Festiwal strachuTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Będziesz oglądał mecz drużyny z New Brunswick? – zadałem pytanie niewidocznej osobie.

– Nie wiem. Mam tego dnia gorącą randkę. – Nastąpiła chwila ciszy, nad kabiną pojawiło się jeszcze więcej dymu tytoniowego, po czym głos zapytał niespodziewanie: – Z kim rozmawiam? Czy to ty, Stemmens?

Wyszedłem z szatni, nie udzielając głosowi odpowiedzi. W gumowych butach szybko pomknąłem korytarzem i przeszedłem do głównego budynku rzeźni.

Nie chcielibyście wiedzieć, jak tam było. Znalazłem się w wysokim, jasno oświetlonym budynku, w którym każdy dźwięk odbijał się zwielokrotnionym echem. Na środku znajdowała się linia produkcyjna, na której podrygiwały zwierzęce tusze. Maszynki do mielenia mięsa pracowały z wielkim rykiem, a trzydziestu czy czterdziestu pracowników w fartuchach i kaskach na głowach oddzielało mięso od kości, rąbało je i porcjowało. Hałas i odór krwi ogarniały zewsząd. Na moment musiałem przystanąć, z rękami przytkniętymi do ust i nosa i z kanapką ze smażonymi krewetkami niespodziewanie tańczącą w moim żołądku, jakby krewetki były wciąż żywe.

Czarne furgonetki stały otwarte i zwrócone drzwiami ładowni w stronę końca linii produkcyjnej, a mężczyźni zajmowali się mięsem, które uzyskali w ciągu dnia. Rzucali je prosto na podłogę, tam, gdzie w rzeźni zazwyczaj ogłusza się i zabija bydło. Było tego mnóstwo, a zwierzęce tusze mieszały się z ludzkimi rękami i nogami oraz z lśniącymi ścięgnami, wnętrznościami i zwałami tłuszczu, a także z czymś, co wyglądało jak rozjechane psy, zarżnięte osły, tyle że wszystko to sprawiało tak odrażające wrażenie, iż nie można było spokojnie popatrzeć, aby się upewnić, co to jest takiego. Było to w każdym razie mięso i tylko to się liczyło. Rzeźnicy porcjowali je, po czym wpychali do wielkich maszyn z nierdzewnej stali i mielili na bladoróżową papkę. Papkę od razu przyprawiano solą, pieprzem, suszoną cebulą i innymi przyprawami. Następnie mechanicznie nadawano jej kształt hamburgerów, zawijano w folię samoprzylegającą, sprawdzano wykrywaczem metalu i zamrażano. W tym momencie hamburger był gotowy do odmrożenia, usmażenia i zaserwowania komuś na śniadanie.

– Jezu – odezwałem się głośno.

– Mówisz do mnie? – usłyszałem głos tuż obok siebie. – Mówisz do mnie?

Odwróciłem się. To był pan Le Renges. Miał taki wyraz twarzy, jakby właśnie z impetem wszedł w drzwi do ubikacji, zapomniawszy je najpierw otworzyć.

– Co ty tu robisz, do diabła? – zażądał wyjaśnień.

– Ja muszę to mięso smażyć, panie Le Renges. Muszę podawać je ludziom. Pomyślałem, że powinienem się dowiedzieć, co się w nim znajduje.

Początkowo nic nie powiedział. Popatrzył w lewo, popatrzył w prawo, sprawiał wrażenie, że robi wszystko, aby zahamować wybuch niekontrolowanej wściekłości. W końcu głośno wciągnął powietrze prawą dziurką od nosa i się odezwał:

– Przecież to to samo. Nie rozumiesz?

– Słucham? Co to samo?

– Mięso, niezależnie od tego czyje. Ludzkie nogi są takie same jak kończyny krów, świń czy kóz. Na miłość boską, przecież to wszystko białko.

Wskazałem na drobne ramię, wystające z masy na linii produkcyjnej.

– Przecież to jest dziecko. Ludzkie dziecko. Po prostu białko?

Pan Le Renges potarł czoło, jakby nie potrafił zrozumieć, o czym mówię.

– Zjadłeś burgera spośród tych, które podajesz. Przecież pamiętasz, jak wspaniale smakował.

– Popatrz tylko na to! – krzyknąłem na niego. W tej samej chwili kilku rzeźników odwróciło się i posłało mi niezbyt przyjazne spojrzenia. – To jest gówno! To jest totalne i absolutne gówno! Nie możesz karmić ludzi padłymi krowami, martwymi dziećmi i amputowanymi nogami!

– Naprawdę? – postawił się. – Do diabła, a dlaczego nie? Naprawdę uważasz, że to jest gorsze od ścierwa podawanego w tych wszystkich franczyzowych restauracjach? Tam serwują mięso chorych krów mlecznych, pełnych robactwa i wszelkich innych gówien. Ludzka noga nie jest przynajmniej zainfekowana bakteriami E-coli. Płód po aborcji nie jest przynajmniej naszpikowany sterydami!

– Nie ma tu dla ciebie żadnego problemu moralnego? – odkrzyknąłem mu. – Popatrz na to! Na miłość boską, dyskutujemy przecież o kanibalizmie!

Pan Le Renges niecierpliwym ruchem ręki odsunął włosy na tył głowy, niechcący ukazując fragment łysiny.

– Główne kompanie fast food pozyskują mięso w najtańszy możliwy sposób. Jak według ciebie mogę z nimi konkurować? Ja nie kupuję mojego mięsa. Źródła, z których korzystam, płacą mi za to, że łaskawie odbieram od nich mięso. Szpitale, fermy, warsztaty samochodowe, nawet kliniki aborcyjne. Dysponują zbędnym białkiem, z którym nie mają, co zrobić. BioGlean jeździ więc po okolicy i odbiera od nich wszystko, czego nie potrafią się pozbyć w inny sposób, a Tony’s Gourmet Burgers jest ostatnim ogniwem łańcucha recyklingu.

– Jest pan psychiczny, panie Le Renges.

– Psychiczny, John? Ani trochę. Po prostu praktyczny. W hamburgerze, który ci podałem, zjadłeś ludzkie mięso. I co, coś ci dolega? Nie. Oczywiście, że nie. Moim zdaniem Tony’s Gourmet Burgers to pionierskie przedsięwzięcie w dziedzinie podawania ludziom naprawdę smacznej żywności.

Podczas gdy rozmawialiśmy, linia produkcyjna zatrzymała się i wokół nas zgromadziła się grupa rzeźników. Wszyscy trzymali w rękach tasaki lub noże do oddzielania mięsa od kości.

– Żaden z tych ludzi nie powie na mnie ani jednego złego słowa – odezwał się pan Le Renges. – Otrzymują pensje dwukrotnie wyższe niż pracownicy innych rzeźni w Maine czy jakimkolwiek innym stanie, wierz mi. Żaden z nich nigdy nikogo nie zabił. Po prostu sortują mięso, takie, jakie im wpada pod nóż, i robią to doskonale.

Podszedłem do jednej z wielkich kadzi z nierdzewnej stali, w której mięso było mielone na lśniącą różową papkę. Mężczyźni zbliżali się do mnie coraz bardziej i zaczynałem poważnie się obawiać, że wkrótce ja także skończę jako różowa papka.

– Chyba rozumiesz, że muszę poinformować o wszystkim policję i inspekcję federalną? – ostrzegłem pana Le Rengesa. Mój głos był o dwie oktawy wyższy niż normalnie.

– Raczej tego nie zrobisz – powiedział pan Le Renges.

– A niby jak mnie powstrzymasz? Każesz mnie poćwiartować i zmielić jak całe to ścierwo?

Pan Le Renges uśmiechnął się i potrząsnął głową. W tym momencie rzeźnik, który wyprowadzał jego psa, stanął na miejscu, gdzie powinien odbywać się ubój. Piekielna bestia niecierpliwie wyrywała mu się ze smyczy.

– Gdyby którykolwiek z moich ludzi cię dotknął, John, byłoby to przecież zabójstwo, prawda? Ale jeśli Cerber wyślizgnie się z obroży i rzuci się na ciebie, cóż będę mógł zrobić? To w końcu bardzo silny pies. A jeśli będę miał dwudziestu czy trzydziestu naocznych świadków, którzy przysięgną, że go sprowokowałeś…

Presa canario szarpał się tak mocno, że jego smycz w każdej chwili mogła się zerwać. Jego pazury ślizgały się na zakrwawionej metalowej podłodze. Nigdy w życiu nie widzieliście tak ohydnych cętkowanych zębów i muskułów oraz oczu, odbijających światło niczym lampy błyskowe aparatów fotograficznych.

– Kevin, rozepnij mu obrożę – zarządził pan Le Renges.

– To nie jest dobry pomysł – ostrzegłem go. – Jeśli cokolwiek mi się stanie, mam tutaj przyjaciół, którzy wiedzą, gdzie jestem i co robię.

– Kevin – powtórzył pan Le Renges, niewzruszony.

Rzeźnik pochylił się i rozpiął obrożę presa canario. Pies rzucił się do przodu z obnażonymi kłami, a ja cofałem się, aż plecami dotknąłem kadzi z nierdzewnej stali. Nie miałem dokąd uciekać.

– Zabij! – krzyknął pan Le Renges i wyprostował ramię, wskazując na mnie.

Pies opuścił łeb niemal do podłogi i napiął mięśnie przednich łap. Z pyska pociekły mu strumienie śliny. Nagle moim oczom ukazał się jego członek, czerwony i sterczący. Wyglądało na to, że pomysł rzucenia się do mojego gardła autentycznie go podniecił.

Uniosłem lewe ramię, żeby się osłonić. Przyszło mi do głowy, że przecież bez lewej ręki mogę żyć, nie mogę natomiast żyć bez gardła. Ale w tej samej chwili doznałem nagłego olśnienia. Przypomniałem sobie, że w dzieciństwie byłem chuchrem panicznie bojącym się psów. Ojciec dawał mi wtedy do szkoły paczuszki psich przysmaków, żebym w przypadku, gdyby zaatakował mnie pies, mógł go czymś obłaskawić. „Pamiętaj, synu. Psy zawsze wolą psie żarcie niż dzieci. Łatwiej im je łykać”.

Sięgnąłem do kadzi za plecami i wydobyłem z niej dużą porcję różowej papki. Była wstrętna, lepka, tłusta i ściekała mi z palców. Wyciągnąłem rękę w kierunku presa canario i powiedziałem:

– Masz, Cerber. Chciałbyś coś zjeść? Spróbuj tego!

Pies wbił we mnie czerwone błyszczące ślepia, jakbym był szalony. Wywinął czarne wargi, jeszcze bardziej obnażając kły, i warknął tak głośno jak chór zwiastunów śmierci.

Postąpiłem o krok bliżej niego, wciąż trzymając przed sobą garść papki, modląc się, by pies, rzucając się na nią, nie odgryzł mi przy okazji palców. Presa canario uniósł jednak łeb i powąchał mięso z wielką podejrzliwością.

– Zabij, Cerberus, ty głupi kundlu! – wrzasnął pan Le Renges.

Postąpiłem kolejny krok, a potem jeszcze jeden.

– No, chłopczyku, kolacja.

Pies odwrócił łeb. Podsuwałem papkę coraz bliżej niego, on jednak jej nie chciał, nie miał już nawet ochoty jej wąchać.

Popatrzyłem na pana Le Rengesa.

– Widzisz? Nawet pies nie chce jeść twoich burgerów.

Pan Le Renges wyrwał smycz rzeźnikowi. Podskoczył do zwierzęcia i zaczął okładać je po pysku, raz, drugi, trzeci.

– Ty żałosna, nieusłuchana kupo gówna!

Błąd. Pies nie interesował się już mną ani moją garścią papki, jednak wciąż był specjalnie wyszkoloną, agresywną bestią. Warknął potężnie i w mgnieniu oka rozwścieczony skoczył na pana Le Rengesa. Przewrócił go na podłogę i zanurzył kły w jego czole. Pan Le Renges wrzasnął i spróbował odepchnąć od siebie rozwścieczone bydlę, jednak po sekundzie Cerberus szarpał już jego głowę bez opamiętania, z każdym kłapnięciem szczęk zdzierając z niej coraz więcej skóry.

 

Na oczach osłupiałych ludzi, przy akompaniamencie odgłosów, przypominających rwanie bielizny pościelowej, pies zdzierał z człowieka twarz, obnażając zakrwawione oczodoły, szaleńczo przewracające się gałki oczne, mokre czarne dziury nozdrzy oraz usta, które w mgnieniu oka pozbawione zostały warg.

Le Renges wciąż krzyczał i charczał, kiedy trzech rzeźników zdołało odciągnąć psa. Byli silni, lecz z trudem panowali nad bestią, która co chwilę rzucała się w kierunku tego miejsca na podłodze, w którym leżała poszarpana głowa pana Le Rengesa z twarzą tak postrzępioną, że przypominała zniszczoną śliską maskę z lateksu.

Odwróciłem się w stronę rzeźników. Byli zbyt przerażeni, żeby cokolwiek powiedzieć. Jeden z nich rzucił nóż na podłogę, po czym za jego przykładem stopniowo poszli pozostali. Uderzenia noży o stalową posadzkę zabrzmiały jak bicie dzwonów.

* * *

Zostałem w Calais, póki Nils nie skończył naprawy mojego samochodu. Oczywiście, złożyłem zeznanie przed funkcjonariuszem policji o włosach koloru piasku. Temperatura na dworze była coraz niższa i chciałem jak najszybciej wrócić do ciepłej Luizjany, nie wspominając o nadzwyczajnej pieczeni wołowej z gęstym ciemnym sosem i krążkami cebuli.

Velma pożyczyła mi pieniądze, bym mógł zapłacić za naprawę samochodu, a Calais Motor Inn darował mi wszelkie opłaty, ponieważ, jak stwierdzili, wiele uczyniłem dla miejscowej społeczności. Znalazłem się nawet na pierwszej stronie „The Quoddy Whirlpool”. Na fotografii burmistrz z całej siły klepał mnie po plecach, a podpis pod nią głosił: HAMBURGEROWY BOHATER.

Nad ranem tego dnia, kiedy wyjeżdżałem, Velma zjawiła się, żeby mnie pożegnać. Było wietrznie, mroźno, wiatr unosił suche liście nad parkingiem.

– Może powinnam pojechać z tobą? – zapytała.

Potrząsnąłem przecząco głową.

– Masz wizję, Velmo. Potrafisz widzieć we mnie chudego człowieka i takiego właśnie lubisz. Ale ja nie będę chudy, nigdy. Wzywają mnie różne smaczne potrawy, a mój żołądek zawsze tych wezwań posłucha.

Moje ostatnie wspomnienie po niej to widok dziewczyny, osłaniającej oczy przed ostrymi promieniami słońca. Muszę przyznać, że było mi przykro, że ją zostawiam. Od tamtego czasu nigdy więcej nie pojechałem do Calais i wątpię, czy kiedykolwiek się tam znajdę. Nawet nie wiem, czy Tony’s Gourmet Burgers wciąż funkcjonuje. Jeżeli tak, czytelniku, i jeżeli kiedykolwiek uległbyś pokusie, by się tam zatrzymać i coś zamówić, pamiętaj, że ryzykujesz: w skład każdego burgera, którego kupisz od Tony’ego Le Rengesa, może wchodzić ludzkie mięso.

1 „CAL-us”: tutaj wymawiane jak „callous”, w znaczeniu angielskim: bezwzględny, bezduszny, bezlitosny (przyp. tłum.). [wróć]

2 whirlpool (ang.) – wir (przyp. tłum.). [wróć]

BAZGROŁA

Pewnego dnia, kiedy stałem na peronie stacji metra Piccadilly Circus, zobaczyłem, że ktoś wyrył na ścianie po przeciwnej stronie torów słowa: „Nie pozostało ci wiele życia”.

Litery, wyraźne, ostre, przebiegały przez cementową ścianę i przez sam środek plakatu, reklamującego damskie rajstopy. Ktokolwiek je tam wykuł, bez wątpienia musiał używać młotka i dłuta i spędził na tej pracy długie godziny.

Nie potrafię sobie wyobrazić ani jak to robił, ani dlaczego uznał to dzieło za warte wysiłku i ryzyka. Nowa miejska legenda – „Bazgroła” – w pewnym stopniu stara się to wyjaśnić.

BAZGROŁA

Peter stał na zachodnim peronie stacji metra Piccadilly Circus i rozkoszował się smakiem batonika Mars, kiedy niespodziewanie dostrzegł słowa: JAK SIĘ DZIŚ CZUJESZ, PETER?, wydrapane na plakacie, zawieszonym po drugiej stronie torów, reklamującym cudowne biustonosze pewnej znanej firmy.

Spojrzał w lewo i w prawo, zdezorientowany, niemal pewien, że wszyscy ludzie tłoczący się na peronie wiedzą, że ma na imię Peter. Oni jednak rozmawiali jedli albo po prostu bezmyślnie patrzyli przed siebie zmęczonymi oczami. Po chwili na peronie dał się odczuć ciepły podmuch wiatru, nadjechał pociąg i Peter wsiadł do niego. Wagon był zatłoczony, ale energicznie torując sobie drogę łokciami, zdołał jednak dostać się do okna po przeciwnej stronie, dzięki czemu mógł zobaczyć napis jeszcze dokładniej.

Wszystkie litery miały ponad dwie stopy wysokości, były rozmieszczone nieregularnie i wyżłobione w plakacie tak głęboko, że przebijały jego twardą powierzchnię, sięgając aż do znajdującej się pod nim cegły. Peter nie potrafił sobie wyobrazić, w jaki sposób ktoś zdołał je wyryć, zwłaszcza że plakat znajdował się ponad dziesięć stóp nad torami, przez które przepływał przecież prąd zmienny o napięciu 650 woltów.

One jednak tam były: JAK SIĘ DZIŚ CZUJESZ, PETER? A on nic nie mógł poradzić na to, że ogarniało go wrażenie, iż pytanie skierowane jest właśnie do niego.

Ostro szarpnąwszy, metro powoli ruszyło. Peter się zachwiał i wpadł na wydatne piersi potężnie zbudowanej czarnej kobiety w średnim wieku, która jednak nie zrugała go, lecz tylko się uśmiechnęła i porozumiewawczo mrugnęła okiem.

– Przepraszam… Bardzo przepraszam.

Nie chciał, żeby sobie pomyślała, że uczynił to specjalnie.

* * *

Wysiadł na West Kensington i ruszył North End Road w kierunku południowym. Była dopiero piąta trzydzieści po południu, ale na dworze panował już mrok, a ulice lśniły światłami samochodów, których kierowcy powracali do domów. Mijając pub Seven Stars, zauważył, że ktoś nabazgrał na jego kremowych płytkach kolejne pytanie, takimi samymi nierównymi, kanciastymi literami jak w metrze: CZY JESTEŚ PEWIEN, ŻE MOŻESZ JEJ UFAĆ, PETER?

Cofnął się o kilka kroków i wbił spojrzenie w napis. Przecież to absurd. Napis został wybity w ceramicznej powłoce kafelków w taki sposób, jakby ktoś posługiwał się dłutem o wąskim ostrzu. Ale przecież to nie mogło chodzić o niego, z całą pewnością. Przecież w West Kensington muszą być setki Peterów. Tysiące. Ale ilu spośród nich mogłoby dziś najpierw mijać pierwszy napis, na Piccadilly, a potem ten drugi, tutaj? A poza tym, co „pisarz” miał na myśli, pytając o zaufanie do „niej”?

Skręcił w Bramber Road, wąską uliczkę, wzdłuż której z jednej strony stały jeden przy drugim wiktoriańskie domy, a z drugiej rozciągał się trójkąt Normand Parku. Znów zaczynało padać, Peterowi więc zaczęło się śpieszyć. Dotarł do domu numer 19 i mocno pchnął bramę z kutego żelaza o skrzypiących, opuszczonych zawiasach. Po chwili znalazł schronienie w suchym przedsionku. Wyciągnął z kieszeni klucz i już miał go wsunąć w zamek, kiedy na korytarzu zapaliły się światła i otworzyły się drzwi. Jakiś młody mężczyzna o ciemnych kręconych włosach i w skórzanej kurtce zatrzymał się w progu i powiedział:

– Cześć. Dzięki.

Peter stał, patrząc, jak młody mężczyzna wychodzi przez bramę i znika na ulicy, postawiwszy wysoko kołnierz, żeby ochronić się przed zacinającym deszczem. Był pewien, że go skądś znał, ale nie miał pojęcia skąd. Wszedł dalej i zamknął za sobą drzwi w tym samym momencie, w którym za sprawą wyłącznika czasowego korytarz znowu pogrążył się w ciemności.

Zaczął się wspinać po stromych schodach. Na pierwszym piętrze poczuł ostry zapach smażonej cebuli. To pan Chowdery znów przygotowywał sobie curry. Minął mieszkanie numer 3, zza drzwi którego słychać było piosenki zespołu Neighbours, płynące z jednego z włączonych na pełen regulator telewizorów pani Wigmore. Następnie udał się na najwyższe piętro i wszedł do mieszkania numer 4.

Peter mieszkał tutaj przez siedem miesięcy, zanim w końcu wprowadziła się do niego Gemma. Mieszkanie wciąż zasadniczo wyglądało więc tak, jakby egzystował tutaj samotny mężczyzna, mimo że porozrzucane było już po nim mnóstwo damskich drobiazgów, takich jak torby po zakupach, akcesoria do makijażu, szczotki do włosów i biustonosze. Na podłodze leżał zwykły beżowy dywan, a meble pochodziły głównie z Ikea. Wykonane były z jasnej sosny i chromowanego metalu. Płyty kompaktowe Petera ułożone były starannie, jedna nad drugą, w sosnowej wieży, tuż przy zestawie stereofonicznym marki Sony, a książki w broszurowych oprawach ułożone były na półkach w porządku alfabetycznym.

Jedyną ozdobą ścian saloniku był plakat zespołu The Smiths.

Peter poszedł do kuchni. Była pogrążona w ciemności, a na klamkach okien wisiały niczym duchy białe wełniane koszulki Gemmy. Otworzył lodówkę, ponieważ wszyscy mężczyźni natychmiast po powrocie do domu otwierają lodówki, ale w środku nie było nic poza wczorajszą pizzą. Pokrywający ją ser zamienił się w żółty plastik, a karton przesiąkł tłuszczem.

– Gemma? – zawołał. Wszedł do sypialni. Łóżko wciąż było nie zasłane, brązowa kołdra była skopana na jedną stronę, a poduszki walały się po podłodze. – Gemma?

– Jestem tutaj! – zawołała zza nie domkniętych drzwi łazienki. Na podłodze leżał pod nimi mokry ręcznik i Peter musiał je mocno pchnąć, żeby wejść do środka. Gemma stała pod prysznicem, za plastikową zieloną zasłoną. – Wróciłeś dziś wcześniej – powiedziała.

– Tak – odparł i pochylił się, żeby podnieść ręcznik. – Mieliśmy alarm pożarowy, dlatego odwołano ostatnią lekcję.

Gemma zakręciła kran i odsunęła zasłonę. Była wysoką dziewczyną, prawie tak chudą jak antylopa, miała długą owalną twarz i niezwykle duże brązowe oczy. Jej jasnoróżowe policzki błyszczały, a pachniała miętowym szamponem Body Shop.

– Podaj mi ręcznik, dobrze?

– Nie poszłaś do pracy? – zapytał.

– Nie. Bolała mnie głowa. Poza tym w piątki nigdy nie ma dużo roboty.

Owinęła się ręcznikiem i wyszła do pokoju. Stanęła przed lustrem toaletki i zaczęła czesać mokre włosy. Peter ruszył za nią i stanął za nią, uważnie się jej przypatrując.

CZY JESTEŚ PEWIEN, ŻE MOŻESZ JEJ UFAĆ, PETER?

– Co w takim razie robiłaś przez cały dzień?

– Nic. Głównie spałam.

– Myślałem, że moglibyśmy pójść dzisiaj wieczorem do chińskiej restauracji.

– Bo ja wiem? Właściwie nie jestem głodna.

– Wezmę więc coś na wynos.

– Jak chcesz.

Zaczął ścielić łóżko.

– Ten facet, którego widziałem na dole, kto to był?

– Jaki facet?

– Ten, który właśnie wychodził, kiedy otwierałem drzwi. Wysoki, o ciemnych kręconych włosach.

– Nie mam pojęcia.

– No wiesz, chodzi mi o to, że nie wyglądał na osobnika, z którym mógłby się przyjaźnić pan Chowdery. Albo pani Wigmore.

Gemma nie mogła odpowiedzieć, ponieważ w zębach trzymała wsuwki. Wzruszyła więc tylko ramionami.

Peter wrócił do kuchni i tym razem włączył światło. Klucze Gemmy leżały na stole obok jej torebki.

– Wychodziłaś z domu? – zapytał.

– Co?

– Chciałem wiedzieć, czy dokądkolwiek wychodziłaś.

Gemma wyszła do kuchni w nocnej koszuli długiej do kolan.

– Nie. Mówiłam ci. Bolała mnie głowa.

W środku nocy, gdy na sufit padało bursztynowe światło lamp ulicznych, otoczył ją ramieniem. Zamruczała coś z irytacją i odepchnęła go. Leżał potem długie godziny, nie mogąc zasnąć, wsłuchując się w delikatny, bezustanny pomruk nocnego Londynu, czując, że jego świat zmienił się w coś, czego w tej chwili nie rozpoznawał. W coś niepewnego, groźnego i niebezpiecznego.

* * *

W sobotę rano wyszli po zakupy na rynek na North Road End. Gemma zachowywała się, jakby myślami przebywała gdzieś bardzo daleko, jakby coś ją nękało. Prawie na niego nie patrzyła ani z nim nie rozmawiała, w ogóle się nie uśmiechała. Peter chodził za nią pośród porozrzucanych gazet i popękanych skrzyń z pomidorami. Czuł w gardle dziwny ból, którego nie był w stanie usunąć przełykaniem śliny.

W porze lunchu weszli na kanapkę i drinka do The Colton Arms i usiedli w najciemniejszym kącie w głębi sali. Peter widział jedynie zarys sylwetki Gemmy spowitej papierosowym dymem.

– Co chcesz robić dziś po południu? – zapytał. – Bo ja pomyślałem, że moglibyśmy pójść do Holland Parku.

– Po co?

– Po nic. Po prostu pospacerować.

– Nie wiem. Chciałam się zobaczyć z Kelley i June.

– W porządku. Możemy odwiedzić Kelley i June.

– Właściwie chciałam iść sama. Mam ochotę na babskie pogaduszki.

– Dobrze. O której wrócisz?

 

– Nie wiem. Zadzwonię.

– Co z kolacją?

– Mamy chyba kotlety. Zrobię je po powrocie.

Peter nie wiedział, co powiedzieć. Ponieważ źródło światła znajdowało się za Gemmą, nie widział jej oczu. Położył dłoń na jej dłoni i chociaż jej nie cofnęła, mógł wyczuć, jak bardzo jest spięta. Nie spróbowała spleść z nim palców. Jej dłoń po prostu leżała na stole pod jego dłonią, jak małe zwierzątko, wyczekujące szansy na ucieczkę.

– Idę się wysikać – powiedział, wycofując dłoń.

* * *

Toaleta dla mężczyzn była zatłoczona, musiał więc czekać, podczas gdy jakiś siwowłosy mężczyzna z papierosem w ustach kaszlał i sikał równocześnie. Gdy wreszcie skończył, celowo długo i starannie obtrząsał członek. Zapiąwszy rozporek, chrząknął z wielkim zadowoleniem.

Stanąwszy przed pisuarem, Peter od razu zobaczył wyryty na ścianie napis. Litery były tak wielkie, że nie mógł ich początkowo czytać. Miały niemal pół cala głębokości i wyglądały prawie identycznie jak te, które składały się na przesłania wyryte w Piccadilly i na ścianie Seven Stars.

UWAŻASZ, ŻE ONA CIĘ OKŁAMUJE?

* * *

Wrócił do baru. Gemma rozmawiała przez telefon komórkowy. Kiedy tylko go zobaczyła, rzuciła do słuchawki:

– Nie, muszę już iść. Później z tobą porozmawiam.

I szybko przerwała połączenie.

– Kto to był? – zapytał Peter.

– Jaki kto?

– Z kim rozmawiałaś?

– Mmm, z Tricią.

– Z Tricią? Wydawało mi się, że Tricia spędza weekend w Walii.

– Masz rację. Ale przecież można rozmawiać przez telefon z ludźmi, którzy przebywają w Walii, prawda?

Peter nic nie powiedział. Teraz był już całkowicie przekonany, że napisy na ścianach skierowane są do niego. Nie miał jednak pojęcia, skąd ktoś mógł wiedzieć, gdzie on będzie przebywał, ani w jaki sposób rył te swoje litery tak głęboko. Najbardziej niepokoiły go odpowiedzi na wszystkie zadawane mu pytania.

Uniósł kufel z resztą piwa i przez dłuższą chwilę zataczał nim kręgi.

– Czy wciąż mnie kochasz? – zapytał.

– O co ci chodzi? Oczywiście, że cię kocham.

– Gdyby coś było nie tak, powiedziałabyś mi, prawda?

– Oczywiście, że bym ci powiedziała.

Popatrzył na nią. Wciąż nie widział jej oczu. UWAŻASZ, ŻE ONA CIĘ OKŁAMUJE?

* * *

Drzemał, oglądając Euroszmiry, gdy zadzwonił telefon stojący na stoliku obok. Zmarszczywszy czoło, podniósł słuchawkę, jednocześnie naciskając wyłącznik głosu na pilocie.

– Peter? Tu Gemma. Przepraszam, że nie telefonowałam wcześniej, ale straciłam poczucie czasu.

Popatrzył na zegarek.

– Jest pięć minut po północy. Gdzie ty jesteś?

– Wciąż u Kelley i June. Przepraszam. Wypiłyśmy parę butelek wina, sam rozumiesz.

– Na miłość boską, Gemma, przecież miałaś wrócić na kolację.

– Przecież powiedziałam „przepraszam”. A poza tym nie jesteśmy jeszcze małżeństwem.

– Ale przecież mamy się zaręczyć, prawda? Gemmo, jak ty byś się czuła, gdybym tak samo postąpił wobec ciebie?

– Nie miałabym nic przeciwko temu, gdybyś chciał spędzić wieczór z kumplami. Bo niby dlaczego?

– Kiedy wrócisz?

– Jutro rano. Jestem zbyt zalana, żeby prowadzić samochód.

– Zadzwoń po taksówkę. Po twój samochód możemy podjechać rano.

– Ale ja chcę zostać tutaj. Dobrze się bawimy…

– Gemmo…

Ale Gemma odłożyła słuchawkę i Peter pozostał ze swoją w ręce, już głuchą, przed migoczącym telewizorem z wyłączonym głosem. Na ekranie pojawiły się właśnie obrazy z jakiejś belgijskiej orgii. Młoda blondynka z ustami wymalowanymi na jaskrawoczerwony kolor jęczała w ekstazie w ramionach muskularnego nagiego mężczyzny. Mężczyzna odwrócił się i popatrzył prosto w obiektyw kamery, prezentując minę, która świadczyła o jego wielkim zadowoleniu z siebie.

Peter wyłączył telewizor i poszedł do łazienki. Zobaczył to, gdy tylko otworzył drzwi. Zamarł, wpatrzony w to, co ujrzał. Miał wrażenie, że wzdłuż całego ciała, od stóp po głowę, przebiegają mu tabuny mrówek.

W lustrze nad umywalką wyrytych było sześć słów: UWAŻASZ, ŻE ONA ZASŁUGUJE NA KARĘ?

Peter podszedł do umywalki i zaczął błądzić po literach opuszkami palców. Jakim cudem ktoś zdołał wyryć te litery aż tak głęboko? I to w szkle! Z pewnością musiał użyć diamentu przemysłowego albo przeznaczonego do cięcia szkła. Ale kto to zrobił, jak się tutaj dostał i kiedy? Peter spał blisko godzinę, ale to przecież była zaledwie lekka drzemka, tymczasem głębokie rycie liter w szkle musiało przecież wywołać co najmniej głośne zgrzytanie.

Popatrzył poprzez te litery na swoje odbicie. Był chudy, miał haczykowaty nos i ciemne obwódki pod oczyma. Młody Pete Townshend z The Who. „Mam nadzieję, że umrę, zanim się zestarzeję”. Usłyszał jakieś głośne dudnienie i aż podskoczył, jak przestraszona dziewczynka, uderzając łokciem o umywalkę. To tylko pan Chowdery zatrzasnął pokrywę swojego pojemnika na śmieci, ale przecież w tej chwili żaden znajomy odgłos nie musiał już wydawać mu się taki sam jak przedtem. Skoro ludzie potrafią przechodzić przez zamknięte na klucz drzwi i pisać na lustrze łazienkowym o jego najgłębszych obawach, przecież zdarzyć się może wszystko, i to w każdej chwili.

Spał tej nocy bardzo źle. O siódmej trzydzieści pięć, gdy w drzwiach zazgrzytał klucz i Gemma weszła do środka, siedział już na kanapie, pił z dużego kubka kawę rozpuszczalną i jadł złożoną na pół kanapkę z serem, nie używając talerzyka.

– Wróciłaś więc – powiedział.

Przeszła przez pokój i odsunęła cienkie bawełniane zasłony. Był ponury, szary dzień, a na szybach połyskiwały krople deszczu.

– Wyglądasz okropnie. Chyba nie przyplątała ci się znowu jakaś grypa, co?

– Nie. Po prostu nie spałem.

– Chyba nie będziesz się dąsał z tego powodu, że zostałam na noc u koleżanek?

– Nie, dlaczego? Przecież wciąż mi przypominasz, że nie jesteśmy jeszcze małżeństwem. Możesz robić, co chcesz.

– Boże, a jednak się dąsasz.

Weszła do kuchni i nastawiła czajnik z wodą. Poszedł za nią i stanął w progu, przypatrując się jej.

– Co takiego? – zapytała.

– Nie byłaś u Kelley i June, prawda?

Wyciągnęła z szafki kubek i nasypała do niego łyżeczkę kawy. Zdradzała go, był tego pewien. Graffiti mówiły prawdę. Wlała wrzącą wodę do kubka i zamieszała. Peter wciąż ją obserwował, jakby spodziewał się, że wykona jakiś drobny, mało znaczący gest, który jednak potwierdzi jego podejrzenia.

Kiedy próbowała wyjść z kuchni, zagrodził jej drogę.

– Posłuchaj, chcę znać prawdę. Nie byłaś u Kelley i June, mam rację?

– Peter, na miłość boską!

– Chcę znać jego nazwisko, Gemmo. Chcę wiedzieć, co ty, do diabła, mi robisz?

– Nic ci nie robię. Potrzebuję trochę wolności, przestrzeni, i to wszystko. Bo tutaj jesteś zawsze. Wchodzę do salonu, a ty już tam jesteś. Wchodzę do sypialni, a ty idziesz za mną. Nie mogę nawet wejść do toalety, żebyś nie deptał mi po piętach.

– Przecież mieszkamy razem, prawda?

– Tak, ale to nie znaczy, że nigdy nie możemy się od siebie oddalić dalej niż na dwa cale. Wywołujesz u mnie klaustrofobię, jeśli chcesz wiedzieć.

Peter wpatrywał się w nią, nie wiedząc, co powiedzieć. W końcu Gemma mruknęła:

– Przepraszam.

Przepchnęła się obok niego do salonu. Nie wiedział, czy iść za nią czy nie.

* * *

O jedenastej wyszła do sklepu na róg po mleko i papierosy.

– Możesz iść ze mną, jeśli chcesz – powiedziała, owijając wokół szyi czerwony wełniany szal.

– Oglądam mecz – odparł. – Poza tym chyba nie chcesz, żebym wywołał u ciebie jeszcze większą klaustrofobię niż dotąd.

– Och, Peter.

Nie było jej najwyżej od trzech minut, kiedy zadzwonił telefon. Peter podniósł słuchawkę i usłyszał męski głos:

– Gem?

– A kto mówi?

– Rick.

– Jaki Rick?

– Człowieku, jest Gem, czy jej nie ma?

– Prawdę mówiąc, nie ma jej. Jaki Rick?

Mężczyzna przerwał połączenie, nie udzieliwszy odpowiedzi. Peter usiadł i marszcząc czoło, wpatrywał się w słuchawkę, jakby nie potrafił zrozumieć, co to jest.

* * *

Gdy szli North End Road w kierunku stacji metra, Peter rzucił pytanie:

– Kto to jest Rick?

– Rick? – zdziwiła się. Przez moment zastanawiała się, po czym potrząsnęła głową. – Nie znam żadnego Ricka.