Mentalista Hitlera

Tekst
Z serii: Thriller
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Mentalista Hitlera
Mentalista Hitlera
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,80  51,84 
Mentalista Hitlera
Mentalista Hitlera
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Manzany,

która nigdy mnie nie nabiera

Podziękowania

Pomysł na tę książkę zrodził się z moich rozmów z Fernandem Navarrem, autorem Diccionario biográfico de nazismo y III Reich („Słownika biograficznego nazizmu i Trzeciej Rzeszy”). To jeden z najważniejszych w Hiszpanii ekspertów w tej dziedzinie i niewyczerpane źródło dokumentacji, a ponadto jedna z niewielu osób, z którymi mogłem się dzielić moją obsesją na punkcie Hanussena w trakcie pisania tej książki. Proces twórczy odbił się oczywiście najbardziej na Manzanie Camuñas, która pomogła mi zwalczyć niezdecydowanie i zmobilizowała mnie do rozpoczęcia pracy nad powieścią. Nad pierwszymi wersjami rękopisu przemęczyć się musieli moja siostra Carmen, Victoria Chapa i Javier Gutiérrez – przyjaciele i wierni czytelnicy od samego początku. Nikolas Piper, również stary przyjaciel, pomógł mi z niemiecką dokumentacją. Chciałbym także podziękować Juanowi Gispertowi za przekłady oraz filozoficzne sentencje.

Przedmowa

Już jako mały, dość przemądrzały chłopiec marzyłem o wehikule czasu. Nie pragnąłem jednak podróży do postapokaliptycznej przyszłości – jak bohaterowie H.G. Wellsa i wielu innych – ani wizyty w starożytnym Egipcie czy biblijnej Jerozolimie, typowych celach takich wypraw. Moja wymarzona trasa była dużo krótsza, zależało mi na sprawdzeniu konkretnej rzeczy: jak to się stało, że Niemcy, naród tak kulturalny i cywilizowany, ojczyzna wielkich artystów, filozofów i naukowców, uległ wpływowi jednego wizjonera, zdolnego pchnąć go na drogę nieludzkich okrucieństw, równię pochyłą prowadzącą do apokalipsy, w wyniku której ziemie Europy zaścieliły się milionami trupów. Zgadzam się, że to zainteresowanie typowe raczej dla dziadka niż młodego chłopaka, ale muszę wyznać, że nazizm od zawsze budził we mnie jakąś mroczną fascynację. Czytałem niemal wszystko, co wpadło mi w ręce – dobre, złe czy przeciętne – próbując znaleźć, jak wielu przede mną, odpowiedź na to pytanie. Spotkałem się jednak z bardzo nielicznymi powieściami poświęconymi genezie tej katastrofy, temu, jak Hitler – przy użyciu praktycznie wyłącznie demokratycznych metod – zdołał dojść do władzy i stać się wodzem absolutnym, utożsamiającym cały kraj z własną osobą. Wbrew temu, co powszechnie się sądzi, nie była to wcale kulminacja pewnego nieuniknionego procesu, lecz serii przypadków, zaniedbań i wpadek, do których doszło od marca 1932 do marca 1933 roku, i na tym okresie właśnie postanowiłem się skupić, przedstawiając własną wizję tamtej epoki.

Miałem już więc wybrany przedział czasowy, ale nadal nie mogłem się zdecydować na pisanie. I nagle pojawiła się postać, której tak szukałem – jak za sprawą magii, podczas błahej pogawędki ze znajomym. Naród prześladowany widmem wielkiej wojny oraz potężnym kryzysem gospodarczym, w wyniku którego sześć milionów Niemców straciło pracę, nieuchronnie wynosi na piedestał jednostki skrajne, takie jak Adolf Hitler. Albo jak Erik Jan Hanussen. Historia życia tego jasnowidza, niemal nieznanego w Hiszpanii i zapomnianego w Niemczech, a urodzonego w tym samym roku co nazistowski wódz, jest tak niewiarygodna, że nie mogłem się oprzeć i zignorować wezwania. Przez wiele miesięcy żyłem razem z nim, czasem zdawałem się wręcz odczuwać jego kpiącą obecność za moimi plecami podczas samotnych nocy spędzonych za biurkiem. Łatwo byłoby uciec się do stereotypu i wrzucić Hanussena do jednego worka, jak często się zdarzało, z niezliczonymi wydumanymi teoriami dotyczącymi okultystycznych spisków, które rzekomo zawiązywano w Trzeciej Rzeszy. Jednak mój bohater, despotyczny jak każda porządna postać fikcyjna, prosił mnie o utrzymanie dyscypliny historycznej i przywrócenie mu roli, którą rzeczywiście odgrywał w tej tragikomedii.

Tak jak zwykle w wypadku jednostek spowitych mgiełką tajemnicy istnieje wiele wersji najważniejszych wydarzeń z życia Hanussena. Wybrałem te, które moim zdaniem najlepiej pasują do jego stylu bycia oraz kontekstu historycznego, nie naginając przy tym rzeczywistości. Zgodnie z tą zasadą wszystkie postaci występujące w powieści – z wyjątkiem narratora i jednej czy dwóch postaci trzecioplanowych – naprawdę istniały i mieszkały w tamtych czasach w stolicy Niemiec: od właściciela pensjonatu przez kobiety z otoczenia Hanussena po ostatniego nazistowskiego zbira włącznie. Zachowanie i wypowiedzi głównego bohatera tej powieści nie są przypadkowe, stanowią owoc żmudnej pracy badawczej.

Próbowałem również zachować wierność drugiemu, równorzędnemu bohaterowi tej książki, czyli Berlinowi – Babilonowi ostatnich lat Republiki Weimarskiej, miejscu, gdzie wszyscy ciągnęli, by spełniać najskrytsze marzenia, ale gdzie kwitły też nauka i sztuka, dzięki największym geniuszom dwudziestego wieku – ożywić jego ulice, teatry, kawiarnie, zuchwałą atmosferę bohemy, która zniknęła wraz z dojściem nazistów do władzy.

Kiedy krytykowano go za nieścisłości historyczne w Trzech muszkieterach, Aleksander Dumas zwykł mawiać: „Owszem, zgwałciłem historię, ale zrobiłem jej piękne dzieci”. Na szczęście dzieje Erika Jana Hanussena są tak niepospolite, że nie musiałem uciekać się do nawet odrobiny przemocy, żeby napisać tę powieść i wreszcie odbyć podróż w czasie do fascynującej, a zarazem straszliwej epoki, w której tkwią przyczyny wielu naszych obecnych problemów.

Gervasio Posadas

„Jasnowidz, stojąc twarzą w twarz z publicznością, wpada w trans. To jego wielka chwila. Wierzy w to, co mówi, bo unosząc się na skrzydłach mistycznej siły, nie może wątpić w autentyczność swojej misji”.

Otto Strasser, lider jednej z frakcji NSDAP

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Sam na środku sceny, oświetlony pojedynczym reflektorem, mężczyzna w milczeniu obserwuje zgromadzony tłum. Wyniosły, z rękami skrzyżowanymi na piersi, o wyglądzie zupełnie sprzecznym z oczekiwaniami. Nie jest wysoki ani szczupły, aparycję ma pospolitą, mimo eleganckiego stroju, ale blask jego dłoni i oczu przyciąga spojrzenia. Jasne, delikatne, nieproporcjonalnie długie palce niecierpliwie czekają na wezwanie do działania. Lśniące punkciki źrenic wwiercają się w balkony na trzecim piętrze. Szepty powoli zamierają. Mężczyzna zaczyna przemawiać cichym, gardłowym głosem. Niektórzy widzowie z trudem mogą go dosłyszeć, ale udaje mu się stworzyć poufną, niemal intymną atmosferę.

„Właśnie rodzi się nowa epoka. Wszystkie ludzkie ambicje i marzenia, przepowiednie i proroctwa stają się powoli rzeczywistością – za sprawą naszej siły, woli, działania. Niespotykany ruch elektryzuje społeczeństwo i przygotowuje je na przyszłość. Jest coś cudownego i magicznego w tych zmianach, następujących mimo trudności, z którymi się borykamy, mimo problemów gospodarczych i politycznych”.

Przemowa zaczyna wybrzmiewać coraz głośniej, przybiera na sile i natężeniu. Rozglądam się dookoła: widzowie nie odrywają wzroku od sceny, z wyczekiwaniem w oczach i lekko rozchylonymi ustami. Na nagły plask pięści mężczyzny, uderzającej w drugą dłoń, lekko podskakują.

„Tak! Żyjemy w czasach wielkich zmian, śmierci starego porządku, odrodzenia, w gorączkowym okresie, kiedy nauka każdego dnia zaskakuje nas nowym wynalazkiem odmieniającym nasze życie: możemy podnieść słuchawkę i zadzwonić do Nowego Jorku, wysłuchać przez radio wiadomości o tym, co dokładnie w tej samej chwili dzieje się w Chinach, wsiąść do samolotu i po zaledwie kilku godzinach wylądować w Paryżu, Londynie czy Rzymie. Istnieją maszyny, które piorą nam ubrania, wciągają kurz w naszych mieszkaniach, chłodzą i podgrzewają nasze posiłki w ciągu kilku minut. Niektórzy mówią, że już wkrótce będą mogły opiekować się naszymi dziećmi”.

Słowa nie są ważne, publikę porywa siła głosu, chrapliwego i władczego zarazem. Uwaga nadal skupia się na oczach i tańczących dłoniach. Bankierzy, aktorki, politycy, handlarze, zwykli urzędnicy – wszyscy śledzą je wzrokiem, kiedy opadają, wzbijają się do góry, uderzają, wskazują. Nawet sam Meissner, sekretarz stanu prezydenta Hindenburga, siedzący o kilka foteli ode mnie, nie odrywa ukrytych za okularami oczu krótkowzrocznego psa gończego od mężczyzny w średnim wieku, mówiącego z silnym akcentem i przesadną gestykulacją, nawet jak na Austriaka.

„Czasem jednak zapominamy, że najdoskonalszą maszynę, jaką kiedykolwiek stworzono, mamy zawsze ze sobą, nosimy ją na ramionach” – mówi, łapiąc się obiema rękami za głowę porośniętą gęstymi, ciemnymi włosami. „Nasz mózg to nie tylko okno na świat, połączenie ze światem zmysłów i idei. Jest też zdolny do wielu rzeczy, których nie jesteśmy nawet sobie w stanie wyobrazić. Wiedzieli o tym starożytni Egipcjanie, kapłani hinduizmu, inkascy szamani: dobrze wyćwiczony mózg może stłumić ból, zwiększyć naszą siłę fizyczną, jeśli zajdzie konieczność, czy wyeliminować potrzebę przyjmowania pokarmów. Potrafi jednak więcej, znacznie więcej!” Ciemne, przenikliwe spojrzenie omiata rzędy foteli na parterze, dłonie wznoszą się ku niebu. „Możliwe jest wszystko, co sobie postanowimy, od przesuwania masywnych mebli bez dotykania ich po podróże w czasie i przestrzeni. A także bliższe poznanie życia wewnętrznego przedmiotów, co teraz właśnie zrobimy”. Na chwilę mężczyzna teatralnie zawiesza głos: sam, na środku sceny, jego czarna sylwetka odcina się wyraźnie od czerwonej kurtyny. Potem dramatycznym gestem wyciąga ramię – palce zdają się jeszcze dłuższe. „Wszystkie przedmioty mają życie, nawet kamienie. Zachowują wspomnienia, przeżycia, obrazy tak samo jak my. Niektóre od początku istnienia świata, inne od chwili, w której wyszły z rąk rzemieślników, swoich twórców. Teraz się przekonamy, jak rozwinięty umysł może poznać to życie, czytać z przedmiotów jak z otwartej księgi”. Palce przewracają wyimaginowaną stronicę. „Do tego eksperymentu będę potrzebował udziału ochotnika. Gdybym wybrał go sam, mogliby państwo podejrzewać – i nie bez powodu – że was oszukuję, że mam na widowni jakiegoś wspólnika. Dlatego spróbuję znaleźć kogoś, kto pozostaje poza wszelkimi podejrzeniami”. Świdrujący wzrok skupia się teraz na siedzących w pierwszych rzędach, którzy onieśmieleni odchylają się maksymalnie na oparcia foteli. Sekretarz stanu wyraźnie się poci, może żałuje, że wybrał się tego wieczoru do teatru. Oczy prześlizgują się jednak po nim i spoczywają na pulchnej kobiecie około pięćdziesiątki z czarną etolą na ramionach. Pada na nią światło reflektora.

 

– Frau Mildorf, żona komendanta policji z Kreuzbergu, zgadza się? – Kobieta wzdryga się, jakby nagle się obudziła, i patrzy zdezorientowana na grubego faceta na sąsiednim miejscu, najwyraźniej męża. W końcu kiwa potakująco głową. – Poproszę panią, żeby pożyczyła jakiś przedmiot od któregoś z panów, którego nie zna pani nawet z widzenia, cokolwiek. – Frau Mildorf rozgląda się wokół i z tępym uśmiechem wskazuje faceta siedzącego przy przejściu: teraz to jego oświetla biała lampa. Wstaje – jest szczupłym, lekko siwiejącym blondynem z włosami zaczesanymi do tyłu. Nosi się elegancko, ma na sobie tweedową marynarkę.

– Jak się pan nazywa?

– A to nie jest pan jasnowidzem? – odparowuje widz z wyraźnym pruskim akcentem.

Publiczność wybucha pełnym ulgi śmiechem, wdzięczna za akcent humorystyczny, który rozładował napiętą już atmosferę. Mężczyzna stojący na scenie również się śmieje, pozornie naturalnie.

– Dobra odpowiedź. Prezentacje zostawmy na później – odpowiada, nie przestając szczerzyć długich, lekko pożółkłych zębów. – Byłby pan tak miły i dał mi jakiś swój przedmiot osobisty? Jeśli to możliwe taki, który ma pan już od dawna. – Ochotnik mimo woli podchodzi do sceny i wręcza coś magikowi. Ten pokazuje przedmiot publiczności. – Jak państwo widzą, mamy do czynienia z najzwyklejszą na świecie papierośnicą, bez żadnego napisu, symbolu czy herbu. Zobaczmy, co nam opowie ten nieruchomy, nieożywiony przedmiot. – Delikatnym gestem przykłada ją do głowy, a potem do serca. Szeroko otwartymi oczami wpatruje się gdzieś ponad sufit teatru, jakby znajdował się tam ekran z obrazami, których szuka. – Ta papierośnica nie jest pańska, prawda? – pyta po upływie kilku długich sekund. Twarz właściciela rozciąga się w ironicznym uśmiechu w świetle reflektora.

– Oczywiście, że jest moja.

– Wcześniej należała jednak do kogoś bliskiego, członka rodziny. Do ojca… nie, do brata. – Uśmiech znika z twarzy, która tężeje, podczas gdy widz potakująco kiwa głową. – Należy już jednak do pana od wielu lat.

– Owszem.

– Przynajmniej od piętnastu lat, może szesnastu – mówi mężczyzna, ponownie przybliżając papierośnicę do głowy.

– Od siedemnastu.

– Powiedziałbym, że… od wojny. – Widz milczy, ale przez jego oczy przemyka błysk. – A dokładnie od dnia, w którym przysłano panu przedmioty osobiste należące do brata.

– Tak. – Głos jest niemal niesłyszalny.

– Zginął pod Ypres. Zgadza się?

Właściciel papierośnicy nie może już dłużej wytrzymać i ukrywa twarz w dłoniach, zza których dobiega szloch. Publiczność zrywa się z miejsc i zaczyna z całej siły bić brawo, zadziwiona, podekscytowana. Na scenie Erik Jan Hanussen lekkim skłonieniem głowy i półuśmieszkiem pozdrawia entuzjastycznie reagującą widownię. Wydaje się przekonany, że następnego dnia gazety będą się rozpisywać o kolejnym niepodważalnym sukcesie bohatera chwili.

Ja również biłem brawo, choć nieco mniej żarliwie niż reszta publiczności. Wszyscy ci magicy, mentaliści, jasnowidze czy jak tam ich zwał, nie robili na mnie większego wrażenia ani szczególnie mnie nie interesowali. Moją uwagę przyciągały raczej piegowate, silne i krągłe ramiona Brunhilde, zwanej Nildi, siedzącej u mojego boku blondynki, z zapałem oklaskującej Hanussena, który wciąż pozdrawiał nas ze sceny. Przynajmniej w tym tygodniu to na nią padło. W zeszłym to była Else, a w przyszłym – kto wie? W Berlinie nie brakowało schöne Frauen, dziewczyn uroczych, nieskrępowanych, swobodnych, radosnych, pewnych siebie, wysportowanych, o śnieżnobiałych zębach, twarzach niemal bez śladu makijażu, zawsze świetnie ubranych. O zmierzchu można było je zobaczyć, jak spacerują parami wzdłuż szerokich chodników Kurfürstendamm albo samotnie jedzą lody w ogródku Romanisches Café. Publicznie paliły papierosy, nie przejmując się ludźmi, bez opieki matki, ciotki czy teściowej, jak musiałoby to wyglądać w Hiszpanii, gdzie co prawda rok wcześniej proklamowano republikę, ale żeby wyjść gdzieś z dziewczyną, nadal trzeba było złożyć oficjalne podanie do przynajmniej dwóch czy trzech ministerstw. W Berlinie 1932 roku wystarczyło mieć gadane, a w kieszeni parę marek (przez rodowitych berlińczyków nazywanych „jajkami”), żeby zaprosić dziewczynę na kilka kolejek i zapewnić sobie noc w ciepełku. Niektórzy wyrażali nostalgię za czasami cesarstwa i narzekali na emancypację, na rozluźnienie obyczajów, które – jak praktycznie wszystkie inne klęski – spadło na ten kraj po porażce w wielkiej wojnie – ale ja osobiście nie potrafiłem wyobrazić sobie lepszego miejsca do życia dla dwudziestopięciolatka.

Kiedy wyszliśmy ze Scali, natychmiast wciągnął nas tłum widzów, przechodniów udających się na inne spektakle i sprzedawców ostatnich egzemplarzy gazet wieczornych. Mimo ciągłego poszturchiwania dobrze się czułem w tłumie, wśród wszystkich tych ludzi składających się na gorącą krew tętniącą w żyłach wielkiego miasta. Podmuch lodowatego wiatru sypnął nam w twarz śniegiem. Zaczynał się marzec, do początku wiosny brakowało zaledwie kilku tygodni, ale berlińska zima nie odpuszczała. Nildi jednak nawet nie zakryła dekoltu. Była wciąż zbyt podekscytowana obejrzanym przed chwilą spektaklem.

– Cudowne! Prawda? Mówiłam ci, że Hanussen jest zupełnie inny niż wszyscy ci jasnowidze. Żadnych sztuczek ani podstępów. Nie ulega wątpliwości, że posiada autentyczne moce! – zawołała z policzkami czerwonymi od emocji. Uśmiechnąłem się z pobłażaniem. Nie była może najładniejszą dziewczyną, z jaką się w ostatnich czasach spotykałem, ale miała uroczy nosek i nogi jak marzenie. – Widziałeś, jak zahipnotyzował tego starego, co wyglądał, jakby miał rezydencję w Grunewaldzie?

Ostatni element pokazu Hanussena polegał na hipnotyzowaniu niektórych widzów. Padło między innymi na szacownego brzuchacza wystrojonego w porządny ciemny garnitur. Jasnowidz posadził go na krześle na scenie, stanął za nim i masując mu skronie, podśpiewywał pod nosem piosenki dla dzieci. Nagle powiedział wysokim, piskliwym głosem: „Masz pięć lat”. Mężczyzna skurczył się na krześle, przyciskając brodę do piersi. „Dziś Boże Narodzenie – ciągnął Hanussen – właśnie dostałeś nową piłkę. No dalej, pograj sobie!” Nie bacząc na wiek ani kilogramy, grubas w garniturze bankiera wstał, z błyskiem radości w oku, i zaczął uganiać się za wyimaginowaną zabawką po całej scenie, kopiąc w powietrze i śmiejąc się do rozpuku, a cały teatr śmiał się razem z nim. „Uważaj, przewrócisz choinkę!” – ostrzegł magik. Stary wpadł na nieistniejące drzewko, potknął się, upadł na podłogę i zaczął płakać, zawodząc ile sił w płucach. Hanussen pomógł mu wstać i dał cukierka, ku uciesze publiczności. To nieco uspokoiło małego bankiera, który ciamkał z zadowoleniem. „Tata będzie zły”. Twarz zahipnotyzowanego się nachmurzyła. „Zamknie cię za karę w tym pokoju pod schodami. Jest tam ciemno i śmierdzi wilgocią”. Na jego obliczu zaczął malować się strach. „Chce ci się do łazienki, ale nie możesz stamtąd wyjść. Nie śmiesz też zapukać w drzwi, ojciec jeszcze bardziej by się zdenerwował. Oooj, tak bardzo ci się chce…” Znękana mina dorosłego mężczyzny przebierającego nogami doprowadziła widownię do kolejnego ataku śmiechu. „Nie możesz się załatwić na podłogę, mama by cię skrzyczała. Widzisz ten wazon w kącie? Może on by się nadał…” Patrząc nieco podejrzliwie, elegancki dżentelmen podniósł z podłogi niewidzialne naczynie, a drugą ręką zaczął rozpinać rozporek. Cały parter tarzał się po ziemi ze śmiechu. W tej chwili Hanussen taktownie przerwał pokaz, wybudził ofiarę z transu i pozwolił wrócić na miejsce, choć teraz z twarzą czerwoną jak burak.

– Może wcale go nie zahipnotyzował, widywałem takie rzeczy na jarmarkach, to pewnie był jego wspólnik – odparłem, nie przestając się uśmiechać.

– Nie gadaj głupstw, Pepe, na własne oczy widziałeś, jak ten szacowny pan zrobił z siebie głupka na oczach połowy Berlina.

– A może ten Hanussen jest taki genialny, że wszystkich nas zahipnotyzował, żebyśmy uwierzyli, że widzimy starucha zachowującego się jak dziecko.

Dziewczyna wybuchnęła śmiechem, a ja objąłem ją w pasie. Słodkie miała te dołeczki w policzkach.

– Ech, Liebster, kochanie, ale ty masz pomysły! Jesteś chyba najbardziej racjonalnym Hiszpanem na świecie. Nie wierzysz w nieznane, w siły tajemne, w potęgę umysłu, w mistycyzm?

Przytuliłem ją mocniej i pocałowałem w szyję.

– Jak miałbym nie wierzyć w to wszystko? W moich żyłach płynie cygańska krew, prosto z Sacromonte w Grenadzie! – odparłem, malując rękami fantazyjny kształt w powietrzu.

– Z tymi niebieskimi oczami? – Palcem dotknęła czubka mojego nosa. – Ale z ciebie kłamczuch! Chodź, pójdziemy coś zjeść, umieram z głodu.

Już mieliśmy wyrwać się z gawiedzi, wciąż jeszcze z ożywieniem komentującej spektakl, ale Nildi dojrzała nagle w tłumie znajomą twarz i pociągnęła mnie w stronę kobiety, która opatulała się właśnie po nos futrzanym płaszczem.

– Pani baronowo, co za niespodzianka spotkać panią tutaj! – wypaliła Nildi nieco onieśmielona, zakrywając dekolt.

– Kochana, jak miło cię widzieć! – Kobieta otaksowała mnie spojrzeniem od stóp do głów, a potem zbliżyła się i pocałowała w policzek Nildi, która się tego nie spodziewała. – Podobało ci się przedstawienie?

– Oczywiście, było fantastyczne! To niesamowite, jak wiele można zdziałać siłą umysłu, nigdy nie widziałam niczego podobnego. Cóż za interesujący, niezwykły człowiek! – Moja znajoma ewidentnie miała ochotę nadal zachwycać się pokazem, ale jednocześnie bała się zanudzić rozmówczynię. – Ach, przepraszam, proszę pozwolić, że przedstawię: to Pepe, znajomy z Hiszpanii. Jest dziennikarzem – powiedziała Nildi z błyskiem dumy w oku. – Pepe, to pani baronowa.

Ryzykując, że moja towarzyszka się obrazi, ująłem dłoń nowej znajomej i ucałowałem z przesadną galanterią.

– Widzę, pani baronowo, że nie wszystkie arystokratki są stare i grube. Błękitna krew bardzo dobrze pani służy.

– A ja widzę, że dobrze mówi pan w naszym języku. – Patrzyła na mnie jak na małpę w zoo, ale w swojej próżności wolałem wyobrażać sobie, że z zaciekawieniem mieszał się pociąg.

– Babcia Pepe była Niemką. Prawda, że jest boski? – powiedziała Nildi, przyciągając mnie do siebie.

– Oczywiście, nie mógłby być bardziej boski. – Oczy baronowej nie były ani zielone, ani niebieskie, miały barwę akwamaryny. Choć wydawały się wesołe, gdzieś w głębi czaił się smutek. Zastanowiła się chwilę, po czym podjęła: – Jakie macie plany? Idziemy ze znajomymi do Kakadu, spotkać się z Hanussenem.

– Z Hanussenem! Naprawdę? – zareagowała Nildi z entuzjazmem. – Zna go pani?

– Trochę. Myślę, że mogłabym was sobie przedstawić – odparła baronowa z nutką żalu w głosie, zatrzymując taksówkę. – No nic, jeśli macie ochotę, będziemy tam około dwunastej. – Wsiadła do pojazdu i patrzyliśmy, jak znika w gęstym wieczornym ruchu ulicznym.

– Nie chcesz chyba tam iść, prawda? Liczyłem raczej na spokojny wieczór w domu. Rano muszę popracować – powiedziałem, obściskując Nildi. Miałem już dość magii na jeden wieczór. W tej chwili marzyłem tylko o tym, żeby zobaczyć ją nago.

– To niepowtarzalna okazja, żeby poznać Hanussena, nie możemy jej przegapić! Na pewno będzie szampan, kawior, luksusy, eleganccy ludzie. – Widząc rozmarzony wyraz na twarzy dziewczyny, zrozumiałem, że niełatwo będzie wybić jej ten pomysł z głowy. Nie codziennie otwierają się przed fryzjerką drzwi do wielkiego świata. – Zresztą Hiszpan nie może być chyba taki nudny. Fiesta! Berlin nie jest dla tych, co kładą się spać z kurami. No chodź, idziemy coś zjeść.

 

Rzeczywiście, jak już wspominałem, w 1932 roku Berlin zdecydowanie nie był miejscem dla nudziarzy: miasto wysokich intelektów i niskich instynktów, z trzema operami i słynną filharmonią, z dwudziestoma tysiącami barów, restauracji i kabaretów, od najbardziej ekskluzywnych po najbardziej szemrane, miasto tonące w muzyce, oferujące najlepszy jazz na kontynencie, tygiel najróżniejszych języków, lśniących witryn, reklam, neonów barwiących noc na zielono, czerwono i żółto, przyciągający turystów z całego świata spragnionych seksu do oglądania, do skonsumowania, do jednorazowego użycia i wyrzucenia. Miasto pełne lokali dla heteryków, gejów, lesbijek, par, fetyszystów, masochistów, voyeurów i gości hołdujących wszelkim innym upodobaniom, których istnienia wcześniej nawet sobie nie wyobrażali. Miasto histeryczne, olśniewające, plugawe, zawsze żywe, o którym berlińczycy zwykli mawiać, z charakterystycznym sarkazmem, że nie śpią tutaj nawet zwierzęta w zoo.

Każdy wieczór przynosił jakąś przygodę, nowe, osobliwe przedstawienie, które koniecznie trzeba było przeżyć. Mimo moich protestów Nildi uparła się iść na kolację do Hackepetera. Nie interesowała jej jednak wcale tradycyjna potrawa, z siekanej wieprzowiny i cebuli, od której restauracja wzięła swoją nazwę.

– Ciekawe, co tam u Jolly’ego? Strasznie chcę się z nim spotkać! – powiedziała z szelmowskim uśmieszkiem, kiedy zdjęliśmy płaszcze i oddaliśmy je dziewczynie w kraciastym fartuszku, typowym dla nadreńskich piwiarni.

Jolly nie był żadnym playboyem, sławnym aktorem ani wyjątkowo przystojnym kelnerem. Był to jeden z tak zwanych sztukmistrzów głodówki. Jego popis polegał na niebraniu do ust nawet kęsa przez długie dni, choć wokół unosiły się tace pełne golonek, świńskich nóżek, kiełbasek, dzbanów piwa, wina mozelskiego i innych rarytasów. Ubrany wyłącznie w wyświechtane kalesony, zamknięty w szklanej budce ustawionej na środku sali jadalnej palił jednego papierosa za drugim, obojętny na spojrzenia klientów zawsze zatłoczonego lokalu, w obstawie dwóch typów o twarzach grabarzy, którzy pilnowali, żeby nikt nie wsunął mu nawet plasterka szynki. Nildi przywitała się z nim, gestykulując przesadnie, jakby próbowała zwrócić na siebie uwagę dziecka, ale Jolly nadal wpatrywał się przed siebie, w żaden sposób nie dając do zrozumienia, że ją zauważył. Znaleźliśmy stolik, z którego dobrze było widać przedstawienie. W głębi kapela grała popularną muzykę, tworząc wesołą atmosferę, jak w każdym Biergarten.

– Nadal nie rozumiem, co w tym ciekawego, ten biedak nie robi niczego szczególnego. Co to za rozrywka patrzeć, jak tam siedzi? – spytałem i przypuściłem atak na antrykot z ziemniakami. Czy Jolly czuje zapach wysmażonego na złoto mięsa, słyszy dźwięki przeżuwania, siorbania piwa z wielkich kufli? Nieznaczny obłoczek dymu, wydobywający się z jego nosa między kolejnymi zaciągnięciami, stanowił jedyny dowód na to, że mężczyzna żyje.

– Nic nie rozumiesz, on jest bohaterem romantycznym, Lohengrinem samotnie walczącym z przeciwnościami losu, zdanym jedynie na własną siłę woli. Poza tym jest taki przystojny! Jedna z Rockefellerów chciała nawet za niego wyjść, ale on wolał poświęcić się życiu duchowemu.

Nie mieściło mi się w głowie, że ten facet w kalesonach, niedomyty i zapuszczony, mógłby kogokolwiek pociągać, zwłaszcza amerykańską milionerkę. Z zasady nie kłóciłem się o głupstwa z moimi zdobyczami, ale teraz nie potrafiłem ukryć zdumienia powodzeniem, jakim w Berlinie cieszyły się wszystkie te dziwadła, ekscentrycy albo najzwyklejsi oszuści, całe zastępy tarocistów, astrologów, hipnotyzerów, fakirów, joginów i chiromantów. Jako autentyczne gwiazdy mieli tysiące wielbicieli gotowych uciąć sobie rękę za ich autograf, a kobiety ze wszystkich klas społecznych same pchały im się do łóżek. Kościoły świeciły pustkami, ludzie nie wierzyli już w Boga, a zamiast tego wypełniali po brzegi najróżniejsze lokale, żeby tam adorować nowych idoli. Nildi zdawała się czytać mi w myślach.

– Życie jest szare, wszystko jest takie smutne, Liebster, że trzeba marzyć.

Faktycznie, ówczesne Niemcy miały i drugie, mroczne oblicze: sześć milionów bezrobotnych, niekończący się kryzys gospodarczy, polityków, którzy nie oferowali żadnych rozwiązań, a potrafili wyłącznie kłócić się między sobą, głód, desperację, rodziny zmuszone do stręczenia własnych córek, żeby mieć co włożyć do garnka…

– Wolę myśleć, że istnieje jakaś inna rzeczywistość, w której wszyscy możemy być lepsi, bystrzejsi, silniejsi, tak jak mówił dzisiaj Hanussen.

Moja przyjaciółka postrzegała go jako ostateczny dowód na to, do czego będzie zdolny nowy rodzaj człowieka. Hanussen podawał się za syna duńskich arystokratów, spędził wiele lat na Bliskim Wschodzie, a w latach dwudziestych był po prostu jednym z wielu jasnowidzów zapełniających widownie w teatrach i kabaretach Europy Środkowej. Wszystko zmieniło się w roku 1928, kiedy w Czechosłowacji oskarżono go o oszustwo względem osób, którym świadczył usługi parapsychologiczne. Po trwającym dwa lata procesie biegli postanowili w końcu poddać zdolności Hanussena próbie – tego dnia sala sądowa pękała w szwach. Oskarżony odgadł, gdzie schowano rozmaite przedmioty w pomieszczeniu, opisał zawartość portfela prokuratora i tak szczegółowo zrelacjonował narodziny syna sędziego, że ten ostatni nie miał innego wyjścia, jak tylko go uniewinnić. Wyrok uzasadniono stwierdzeniem, że nie da się udowodnić oszustwa.

Przypomniałem sobie, że czytałem o tym jeszcze w Madrycie. Dziennikarze z całego świata poszli bowiem o krok dalej niż sędzia i wielkimi literami opublikowali własną interpretację wyroku: proces miał ich zdaniem stanowić pierwsze w historii legalne poświadczenie zdolności mentalisty. Na fali popularności Hanussen dotarł do Berlina, gdzie szybko stał się jedną z największych sław świata rozrywki, o statusie porównywalnym tylko z gwiazdami kina czy sportu. Był właścicielem dwóch gazet, nad jednym z lokalnych jezior trzymał olbrzymi jacht, w garażu – kolekcję luksusowych samochodów, a za godzinę prywatnych konsultacji inkasował podobno ponad dwieście „jajek”.

– Chyba źle wybrałem profesję! – zawołałem z mieszanką zdumienia i zazdrości, kiedy usłyszałem o tej stawce. Jako korespondent prasowy zarabiałem sto siedemdziesiąt marek, a średnie miesięczne wynagrodzenie w Niemczech wynosiło poniżej setki.

– Jeśli rzeczywiście jesteś pół-Cyganem, jak twierdzisz, możesz sobie dorobić pokazami tańca flamenco – skwitowała Nildi. – Baronowa na pewno chętnie by zapłaciła, trudno nie zauważyć, jak się na ciebie gapiła.

Nie mogłem przestać myśleć o oczach nieznajomej, o jej szczupłych nadgarstkach, o emanującej z niej elegancji. Pozornie bez większego zainteresowania zapytałem moją towarzyszkę, kim jest ta kobieta.

– W zakładzie mówimy na nie wszystkie „baronowa”. Nie wiem, jak się nazywa. To prawdziwa dama, zwykle ją obsługuję i sam widziałeś, że traktuje mnie jak przyjaciółkę. A poza tym jej napiwki…

Meine Damen und Herren, einen Moment, bitte. Zespół przestał grać. Nie potrafiłem zlokalizować źródła cienkiego, wysokiego głosiku. „Szanowni klienci, dziś mija czterdzieści dni, odkąd nasz artysta, spadkobierca pradawnych technik stosowanych przez fakirów z mistycznych Indii, po raz ostatni przyjął jakikolwiek pokarm. Dokładnie dziewięćset sześćdziesiąt godzin, czyli pięćdziesiąt siedem tysięcy sześćset minut bez ani kęsa”.

Wreszcie go zobaczyłem: człowieczek wysoki na niewiele ponad metr przechadzał się po sali wystrojony w smoking, z włosami przyczesanymi brylantyną i monoklem w oku. W jednej dłoni dzierżył megafon, w drugiej zaś – kieliszek szampana. „Wznieśmy wszyscy toast za naszego artystę, za Jolly’ego! Prost!

Rozległ się brzęk stukających o siebie kufli, toast powtarzano przy wszystkich stolikach. Niezwykle powolnym ruchem, nie odrywając wzroku od pustki, Jolly pociągnął maleńki łyczek wody gazowanej ze stojącej obok szklanki. Nildi podeszła bliżej i, za milczącym przyzwoleniem strażników szklanej klatki wycisnęła pocałunek na szybie, która wkrótce miała pokryć się niemal w całości karminowymi śladami, kiedy inne dziewczyny pójdą w jej ślady.