Moje życie w drodzeTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ponieważ cała książka jest o opowieściach, mam nadzieję, że niektóre zachęcą Cię do opowiedzenia Twojej, a także, że zafascynuje Cię rewolucyjny akt słuchania innych.

Pragnęłabym móc naśladować Chinki, autorki listów sprzed mniej więcej tysiąca lat. Ponieważ nie mogły, jak ich bracia, chodzić do szkoły, wynalazły własne pismo, nazwane nüshu, „pismem kobiet”, mimo że karą za tworzenie tajemnego języka była śmierć[6]. Pisywały do siebie nawzajem tajemne listy i wiersze o przyjaźni, bardzo otwarcie buntując się przeciwko ograniczeniom, którym podlegały. Jak ujęła to jedna z nich, „Mężczyźni wyruszają z domu, by dzielnie wieść życie w świecie. Kobiety jednak są nie mniej odważne. Potrafimy stworzyć język, którego oni nie rozumieją”.

Dla kobiet ta korespondencja była tak cenna, że niektóre kazały pochować się wraz ze swoimi listami przyjaźni. Dostatecznie wiele listów dotrwało jednak do naszych czasów, by można było zauważyć, że kobiety pisały w wąskich kolumnach pośrodku strony, tak że powstawały szerokie marginesy, przestrzeń przeznaczona dla korespondentki, która mogła dopisać własne uwagi.

„Istniały wspaniałe społeczeństwa, które nie używały koła – napisała Ursula Le Guin – nie istniało jednak takie, w którym nie snuto by opowieści”.

Gdybym mogła, zostawiłabym na każdej stronie miejsce na Twoją opowieść.


.

Na poprzedniej stronie:

Mój ojciec, Leo Steinem, 1949; to było jego ulubione zdjęcie.

Z prywatnych zbiorów Glorii Steinem.

.

Do moich nawyków związanych z drogą doszłam uczciwie.

Tylko przez kilka miesięcy w roku mojego ojca zadowalało mieszkanie w domu. Każdego lata zatrzymywaliśmy się w domku, który zbudował po drugiej stronie drogi wiodącej wzdłuż jeziora w wiejskiej okolicy w Michigan, gdzie na pomoście miał swoją tancbudę. Mimo że w promieniu tysięcy mil nie było żadnego oceanu, ojciec nazwał swój przybytek Pomostem nad Oceanem i reklamował go za pomocą pompatycznego hasła „Taniec nad wodą pod gwiazdami”.

Wieczorami ludzie z pobliskich farm i letnich domków przyjeżdżali, by tańczyć przy dźwiękach szafy grającej. Ojciec wymyślił takie atrakcje, jak gra w żywe szachy – uwielbiał ją – w której młodzi ludzie w odpowiednich kostiumach poruszali się po kwadratach na parkiecie. Wynajmował słynne zespoły muzyczne z lat trzydziestych i czterdziestych i ściągał je na weekendy do tego odległego miejsca. Ludzie przyjeżdżali aż z Toledo czy Detroit, by w ciepłe księżycowe noce tańczyć przy muzyce na żywo. Rzecz jasna konieczność opłacenia kogoś takiego jak Guy Lombardo, Duke Ellington czy The Andrews Sisters wiązała się z ryzykiem, że jeden deszczowy weekend mógł zmyć cały letni dochód, było więc w tym zawsze coś z hazardu. Sądzę, że także to mój ojciec uwielbiał.

Święto pracy (pierwszy poniedziałek września) kończyło okres, w którym można było korzystać z tego niepewnego źródła utrzymania, ojciec przenosił wtedy swoje biuro do ciężarówki. Podczas pierwszych ciepłych tygodni jesieni objeżdżaliśmy pobliskie wiejskie licytacje, gdzie ojciec między sprzętami domowymi a narzędziami rolniczymi wyszukiwał antyki. Kiedy już moja matka, która miała lepsze oko do staroci i dysponowała odpowiednimi książkami, dokonała wyceny, ponownie wsiadaliśmy w samochód, by oferować nasze zdobycze przydrożnym sprzedawcom w odległości dnia drogi. Mówię „my”, ponieważ od mniej więcej czwartego roku życia byłam już samodzielną pakowaczką i rozpakowywaczką porcelany i innych drobnych przedmiotów, które owijaliśmy gazetami i obwoziliśmy w kartonowych pudłach po wiejskich drogach. Każde z nas miało swoją rolę w rodzinnej jednostce gospodarczej, łącznie z moją dziewięć lat starszą siostrą, która latem sprzedawała popcorn na profesjonalnym straganie zakupionym przez ojca.

Kiedy tylko pierwszy mróz zamieniał powierzchnię jeziora w kryształ, a powietrze nad nim w parę, ojciec zaczynał gromadzić mapy ze stacji benzynowych, sprawdzać hak do przyczepy z tyłu samochodu i opowiadać o przyjemnościach, jakich można zaznać daleko stąd, takich jak cienkie cukrowe pralinki w Georgii, nieograniczone ilości soku pomarańczowego na przydrożnych straganach na Florydzie czy porcje kalifornijskiego łososia prosto z wędzarni.

Wreszcie pewnego dnia, jakby wiedziony raczej nagłym kaprysem niż trwającym całe życie pragnieniem wędrówki, oznajmiał, że nadszedł czas, by zapakować psa i niezbędne rzeczy do przyczepy, która zawsze stała na naszym podwórku, i ruszyć w długą wyprawę na Florydę lub do Kalifornii.

Czasem te rozstania przebiegały w takim tempie, że pakowałyśmy więcej patelni niż talerzy albo zostawiałyśmy kuchnię pełną brudnych naczyń i resztek jedzenia, które witały nas po powrocie jak ruiny Pompejów. Decyzja mojego ojca zawsze była niespodzianką, nawet jeśli jego lęk przed syrenią pieśnią udomowienia był tak silny, że nie chciał zamontować w naszym domku ogrzewania ani gorącej wody. Jeśli wczesną jesienią robiło się zbyt chłodno, abyśmy mogły kąpać się w jeziorze, grzałyśmy wodę na brzuchatym piecyku i po kolei kąpałyśmy się w wielkiej balii przy kominku. A że konieczne do tego rąbanie drewna obrażało sybarycką duszę ojca, wynalazł własny system opalania drewnem: wtykał jeden koniec długiej kłody w ogień, pozwalając, by drugi wystawał na salon, a potem stopniowo wkopywał kłodę do kominka, aż całość obróciła się w popiół. Nawet stos porąbanego drewna na podwórku musiał wydawać mu się niebezpieczną zachętą do pozostania w miejscu.

Gdy już zwrócił się w kierunku wiatru, ojciec nie lubił się wahać. Pamiętam tylko jedną sytuację, kiedy zawrócił, a nawet wtedy matka musiała uparcie przekonywać go, że żelazko może właśnie przepalać deskę do prasowania. Kupiłby nam nowe radio, buty, niemal wszystko, byle tylko nie przemierzać ponownie drogi, którą już zdążył pokonać.

W owym czasie nie podawałam w wątpliwość tej spontaniczności. Była częścią rodzinnego rytuału. Teraz zastanawiam się, czy w ludzkim mózgu mogą być zakodowane sygnały związane z porami roku. Ostatecznie przecież byliśmy gatunkiem migrującym niemal przez cały czas naszego pobytu na Ziemi, pomysł osiadłego trybu życia jest zdecydowanie świeży. Jeśli ptaki raczej porzucą młode, niż przegapią moment wyruszenia na wędrówkę, obejmującą tysiące mil, jakie sygnały do rozpoczęcia migracji mogą wciąż odzywać się w naszych komórkach? Być może mój ojciec – a nawet moja matka, chociaż ona płaciła o wiele wyższą cenę za nasze łazikowanie – wybrał życie, w którym te sygnały wciąż mogły być słyszalne.

Rodzice utrzymywali się także ze zbieractwa – na swój sposób. Zaczynając podróż, nigdy nie mieliśmy dość pieniędzy na dotarcie do miejsca przeznaczenia – raczej zawsze mieliśmy o wiele za mało. Zamiast gotówki zabieraliśmy kilka pudeł z porcelaną, srebrem i innymi drobnymi starociami, kupionymi na wiejskich aukcjach, i wykorzystywaliśmy je, aby przygotować obieg kupowania, sprzedawania i wymiany, który miał trwać całą drogę południową trasą do Kalifornii, albo jeszcze dalej na południe na Florydę i w kierunku Zatoki Meksykańskiej. Ten wzorzec ustalił się na wiele lat przed moim urodzeniem, więc mój ojciec znał każdego przydrożnego kupca zajmującego się antykami, na całej trasie, jak podróżujący przez pustynię znają każdą oazę. Wciąż jednak pojawiały się nowe sklepy albo stare przechodziły pod nowy zarząd, jazda naszym zakurzonym samochodem z przyczepą wymagała nie lada odwagi, zwłaszcza że wyglądaliśmy nie tyle jak sprzedawcy staroci, ile jak migranci zmuszeni wyprzedawać rodzinne dziedzictwo. Jeśli właściciel sklepu traktował nas z nazbyt dużym lekceważeniem, ojciec pozwalał mu wierzyć, że naprawdę wyprzedajemy swoją własność. Wówczas mógł odzyskać godność, rozwodząc się nad swoim triumfem, gdy już wrócił do samochodu.

Ponieważ rodzice uważali, że podróże kształcą, nie chodziłam do szkoły. Moja nastoletnia siostra zapisywała się do dowolnej szkoły średniej znajdującej się w pobliżu miejsca naszego przeznaczenia, ja jednak byłam dość mała, aby umknąć, pozostając jedynie przy swojej miłości do komiksów, opowieści o koniach i Louise May Alcott. Czytanie w samochodzie było moją osobistą wędrówką, do tego stopnia, że kiedy matka polecała mi odłożyć książkę i wyjrzeć przez okno, protestowałam: „Przecież wyglądałam godzinę temu!”. Właściwie nauczyłam się czytać na znakach drogowych – świetny elementarz, jeśli się nad tym zastanowić. Napisowi KAWA towarzyszył parujący kubek, HOT DOGI i HAMBURGERY miały odpowiednie ilustracje, łóżko oznaczało HOTEL, ikony ostrzegały przed robotami drogowymi czy mostem. No i magia rymów. Firma reklamująca krem do golenia umieściła niewielkie szyldy w pewnej odległości jeden od drugiego wzdłuż drogi i to oczekiwanie na rym kazało mi czytać:

Jeżeli

nie wiesz

czyj plakat

to

podjedź kawałek

zrozumiesz go.

Burma Shave

Później, kiedy czytałam o tym, jak Isak Dinesen recytowała angielskie wiersze pracującym dla niej w Kenii robotnikom Kikuju – a oni prosili, by je powtarzała, znów i znów, mimo że nie rozumieli ich treści – doskonale wiedziałam, o co im chodziło. Rym sam w sobie jest magiczny.

W taki sposób wędrowaliśmy, w deszczach i burzach piaskowych, znosząc fale upałów i zimne wiatry, drobna cząstka rzeki migrujących amerykańskich koczowników. Jadaliśmy w barach, gdzie zrodziło się moje trwające całe życie marzenie o tym, że pewnego dnia sama poprowadzę jeden z nich, z niebieskimi bawełnianymi zasłonkami w kratkę i owsianymi babeczkami. W samochodzie za dnia słuchaliśmy radiowych słuchowisk, w nocy zaś głosu ojca, który, żeby nie zasnąć, śpiewał popularne przeboje.

 

Pamiętam, jak wjeżdżaliśmy w ostre opary benzyny na stacjach, a mężczyźni w roboczych kombinezonach wyłaniali się spod samochodów i wycierając ręce w zatłuszczone szmaty, wprowadzali nas w tajemniczy męski świat. Toalety na stacjach benzynowych nie były przeznaczone dla osób wrażliwych lub o słabych nerwach. Na zewnątrz stały zamrażarki, z których mój ojciec wyławiał puszkę coli, wychylał całą jednym haustem, a następnie zaczynał szukać mojej ukochanej nehi grape soda, którą mogłam sączyć powoli, aż mój język stawał się fioletowy. Pracownicy stacji, zazwyczaj mrukliwi i małomówni, mimo to chętnie dzielili się wiedzą na temat pogody i stanu dróg, licząc nam jedynie za benzynę.

Dziś myślę o nich jak o członkach plemion żyjących wzdłuż szlaków handlowych, dostawcach, zaopatrujących karawany tam, gdzie Niger dochodzi do Sahary, żaglomistrzach obsługujących statki żeglujące do Thiruvananthapuram. I zastanawiam się: czy byli zadowoleni ze swojej roli, a może po prostu trzymali się tak blisko życia w podróży, jak tylko mogli?

Pamiętam, jak mój ojciec jechał pustynnymi drogami zrobionymi ze zbitych desek, gdzie tylko od czasu do czasu rancho grzechotników albo stacja benzynowa z jedną pompą przerywały monotonię krajobrazu. Zatrzymywaliśmy się w wymarłych miasteczkach, całkowicie pustych, gdzie wydmy piaskowe wpychały się na niszczejące budynki, czasem odsłaniając skarb w rodzaju mosiężnej skrzynki pocztowej. Dotykałam zniszczonych deszczem, wiatrem i słońcem desek, starając się wyobrazić sobie ludzi, którzy niegdyś się tu chronili, podczas gdy moi rodzice podążali pewniejszą drogą, zadając pytania miejscowym. Jedno miasteczko umierało powoli, odkąd pierwszą asfaltową drogę wybudowano zbyt daleko od niego. Inne opustoszało z powodu strachu, kiedy po serii tajemniczych morderstw okazało się, że ślady prowadzą do szeryfa. Jeszcze inne zostało zaludnione ponownie, aby mogło posłużyć za plan westernu z Garym Cooperem, chylące się ku upadkowi budynki nasączono naftą, żeby pożar był bardziej widowiskowy, a dookoła umieszczono znaki ostrzegawcze, mające utrzymać gapiów z dala.

Zawsze wrogi wszelkim regułom, ojciec podwiózł nas kawałek dalej, znalazł otwór w płocie i przemycił nas na plan. Zespół, być może założywszy, że mamy pozwolenie z góry, potraktował nas z szacunkiem. Wciąż mam zdjęcie zrobione przez ojca, na którym stoję kilka stóp od Gary’ego Coopera, sięgam mu mniej więcej do kolan. Aktor patrzy na mnie z góry z wyrazem rozbawienia, ja zafrasowana wpatruję się w ziemię.

Jako dziecko, które aż za bardzo chciało się dopasować, martwiłam się, że pewnego dnia zostaniemy porzuceni jak te miasteczka albo że skłonność mojego ojca do nieprzestrzegania zasad ściągnie nań jakąś bezimienną karę. Teraz jednak zaczynam się zastanawiać. Czy bez wymarłych miasteczek, które w mojej wyobraźni żyją dłużej niż jakiekolwiek zamieszkane miejsce, wiedziałabym, że tajemnica zostawia nam przestrzeń, której pewność nie daje? I czy ośmieliłabym się łamać zasady, gdyby mój ojciec ich przestrzegał?

Ilekroć udawało się nam zdobyć trochę kasy, zamienialiśmy zimne, betonowe prysznice na parkingach dla przyczep na brane po kolei gorące kąpiele w motelach. Później często udawaliśmy się do miejscowego kina, jednego z tych wielkich pałaców z balkonami, nieprzypominających w niczym króliczych nor, w jakie zamieniły się współczesne sale kinowe. Ojciec był pewny, że film i napój słodowy są w stanie uleczyć wszystko – i nie mylił się. Przechodziliśmy chodnikiem połyskującym miką, wkraczaliśmy do wspaniałego hallu z fontannami, do których widzowie wrzucali drobne – na szczęście i żeby zapewnić sobie powrót – i zostawialiśmy troski za sobą. W tej olbrzymiej ciemnej przestrzeni, pełnej obcych ludzi, zwróconych w stronę ogromnych, jaśniejących obrazów, oddawaliśmy się innemu światu.

Dziś wiem, że zarówno te wspaniałe pałace, jak i filmy, które w nich wyświetlano, były fantazjami stworzonymi przez Hollywood podczas Wielkiego Kryzysu, jedyną przygodą, na jaką stać było większość ludzi. Myślę o tym, ilekroć widzę w metrze osoby zatopione w tanich powieściach z dreszczykiem z gatunku tych, o których matka Stephena Kinga, kelnerka, powiedziała kiedyś, że są dla niej „słodkim tanim urlopem” – i dlatego jej syn wciąż je dla niej pisze. Myślę o tym, patrząc, jak dzieci angażują wszystkie pięć zmysłów w wirtualne obrazy w sieci albo kiedy mijam dom, zwieńczony talerzem anteny satelitarnej rozmiarami niemal dorównującym jemu samemu, jakby najważniejszą rzeczą była możliwość ucieczki. Bruce Chatwin, autor piszący o podróżach, zanotował, że nasza koczownicza przeszłość żyje w „potrzebie odmiany, w manii na punkcie nowości”[7]. W wielu językach nawet samo słowo oznaczające istotę ludzką znaczy: „ten, kto wyrusza na wędrówkę”. Samo pojęcie „postępu” odwołuje się do ruchu naprzód. Być może nasza potrzeba ucieczki w rozrywkę, oferowaną przez media, bierze się ze źle ulokowanego pragnienia wędrówki.

Z podróży z czasów dzieciństwa najlepiej pamiętam moment, kiedy powietrze zaczynało pachnieć solą, znak, że zbliżamy się do celu. Na kalifornijskiej autostradzie, wznoszącej się nad Pacyfikiem, albo na grobli na Florydzie, rozdzielającej Zatokę Meksykańską jak Mojżesz wody Morza Czerwonego, wysiadaliśmy z naszego ciasnego auta, przeciągaliśmy się i napełnialiśmy płuca, jak gdyby powtarzając moment narodzin. Melville powiedział kiedyś, że każda droga prowadzi do morza, źródła wszelkiego życia. Ujął w ten sposób nieuchronność, ale nie radość.

Lata później oglądałam film o paryskiej prostytutce, która oszczędza, żeby zabrać córkę na wakacje nad morze. Kiedy pociąg pełen robotników wyjeżdża zza klifu, rozciąga się pod nim błyszczący bezmiar wody – i nagle wszyscy pasażerowie zaczynają się śmiać, otwierają okna i wyrzucają przez nie papierosy, monety, szminki – wszystko, co jeszcze przed chwilą uważali za niezbędne.

Właśnie taką radość odczuwałam, wędrując jako dziecko. I ilekroć droga oferuje mi swój największy prezent – chwilę jedności ze wszystkim, co mnie otacza – wciąż ją odczuwam.

Trudniej mi wyznać inną prawdę, dotyczącą moich wędrówek z dziecięcych lat: tęskniłam za domem. Nie za konkretnym miejscem, ale za mitycznym schludnym gniazdkiem, za zwyczajnymi rodzicami, za szkołą, do której mogłabym chodzić, i mieszkającymi nieopodal przyjaciółkami. Moje marzenie podejrzanie przypominało to, co oglądałam w wielu filmach, co nie zmienia faktu, że moja tęsknota za domem była jak nieustanna lekka gorączka. Nigdy nie zastanowiłam się nad tym, że dzieci w schludnych domkach i w zwyczajnych szkołach mogłyby mi zazdrościć.

Kiedy miałam dziesięć lat, rodzice zdecydowali się na separację. Moja siostra była zdruzgotana, ja natomiast już wcześniej nie rozumiałam, jak dwoje tak różnych ludzi mogło się pobrać. Matka często się zamartwiała i miała skłonność do depresji, a to, że ojciec miał w zwyczaju obciążać dom hipoteką albo zadłużać się w inny sposób, nie uprzedzając jej o tym, nie pomagało. Poza tym wojenne ograniczenia w dostawach paliwa zmusiły nas do zamknięcia Pomostu nad Oceanem, w związku z czym ojciec niemal cały czas spędzał w drodze, kupując i sprzedając biżuterię i inne drobiazgi, aby zarobić na życie. Czuł, że nie jest już w stanie opiekować się moją, niekiedy zupełnie niesamodzielną, matką. Matka z kolei chciała zamieszkać bliżej mojej siostry, która kończyła college w Massachusetts, ja zaś byłam już dość duża, by stać się jej towarzyszką.

Wynajęłyśmy dom w małym miasteczku i spędziłyśmy tam większość roku szkolnego. Było to najbardziej zwyczajne życie, jakie kiedykolwiek prowadziłyśmy. Kiedy moja siostra skończyła studia i wyjechała, żeby podjąć pierwszą prawdziwą pracę, matka i ja przeniosłyśmy się do East Toledo, do starego domu, w którym kiedyś mieszkała jej rodzina. Jak to zwykle bywa z rzeczami gorszego rodzaju, tej części miasta dodano w nazwie przymiotnik, podczas gdy reszta zabrała sam rzeczownik. Coś, co kiedyś było po prostu wsią, teraz zapełniały małe robotnicze domki. Otaczały nasz przeznaczony do rozbiórki i ledwo nadający się do mieszkania dom z trzech stron, podczas gdy spora autostrada praktycznie przecinała jego frontowy ganek, a ciężarówki turkotały tuż pod oknami. Pośród pozostałości po swoim dzieciństwie matka coraz głębiej i głębiej pogrążała się w swoim niewidocznym, pełnym bólu świecie.

Nieustannie martwiłam się, że może zacząć włóczyć się po ulicach albo zapomnieć, że jestem w szkole i wezwać policję, by mnie szukała – jedno i drugie zdarzało się od czasu do czasu. Wciąż jednak myślałam, że udaje mi się to ukryć przed nowymi przyjaciółkami. Większość nie mówiła zbyt wiele o swoich rodzinach, z różnych powodów, poczynając od tego, że w domu rozmawiało się po polsku lub po węgiersku, po ojca, który zbyt wiele pił, albo bezrobotnego krewnego, nocującego na kanapie. Przy gremialnej milczącej zgodzie zwykłyśmy się umawiać na rogu ulicy. Dopiero wiele lat później miałam spotkać koleżankę z klasy, która przyznała, że zawsze się o mnie martwiła i że moją matkę nazywano w okolicy Szaloną Damą.

W tym czasie matka opowiedziała mi trochę więcej o swojej młodości. Na długo zanim się urodziłam, była rzadkim zjawiskiem, pionierką: reporterką. Kochała tę pracę i była tak dobra, że awansowano ją z reportaży na temat spraw społecznych do kierowania niedzielnym wydaniem głównej gazety Toledo. Podążała tą drogą jeszcze przez dziesięć lat po tym, jak wyszła za mojego ojca, i sześć lat po tym, jak urodziła moją siostrę. Poza tym wspierała męża w jego niepraktycznych marzeniach (na przykład spłacając jego długi), przeżyła poronienie, urodziła martwe dziecko, a wreszcie zakochała się w koledze z pracy: być może to jego powinna była poślubić. Wszystko to wywołało takie poczucie winy, że ostatecznie przeżyła coś, co wówczas nazywano załamaniem nerwowym, spędziła dwa lata w sanatorium i wyszła stamtąd z jeszcze większym poczuciem winy spowodowanym tym, że zostawiła moją siostrę pod opieką swojego ojca. Uzależniła się także od ciemnego uspokajającego płynu, wodzianu chloralu. Bez niego przez wiele dni cierpiała na bezsenność i miewała omamy. Natomiast kiedy go zażywała, zaczynała mówić niewyraźnie i traciła koncentrację. Po wyjściu z sanatorium matka zostawiła pracę, przyjaciół i wszystko, co kochała, by podążyć za moim ojcem w odcięte od świata wiejskie rejony Michigan, gdzie ojciec spełniał swoje marzenie o budowie letniego ośrodka wypoczynkowego. Tak właśnie stała się tą matką, którą ja miałam okazję poznać: ciepłą i kochającą, z przebłyskami humoru i talentem do wszystkiego, od matematyki po poezję, ale zarazem pozbawioną pewności siebie i niestabilną.

Kiedy mieszkałam razem z nią w Toledo, ojciec objeżdżał Południe, mieszkając prawie cały czas w samochodzie. Raz do roku, latem, wracał na Środkowy Zachód w odwiedziny, przy czym rozkład jazdy zawsze zależał od jego tajemniczych interesów. Kiedyś napisał do mnie o pewnym opowiadaniu, którego główny bohater cały czas czekał na Interes Życia – opowiadanie, które jak powiedział, mogłoby być o nim. Pomiędzy wizytami przysyłał pocztówki podpisane „Tato”, co miesiąc przekaz na pięćdziesiąt dolarów, za każdym razem w kopercie z innego motelu, i listy, pisane na papeterii zgodnej z jego koncepcją papieru firmowego: gruby papier o postrzępionych brzegach, bez adresu czy jego imienia – miał na imię Leo – tylko z eksplodującym wielkimi czerwonymi literami napisem na górze: „Od Steinema!”.

Ten tryb życia dobiegł końca, kiedy miałam siedemnaście lat i nasz dom w Toledo został sprzedany jako teren rozbiórki, przeznaczony pod budowę parkingu – interes, który moja matka planowała od dawna, żeby zdobyć pieniądze na mój college. Moja siostra przyjechała tego lata w czasie odwiedzin ojca, ponieważ także miała plan: gdyby ojciec na rok przejął opiekę nad matką, ja mogłabym zamieszkać z nią w Waszyngtonie, gdzie pracowała w jednym z domów towarowych, zajmując się zaopatrywaniem działu z biżuterią. Miało mi to zapewnić wolny od trosk ostatni rok szkoły.

Powiedziałam siostrze, że ojciec nigdy tego nie zrobi – i kiedy we trójkę wyszliśmy rano na śniadanie, istotnie dokładnie taka była jego reakcja. Kiedy siostra wybiegła rozwścieczona, ojciec podwiózł mnie do sklepu, w którym latem pracowałam. Otworzyłam drzwi samochodu, żeby wysiąść i iść do pracy, po czym zaskoczyłam i jego, i siebie, wybuchając płaczem. Nie uświadamiałam sobie, że promyk nadziei wkradł się do mojego serca. Ojciec, który nie potrafił spokojnie patrzeć na czyjkolwiek płacz, a już na pewno nie na płacz córki, którą znał głównie jako dziecko, niechętnie wyraził zgodę – jednak tylko pod warunkiem, że dopilnujemy, żeby był to tylko rok.

W jakiś sposób ojcu udało się zadbać o matkę, nawet kiedy objeżdżał Kalifornię, zatrzymując się w kolejnych motelach. Miałam wspaniały rok: kończyłam szkołę, budziłam powszechne współczucie w związku z tym, że byłam z dala od rodziców, gdy tymczasem po cichu czułam się wolna.

 

Gdy ojciec odwiózł matkę do Waszyngtonu, żeby zamieszkała ze mną i siostrą – i kiedy ja jesienią wyjechałam do college’u – siostra zdała sobie sprawę, że nie może jednocześnie pracować i być pełnoetatową opiekunką. Znalazła zatem życzliwego lekarza w szpitalu psychiatrycznym niedaleko Baltimore, który przyjął matkę na stałe i otoczył ją przynajmniej po części taką opieką, którą powinna była dostać wiele lat wcześniej.

Odwiedzałam ją w weekendy, latem, kiedy miałam wolne w pracy, i podczas przerw w nauce. Powoli zaczęłam poznawać osobę, której nie znałam nigdy wcześniej. Odkryłam, że pod wieloma względami jesteśmy do siebie podobne – coś, czego albo wcześniej nie widziałam, albo nie potrafiłam przyznać z lęku, że podzielę jej los. Dowiedziałam się, że wiersze, które, jak pamiętałam, recytowała niegdyś z pamięci, zostały napisane przez Ednę St. Vincent Millay i Omara Chajjama; że kiedy uczyła mnie składać kartkę papieru maszynowego na trzy kolumny i w ten sposób robić notatki, dzieliła się ze mną sztuczkami swojego dziennikarskiego fachu, a także dowiedziałam się, że z całego serca pragnęła zostawić ojca i wyjechać razem z przyjaciółką, żeby móc wraz z nią spróbować szczęścia jako dziennikarka w Nowym Jorku. Patrząc w jej brązowe oczy, po raz pierwszy zobaczyłam, jak bardzo są podobne do moich.

Gdy naciskałam i pytałam: „Ale dlaczego nie wyjechałaś? Dlaczego nie zabrałaś mojej siostry i nie pojechałaś do Nowego Jorku?”, odpowiadała, że to bez znaczenia i że ma szczęście, że miała moją siostrę i mnie. Jeśli naciskałam dostatecznie mocno, dodawała: „Gdybym wyjechała, nigdy byś się nie urodziła”.

Nigdy nie miałam dość odwagi, by powiedzieć: Ale za to ty byś się urodziła.

W college’u mieszkałam w akademiku, szczęśliwa, że nie muszę czuć się odpowiedzialna za nikogo poza sobą samą. Myślę, że koleżanki i kolegów ze studiów zadziwiała moja okazywana na każdym kroku pogoda ducha i że brali ją za jakąś dziwaczną cechę mieszkanki Środkowego Zachodu. Rok przed ukończeniem studiów spędziłam w Europie, udając, że studiuję, a tak naprawdę podróżowałam, ponieważ byłam pewna, że nigdy już nie uda mi się tu wrócić. Po obronieniu dyplomu całe lato spędziłam z matką, która miała się już na tyle dobrze, żeby mieszkać najpierw w pensjonacie, a później u mojej siostry, która wyszła za mąż i przygotowała dla matki pokój u siebie w domu. A potem pojechałam na stypendium do Indii i byłam tam prawie dwa lata, pisząc i włócząc się.

Jednak gdy znów znalazłam się w domu, nie byłam w stanie znaleźć pracy, w której mogłabym wykorzystać to, czego nauczyłam się w Indiach. Włóczyłam się nadal, pracowałam w instytucie badawczym, aż wreszcie zaczęłam zarabiać w Nowym Jorku jako dziennikarka pisząca dorywczo dla różnych gazet – zawsze na rozpoznanym terenie tymczasowości. Znalazłam mieszkanie i współlokatorkę, ale wciąż żyłam na walizkach i pudłach. Na ulicach często spoglądałam w jasno oświetlone okna i powtarzałam swoją mantrę z dzieciństwa: Każdy ma dom, tylko nie ja.

W tym czasie moja matka pracowała w niepełnym wymiarze w sklepie z pamiątkami niedaleko miejsca, w którym mieszkała z moją siostrą, i rozwijała swoje zainteresowania, obejmujące między innymi filozofię Wschodu i Kościół episkopalny (pokochała go, ponieważ pozwalał, żeby bezdomni sypiali w jego ławkach). Nie dałaby rady żyć na własną rękę, za to kiedy odwiedzała mnie w Nowym Jorku, zdawała się zarazem dumna i przestraszona, widząc, że jestem dokładnie tam, gdzie kiedyś chciała być.

Z kartek pocztowych, które dostawałam od ojca, dowiadywałam się, że wrócił do swoich marzeń związanych z show-businessem i wykupił kontrakt młodego włoskiego piosenkarza pop. Woził piosenkarza i jego żonę na koncerty do barów i przydrożnych zajazdów, jednak piosenkarz został kilkukrotnie wygwizdany, nie nagrał żadnej płyty i w dodatku, według mojego ojca, zarówno on, jak i jego żona strasznie dużo jedli. Ojciec odesłał go z powrotem do pracy w fabryce samolotów i ponownie został samotnym wędrowcem.

Usłyszawszy, że w Ameryce Łacińskiej można tanio kupić kamienie półszlachetne, sprzedał samochód, żeby sfinansować podróż. Kiedy jednak znalazł się w Ekwadorze, spotkało go tam trzęsienie ziemi, kilka okazji i pewna Niemka, która chciała wyjść za mąż za obywatela Stanów Zjednoczonych, by móc swobodnie wjechać do kraju – coś, z czego mi się nie zwierzył, póki się nie rozwiedli. Rzucił też jedyną osobistą uwagę, jaką kiedykolwiek podzielił się ze mną podczas całego naszego wspólnego życia: „Słyszałaś, jak ludzie mówią, że po sześćdziesiątce seks przestaje cię interesować? Cóż, to nieprawda”. Kiedy odkrył, że w kraju może odpowiadać finansowo za byłą żonę, zażądał od niej, żeby wróciła i to na własny koszt – co, na jego szczęście, była gotowa uczynić. Ostatecznie zakończył swoją przygodę z Ameryką Łacińską jeszcze bardziej spłukany, niż kiedy zaczynał.

Później kobieta, która przez krótki czas była moją macochą, zadzwoniła, żeby spytać mnie, dokąd może wysłać ojcu kartkę urodzinową. Mieszkałam z dala od niego tak długo, że zdołałam już zapomnieć, jak w dzieciństwie szkolono mnie, żeby nigdy, przenigdy nie mówić nic więcej, niż „taty nie ma w domu”. Bo przecież mógł dzwonić komornik. Niesamowite, jak łatwo można przyswoić sobie jakiś sposób życia i jak szybko można o nim zapomnieć. Powiedziałam jej, pod jaki adres powinna napisać. Mój zazwyczaj łagodny ojciec zadzwonił z odległego automatu tylko po to, by krzyczeć do mnie „Jak mogłaś?!”. Był pewien, że eksżona chciała tylko pieniędzy.

Tym niemniej podczas corocznej wyprawy na Wschód ojciec był znów sobą, pogodnym i życzliwym człowiekiem. Miał tylko dwa zmartwienia: urząd skarbowy (przez lata nie płacił podatków ani nawet nie wypełniał formularzy) i drobne problemy zdrowotne, które go nękały. Ważył ponad trzysta funtów, miał coś, co żartobliwie nazywał „ciasnymi żyłami” i z trudem poruszał się bez samochodu, jak wieloryb wyrzucony z wody. A jednak pozostawał stałym klientem najlepszych lodziarni oraz restauracji typu „płać i jedz, ile chcesz” od Wybrzeża do Wybrzeża i wsiadał do auta, nawet kiedy udawał się za róg, by wysłać list. I nigdy nie porzucił swoich marzeń i interesów.

Kiedyś kazał mi obiecać, że zachowam w tajemnicy jego pomysł na sieć przydrożnych zajazdów pod nazwą Suntana Motels. Każdy budynek miał mieć rozsuwany dach, który goście mogliby otwierać i opalać się w zaciszu pokoju. Innym razem zdradził mi tajemny przepis na napój pomarańczowy, który miałby się stać rywalem orange julius. Najczęściej wysyłał agencjom hasła reklamowe – listem poleconym, żeby nikt nie mógł ich ukraść – takie jak „You Can Bet Your Bottom Dollar on Scott Tissue” [Na papier toaletowy Scott możesz postawić ostatniego dolara] albo „If You’re a Chain Smoker, Make Every Link Old Gold” [Jeśli jesteś łańcuszkowym palaczem, niech każdym ogniwem będzie Old Gold]. Kiedy jego pomysłów nie przyjmowano, wymyślał kolejne.

Kiedy kończąc college, otrzymałam honorowe członkostwo w Phi Beta Kappa, ojciec zaczął martwić się o mój los, uznawszy, że jestem jak na kobietę zbyt dobrze wykształcona. Uważał, że dyplom jest rzeczą miłą, ale zbędną i mnie, i jemu. Przesłał mi raz reklamę z „Variety”, które dla niego było biblią show-businessu, zachęcającą kobiety poniżej dwudziestego czwartego roku życia i powyżej metra sześćdziesięciu ośmiu wzrostu, członkinie Phi Beta Kappa, aby wstąpiły do grupy tanecznej w Las Vegas pod nazwą Hi Phi Betas. Na wycinku czerwonymi literami nabazgrał: „Mała – tak zawsze się do mnie zwracał – to jest coś dla ciebie!”.