Moje życie w drodzeTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jesteśmy tak różni, a zarazem tacy sami.


.

Na poprzedniej stronie:

Z towarzyszką mówczynią Florynce Kennedy na kampusie, lata 70. Dzięki uprzejmości Glorii Steinem/Raya Balda.

.

Jako że ojca uważałam za pozbawionego korzeni wędrowca, moim pierwszym pomysłem na siebie była próba stania się kimś zupełnie innym. Byłam przekonana, że moje dość szczególne dzieciństwo stanie się punktem wyjścia do dorosłości, w której będę miała konkretną pracę, stały dom i wakacje raz do roku. Doprawdy. Zapewne tęskniłam za takim życiem bardziej niż osoby, które wyrosły w podobnych rodzinach. Mogłabym mieć wypisane na czole: „dom poszukiwany”, założyłam jednak, że prawdziwy dom musi poczekać, aż znajdę męża i urodzę dzieci – los, który zdawał mi się nieunikniony, a zarazem – niewyobrażalny. Nawet w kinie nigdy nie widziałam żony, która odbywałaby własną podróż. Małżeństwo stanowiło zawsze szczęśliwe zakończenie, nigdy początek. Były lata pięćdziesiąte, a pojęcia „dorosnąć” i „ustatkować się” całkiem mi się pomieszały.

Trzeba było dwóch lat mieszkania w Indiach, dokąd pojechałam zaraz po ukończeniu college’u – chcąc zerwać zaręczyny z człowiekiem dobrym, ale nieodpowiednim – żebym dostrzegła, że specyficzny, samotny sposób podróżowania mojego ojca nie był jedynym możliwym. Istniały wspólne drogi, zarazem odwieczne, jak i całkiem nowe.

I

Kiedy po raz pierwszy znalazłam się w New Delhi, oczekiwałam, że będę podróżować jak „memsahib”, samochodem z kierowcą, i że jest to sposób podróżowania, na który stać każdego miejscowego urzędnika i każdą turystkę. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak inaczej mogłabym poruszać się ulicami, na których tłoczyły się powolne wozy zaprzężone w woły, szybkie motocykle, żółto-czarne taksówki przypominające trzmiele, chmary rowerzystów, jedna czy dwie spacerujące krowy, stareńkie autobusy, pełne tkwiących w ścisku pasażerów i obwieszone od zewnątrz gapowiczami, oraz handlarze uliczni, którzy rzucali się do sprzedawania jedzenia i błyskotek na każdym przystanku.

Trzeba było dwóch miesięcy pobytu w charakterze cudzoziemki, czyli osoby rzadko tam widywanej, w Miranda House, żeńskim college’u Uniwersytetu Delhijskiego, oraz życzliwych studentek, które uczyły mnie, jak nosić sari i jak łapać autobus, abym wreszcie zdała sobie sprawę, że sama w aucie po prostu nie byłabym naprawdę w Indiach.

Nie zobaczyłabym kobiet wychylających się z autobusu, żeby kupić sobie nanizane na sznury kwiaty jaśminu i wpleść je we włosy, mężczyzn i kobiet nieskończenie cierpliwych wobec płaczących dzieci, mężczyzn, rozmawiających ze sobą, bez skrępowania trzymając się za ręce, chudych dzieci w połatanych i nakrochmalonych mundurkach szkolnych, wyśpiewujących na głos teksty zapisane w zeszytach, by nauczyć się ich na pamięć. Nie miałabym okazji wysłuchiwać politycznych sporów toczonych w indyjskim angielskim, który stanowi pomost między czternastoma językami, ani zaobserwować, jak oszałamiająco różnorodne są gazety, które czytują Indusi. Nie dowiedziałabym się też, jakim wyzwaniem jest dla przeciętnego Indusa samo dotarcie do pracy, ani że moje koleżanki z college’u poruszają się w grupach po to, by uniknąć „zaczepek”, molestowania seksualnego i obmacywania, na które kobiety są narażone w przestrzeni publicznej. Z pewnością nigdy nie poczułabym spokoju w tłumie ludzi, który w każdym innym miejscu świata byłby sygnałem, że stało się coś złego.

Nigdy nie jeździłam w tongach ciągniętych przez wychudzonych rowerzystów, choć przyjaciele zapewniali mnie, że stanowią one postęp w stosunku do ryksz, przed którymi biegli zaprzęgnięci w nie bosonodzy rykszarze. Ich używania zakazano w Indiach po odzyskaniu niepodległości, nadal jednak widuje się je w najbiedniejszych dzielnicach. Tak czy owak, bycie ciągniętą przez inną ludzką istotę wydawało mi się kolonialnym obyczajem, powodem do wstydu. Jak na ironię, wiele lat później miałam okazję oglądać indyjskie tongi sprowadzone na Manhattan, gdzie ciągnęli je wysportowani, dobrze odżywieni młodzi mężczyźni, pobierający opłatę za każdą przejechaną minutę.

Nawet jednak poruszanie się w grupie po New Delhi nie wystarczyło; potrzebna była długa podróż na wschodnie wybrzeże Indii, żeby zmienić wyniesione z domu przekonanie, że prywatne zawsze jest lepsze niż publiczne – coś, co w Ameryce producenci samochodów głoszą jak ewangelię[8].

Młodość rzuca się w coś, przed czym wiek dojrzały zastanowi się po dwakroć: ja postanowiłam odbyć samotną podróż z Kalkuty do Kerali, zatrzymując się w wioskach i świątyniach, w drodze do najstarszych części Indii, na południowym krańcu subkontynentu. Moje koleżanki ze studiów przekonały mnie, żebym kupiła bilet w jednym z wagonów tylko dla kobiet, które są cechą charakterystyczną pociągów przecinających subkontynent, dziedzictwem Brytyjczyków.

Kiedy wdrapałam się do wiekowego wagonu trzeciej klasy, znalazłam się w dormitorium na kółkach. Kobiety w różnym wieku i różnych rozmiarów siedziały w grupkach, rozmawiając, niańcząc dzieci lub wyciągając jedzenie z wysłużonych blaszanych pojemników, by zjeść wspólnie posiłek zwany tiffin. Jako cudzoziemka w sari szybko wzbudziłam ciekawość, uprzejmość i dostałam mnóstwo porad, a wszystko odbywało się za pomocą nielicznych znanych nam wszystkim słów angielskich i hindi oraz wielu gestów. Ponieważ podróż trwała dwa dni, a pociąg zatrzymywał się na licznych stacyjkach, kobiety w moim imieniu targowały się ze sprzedawcami gorącej herbaty, jaskrawokolorowych zimnych napojów, kebabów i chapati oraz lodów zwanych kulfi, od których można się uzależnić – a wszystko przez okna pociągów na każdej stacji. Między postojami częstowały mnie własnym curry, ryżem i domowym chlebem, uczyły wiązać sari na więcej sposobów, niż mogłabym sobie wyobrazić – wliczając w to także sari do gry w tenisa – oraz rozprawiały o różnorakich odmianach mango, uwzględniając wszelkie niuanse, które ludzie Zachodu zwykli rezerwować do omawiania wina.

Szybko nauczyłam się, że do zwyczajów w Indiach należy zadawanie bardzo osobistych pytań. Powściągliwych Anglików musiało to doprowadzać do szaleństwa. „Dlaczego rodzina nie znalazła ci męża?”, „Amerykanie są przecież bogaci, więc czemu jedziesz z nami trzecią klasą?”, „Czy w Ameryce każdy ma pistolet?”, „Czy jeśli przyjadę do twojego kraju, zostanę dobrze przyjęta?”, a kiedy już poznałyśmy się lepiej: „Jak kobiety w Ameryce radzą sobie, żeby nie mieć zbyt wielu dzieci?”.

Później miałam okazję słuchać Indiry Gandhi, która opowiadała, że podróżowanie w młodości tymi kobiecymi wagonami stanowiło dla niej najlepsze przygotowanie do bycia premierką. Choć była córką Jawaharlala Nehru, pierwszego premiera Indii, uważała, że najwięcej nauczyła się od kobiet, których osobisty punkt widzenia poznała. Wiedziały, że khadi, indyjskie ręcznie przędzone i ręcznie tkane materiały, zostały wyparte z rynku przez produkowane maszynowo tkaniny z Anglii – nawet jeśli nie zdawały sobie sprawy, że był to typowy kolonialny model: pozyskiwanie surowców z kolonii, przekształcanie ich w Anglii i sprzedawanie z zyskiem z powrotem. Rozumiały, dlaczego sam Mahatma Gandhi z kołowrotka uczynił symbol niepodległości Indii.

Poza tym, choć często zwykło się uważać, że niewykształcone kobiety nie stosują środków kontroli urodzeń, te kobiety doskonale wiedziały, że ich ciała cierpiały z powodu zbyt dużej liczby ciąż i porodów. Właśnie dlatego zostawszy premierką, Indira Gandhi zdecydowała się na kontrowersyjny ruch, tworząc pierwszy krajowy program planowania rodziny. Młodzieńcze podróże w kobiecych wagonach nauczyły ją, że zwykłe kobiety będą korzystać z metod zapobiegania ciąży, nawet jeśli będą to czynić w tajemnicy, i że piśmienność nie ma tu niemal nic do rzeczy.

Jeśli chodzi o mnie, pamiętam nie tylko naukę, ale także śmiech. Proszono mnie, żebym śpiewała amerykańskie piosenki – w Indiach śpiewanie jest częścią codziennego życia, wszyscy zdają się śpiewać – jednak nawet moje towarzyszki podróży musiały przyznać, że żadna ze mnie śpiewaczka. Nauczyły mnie, jak zwijać dłonie, żeby wsuwać na nie szklane bransoletki, niewiele szersze niż mój nadgarstek, i wyjaśniły, że choli, ciasna bluzeczka noszona pod sari, jest indyjskim odpowiednikiem stanika. Zapoznały mnie ze świeżymi owocami liczi, których nigdy wcześniej nie widziałam w innej postaci niż w puszkach, i ostrzegały przed induskimi mężczyznami, którzy mogą chcieć poślubić Amerykankę, po to tylko, żeby zdobyć wizę i pracę.

Minęły lata, a wciąż mam te kobiety żywo w pamięci. Ponieważ byłam pierwszą cudzoziemką, którą bliżej poznały, zapewne one także nie zapomniały o mnie zbyt szybko. Gdybym podróżowała sama zamknięta w samochodzie, nigdy nie stałabym się częścią tych rozgadanych kobiecych kręgów.

Gdy się pożegnałyśmy, załadowałam się do rozklekotanego autobusu jadącego do aszramu Vinoba Bhavego, przywódcy ruchu na rzecz reformy rolnej, zainspirowanego przez Gandhiego. Gandhi zginął dekadę wcześniej z rąk zamachowca, Bhave jednak wciąż wędrował od wioski do wioski, prosząc posiadaczy ziemskich, żeby choć mały odsetek swojej ziemi przekazali bezrolnym. Napisałam list do byłego amerykańskiego misjonarza, który włączył się w ten ruch, a on zadbał, żeby znalazło się dla mnie miejsce w pobliskim domu gościnnym.

Kiedy jednak dotarłam do aszramu Bhavego, nie zastałam niemal nikogo. Starszy człowiek wyjaśnił mi, że w pobliskim Ramnadzie, na ogromnych obszarach wiejskich na południowym wschodzie, wybuchły zamieszki kastowe, a szefowie rządu w odległym New Delhi zarządzili otoczenie tego obszaru kordonem w nadziei, że uda się opanować zabójstwa i pożary. Przez kordon nie przepuszczano nawet dziennikarzy. Mimo to trzy- lub czteroosobowe grupki z aszramu obchodziły blokady na drogach i wędrowały od wioski do wioski, organizując spotkania, dając ludziom poczucie, że nie zostali opuszczeni i rozwiewając pogłoski, często gorsze niż rzeczywistość – oddolna praca w terenie na rzecz zatrzymania rozkręcającej się spirali przemocy.

 

W każdej grupie musiała znajdować się przynajmniej jedna kobieta. Mężczyznom trudno było namawiać kobiety do udziału w spotkaniach i wiecach, poza tym, gdyby w tych spotkaniach nie uczestniczyła żadna kobieta, miejscowe raczej by nie przyszły. W związku z tym w aszramie nie pozostała ani jedna kobieta.

Przekonano mnie zatem, że cudzoziemka w sari nie będzie się wydawała bardziej nie na miejscu niż osoba z New Delhi, i tak oto pozostawiłam za sobą wszystko, co posiadałam, poza kubkiem, grzebieniem i sari, które miałam na sobie, i znalazłam się w rozklekotanym autobusie. Jak wyjaśnił mi mój towarzysz, starszy mężczyzna z aszramu, jeśli mieszkańcy wiosek pragną pokoju, nakarmią rozjemców i przyjmą pod swój dach. Jeśli go nie pragną, i tak nikt z zewnątrz nic nie pomoże. Gdy ruszyliśmy w podróż, zauważyłam, że bez rzeczy czuję się osobliwie wolna.

Spędziwszy wiele godzin w tym wiekowym autobusie, który zatrzymywał się chyba wszędzie, gdzie się dało, dotarliśmy do miejsca, gdzie barierki ustawione przez policję blokowały zakurzoną drogę do Ramnad. Nie mając samochodu ani nawet wozu, po prostu ominęliśmy drogę i pieszo ruszyliśmy przez ten ogromny obszar, ciężko doświadczony przez rozruchy na tle kastowym.

Tak zaczął się tydzień niepodobny do innych. Szliśmy w upale od wioski do wioski, zatrzymując się, by się ochłodzić w płytkich strumieniach albo znaleźć cień wśród drzew, gdzie w szałasach z dachami z liści palmowych sprzedawano chai i gotowane na parze ciastka ryżowe. W nocy patrzyłam, jak wieśniacy powoli wychodzą ze swoich małych glinianych domków, żeby zasiąść wokół lampy naftowej w kręgach po sześć, dwadzieścia lub pięćdziesiąt osób. Słuchałam mieszkańców wiosek opowiadających o podpaleniach i morderstwach, kradzieżach i gwałtach, o strachu i traumie, które nie wymagały przekładu. Trudno było wyobrazić sobie, że cokolwiek mogłoby przerwać ten krąg przemocy, wieśniaków wspierali jednak sąsiedzi, którzy także zdecydowali się wyjść ze swoich osad. Ludzie czerpali pociechę z tego, że mogli się spotykać, rozmawiać, zostać wysłuchanymi, oddzielać prawdę od plotek, odkryć, że są jeszcze inni, którzy wiedzą i którym zależy.

Ku mojemu zdumieniu, te długie noce często kończyły się obietnicami, że spotkania będą odbywać się nadal, aby oddzielać to, co było prawdą, od tego, co nie, aby odmówić bycia częścią cyklu zemsty, która jedynie wystawiała ludzi na większe niebezpieczeństwo. Czasem dopiero tuż przed świtem udawaliśmy się do domu z rodzinami, które nas karmiły i oferowały nam do spania słomiane maty albo charpai, niskie drewniane ramy z dnem z konopi.

Wtedy po raz pierwszy doświadczyłam dawnej i nowoczesnej magii grupy, w której każdy po kolei może się wypowiedzieć, wszyscy muszą słuchać, a dojście do porozumienia jest ważniejsze niż tempo. Nie miałam pojęcia, że tego rodzaju kręgi debaty stanowiły powszechną formę prowadzenia obrad przez większą część historii ludzkości, poczynając od Kwei i San w południowej Afryce, naszych wspólnych przodków, po Pierwszych Mieszkańców na moim kontynencie, gdzie z kolejnych warstw takich kręgów ostatecznie powstała Konfederacja Irokezów, najstarsza trwała demokracja na świecie. Także w Europie istniały kiedyś kręgi debaty, zanim powodzie, głody i patriarchalna władza zastąpiły je hierarchią księży i królów. Nie wiedziałam nawet, kiedy tak siedzieliśmy w Ramnad, że fala kręgów debaty i „świadectw” przechodzi przez kościoły czarnej społeczności w moim kraju, i że z niej rodzi się ruch praw obywatelskich. I z pewnością nawet bym nie zgadła, że dekadę później zobaczę grupy podnoszenia świadomości, kobiece kręgi debaty, z których zrodzi się ruch feministyczny. Wiedziałam jedynie, że gdzieś głęboko jakaś część mnie rozwija się i przekształca razem z mieszkańcami wiosek.

Widziałam, że gandystów słuchano, ponieważ oni słuchali. Ponieważ byli zależni od szczodrości nieznajomych, wzbudzali szczodrość. Ponieważ podążali drogą wyrzeczenia się przemocy, sprawiali, że wyrzeczenie przemocy stawało się możliwe. Nauczyłam się od nich praktycznej mądrości organizacyjnej:

Jeśli chcesz, żeby ludzie cię słuchali, musisz ich wysłuchać.

Jeśli masz nadzieję, że ludzie zmienią swój sposób życia, musisz wiedzieć, jak żyją.

Jeśli chcesz, żeby ludzie cię zobaczyli, usiądź z nimi oko w oko.

Nie miałam wówczas pojęcia, że mniej więcej dekadę później, kiedy wrócę do domu, praca organizacyjna powiązana z byciem w drodze zacznie zajmować większą część mojego życia.

Minęło prawie dwadzieścia lat, zanim ponownie znalazłam się w Indiach. W tym czasie, pod koniec lat siedemdziesiątych, ruch na rzecz praw obywatelskich i ruchy przeciwko wojnie w Wietnamie zapoczątkowały w moim kraju ogromne zmiany, w tym wśród kobiet, które zakochały się w tych ruchach, których zaangażowanie było kluczowe, a które mimo wszystko rzadko znajdowały się w nich na równych prawach[9]. Zdały sobie sprawę, że potrzebują niezależnego, włączającego ruchu feministycznego, który podjąłby kwestię prywatnej i ogólnoświatowej polityczności płci.

Ta „zaraza” ogarnęła wiele krajów. Najogólniej rzecz biorąc, nowa świadomość szerzyła się, w miarę jak kobiety spotykały się lub zaczynały czytać o sobie nawzajem, niezależnie od tego, czy służyły temu spotkania małych grupek, podziemne publikacje feministyczne czy też ogólnoświatowe wydarzenia, takie jak ONZ-owska Konferencja w Sprawie Kobiet, zorganizowana w 1975 roku w Meksyku. Wysuszona podpałka – nierówność – była wszędzie, gotowa zapłonąć od jednej iskry.

Devaki Jain, gandystowska ekonomistka, przyjaciółka z czasów mojego pierwszego pobytu w Indiach, zaprosiła mnie ponownie pod koniec lat siedemdziesiątych na spotkanie z kilkoma z tych nowych grup kobiecych. Czułyśmy się tak, jakbyśmy, dzięki jakiejś dalekosiężnej telepatii, obydwie miały takie same skojarzenia. Każda z nas była w stanie kończyć zdania zaczęte przez drugą. Pod wrażeniem tego, jak różnymi drogami dotarłyśmy w to samo miejsce, wpadłyśmy na pomysł zebrania gandystowskich taktyk i opisania ich w broszurze przeznaczonej dla ruchów kobiecych na całym świecie. Ostatecznie taktyka Gandhiego, satjagraha, opór bez przemocy, powinna pasować kobietom, podobnie jak masowe marsze i bojkoty konsumenckie.

W ramach zbierania materiałów przeprowadziłyśmy wywiad z Kamaladevi Chattopadhyay, jedną z nielicznych kobiet przywódczyń z czasów walki o niepodległość. Pracowała razem z Gandhim, stojąc na czele ogólnokrajowej kobiecej organizacji, przestrzegała Gandhiego, żeby nie zgadzał się na to, by ceną niepodległości stał się podział kraju na Indie i Pakistan, a następnie stanęła na czele ruchu oporu indyjskich rzemieślników, w którym wykorzystano zdolności milionów uchodźczyń, wysiedlonych w wyniku podziału.

Kiedy wyjaśniałyśmy nasz pomysł, żeby uczyć ruchy kobiece taktyk stosowanych przez Gandhiego, słuchała cierpliwie, kołysząc się w fotelu na werandzie i popijając herbatę. Kiedy skończyłyśmy, powiedziała: „No cóż, oczywiście, moje drogie. To my go wszystkiego nauczyłyśmy”.

Wybuchnęłyśmy śmiechem – po czym wyjaśniła, co miała na myśli. W Indiach pod panowaniem Brytyjczyków Gandhi miał okazję obserwować masowy ruch kobiet, które organizowały się przeciw sati, obyczajowi palenia wdów na stosie pogrzebowym męża, i w związku z wieloma innymi sprawami. W Anglii, gdzie studiował, by zostać adwokatem, Gandhi był świadkiem działań ruchu sufrażystek; później będzie domagał się od tych, którzy działali na rzecz samorządnych Indii, by starali się dorównać odwagą paniom Pankhurts, najbardziej znanym i najbardziej radykalnym angielskim sufrażystkom. Po powrocie do Indii z Afryki Południowej, gdzie organizował opór przeciw dyskryminacji, jakiej doświadczali Indusi, był zaniepokojony faktem, że ruch niepodległościowy nie zakorzenił się w wioskach i nie stał się częścią codziennego życia zwykłych ludzi. Sam zatem zaczął żyć jak wieśniak, aby organizować masowe marsze i bojkoty konsumenckie, a miarą sukcesu były dlań zmiany zachodzące w życiu najuboższych i najbardziej bezsilnych: wiejskich kobiet.

Jak uprzejmie nam wyjaśniła Kamaladevi, obydwie, Devaki i ja, przyjęłyśmy wizję historii zgodną z Teorią Wielkiego Człowieka i nie zdajemy sobie sprawy, że taktyki, które jej naszkicowałyśmy, są naszymi taktykami. Znów sprawiła, że obie wybuchnęłyśmy śmiechem – i że nauczyłyśmy się czegoś nowego. Jak pisała Vita Sackville-West:

Czciłam umarłych mężczyzn za ich siłę,

Zapomniawszy, że to ja jestem silna.

Kiedy po drugiej wizycie w Indiach wróciłam do domu, inaczej patrzyłam na swoją przeszłość.

W latach pięćdziesiątych wchodziłam do indyjskich wiosek pewna, że nie mają nic wspólnego z moim życiem. Teraz jednak kobieca rewolucja wypływała z naszych własnych kręgów debaty. W domu jeździłam wszędzie, od schronisk dla bitych kobiet i niezależnych kobiecych klinik po ośrodki kobiece na kampusach uniwersyteckich i protesty samodzielnych matek, próbujących utrzymać się z opieki społecznej. Moje bycie wędrowną działaczką feministyczną stanowiło po prostu zachodnią wersję chodzenia po wioskach.

Chociaż wyobrażałam sobie, że będę prowadziła życie dziennikarki i obserwatorki pewna, że nie będę odpowiadać za dobrostan innych tak, jak odpowiadałam za moją matkę, odkryłam, że jestem związana z koleżankami i zaangażowana w tworzenie czasopisma i że nie śpię po nocach, zastanawiając się, czy uda się nam wypłacić pensje. Jednak ta odpowiedzialność nie stała się brzemieniem – stworzyła wspólnotę.

Chciałam uciec od mojego podróżniczego dzieciństwa, a jednak podróżowałam i odkrywałam, że zwyczajni ludzie są mądrzy, że mądrzy są zwyczajni, że najlepsze decyzje podejmują ci i te, których one dotyczą, i że istoty ludzkie mają niemal nieskończoną zdolność do dostosowywania się do oczekiwań, które nas otaczają – co jest wiadomością zarazem dobrą i złą.

Wreszcie mogłam zobaczyć, że miłość do niezależności i do możliwości, którą przejęłam od ojca, teraz zyskała cel. Każdy ruch potrzebuje kilku osób, których nie da się zwolnić. Kiedy jesteś zależna, trudno ci nie martwić się opinią kogo- i czegokolwiek, od kogo i czego zależysz. Ja w mieszance swobody i braku bezpieczeństwa czułam się jak w domu, co pomogło mi stać się „wędrowną organizatorką”.

Nie jest to rodzaj pracy, o którym usłyszycie od doradcy zawodowego, do którego ktoś was zrekrutuje, czy który uda się wam zobaczyć w kinie. Jest to praca nieprzewidywalna, która często oznacza konieczność zdobywania środków utrzymania za pomocą żonglerki honorariami za przemówienia i teksty, dochodami z fundacji, różnymi dziwnymi zajęciami, z dodatkiem wsparcia przyjaciół i oszczędności. Jednak poza byciem muzykiem rockowym albo trubadurem nic innego nie pozwala ci być na pełen etat częścią zmiany społecznej. Praca ta zaspokaja moje uzależnienie od wolności, odziedziczone po ojcu, i moje pragnienie wspólnoty, pochodzące stąd, że widziałam, jaką cenę zapłaciła matka za to, że nie należała do żadnej. Właśnie dlatego, jeśli miałabym wskazać najważniejsze odkrycie, jakiego dokonałam w życiu, byłaby nim przenośna wspólnota kręgów debaty, grup, które gromadząc się, uruchamiają wszystkie pięć zmysłów i w których świadomość może się zmienić. Podążanie za nimi pozwoliło mi odnaleźć drogę, która nie była samotna, jak droga mojego ojca, ani na której nie byłam pozbawiona wsparcia, jak moja matka. Nauczyło mnie zarówno mówić, jak i słuchać. Pokazało mi także, że pisanie, które jest czynnością wykonywaną samotnie, to doskonały towarzysz pracy organizacyjnej, z założenia wspólnotowej. Po prostu zajęło mi trochę czasu zorientowanie się, że jedno i drugie może się wydarzyć niezależnie od tego, gdzie się znajdujesz.

II

W 1963 roku zarabiałam na życie jako niezależna dziennikarka, tworząc portrety celebrytów i artykuły o stylu – nie do końca ten rodzaj reportaży, o jakim marzyłam, że będę pisać po powrocie z Indii. Przeczytałam, że Martin Luther King prowadzi marsz na Waszyngton, element masowej kampanii na rzecz pracy, sprawiedliwości, nowych rozwiązań prawnych i federalnej ochrony uczestników marszy w obronie praw obywatelskich, których na Południu bito, zamykano w więzieniach, a niekiedy zabijano – z reguły przy współudziale policji. Nikt jednak nie chciał przydzielić mi akurat tego tematu.

Prawda, że dostałam długo wyczekiwane zlecenie na tekst o Jamesie Baldwinie – który miał przemawiać na marszu – jednak dotarcie do niego wśród tłumów wydawało się niemożliwością, natręctwem albo jednym i drugim naraz. Poza tym lepiej usłyszałabym jego przemówienie w telewizji. Prasa też była pełna złowieszczych ostrzeżeń, z których wynikało, że na marszu będzie za mało ludzi i okaże się on klęską, lub że będzie zbyt wielu i nastąpi wybuch przemocy. Marsz został uznany za zbyt groźny przez Biały Dom, w którym niepokojono się, że może zniechęcić umiarkowanych członków Kongresu, i za nazbyt umiarkowany przez Malcolma X, który orzekł, że proszenie Waszyngton o pomoc jest podobne do żebrania, zaprzecza zasadzie samowystarczalności i najprawdopodobniej nie odniesie pożądanych skutków.

 

Ze wspomnianych powodów postanowiłam nie iść na marsz – i trwałam w tym postanowieniu, nawet będąc już w drodze. Wszystko, co jestem w stanie powiedzieć teraz, wiele lat później, to: jeśli czujesz, że ciągnie cię na jakieś wydarzenie wbrew wszelkiej logice – idź. Wszechświat próbuje ci coś powiedzieć.

Tego gorącego sierpniowego dnia byłam po prostu jeszcze jedną osobą, powoli płynącą wraz z morzem ludzkości. Fale niosły mnie razem z „Panią Greene, przez e”, starszą, pulchną kobietą w słomkowym kapeluszu, która maszerowała ze swoją elegancką dorosłą córką. Pani Greene opowiedziała mi, że pracowała w Waszyngtonie w czasach Trumana, w tej samej wielkiej sali, w której pracowały białe urzędniczki, ale oddzielona od nich ścianką. Wówczas nie mogła zaprotestować, więc protestowała teraz.

Kiedy zbliżałyśmy się do pomnika Lincolna, zwróciła uwagę na to, że jedyną kobietą siedzącą na trybunie dla mówców była Dorothy Height, szefowa National Council of Negro Women – organizacji, która działała na rzecz sprawiedliwości rasowej od lat trzydziestych, jednak nawet jej nie poproszono, by wygłosiła przemówienie. Pani Greene chciała wiedzieć: „Gdzie jest Ella Baker? Ona szkoliła wszystkich tych młodych ludzi z SNCC [Pokojowy Komitet Koordynacyjny Studentów]. A co z Fannie Lou Hamer? Została pobita w więzieniu, wysterylizowano ją w szpitalu w Missisipi, dokąd udała się w zupełnie innej sprawie. Tak to się właśnie dzieje – mamy sprowadzać na świat ręce do pracy w polu, kiedy ich potrzebują, ale przestać rodzić, kiedy ich nie chcą. Moja babka była skrajnie biedna; płacono jej siedemdziesiąt pięć dolarów za każde żywo urodzone dziecko. Różnica między nią a Fannie Lou? Sprzęt rolniczy. Nie potrzebują już tylu rąk do pracy na farmach. Takie są historie czarnych kobiet, ale kto je opowie?”.

Nawet nie zauważyłam braku kobiet mówczyń. A także nigdy wcześniej nie zastanawiałam się nad rasistowskimi powodami kontrolowania kobiecych ciał. Czułam, jak trybiki w mojej głowie obracają się i trafiają na właściwe miejsca. Podobnie było w Indiach: seksualność kobiet z wyższych kast regulowano, tymczasem kobiety z dołu drabiny społecznej były wykorzystywane seksualnie. Jeśli ten marsz przyciągał mnie jak magnes, to także dlatego, że pobyt w Indiach uświadomił mi, jaka segregacja panuje w moim kraju. Jednak dopiero pani Greene pozwoliła mi zrozumieć analogię między „rasą” a kastą – oraz to, jak ciała kobiet wykorzystuje się, aby podtrzymać istnienie jednej i drugiej. Różne więzienia. Ten sam klucz.

Córka pani Greene przewracała oczami, kiedy matka opowiadała mi o skargach złożonych szefowi delegacji jej stanu. Bronił się, podkreślając, że Mahalia Jackson i Marian Anderson zaśpiewają[10]. „Śpiew nie jest przemową”, powiedziała mu jasno i wyraźnie.

Byłam pod wrażeniem. Nie tylko sama nigdy nie składałam podobnych skarg, ale w dodatku na spotkaniach politycznych przekazywałam moje propozycje dowolnemu mężczyźnie siedzącemu blisko mnie, wiedząc, że jeśli mężczyzna je zgłosi, zostaną potraktowane poważniej. „Jeśli wy, białe kobiety – powiedziała pani Greene uprzejmie, jak gdyby czytając w moich myślach – nie wystąpicie we własnej sprawie, jak możecie występować w czyjejkolwiek innej?”

Fala ludzi płynąca w stronę pomnika Lincolna i trybuny mówców rozdzieliły nas. Wykorzystałam moją legitymację prasową, żeby wspiąć się na schody w nadziei, że dojrzę panią Greene i jej córkę. Jednak obróciwszy się, zobaczyłam jedynie ocean wzniesionych twarzy. Tej sceny nigdy nie zapomnę. Na całym pasie zieleni, wokół połyskującego stawu i pomnika Waszyngtona, na całej drodze prowadzącej na Kapitol, znajdowało się ćwierć miliona ludzi. Ludzkie morze wydawało się spokojne, pokojowo nastawione, ludzie nie starali się nawet przeciskać bliżej mówców, jak gdyby każdy i każda czuł się odpowiedzialny za to, by dowieść, że obawy przed przemocą i chaosem były niesłuszne. Byliśmy jak naród w obrębie narodu. Znikąd pojawiła się myśl: Nie chciałabym być w żadnym innym miejscu na Ziemi.

Martin Luther King czytał swoją mowę, której tak bardzo oczekiwano, głębokim, znajomym głosem. Zawsze wyobrażałam sobie, że jeśli znajdę się w miejscu, gdzie tworzy się historia, nie będę zdawać sobie z tego sprawy, dowiem się tego dużo później. Jednak tam, w tej chwili, wiedziałam.

Kiedy King skończył przemowę, usłyszałam, jak Mahalia Jackson woła: „Martin, powiedz im o śnie!”. Wówczas zaczął, już bez kartki, mówić: „Miałem sen”, a tłum, po każdym wymienionym przez niego obrazie, wykrzykiwał: „Mów!”. To, co miało stać się najbardziej pamiętne, nie zostało zaplanowane.

Miałam nadzieję, że pani Greene usłyszała, jak kobieta zabiera głos – i ile to zmienia.

Pięćdziesiąt lat później znów stałam wśród tysięcy zebranych pod pomnikiem Lincolna, aby świętować rocznicę pierwszego marszu – tym razem rozbrzmiewały głosy kobiet. Bernice King, która jako malutkie dziecko została w domu, kiedy jej ojciec przemawiał, mówiła o nieobecności kobiet w 1963. Była tam także Oprah Winfrey, która, kiedy doktor King przemawiał, była dziewięciolatką mieszkającą w Missisipi, i Caroline Kennedy, córka Johna F. Kennedy’ego, prezydenta, w którym maszerujący pokładali nadzieję, że sprzeciwi się politycznym doradcom, wyjdzie z Białego Domu i pojawi się – czego nie zrobił. I wreszcie był tam Barack Obama, wybrany po raz drugi na prezydenta Stanów Zjednoczonych – coś, o czym nie marzył nawet doktor King.

Nastąpił zatem znaczny postęp, nie da się jednak odrobić straty, jaką jest niemożność wypowiedzenia prawdy. Jak rzekł kiedyś sam doktor King, „Sprawiedliwość odroczona to sprawiedliwość, której odmówiono”. Gdyby pięćdziesiąt lat temu wybrzmiały głosy Rosy Parks, Fannie Lou Hamer i innych – gdyby kobiety stanowiły połowę przemawiających – mogłybyśmy usłyszeć, że ruch praw obywatelskich po części był protestem przeciwko zrytualizowanym gwałtom i terrorowi, jakiemu biali mężczyźni poddawali czarne kobiety[11]. Dowiedziałybyśmy się, że NAACP [Krajowe Stowarzyszenie na Rzecz Popierania Ludności Kolorowej] wyznaczyło Rosie Parks zadanie przeprowadzenia dochodzenia w sprawie zbiorowego gwałtu dokonanego na czarnej kobiecie przez białych mężczyzn – którzy zostawili ją na śmierć niedaleko przystanku w Montgomery – jeszcze przed słynnym bojkotem. Być może wcześniej zorientowałybyśmy się, że najbardziej wiarygodnym wskaźnikiem, pozwalającym określić poziom przemocy wewnątrz kraju – a także przewidzieć, czy dane państwo użyje przemocy wobec innych – nie jest ubóstwo, zasoby naturalne, religia czy nawet poziom demokracji, ale przemoc wobec kobiet. Jej istnienie normalizuje wszelką inną przemoc[12]. Pani Greene to wiedziała. Wiedziała także, że chodzi przede wszystkim o to, żeby uniemożliwić kobietom kontrolowanie własnych ciał. Stanowiło to część historii tego kraju, odkąd Kolumb zaczął porywać rdzenne kobiety jako niewolnice seksualne dla swojej załogi i wyraził zaskoczenie, kiedy stawiły opór[13].