ściany były pokryte przedziwnie poskręcanymi malunkami z osadu dymu, a z wykładziny został tylko chrzęszczący pod butami czarny popiół.

Z klatki schodowej wyszli na powietrze i nie licząc szarego, chmurnego nieba, nie mieli już nic nad głowami. Rozległa płachta niebieskiego plastiku na środku strychu zakrywała dwa ciała znalezione, gdy koparka wyburzeniowa zerwała krokwie. Folia cicho szeleściła na wietrze, jakby osłonięci nią mężczyzna i kobieta nadal się poruszali.

Należało jeszcze przesiać całą lawinę purpurowo-szarych dachówek, a także popalone skrzynki pełne kostiumów tanecznych, książek i rupieci – suszarki do włosów, prawidła do butów, wieszaki czy szmaciana lalka, tak spalona, że wyglądała jak rasistowska lalka Golliwog.

W głębi, obok kominka z ceglanym gzymsem, stała duża skrzynia z sosnowego drewna. Ogień nadwęglił jeden bok, ale poza tym wydawała się nietknięta.

– Co jest w tej skrzyni? – spytała Phinnera Katie.

– Niewiele. Trochę starych nut i księgi rachunkowe, to wszystko.

– Nie mam pojęcia, jak ta mała Adeen przeżyła – odezwała się Kyna, która stanęła za Katie. – Tu musiało być morze ognia.

– Jakieś tysiąc sto stopni – wtrącił Phinner. – Mniej więcej tyle co w dobrze rozpalonym żeliwnym wkładzie kominkowym.

Jeden z jego techników stał przy płachcie – chudy dwudziestopięciolatek w okrągłych okularach. Miał rzadki rudy wąsik, a jego kombinezon wydawał się dwa rozmiary za duży.

– Podnieś tę płachtę, Ruari, dobrze? – polecił mu Phinner.

Młody człowiek odwiązał linkę zabezpieczającą płachtę przed odfrunięciem i odsłonił spalone ciała.

Leżały twarzą do siebie, objęte w pasie. Na pierwszy rzut oka nie dało się ustalić płci, bo ogień sczernił skórę, pokrył pęcherzami i obkurczył wargi, odsłaniając zęby w upiornym uśmiechu. Mimo tego koszmarnego widoku Katie poczuła głębokie wzruszenie, widząc, jak się obejmują. Trwali przy sobie, chociaż ogień pożerał ich żywcem.

Leżeli na spalonym materacu; wypełniacz z puchowca spłonął, sprężyny wyszły na wierzch.

Kyna wyjęła notatnik i otworzyła.

– Ustaliliście, że mężczyzna to Ronan John Barrett, a Coffey uważa, że dziewczyną może być jedna z tancerek, Saoirse MacAuliffe. Zaręczyła się z innym facetem, ale wygląda na to, że ona i Barrett ostatnio ze sobą flirtowali.

– Więc możemy założyć, że weszli tu na małe bara-bara, żeby się nie rzucać w oczy – zasugerował Begley. – To się nazywa wybrać zły moment.

– Dooley zabrał jej bransoletkę do sklepu Pandory przy Winthrop Street, żeby sprawdzić, czy mają ją w wykazie – powiedział Phinner.

Katie skinęła głową.

– Dobrze. Nie możemy prosić o jej identyfikację, dopóki nie rozdzielicie ciał i nie zabierzecie ich do kostnicy.

– Nie zamierzam ich tu rozdzielać – poinformował ją Phinner. – Praktycznie biorąc, są jak zespawani. Myślę, że najlepiej zostawić to doktor Kelley.

– Jak idzie z innymi ofiarami? – spytała go Katie.

– Nieźle. Mamy karty dentystyczne prawie wszystkich członków Toirneach Damhsa, brakuje tylko trzech, i wszystkich prześwietlono, żeby sprawdzić, czy mieli wcześniej jakieś złamania. Dziś rano dwaj moi ludzie byli w kostnicy. Sfotografowali wszystkie rzeczy osobiste ofiar, zegarki, bransoletki, kolczyki i tym podobne, a potem zdjęli je i zewidencjonowali, żebyśmy mogli pokazać dowody krewnym. Co najmniej dwie trzecie ofiar spłonęły w stopniu wykluczającym identyfikację komputerową na podstawie rysów twarzy, część utraciła ponad sześćdziesiąt procent masy ciała i skurczyła się, tracąc kilka centymetrów wzrostu.

Katie rozejrzała się po gruzowisku. Próbowała sobie wyobrazić, jak zareagowało tych dwoje, kiedy nagle pochłonął ich pożar. Zakładała, że stało się to nagle, bo w dachu był świetlik i gdyby mieli czas, z pewnością krzyczeliby i machali rękami, dając znaki przechodniom, a może nawet przeszliby przez świetlik do sąsiedniego budynku, chociaż musieliby pokonać dwumetrowy ceglany mur spojony cementem.

Podeszła na skraj dachu i spojrzała w dół, na Farren’s Quay, Lower Shandon Street i szarą rzekę Lee. Pojazdy pełzły w obu kierunkach ulicami i mostem. Cork wyglądało jak miniaturka miasta, którego nigdy nie dotknęła żadna tragedia. Kyna dołączyła do Katie. Wiatr zdmuchnął na jej czoło puszyste blond włosy. Kyna Aes Sidh, duszek.

– O czym myślisz? – spytała.

– O tym, że kochankowie zawsze w końcu płoną. Tak czy inaczej.

Na twarzy Kyny pojawił się wątły uśmiech.

– Oczywiście, że płoną. Bo miłość jest niezwykle łatwopalna, jak przyspieszacz spalania, który doprowadził do pożaru tego budynku.

Katie nie mogła się powstrzymać od uśmiechu.

– Tylko ktoś, kto pracuje w Garda Síochána, może powiedzieć, że miłość to przyspieszacz spalania.

– A nie jest tak? Czy nie płoniesz cała mocniej i szybciej, kiedy jesteś zakochana?

– Jasne, że tak. Ale mam wrażenie, że wszystko zawsze źle się kończy. To dlatego między innymi zgłosiłam się do Gardy.

Na chwilę umilkła. Radiowóz z włączonym niebieskim kogutem pędził Patrick’s Bridge, ale bez syreny.

– Cokolwiek zrobisz, Kyno, wszystko źle się kończy. Miłość, szczęście… to tylko preludium tragedii. Im bardziej kochasz, im jesteś szczęśliwsza, tym bardziej boli, kiedy przychodzi koniec.

Kyna nic na to nie powiedziała, ale stała tuż przy Katie, patrząc na nią z wyrazem twarzy mówiącym, że wie, że nie może jej uściskać. Przynajmniej nie teraz.

Odezwał się iPhone Katie. SMS od Conora. Jak myślisz, kiedy będziesz wolna? Muszę z tobą pogadać.

Późno, odpisała.

Mogę przyjechać do Cobh nawet bardzo późno.

Katie opuściła komórkę i zakryła ręką usta.

– Coś się stało? – spytała Kyna.

– To Conor. Chce się spotkać.

– Super. Spotkaj się z nim. Pogadaj. Oczyść atmosferę. Jeśli to koniec, to koniec. Przynajmniej będziesz wiedzieć na pewno.

Katie się odwróciła i zdążyła zobaczyć, jak Ruari zakrywa sczerniałe trupy.

Chwilę się wahała, a potem wysłała SMS-a: OK. 23.00 u mnie. Nie miała pojęcia, w co się wdaje, ale Kyna miała rację. Ona i Conor muszą oczyścić atmosferę choćby dlatego, że niezależnie od pożądania, jakie wobec siebie czuli, nigdy nie powinni zostawać kochankami i było po wszystkim.

* * *

Kiedy jechały do szpitala, zaczęło padać, nie mocno, ale na tyle, że przednia szyba focusa Katie wyglądała jak z mlecznego szkła. Zanim weszły do kostnicy, umyły ręce i włożyły długie, niebieskie fartuchy chirurgiczne, bawełniane czepki i lateksowe rękawiczki.

– Wcale się do tego nie palę – narzekała Kyna. – Kiedy ostatni raz byłam przy sekcji, rzygałam dalej, niż widziałam. Cieszę się, że na śniadanie zjadłam tylko grzankę.

Katie uściskała jej ręce.

– Spokojnie, dasz radę. Potem postawię ci drinka.

Weszły do kostnicy. Chociaż wysokie jak w kościele okna dawały dużo światła, włączono wszystkie sufitowe lampy i siedmiosegmentowe lampy ledowe nad stołem sekcyjnym. Było tak jasno, że nie ostał się ani jeden cień i wszystko wydawało się dwuwymiarowe, jakby nie tylko szpitalne łóżka i stoły sekcyjne, ale też pracowników wycięto z kartonu. Katie czuła odór etanolu i zwęglonych ciał, który mogła porównać tylko z wonią czyszczonego piekarnika.

Nigdy wcześniej nie oglądała tak wielu ciał jednocześnie. Piętnaście z szesnastu ofiar pożaru leżało na łóżkach na kółkach w czterech równoległych rzędach, były okryte wykrochmalonymi zielonymi prześcieradłami. Szesnasta ofiara, chuda, wyglądająca na siedemnaście lat dziewczyna, spoczywała naga na stole sekcyjnym. Pod lewą ścianą stały jeszcze cztery łóżka. Katie domyśliła się, że na trzech leżą ofiary czołowego zderzenia, do którego doszło poprzedniego dnia po południu na N20 w Killeens – matka, siedmioletni chłopczyk i niemowlę płci żeńskiej.

Czwarte łóżko zajmowało chyba ciało Nialla Gleesona, które czekało na oględziny rany postrzałowej głowy.

Zastępca patologa krajowego, doktor Mary Kelley, pochylona nad trupem dziewczyny szybko zszywała klatkę piersiową. Prawa strona ciała spaliła się makabrycznie, skóra pofalowała się, pokryła pęcherzami, zgrubieniami i pęknięciami; w większości była ciemnografitowa i czarna, a tam, gdzie częściowo osłonił ją leżący obok tancerz, nabrała wiśniowego koloru. Z palców prawej dłoni zostały tylko kościste szpony, wykończona paznokciami rękawiczka ciała odpadła. Prawą stronę twarzy spalił żar tak intensywny, że dziewczyna wyglądała, jakby miała makijaż do roli w horrorze – opalizująca wytrzeszczona gałka oczna, rozdarte nozdrze, kącik ust uniesiony w sarkastycznym, szaleńczym grymasie.

Doktor Kelley skończyła szew węzłem motylkowym i szarpnęła bezwładne ciało, by upewnić się, że wiązanie trzyma. Zsunęła z twarzy maskę i wezwała dwóch młodych sanitariuszy. Ci podeszli, przełożyli ciało na łóżko, okryli prześcieradłem i dołączyli łóżko do pozostałych ofiar pożaru. Lekarka podeszła do Katie i Kyny, energicznie zrywając rękawiczki.

– No dobrze. Wiem już, co mnie tu czeka – powiedziała. – Postaram się zrobić to tak szybko, jak się da, ale nie zdziwcie się, jeśli nie dostaniecie wstępnego raportu przed poniedziałkiem.

– Ale przyczyna śmierci wszystkich jest ta sama, prawda? – spytała Kyna.

– Wszystko na to wskazuje, ale nigdy nie wiadomo. Jedno z nich mogło dostać zawału mięśnia sercowego, zanim płomienie dopadły jego lub ją, albo umarło wskutek wstrząsu. Muszę uważać i dokładnie identyfikować przyczynę śmierci w każdym przypadku.

 

Uniosła okulary ochronne. Była krągłą, niską kobietą o podwójnym podbródku, ale miała urodę laleczki. Katie zauważyła, że od ostatniego spotkania zrobiła regulację brwi. Kiedyś były grube, męskie, teraz cienkie, ostro zarysowane jak w wyrazie zaskoczenia.

– Jak do tej pory zbadałam trójkę – ciągnęła doktor Kelley. – Jeszcze nie mogę postawić końcowych wniosków, ale w przypadku każdej z tych trzech ofiar przyczyną śmierci był bezpośredni kontakt z ogniem. Mają oparzenia jamy ustnej, przewodu nosowego, krtani i dróg oddechowych. Nabłonek strun głosowych uległ zniszczeniu i doszło do ostrego obrzęku krtani i płuc.

– Więc pożar rozszerzył się błyskawicznie? – wtrąciła Katie.

– Na to wygląda. I powiedziałabym, że osiągnął bardzo wysoką temperaturę. Temperatura przeciętnego pożaru domu mieszkalnego to sześćset pięćdziesiąt stopni. Dla porównaniu w krematorium ciała są spalane w temperaturze tysiąca stopni przez półtorej godziny. W przypadku tych ofiar skutek był taki, jakby użyto ogromnego palnika. Same widziałyście skórę tamtej dziewczyny. Przypomina wierzchnią warstwę crème brûlée skarmelizowaną przez kucharza.

– Teraz to naprawdę się cieszę, że zjadłam tylko grzankę – wyznała Kyna.

– Pobrałam próbki ubrań wszystkich ofiar i wysłałam do analizy w laboratorium kryminalistycznym – dodała Kelley. – Powinnyśmy się dowiedzieć, czy pożar został spowodowany środkiem chemicznym, a jeśli tak, to jakiego rodzaju.

– Widziała pani wcześniej podobne oparzenia?

– Zeszłego roku wybuchł przypadkowo pożar w fabryce farb na osiedlu Sandyford w Dublinie. Zginęło trzech robotników i ich oparzenia były bardzo podobne do tych tutaj. Tam przyczyną był sproszkowany siarczek żelaza, który jest piroforem, czyli substancją, która może ulec samozapaleniu w zetknięciu z powietrzem. Ale muszę przyznać, że nigdy nie widziałam czegoś podobnego w takiej skali.

– Zakładam, że siarczek żelaza jest używany do wyrobu farb – powiedziała Katie.

– Owszem, jako pigment. Używa się go też do robienia farb do włosów.

– Ale ten pożar wybuchł w studiu tańca i o ile wiemy, nikt nie produkował tam farb ani niczego podobnego. Farby do włosów mogły tam być, ale nie w ilościach mogących spowodować tak gwałtowny pożar.

Kelley skinęła głową raz i drugi.

– W najmniejszym stopniu nie wątpię, że to było celowe podpalenie, chociaż oficjalnie nie powołujcie się na mnie. Jestem bardzo ciekawa, co dokładnie powiedzą eksperci techniczni, jakie chemikalia wykryją i co będą mieli do powiedzenia na temat przyczyn pożaru. To nie wygląda na działanie jakiegoś rozdrażnionego osobnika, który wlewa benzynę do skrzynki na listy. To zrobił ktoś dysponujący doświadczeniem, ktoś, kto dokładnie wiedział, czego chce. Stawiam na wyszkolonego terrorystę.

– Ale to zupełnie nie ma sensu – rzuciła Kyna. – Dlaczego wyszkolony terrorysta miałby palić studio tańca pełne młodych tancerzy?

Katie popatrzyła na cztery rzędy łóżek na kółkach i pokręciła głową.

– W tej chwili absolutnie nie mam pojęcia. Ale jestem pewna, że kiedy dowiemy się „dlaczego”, będziemy wiedzieli „kto”.

Szła od łóżka do łóżka, podnosząc prześcieradła, żeby przyjrzeć się twarzom martwych tancerzy. Część była tak zwęglona, że głowy wyglądały jak grubo ociosane bryły węgla. Inni byli prawie nietknięci, w tym urocza młodziutka dziewczyna z lśniącymi niebieskimi cieniami na powiekach, wyglądająca, jakby po prostu spała. Jedynym widocznym śladem jej losu był osad sadzy w nozdrzach.

Katie opuściła prześcieradło na ostatnią spaloną twarz i skinieniem głowy wskazała w głąb kostnicy.

– Domyślam się, że tam ma pani Gleesona – powiedziała.

– Tak, to on – potwierdziła Kelley. – Już dokonałam wstępnych oględzin, żeby tylko się upewnić, że rana postrzałowa głowy to jedyny uraz. Raport dotyczący tego przypadku spiszę jeszcze dzisiaj, tak by najpóźniej jutro do południa można było wydać ciało.

– Świetnie. Chociaż jak do tej pory nikt się po niego nie zgłosił.

Doktor Kelley uniosła mocno wyskubane brwi.

– Pani nadkomisarz, jeśli czegoś się nauczyłam w tym zawodzie, to tego, że nie każdy ma kogoś, kto go kocha.

* * *

Przed opuszczeniem szpitala Katie i Kyna poszły na górę, do poczekalni krewnych ofiar. Nadal przebywało tam siedmioro czy ośmioro rodziców, załamanych, wyczerpanych i we łzach.

Katie przedstawiła siebie i Kynę.

– Wiem, że wszyscy państwo czekacie na identyfikację waszych dzieci i oczywiście nie ma najmniejszych przeszkód, abyście zostali tu, jeśli chcecie – powiedziała. – Muszę jednak potwierdzić, że nikt z zespołu Toirneach Damhsa nie przeżył pożaru i że w większości przypadków obrażenia są tak ciężkie, że nie będziecie mogli zobaczyć szczątków.

Rudowłosa kobieta w kącie naprzeciwko wydała okrzyk rozpaczy, po czym ugryzła się w kłykcie, próbując nad sobą zapanować. Mąż objął ją i mocno przytulił, ale też miał w oczach łzy.

– Patolog nadal ma wiele do zrobienia, zanim będziemy mogli wydać ciała do pochówku – dodała Katie. – Również nasi eksperci techniczni muszą jeszcze przeprowadzić wiele badań. Jest mi niezwykle przykro z powodu tej zwłoki, ale musimy potwierdzić przyczyny zgonów i upewnić się, że wszyscy zmarli zostali właściwie zidentyfikowani.

– Przyniosłam trochę zdjęć córki – zgłosiła kobieta w średnim wieku ubrana w powyciągany zapinany sweter. – Możecie ją po nich zidentyfikować?

– Prawdopodobnie tak – odparła Katie. – Ale nie będę udawać, że identyfikacja zapowiada się łatwo. Opieramy się głównie na rzeczach osobistych znalezionych przy zmarłych, jak bransoletki i zegarki, ale też na kartach dentystycznych i wynikach DNA.

– Matko Boska – powiedziała kobieta, gdy zaczęło do niej docierać, co oznaczają słowa Katie.

– Laboratorium kryminalistyczne już zaczęło wysyłać prośby o przedmioty, z których da się wyizolować DNA. W stosownym czasie ktoś od nich zgłosi się i do państwa. Poza tym jutro albo, co bardziej prawdopodobne, za kilka dni na komendzie przy Anglesea Street będę miała konferencję prasową, na którą wszyscy jesteście zaproszeni. Tymczasem w imieniu Garda Síochána pragnę wyrazić nasze najgłębsze współczucie z powodu niezwykle bolesnych strat, które państwo ponieśliście.

Obeszła pomieszczenie i uścisnęła wszystkim dłonie, dołączając krótkie kondolencje. Krewni ofiar stopniowo dochodzili do siebie po wstrząsie, gdy usłyszeli, że ich dzieci zginęły, ale tego wstrząsu nie zastąpił jeszcze smutek ani tym bardziej pogodzenie się z losem. Opanował ich stan niedowierzania, jakby to wszystko nie działo się naprawdę i jutro rano mieli zastać swoje dzieci leżące w sypialni, śpiące, żywe.

Kiedy wracały samochodem na Anglesea Street, Kyna powiedziała:

– Wiesz, co zawsze mówiła moja babcia? Cén fáth go bhfuil bás teacht i gcónaí ró-luath? To było po tym, jak umarł dziadek, a miał osiemdziesiąt sześć lat. „Dlaczego śmierć zawsze przychodzi za wcześnie?”.