Moje życie w drodzeTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wiedziałam, że niemożliwe, by pani Greene jeszcze żyła i oglądała przemawiające kobiety, miałam jedynie nadzieję, że ogląda je jej córka. Wtedy irytowały ją narzekania matki, założę się jednak, że teraz była dumna.

Kiedy zakończyły się przemówienia z okazji pięćdziesiątej rocznicy, znalazłam się w grupce młodych Afroamerykanek, z których kilka miało koszulki Smith College. Studiowała tam Yolanda King, córka Martina i Coretty Kingów, kobiety wiedziały, że też jestem jego absolwentką. Robiłyśmy zdjęcia naszymi telefonami. Powiedziałam im, że w moim roczniku w 1956 roku nie było ani jednej afroamerykańskiej studentki – „Murzynki”, jak wszyscy wówczas mawiali – a kiedy spytałam pewnego mężczyznę w biurze rekrutacyjnym Smith dlaczego, odparł: „Musimy być bardzo ostrożni, jeśli idzie o edukację Murzynek, ponieważ nie ma dla nich dostatecznej liczby wykształconych Murzynów”.

Dziewczyny śmiały się z tego seksistowsko-rasistowskiego podwójnego złego uroku – i uściskały mnie ze współczuciem, jak gdyby to mnie wówczas skrzywdzono – i w pewien sposób po części miały rację. Biali powinni składać pozwy o odszkodowanie za to, że zamknięci w białym getcie, zostali pozbawieni dostępu do kultury. Kiedy ludzi kategoryzuje się i dzieli zamiast łączyć, wszyscy są stratni.

Te młode kobiety nie oglądały się na Waszyngton, czego mógłby się obawiać Malcom X, ani nie czekały, aż ktoś poprosi je, by przemówiły. Były spełnione, jak w wersie z jednego z wierszy Alice Walker z Revolutionary Petunias:

Kwitnąca chwalebnie

dla Siebie

Malcolm X także byłby z nich dumny. Znałam najstarszą z jego sześciu córek, Attallah Shabazz, która była elegancką i doświadczoną wersją tych opanowanych młodych kobiet. Była pisarką, mówczynią, działaczką, a w tym czasie sama była już babką. Poznanie jej było jednym z darów, jakie przyniosła mi droga.

Kiedy znów miałyśmy okazję porozmawiać, opowiedziała mi coś, o czym nigdy nie czytałam ani nie słyszałam. Malcolm X był w Waszyngtonie na historycznym marszu w 1963 roku. Zatrzymał się w hotelowym apartamencie aktora i działacza Ossie Davisa, który przemawiał na marszu, i upewnił się, że doktor King wiedział o jego obecności i poparciu. Jednak, jak wyjaśniła jego córka: „wiedział także, że jego obecność mogłaby zaburzyć, albo wręcz zniszczyć, skupienie – a był za szerszą perspektywą”.

Ten mało znany fakt wyjątkowo mnie poruszył. Tych dwóch mężczyzn, jak się zdaje, stopniowo zbliżało się do siebie. Podczas gdy Malcolm X zaczynał mówić o bezkrwawej rewolucji, doktor King stawał się coraz bardziej radykalny, zabierał głos w takich kwestiach jak wojna w Wietnamie. Niektóre tragedie okazują się bardziej tragiczne. Obydwaj mogliby stać się częścią tego samego kręgu debaty.

III

Dzięki pani Greene – i wielu innym, dostatecznie dzielnym, by wystąpić w imieniu własnym i pozostałych kobiet – zaczęłam rozumieć, że kobiety także stanowią grupę wykluczoną. Uświadomienie sobie tego rozwiązywało takie zagadki jak to, czemu Kongres miał męskie oblicze, podczas gdy życie na zasiłku – kobiece, dlaczego o gospodyniach domowych mówiło się, że „nie pracują”, nawet jeśli pracowały dłużej, ciężej i za mniejsze pieniądze niż jakakolwiek inna grupa robotników, dlaczego kobiety wykonywały 70% pracy produkcyjnej na świecie, płatnej i nieodpłatnej, a mimo to posiadały zaledwie 1% własności, dlaczego w dziwacznym tańcu codziennego życia męskość oznaczała prowadzenie, a kobiecość poddawanie się.

Bardziej niż kiedykolwiek czułam, że chcę móc pisać o tym nowym obrazie świata, w którym każdy miał znaczenie. Jednak to wciąż były lata sześćdziesiąte i nawet mój najbardziej otwarty i postępowy redaktor wyjaśnił, że jeśli opublikuje artykuł, w którym zostanie powiedziane, że kobiety są równe, będzie musiał opublikować równocześnie drugi, mówiący, że nie są – aby zachować obiektywizm.

Wycofałam się zatem, aby opisywać sylwetki Margot Fonteyn, tancerki, którą sama nie mogłam być, albo Dorothy Parker, Saula Bellowa i innych pisarzy, których podziwiałam – co pozwalało mi zbliżyć się tak bardzo, jak to się wydawało możliwe, do tego, by samej być pisarką. I wtedy dwie kobiety z agencji organizującej wykłady zwróciły się do mnie z pytaniem, czy zgodzę się przemawiać do grup, które wyraziły zainteresowanie tym nowym zjawiskiem zwanym „wyzwolenie kobiet”. Niedawno napisałam felieton do czasopisma „New York”, zatytułowany „After Black Power, Women’s Liberation”. Coś drgnęło w mojej własnej głowie i sprowokowało mnie do jego napisania – to mianowicie, że milczałam i że uciszono mnie, jeśli idzie o aborcję, którą miałam wiele lat wcześniej. Jak wiele kobiet, zmuszono mnie, bym czuła się winna, nie uświadamiając sobie, że powody, dla których żeńska część ludzkości nie powinna podejmować decyzji na temat swoich ciał, są natury politycznej.

Propozycja mnie zaciekawiła, miałam tylko jeden wielki problem: panicznie bałam się przemawiać publicznie. Kiedy czasopismo załatwiało mi występ w telewizji, żeby zareklamować taki czy inny artykuł – czego zwykle oczekiwano od autorów – tak często rezygnowałam w ostatniej chwili, że w niektórych programach znalazłam się na czarnej liście. Na szczęście miałam przyjaciółkę, Dorothy Pitman Hughes, pionierkę nieseksistowskiej, mieszanej kulturowo opieki nad dziećmi w Nowym Jorku, nieustraszoną mówczynię, matkę i członkinię wielopokoleniowej czarnej rodziny z Georgii – czyli kobietę będącą wszystkim tym, czym ja nie byłam.

Spotkałyśmy się, kiedy pisałam o jej społecznym centrum opieki nad dziećmi dla czasopisma „New York”[14]. Kiedy siedziałyśmy na dziecinnych krzesełkach, jedząc razem lunch z papierowych talerzy, jej asystent, młody włoski radykał, powiedział nam, że jest smutny: dziewczyna, w której jest zakochany, nie chce za niego wyjść, ponieważ nie pozwoliłby jej pracować po ślubie. Dorothy i ja ledwie się wtedy znałyśmy, a jednak razem zabrałyśmy się do pracy, wskazując mu analogie między równością kobiet a innymi aspektami jego radykalnych poglądów. Zadziałało.

Dorothy zasugerowała, że skoro udało się nam w kontakcie jeden na jeden, mogłybyśmy razem przemawiać do szerszej publiczności. Każda z nas mogłaby mówić o naszych różnych, a zarazem analogicznych doświadczeniach, poza tym ona mogłaby wkraczać, gdyby mnie strach sparaliżował albo gdybym poczuła się słabo.

Bardzo szybko odkryłyśmy, że czarna i biała kobieta, przemawiające razem, przyciągają publiczność o wiele bardziej zróżnicowaną, niż mogłaby przyciągnąć którakolwiek z nas z osobna. Odkryłam także, że jeśli zwierzę się z lęku, który budzą we mnie wystąpienia publiczne, słuchaczki i słuchacze potraktują to nie tyle nawet z wyrozumiałością, co wręcz ze współczuciem. Badania opinii publicznej pokazują, że wiele osób boi się publicznych wystąpień bardziej nawet niż śmierci. Miałam towarzystwo.

Zaczynałyśmy w szkolnych piwnicach, gdzie kilka osób zasiadało na składanych krzesłach, później awansowałyśmy do świetlic, auli w siedzibach związków zawodowych, podmiejskich teatrów, grup działających na rzecz praw socjalnych, licealnych sal gimnastycznych, do YWCA [Chrześcijańskie Stowarzyszenie Młodych Kobiet], a nawet na jeden czy dwa stadiony piłkarskie. Wkrótce odkryłyśmy, jak ogromne zainteresowanie budził prosty pomysł, mianowicie że współdzielone przez wszystkich człowieczeństwo i wyjątkowość każdej jednostki daleko przekraczają jakąkolwiek etykietę, jaką można komuś nadać w związku z przyjściem na świat w jakiejś grupie, niezależnie od tego, czy mówimy o grupach wyznaczonych przez płeć, „rasę”, klasę, seksualność, etniczność, przynależność religijną czy cokolwiek innego. Dlatego właśnie pierwszych, mniej więcej, dziesięć lat w drodze nie spędziłam na spotkaniach Business and Professional Women, American Association of University Women czy nawet National Organization for Women. Jeździłam po kampusach, odwiedzałam spotkania National Welfare Rights Organization, United Farm Workers czy 9-to-5, nowej grupy powołanej przez i dla pracownic i pracowników biurowych, grup lesbijskich, niekiedy wykluczanych zarówno przez feminizm głównego nurtu, jak i przez gejów, brałam udział w politycznych kampaniach przeciwniczek wojny w Wietnamie i nowych feministycznych kandydatek na różne stanowiska.

Zaczęłyśmy postrzegać nasze zadanie w taki sposób, że tworzymy warunki, w których nasze słuchaczki i słuchacze mogą stać się częścią wielkiego kręgu debaty, odkrywając, że ani nie oszalały, ani nie są osamotnione w swoim doświadczeniu niesprawiedliwości, w poszukiwaniu dróg, które pozwoliłyby zarazem być sobą, w swojej wyjątkowości, jak i odnaleźć wspólnotę. Podobnie jak w Indiach lata temu, opowiadały własne historie. Często te rozmowy trwały dwa razy tyle co nasze wystąpienia.

Kiedy zaczynałyśmy przemawiać, u schyłku lat sześćdziesiątych, osią większości form aktywizmu była wojna w Wietnamie. Okupowano budynki, palono karty powołania. W tym czasie ruch gejów i lesbijek zaczynał wychodzić z podziemia i wkraczać w przestrzeń publiczną, a ruch rdzennych Amerykanów próbował przeciwstawić się celowemu wymazywaniu języków, kultur i historii ich ludów. Jak zawsze, idea wolności okazywała się zaraźliwa.

Kilka lat wcześniej w latach sześćdziesiątych kobiety o jakąś dekadę starsze ode mnie zaczęły odrzucać podmiejską „mistykę kobiecości”, błyskotliwie i zabójczo opisaną przez Betty Friedan w jej bestsellerowej książce[15]. Zażądały dla kobiet należnego im miejsca wśród płatnej siły roboczej. Friedan ośmieliła się nazwać tę wysławianą rolę konsumentek, w którą pisma kobiece wtłaczały swoje czytelniczki – choć trzeba uczciwie przyznać, że to reklamodawcy wymuszali pewne rzeczy na wydawcach – jednak młodsze, bardziej radykalne kobiety nie zadowalały się już po prostu możliwością podjęcia płatnej pracy i kawałkiem istniejącego tortu. Chciały upiec nowy.

 

Ostatecznie nawet bardziej konserwatywne kobiety zaczęły zgadzać się z tym, że feminizm musi obejmować wszystkie kobiety – lesbijki, kobiety na zasiłkach, kobiety niebiałe, doświadczające splotu płci i koloru skóry, każdą – zaś radykałki, o różnym kolorze skóry i pochodzące z różnych klas społecznych, przestawały kręcić nosami na pomysł o wprowadzaniu zmian nie tylko spoza systemu, lecz również od wewnątrz. Choć punkty wyjścia różnych grup działaczek były tak odmienne, mimo bólu i wzajemnego niezrozumienia, pod koniec lat siedemdziesiątych grupy te zaczęły się łączyć – krnąbrne, idealistyczne, zróżnicowane i skuteczne części tego samego ruchu.

Będąc w takim, a nie innym wieku – nieco ponad trzydzieści lat – znalazłam się pomiędzy dwiema grupami kobiet, tą, która dążyła do integracji, i tą dążącą do radykalnego przekształcenia. Jednak z uwagi na moje doświadczenia, ciągnęło mnie raczej do młodszych i bardziej radykalnych. Nie wyszłam za mąż, nie mieszkałam na przedmieściach. Zawsze byłam częścią siły roboczej, przy czym w dziennikarstwie płciowe getto to nie był jedynie szklany sufit, ale też „szklane pudełko”. Indie nauczyły mnie ponadto, że zmiana wyrasta z samego dołu, jak drzewo, a także, że kasta i kolor skóry mogą podwoić lub potroić ucisk kobiet.

Wkrótce feminizm, jak pożar, zaczął rozprzestrzeniać się od Wybrzeża do Wybrzeża – co niektórzy uznawali za wysoce niepokojące. Religijna prawica, a także znaczna część głównego nurtu orzekła, że sprzeciwiamy się Bogu, rodzinie i patriarchatowi. Dla lewicy i innej części głównego nurtu, podejmowanie kwestii uprzedzeń wobec kobiet oznaczało odwracanie uwagi od walk związanych z klasą, kolorem skóry i innymi kwestiami, traktowanymi poważniej dlatego, że dotyczyły także mężczyzn. Mimo wszystko jednak idea równości okazała się tak zaraźliwa, że prawica wkrótce miała umieścić feminizm wśród największych zagrożeń, wraz ze świeckim humanizmem i bezbożnym komunizmem. Tymczasem amerykańska opinia publiczna zaczęła, jak wskazywały wyniki badań, popierać kwestie równościowe, nawet jeśli część problemów, poruszanych przez feministki, wciąż traktowano jako „zwykłą” część życia – pomyślcie o molestowaniu seksualnym czy przemocy domowej.

Kiedy Dorothy urodziła dziecko i postanowiła mniej podróżować, moimi partnerkami stały się inne przyjaciółki i koleżanki, przede wszystkim Margaret Sloan, czarna feministka, poetka i działaczka z South Side w Chicago, i Florynce Kennedy, prawniczka, specjalistka od praw obywatelskich, charyzmatyczna, stale cytowana mówczyni. Zwłaszcza Flo wzięła mnie pod swoje skrzydła. Jeśli na przykład uważałam, że muszę udowadniać istnienie dyskryminacji, odwołując się do statystyk, ona mnie od tego odwodziła. „Kiedy leżysz w rowie, a nogi przygniata ci ciężarówka – tłumaczyła cierpliwie – nie posyłasz nikogo do biblioteki, żeby sprawdził, ile ta ciężarówka waży. Starasz się uwolnić!”

Zawsze mówiłam pierwsza – zwłaszcza że po Flo byłabym tylko rozczarowaniem – i każda z nas opowiadała o własnych doświadczeniach, o tym, jak wiele talentów widziałyśmy, zmarnowanych z powodu wyobrażonych granic koloru skóry, płci, klasy, seksualności i tak dalej – przy czym mówiłyśmy także o „męskości”, która więzi mężczyzn. Dla zachowania równowagi między mówczyniami a publicznością starałyśmy się, jak mogłyśmy, dzielić czas jednakowo między nasze wystąpienia a wolny mikrofon dla wszystkich. Wiedziałam, że to działa, kiedy, powiedzmy, ktoś z jednej strony sali zadawał pytanie, a odpowiadała na nie osoba z innej. Kobiety i mężczyźni wstawali i mówili o pomysłach i doświadczeniach, którymi być może nie dzielili się nigdy nawet z przyjaciółmi.

Razem i osobno, jako mówczynie stanowiłyśmy żywe zaprzeczenie kolejnego opisu, wykorzystywanego dla zdyskredytowania feminizmu, mianowicie tego, zgodnie z którym wszystkie feministki miały rzekomo być białymi kobietami z klasy średniej – zwrot wykorzystywany wówczas przez media (a także przez akademików, którzy w tym akurat przypadku wierzyli medialnym newsom), jak gdyby można było zastosować jedną etykietę dla całego ruchu kobiecego. Tymczasem pierwsze ogólnokrajowe badanie opinii kobiet na temat kwestii związanych z równością płci pokazało, że Afroamerykanki dwukrotnie częściej niż białe kobiety skłonne były je popierać[16]. Gdyby badanie uwzględniało Latynoski, Azjatkoamerykanki, rdzenne Amerykanki i inne niebiałe kobiety, wyniki mogłyby być jeszcze bardziej dramatyczne. Ostatecznie, jeśli doświadczasz jakiejś formy dyskryminacji, jest bardziej prawdopodobne, że rozpoznasz ją pod innymi postaciami. Rasizm i seksizm są ponadto ściśle ze sobą splecione – czego doświadczyła pani Greene i miliony kobiet – i nie da się ich wykorzeniać osobno.

Podróżowanie z partnerką o niebiałym kolorze skóry zmusiło mnie do zmierzenia się z pewnymi ważnymi i niepokojącymi prawdami na temat tego kraju. Na przykład, nawet jeśli obydwie mówiłyśmy o wyzwoleniu kobiet, dziennikarze mnie zadawali pytania na temat kobiet, po czym zwracali się do Dorothy, Flo czy Margaret z pytaniami o ruch praw obywatelskich. Tak działo się nawet w przypadku Flo, starszej ode mnie o osiemnaście lat, znanej powszechnie jako prawniczka feministka. Nauczyłyśmy się tolerować przez chwilę te starania o to, by nas podzielić, po czym nazywać je – z gniewem lub z humorem, jak w przypadku Flo, albo z odwołaniem do historii, jak w przypadku Margaret, która zwykła recytować Ale czyż nie jestem kobietą Sojourner Truth. Dawało nam to delikatny posmak ogólnego problemu: niewidzialności w mediach wielu niebiałych kobiet, pionierek ruchu kobiecego. A że obraz jest w stanie przeważyć nad rzeczywistością, trzeba było dziesięcioleci walk, by owa niewidzialność nie zamieniła się w samospełniającą się przepowiednię.

Niekiedy polityka seksualna przybierała żałosne i dziwaczne formy. Mnie na przykład, zanim po trzydziestce zaczęłam być rozpoznawana jako feministka, nazywano często „ładną dziewczyną”. Nagle, ni stąd, ni zowąd, okazało się, że jestem „piękna”. Nie tylko bardziej niż kiedykolwiek wcześniej opisywano mnie z perspektywy mojego wyglądu, ale powiedziano mi także, że to, jak wyglądam, jest jedynym powodem, dla którego ktokolwiek zwraca na mnie uwagę. W 1971 roku nagłówek w „The St. Petersburg Times” głosił: „Gloria’s Beauty Belies Her Purpose” [Uroda Glorii przeczy jej zamiarom][17]. Zrozumienie tej nagłej zmiany w reakcjach na tę samą osobę zajęło mi kilka lat. Oceniano mnie na podstawie oczekiwań, zgodnie z którymi żadna feministka nie może być atrakcyjna w konwencjonalnym sensie – a następnie opisywano jako zaprzeczenie tego stereotypu. W podtekście zaś kryło się: „Skoro mogłaś mieć mężczyznę, po co ci równa płaca?”.

Stąd brało się z kolei oskarżenie, jakoby słuchano mnie jedynie z powodu tego, jak wyglądałam, i wniosek, że stworzyły mnie media. Chociaż przez całe moje zawodowe życie pracowałam jako dziennikarka i nikt nigdy nie powiedział mi, że powodem, dla którego publikuje moje teksty, jest mój wygląd, teraz nagle stał się on wyjaśnieniem wszystkiego, niezależnie od tego, jak ciężko pracowałam. Nieważne, że czasem prawdą bywało coś wręcz przeciwnego – jak kiedy mój agent literacki wysłał mnie do redaktora naczelnego jednego z głównych czasopism w kraju, a ten odesłał mnie, mówiąc: „Nie chcemy ładniutkiej dziewczyny – chcemy kogoś, kto pisze”. Tendencyjne przekonanie, zgodnie z którym, jeśli osiągnęłam cokolwiek, to z uwagi na mój wygląd, miało pozostać bolesnym oskarżeniem, kierowanym przeciwko mnie, nawet kiedy się zestarzałam.

Na szczęście podróżowanie i wystąpienia publiczne wiodły mnie do sal pełnych tradycyjnego zdrowego rozsądku. Kiedy na przykład pewien dziennikarz podniósł kwestię mojego wyglądu, jak gdyby było to ważniejsze od wszystkiego, co mogłabym mieć do powiedzenia, z rzędów dla publiczności podniosła się starsza kobieta: „Nie martw się, złotko – powiedziała do mnie pocieszająco – to bardzo ważne, że ktoś, kto mógłby zagrać w grę – i wygrać – może powiedzieć: Ta gra jest kupą gówna”.

Uczyłam się także od moich partnerek. Zwłaszcza na Południu niektórzy mężczyźni z publiczności mogli zakładać, że biała i czarna kobieta podróżujące razem muszą być lesbijkami. Florynce Kennedy opracowała doskonałą odpowiedź: „Czy chcesz mi zaproponować alternatywę?”.

Nauczyłam się, żeby, gdy ktoś nazywał mnie lesbijką – a w tamtych czasach wszystkie niezamężne feministki uznawano za lesbijki – odpowiadać po prostu „dziękuję”. Niczego to nie ujawniało, stanowiło wyraz solidarności z kobietami, które identyfikowały się jako lesbijki, oskarżyciel popadał w konfuzję, a publiczność zwykle wybuchała śmiechem.

Zaczęłam także doceniać to wzajemne zrozumienie, jakie pojawia się tylko, kiedy wszyscy jesteśmy w tej samej przestrzeni. Dzięki temu stopniowo coraz mniej obawiałam się własnych wystąpień. Trema, jak malaria, mogła powrócić w każdej chwili, nauczyłam się jednak, że publiczność może stać się partnerem, jeśli zaangażuję się w słuchanie jej tak samo jak w mówienie do niej.

Po tym, jak dołączyłam do grupy dziennikarek i redaktorek zakładających czasopismo „Ms.”, podróżowałam już nie tylko dla opowieści, ale też po to, by sprzedawać reklamy opornym producentom samochodów, przekonanym, że to mężczyźni podejmują decyzje na rynku, żeby wyjaśniać producentom wyrobów „dla kobiet”, dlaczego w „Ms.” nie publikujemy artykułów o modzie, urodzie i gotowaniu, wychwalających i promujących produkty reklamodawców i żeby przekonywać sprzedawców prasy, by przyjęli nowe czasopismo dla kobiet, którego okładka w niczym nie przypominała pozostałych. Pamiętam, jak jeździłam od miasta do miasta, kupując pączki i kawę mężczyznom, którzy o świcie pakowali do ciężarówek pudła różnych czasopism, w nadziei, że przekonają kioskarzy, żeby przynajmniej otworzyli nasze.

Wkrótce podróżowałam też od stanu do stanu w ramach kampanii na rzecz Poprawki o Równych Prawach albo kampanii jednej z nowych kandydatek, reprezentujących potrzeby i opinie większości kobiet, albo kandydata, który także był gotów to robić, albo by zbierać pieniądze na ruch, który tak wiele dla mnie znaczył.

W latach osiemdziesiątych wydałam swoją pierwszą prawdziwą książkę, Outrageous Acts and Everyday Rebellions, i odkryłam nowy rodzaj podróży – promocje i spotkania autorskie. Autorce przydzielano osoby towarzyszące – które często same były nieetatowymi dziennikarkami i dziennikarzami i które znały każde miasto i ciągnęły mnie za sobą, prowadząc na podpisywanie książek i spotkania z mediami. To, plus kolejne dwie książki i związane z nimi podróże w latach dziewięćdziesiątych, uświadomiły mi, że księgarnie są znakomitymi centrami kultury. Każdy może przyjść, niezależnie od tego, czy ją lub jego stać na zakup książki, a przestrzeń zarezerwowana na dyskusje i śpiewanie zachęca do tworzenia kręgów debaty. Jako że żaden komputer nie może zastąpić takiego towarzystwa, im bardziej indywidualny charakter ma sklep, tym bardziej prawdopodobne jest to, że uda mu się przetrwać.

Wiem, że istnieją autorzy, którzy nienawidzą wyjazdów promocyjnych – i być może ja też bym nienawidziła, gdybym musiała powtarzać nieustannie fabułę jednej powieści – ale ja pokochałam te spontaniczne zgromadzenia w centrach handlowych, księgarniach uniwersyteckich, w specjalistycznych księgarniach, których wielkie sieciówki nie mogą zastąpić, w tych wszystkich przestrzeniach z kawą, wygodnymi krzesłami, w otoczeniu książek, które pozwalają ludziom rozglądać się i odkrywać zainteresowania, o których nawet nie wiedzieli, że je mają. Ostatnio, kiedy moja książka ukazała się w Indiach[18], odbyłam podróż po księgarniach od Dżajpuru i New Delhi do Kalkuty. Także i tu miałam do czynienia z najróżniejszymi księgarniami, od wielkich wesołych sieciówek po małe sklepiki, wypełnione dyskusjami i sztuką. Ogólnie rzecz biorąc, gdybym miała wybrać jedno miejsce na spędzanie wolnego czasu, gdziekolwiek między Nowym Jorkiem a Kapsztadem, Australią i Hongkongiem, byłaby to księgarnia.

Każda autorka i każdy autor tworzą także własny świat. Obserwowałam Bette Midler, jak podpisywała kolejną książkę, cały czas w zabawnym kapeluszu przypominającym pianino, podczas gdy kolejka złożona z setek jej fanów wiła się wokół budynku. Oliver North, zamieszany w aferę Iran-Contras, miał przy sobie dwóch strażników, którzy niespecjalnie starali się ukrywać fakt, że noszą broń, nie odpowiadał na żadne pytania i podpisywał egzemplarze Under Fire: An American Story – The Explosive Autobiography of Oliver North. Ai-jen Poo, która zdobyła nagrodę MacArthura, tak zwany „grant dla geniuszy”, za działania na rzecz organizowania pomocy domowych, zamieniła podpisywanie książki w zamieszki. Nikt nie wychodził ze spotkań z jej udziałem, nie wiedząc, że dłuższe życie to nie kryzys, ale błogosławieństwo, że jeśli obecnie dwanaście milionów Amerykanów ma powyżej osiemdziesięciu pięciu lat, to ta liczba podwoi się do 2035 roku, że potrzeba będzie o wiele więcej pracownic i pracowników świadczących usługi opiekuńcze, także w prywatnych domach, i że te pracownice i pracownicy zasługują na taką samą ochronę jak robotnicy gdziekolwiek indziej.

 

Zasadniczo nie potrafię sobie wyobrazić, że technologia mogłaby całkowicie zastąpić księgarnie, nie bardziej, niż że filmy o wsi mogłyby zastąpić wyjazdy na wieś. Gdziekolwiek się znajduję, księgarnia zawsze okazuje się miejscem najbardziej przypominającym agorę.

IV

Istnieją wydarzenia tego rodzaju, że dzielą nasze życie na „przed” i „po”. Zauważyłam, że większość osób, proszona o wskazanie takiego wydarzenia, przywołuje coś, co dało im poczucie emocjonalnej więzi, niezależnie od tego, czy mowa o byciu świadkiem porodu, o wędrówce ulicami Nowego Jorku po 11 września, czy o oglądaniu zdjęć naszej kruchej planety wykonanych z kosmosu.

Dla mnie takim wydarzeniem było coś, o czym pewnie nawet nie słyszeliście: National Women’s Conference w Houston w 1977 roku. Zasługuje na odznakę najważniejszego z tych wydarzeń, o których nikt nie wie. W ciągu trzech dni (plus dwa lata, które do nich doprowadziły) moje życie zmieniło się, a ja zyskałam nowe poczucie powiązania – ze sprawami, możliwościami i kobietami, które poznałam w okopach. Konferencja pozwoliła zebrać wielki i zróżnicowany ruch w jedno, wokół wspólnych wartości i problemów. Można powiedzieć, że była ostatecznym kręgiem debaty.

Nie tylko ja stałam się po Houston inną osobą. W kolejnych latach spotykałam różne kobiety, które tam były, i każda opowiadała mi, że ona także, w jakiś sposób, zmieniła się: jej wyobrażenia i nadzieje dotyczące tego, co jest możliwe – dla świata, dla kobiet w ogóle, dla niej samej. Ponieważ do Houston przybyło osiemnaście tysięcy obserwatorek z pięćdziesięciu sześciu krajów, a ponieważ delegatki wybierano tak, by reprezentowały skład każdego stanu i terytorium, było to prawdopodobnie najbardziej reprezentatywne z punktu widzenia geografii, koloru skóry i położenia ekonomicznego zgromadzenie, jakie ten kraj kiedykolwiek oglądał – o wiele bardziej niż Kongres. Kwestie głosowane w Houston także wybierano w każdym stanie i na każdym terytorium. Była to konwencja konstytucyjna żeńskiej połowy kraju. W końcu z pierwszej konstytucyjnej konwencji nas wykluczono.

Będzie mi miło, jeśli zaczniecie się teraz zastanawiać, czemu nigdy dotąd nie słyszałyście o tym wydarzeniu. Wszystko zaczęło się w 1972 roku, kiedy ONZ ogłosiła, że rok 1975 będzie Międzynarodowym Rokiem Kobiet – ot, tak samo, jak na przykład Rok Dziecka czy Międzynarodowy Rok Farm Rodzinnych. W 1974 roku prezydent Gerald Ford wyznaczył trzydziestodziewięcioosobową delegację, która miała reprezentować amerykańskie kobiety, i powołał na jej szefa mężczyznę z Departamentu Stanu.

Tymczasem osobą, która podjęła się zadania ustalenia, jakie problemy i nadzieję naprawdę żywi żeńska połowa społeczeństwa, była członkini Kongresu Bella Abzug, kobieta, która zawsze planowała i działała z rozmachem. Zjednała sobie członkinię Kongresu Patsy Mink jako współautorkę oraz członkinię Kongresu Shirley Chisholm jako współspiskowczynię i razem zajęły się przygotowywaniem rewolucyjnego aktu prawnego. Na jego mocy rząd federalny miał sfinansować w ciągu dwóch lat pięćdziesiąt sześć otwartych, reprezentatywnych z punktu widzenia położenia ekonomicznego i koloru skóry konferencji, po jednej w każdym stanie i na każdym terytorium. Delegatki wybrane i problemy wskazane podczas każdego z tych spotkań miały następnie zostać skierowane na krajową konferencję w Houston. Tam zaś miał zostać przegłosowany Krajowy Plan Działań. Chodziło o to, by reprezentować amerykańskie kobiety nie tylko przed resztą świata, ale także wobec naszych przywódców w Waszyngtonie i w legislaturach stanowych. Nareszcie na pytanie: „Czego pragną kobiety?” odpowiedź miała zostać udzielona w prawdziwie demokratyczny sposób.

Nie potrafię wskazać nikogo, prócz Belli, kto mógłby bądź mogła wymarzyć sobie tak gigantyczne przedsięwzięcie, a co dopiero kogoś, kto miałby dość odwagi, by zwrócić się do Kongresu o jego sfinansowanie. Chociaż razem z Bellą prowadziłam kampanię na Manhattanie, który ją kochał, i w Waszyngtonie, który się jej obawiał, a także w ruchu kobiecym, który na niej polegał, nigdy wcześniej nie widziałam, by próbowała czegoś tak wielkiego. Kobiety w każdym stanie i na każdym terytorium miały zostać zaproszone do debaty i podejmować decyzje w tak spornych kwestiach, jak swobody reprodukcyjne i aborcja, prawa socjalne, prawa lesbijek, walka z przemocą domową i problem pracownic domowych, pozbawionych ochrony prawa pracy. Bella zażądała dziesięciu milionów dolarów, co stanowiło całkiem dobry interes: dwadzieścia osiem centów na każdą dorosłą Amerykankę, jednak Kongres zamarł w szoku. Opóźniono głosowanie, wyznaczając je rok po tym, kiedy powinna rozpocząć się pierwsza stanowa konferencja, a następnie obcięto przyznane fundusze o połowę, do pięciu milionów. Tak czy owak, pieniądze zostały przyznane, a Krajowa Konferencja Kobiet została zaplanowana na listopad 1977 roku i miała odbyć się w Houston.

Aby zorganizować to gigantyczne przedsięwzięcie, prezydent Jimmy Carter powołał nowe członkinie komisji do spraw Międzynarodowego Roku Kobiet. Znalazłam się wśród nich i dlatego wraz z trzema tuzinami innych członkiń nowej komisji spędziłyśmy dwa lata, przemierzając kraj i pomagając zorganizować pięćdziesiąt sześć konferencji, z których każda miała trwać dwa dni.

Przyznaję, że byłam przerażona jak nigdy wcześniej. To wyzwanie organizacyjne przypominało trochę kampanię prezydencką, tylko z ułamkiem typowych dla kampanii prezydenckiej zasobów. Oznaczało konieczność pomagania w tworzeniu reprezentatywnego ciała planującego w każdym stanie i na każdym terytorium, w tym łączenie grup, które prawdopodobnie nigdy wcześniej nie były razem. Miałam nauczyć się, na czym polega różnica między oprotestowywaniem cudzych reguł a tworzeniem własnych – między pytaniem a działaniem.

Nasz proces wyboru delegatek był otwarty – na tyle, że było to aż przerażające. W rezultacie każda kobieta od szesnastu lat mogła zostać wybrana, jeśli tylko ogólny skład delegacji odzwierciedlał zróżnicowanie stanu pod względem ekonomicznym i koloru skóry.

Sukces może się niekiedy okazać taką samą katastrofą jak klęska – i niemal tak się stało. Wydawało się, że przebiłyśmy się do jakiegoś podziemnego źródła pragnień: kobiety przybywały na konferencje w takiej liczbie, że kampusy i budynki rządowe, gdzie z uwagi na nasz napięty budżet starałyśmy się je pomieścić, pękały w szwach.

W Vermont ponad tysiąc kobiet brnęło przez śnieg i lód, aby uczestniczyć w największej kobiecej konferencji, jaką tam kiedykolwiek widziano. Gdyby większość z nich nie zadbała o przyniesienie ze sobą własnych lunchów i nie zorganizowała samodzielnie opieki dla dzieci, już pierwsza stanowa konferencja okazałaby się Waterloo dla naszych sił organizacyjnych.

Na Alasce audytorium zaprojektowane na sześćset osób musiało pomieścić siedem tysięcy. Na szczęście większość kobiet swobodnie usiadła po prostu na podłodze.

W Albany, stołecznym mieście stanu Nowy Jork, ponad jedenaście tysięcy kobiet – cztery razy więcej niż planowałyśmy – ustawiło się w kolejce przed rządowymi budynkami w prażącym lipcowym upale, później czekało przez większość nocy w dusznej suterenie, żeby oddać głos na konkretne delegatki i kwestie. Wpadłam do Albany tylko na ceremonię otwarcia – później miałam wrócić do domu i zacząć pisać, żeby zarobić na życie – ale ostatecznie zostałam na dwa dni i dwie noce, nie mając ani łóżka, ani szczoteczki do zębów, żeby pomóc w organizowaniu kolejki chętnych do głosowania.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?