Piękne blizny

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Piękne blizny
Piękne blizny
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 54,80  43,84 
Piękne blizny
Piękne blizny
Audiobook
Czyta Milena Staszuk, Wojciech Masiak
34,90  25,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 10

Charlotte

Obudził mnie hałas łopatek helikoptera. Przysnęłam, czytając książkę. Słyszałam, jak maszyna zbliża się do zamku, po czym ląduje. Nie zapaliwszy światła, podeszłam do okna, ale najwyraźniej śmigłowiec wylądował po drugiej stronie budynku. Silnik zgasł; noc znów była cicha. Spojrzałam na zegarek. Zbliżała się północ.

Położyłam się do łóżka, zastanawiając się, kto mógł przybyć o tej nietypowej porze. Cóż, całe to domostwo było nietypowe. Może to pani King?

Przypomniałam sobie swoją konwersację z Brettem Kingiem. Miał głęboki, łagodny głos. Brzmiał jak wyrafinowany, inteligentny i wysoce kulturalny człowiek. Choć wyczuwałam jego gniew, pozostał opanowany i nie podniósł głosu.

Była to moja pierwsza od dawna noc na wsi. Po zgiełku miasta panująca tu cisza robiła niesamowite wrażenie. Słyszałam własny oddech.

Ciszę przerwało buczenie mojego telefonu. Wyskoczyłam z łóżka. Dzwoniła April. Wróciłam z komórką pod kołdrę.

– Jeszcze nie śpisz? – zdziwiła się. Natychmiast się zaniepokoiłam.

– Nie, ale czemu tak późno dzwonisz?

– A czemu ty szepczesz? – spytała, również zniżając głos.

– Nie wiem. Cicho tu jak makiem zasiał, nie chcę burzyć spokoju.

April zachichotała.

– Wariatka.

– Powiedz mi coś, czego nie wiem. No więc dlaczego dzwonisz? Gdzie jest Yuri?

– Na dole, pracuje. Nie mogłam zasnąć po tym, jak mi opowiedziałaś o tym dziwnym domu. Myślałam o tobie. Jak ci minął pierwszy dzień?

Westchnęłam na wspomnienie rozmowy z Brettem Kingiem.

– O Boże, co ci zrobiła? – zapytała April, myśląc, że moje westchnienie dotyczyło pani King.

– Nic. Pojechała do Londynu na jakąś imprezę i jeszcze nie wróciła. Chyba że to ona przyleciała helikopterem, który niedawno wylądował.

– To czemu tak wzdychasz?

– Właśnie rozmawiałam przez interkom z ojcem chłopaka.

– Wow. I co?

W głowie rozbrzmiał mi ponownie jego głos.

– Miły człowiek. Głęboki głos. Kulturalny. Wyobrażam go sobie w loży w operze.

– Ciekawe, czy jest przystojny?

– Nie mam pojęcia – odparłam. – Ale ma coś w sobie.

– Co masz na myśli?

– Nie potrafię tego opisać. Jakiś taki magnetyzm. Mogłabym go słuchać całą noc.

– Hola, hola, Charlotte! To jest czyjś mąż! – W głosie April usłyszałam niepokój.

– Nie o to mi chodzi. Chyba pociąga mnie dlatego, że wiele wycierpiał, a ja chcę spróbować mu pomóc. Kocha swojego syna, ale chłopiec się go boi.

– Tak czy inaczej, pilnuj się. Pamiętaj swoją zasadę: mężowie innych kobiet są nietykalni.

– Wiem, wiem. Choć gosposia mówi, że po wypadku jego żona kompletnie się od niego odsunęła.

– O rany, co za suka.

– Podobno ma pełno kochanków.

– Chyba nie szukasz wymówki, żeby mieć z nim romans, co?

– Absolutnie nie – odparłam z przekonaniem. – Mówiłam ci, to nie tak. To chyba z poczucia winy z powodu Aishy. Czuję, że życie dało mi kolejną szansę na odkupienie się.

April westchnęła.

– To nie była twoja wina, kochana.

– Wiem. Słuchaj, powinnaś się już kłaść. Zadzwonię jutro.

– Okej, baw się dobrze w czterech ścianach.

– Nie, jutro zabieram Zackary’ego na dwór.

– Ej, jego matka ci tego zabroniła!

– Ale jego ojciec kazał mi zrobić inaczej.

– Charlotte, stąpasz po cienkim lodzie…

– Wiem, ale muszę dbać o dobro małego. Zabiorę go na krótko.

– Okej, daj znać, jak poszło.

– Czekaj! – powiedziałam, nim się rozłączyła.

– Co?

– Czy… Czy uważasz, że ludzki głos może wpłynąć na kogoś przez telefon? – April milczała dłuższą chwilę, więc szybko dodałam: – Nie wyciągaj błędnych wniosków, to tylko niewinne pytanie.

– A co w nim niewinnego? Czyj głos na ciebie wpłynął?

– Dobranoc! – Próbowałam uciąć rozmowę, jednak przyjaciółka nie odpuszczała.

– Nie waż się rozłączyć!

– To nic takiego, głośno myślę.

– Charlotte… – Zaczęłam żałować, że w ogóle ją o cokolwiek zapytałam.

– Sama wiesz kto… – wymamrotałam.

– Co? Przecież powiedziałaś…

– Zapomnij, jest późno, a ja jestem zmęczona.

– Co było takiego wyjątkowego w jego głosie? – spytała poważnym tonem April.

Westchnęłam.

– Nie wiem. Nie mam teraz na to siły. Już nic. Dobranoc, April. – Rozłączyłam się i odrzuciłam telefon na bok. Zamknęłam oczy w nadziei, że zasnę, ale natychmiast zadrżałam pod wpływem powiewu wczesnojesiennego wiatru. Noce na wsi były znacznie zimniejsze niż w Londynie.

Zwlekłam się z łóżka, podeszłam do okna i już miałam zasunąć zasłony, gdy zamarłam. Pani Blackmore powiedziała mi, że skrzydło, w którym mieszkał Brett, mieściło się naprzeciw mojego pokoju. Światła były pogaszone oprócz jednej słabo świecącej lampki. W oknie naprzeciwko zauważyłam cień. Wystraszyłam się, ale nie krzyknęłam. Stojąc w bezruchu, obserwowałam wysoką i mroczną sylwetkę.

Czy to był on?

Ktokolwiek to był, wiedziałam, że mnie obserwuje. Zalała mnie fala gorąca. Odeszłam od okna i stanęłam w cieniu, nadal nie spuszczając z niego wzroku. Odwrócił się. Mój oddech stał się płytki.

Czy naprawdę mnie obserwował, czy tylko to sobie wyobraziłam? Może to była jedynie gra cieni?

Telefon zabuczał na stoliku. Uśmiechnęłam się – to moja mama, próbowała się ze mną połączyć przez Skype’a.

– Wiedziałam, że nie śpisz, bo widzę, że jesteś obecna na Skypie – zaczęła.

– Nauczyłaś się już używać telefonu, co?

– Owszem – odparła z dumą.

– To dobrze. – Uśmiechnęłam się.

– Nie obudziłam cię, prawda? – spytała.

– Nie. Co u ciebie?

– W porządku. Jak nowi pracodawcy?

– Da się wytrzymać.

– Są mili?

– Tak, oboje są super.

– O, to dobrze. Wiesz, że się o ciebie martwię.

– Mamo, mieszkam w zamku. Powinnaś go zobaczyć, to prawdziwa forteca.

– Cóż… Najważniejsze, by cię dobrze traktowano.

– Nie obawiaj się. Właśnie kładłam się spać. Zadzwonię do ciebie jutro, okej?

– Dobrze. Na pewno jesteś zmęczona. Chciałam ci tylko podziękować za te pieniądze, które mi przesłałaś. Jesteś cudowną córką.

Zrobiło mi się ciepło na sercu.

– Wow, szybko zmieniasz zdanie, co?

– Co masz na myśli?

– Pamiętasz, jak zrzuciłaś mnie ze schodów za bycie krnąbrną, niedobrą córką?

– Nie zrzuciłam cię, smarkulo, sama spadłaś.

– A czyja to była wina?

– Jeśli masz zamiar przechwalać się tym wypadkiem, odeślę ci pieniądze – zagroziła, a ja ucieszyłam się, że wróciła do formy. – Gdyby nie ta jałmużna, którą nazywają emeryturą, nie musiałabym ci zawracać głowy…

– Nie zawracasz, mamo. Cieszę się, że mogę ci się odwdzięczyć. Kocham cię.

Mama westchnęła głęboko.

– Ja ciebie też, skarbie. Dbaj o siebie. Kiedy masz wolne?

– Jeszcze nic nie wiem. Dam ci znać, dobrze?

– Dobrze. Dobranoc, córeczko.

– Dobranoc, mamo.

Rozdział 11

Charlotte

Byłam bardzo zmęczona i spałam jak zabita, ale i tak usłyszałam, jak otwierają się drzwi do mojego pokoju. Uniosłam powieki, lecz nic nie dostrzegłam, więc odwróciłam się na drugi bok. Nagle poczułam, jak łóżko ugina się pod czyimś ciężarem. Serce podskoczyło mi do gardła. Otworzyłam szeroko oczy. W ciemności dostrzegłam błyszczące oczy obcego.

Zasłonił mi usta dłonią, by stłumić mój krzyk. W jego wzroku dostrzegłam, że nie chce mi zrobić krzywdy. Był poraniony i pełen bólu. Poczułam, jak moje serce się uspokaja.

Wyciągnęłam dłoń i dotknęłam jego twarzy ukrytej za maską. Maska była nagrzana od jego skóry i połyskiwała w ciemnościach. Nie ruszył się, więc sama mu ją zdjęłam. Nie widziałam dokładnie jego twarzy, bo było za ciemno. Nie spuszczał ze mnie wzroku. Wyciągnęłam rękę ku lampie na stoliku przy łóżku, ale złapał ją w połowie drogi. Miał dużą, silną dłoń z wyczuwalnymi odciskami.

Pocałował mnie. Z początku delikatnie, ale szybko pocałunek stał się namiętny, aż przeszył mnie do głębi duszy. Uniosłam ramiona. Jedną dłoń wplotłam w jego włosy, a drugą objęłam go za szyję, jakby obawiając się, że zniknie.

Przeniósł usta na moją szyję. Zapłonęłam. Ramiona mi opadły. Rozkoszowałam się tym słodkim atakiem. Gdzieś z tyłu głowy rozległ się alarm. Co ja robiłam? Przecież nawet go nie znałam. A jednak nie czułam lęku, jedynie lekką nieufność.

Zerwał ze mnie spodenki od piżamy. Jęknęłam, gdy przesunął językiem po pępku. Poczułam wzbierające we mnie napięcie. Zaczęłam się wić. Rozwarł mi uda i spojrzał między nie.

– Jezu, Charlotte, jesteś taka piękna. I taka cholernie mokra – wychrypiał.

Rozpoznałam jego głos i zareagowałam na niego. Znałam go.

Opuścił głowę. Teraz już nie widziałam jego twarzy. Gdy zaczął mnie ssać, niemal wyskoczyłam z łóżka. Soki lały się ze mnie strumieniem. Chwyciłam się kurczowo prześcieradła i wygięłam plecy w łuk. Lizał mnie, jakbym była topiącym się lodem. Jęczałam w ekstazie.

– Ćśś, dziecko… – wyszeptał i zakrył mi usta dłonią, po czym wbił język do środka. Złapałam go z całych sił za włosy. Ledwo powstrzymywałam krzyk. Dzięki Bogu nadal zakrywał mi usta dłonią. Próbowałam coś powiedzieć, ale nie byłam w stanie sklecić zdania. To było dziwne i niezręczne. Chciałam dojść. Chciałam, by to się skończyło, zanim zwariuję.

Przesunęłam dłonią w kierunku swojego nabrzmiałego pączka, by przyspieszyć koniec, ale on ugryzł mnie w palec. Zabolało, lecz tego właśnie potrzebowałam. Krzyknęłam z całych sił.

 

– Kurwa! – zaklęłam.

Doszłam, ale pragnęłam więcej. Znacznie więcej. Owinęłam mu nogi wokół głowy.

Kim on, kurwa, był?

Chciałam to wiedzieć. Natychmiast. Próbowałam unieść jego głowę. Było za ciemno, nic nie widziałam. Już sięgałam ku włącznikowi lampy, gdy…

Obudziłam się.

Poderwałam się z łóżka, dysząc ciężko. Byłam cała spocona. Przez okno wpadały pierwsze słabe promienie słońca. Spojrzałam na siebie zszokowana. Majtki miałam przemoczone. Wspomnienie bólu było nadal tak żywe, że rozejrzałam się pewna, że ktoś tam był. Że ktoś był między moimi nogami.

Nigdy w życiu nie miałam tak realistycznego snu. Wciąż czułam pulsowanie w głębi ciała. Spojrzałam na zegarek w telefonie i aż podskoczyłam. Zackary jadł śniadanie punkt o ósmej, ale przedtem musiał jeszcze wziąć kąpiel. Trzeba było mu też wybrać odpowiedni strój na pierwszą część dnia.

A była już siódma trzydzieści. Zły początek.

Rozdział 12

Charlotte

Ubrałam się w pośpiechu, nie wziąwszy nawet prysznica, i popędziłam do pokoju chłopca. Nadal smacznie spał. Obudziłam go najdelikatniej, jak mogłam. Nie wydawał się zaskoczony moim widokiem – przeciwnie, obdarował mnie anielskim uśmiechem. Ponieważ wciąż byłam dla niego obcą osobą, spodziewałam się płaczów i protestów, ale on stał grzecznie i bez ruchu, gdy go ubierałam. I nie odzywał się, co było trochę niepokojące, gdyż większości dzieci nie zamykają się buźki – nawijają non stop i są wszystkiego ciekawe. Pierwszego dnia pracy zwykle byłam bombardowana pytaniami natury osobistej. Czy mam męża? Czy mam dzieci? A czemu nie mam? Czy nie chcę dzieci? I tak dalej, i tak dalej.

Zackary natomiast nie zapytał mnie o nic.

Nie nawiązywał też w ogóle kontaktu wzrokowego. Po szybkim śniadaniu złożonym z tostów i jajek, które zjadł mechanicznie i bez apetytu, uznałam, że zabranie go do ogrodu nic nie da. Dzieciak potrzebował stymulacji umysłowej. Rówieśników, nowego otoczenia. Z mojego doświadczenia wynikało, że dla dziecka najlepszym lekarstwem na niemal wszystko była zjeżdżalnia, a także tarzanie się w piaskownicy z innymi dziećmi.

Zapytałam panią Blackmore, czy w wiosce jest jakiś plac zabaw. Oczy niemal wyskoczyły jej z orbit. Nim zdążyła mi przypomnieć o liście zakazów i nakazów, poinformowałam ją, że rozmawiałam z panem Kingiem, który nalegał, bym zabrała małego na dwór. Nie wspomniałam, że miałam z nim wyjść jedynie do ogrodu. Gospodyni była lekko przerażona, ale obiecała, że szofer zabierze nas do wsi za godzinę.

Podjechał jasnoniebieskim rolls-royce’em. Zackary jakby się ożywił, choć nieznacznie – jakiś postęp.

– Gdzie jedziemy? – spytał.

– Do parku – odpowiedziałam z uśmiechem.

Mały patrzył przez okno. Gdy mijaliśmy staromodny sklep ze słodyczami, kazałam szoferowi się zatrzymać. Instrukcje od pani King kategorycznie zakazywały kolorowych słodyczy.

– Chodź – rzuciłam i pomimo spojrzenia szofera zabrałam dzieciaka do sklepu.

Nad drzwiami wisiał dzwonek, który zadźwięczał wesoło, gdy weszliśmy do środka. Nozdrza wypełnił nam słodki zapach. Zackary zrobił wielkie oczy.

– Nie wolno mi jeść słodyczy – oznajmił z powagą. – Szkodzą mi. – W jego oczach widziałam jednak błaganie, bym ten jeden raz mu pozwoliła.

– Nie wolno ci jeść niczego z konserwantami, dodatkami i sztucznymi barwnikami – odrzekłam. – Ale nie martw się, zjemy coś… prawie zdrowego. – Mrugnęłam porozumiewawczo, a on uśmiechnął się szeroko jak prawdziwe dziecko – po raz pierwszy, od kiedy go poznałam.

Opuściliśmy sklep z wielkim lizakiem zrobionym z organicznych soków i paczką pianek, które według zapewnień sprzedawczyni nie zawierały sztucznych dodatków.

Park był mały. Siedziały w nim dwie matki z dziećmi nieco młodszymi niż Zackary. Ku mojemu zdziwieniu odmówił patrzenia na nie. Zabrałam go na zjeżdżalnie, na których akurat nikt się nie bawił. Miałam nadzieję, że dzieci do nas dołączą, jednak się zawiodłam. Spojrzałam więc na matki i uśmiechnęłam się. Odwzajemniły mój uśmiech. Zackary zjechał trzy razy, po czym popatrzył na mnie.

– Skończyłem.

– Może przywitamy się z innymi dziećmi?

– Nie.

Następnie wsiadł na huśtawkę, a ja go bujałam. Podobało mu się bardzo. Kiedy miał dość, ogłosił rezolutnie:

– Dziękuję, już skończyłem.

Zaprowadziłam go do piaskownicy. Wydawał się zafascynowany kolorowymi foremkami. Zaczął budować zamek z piasku. Kiedy jednak pozostałe dzieci chciały do niego dołączyć, wstał i podszedł do mnie.

– O co chodzi? Nie chcesz się zaprzyjaźnić? – zapytałam, ale nie odpowiedział ani słowem. Był zdecydowanie zbyt nieśmiały jak na pięciolatka. Za godzinę miał zajęcia z czytania z prywatnym nauczycielem, więc opuściliśmy park.

Wiedziałam, że postępując wbrew zaleceniom jego matki, proszę się o kłopoty, miałam jednak nadzieję, że gdy zobaczy, jak jej syn się przełamuje, ucieszy się – a przynajmniej nie będzie gniewać. Mały miał zdecydowanie lepszy nastrój niż zwykle. Policzki mu się zarumieniły, a apetyt poprawił. Zjadł łakomie lunch, wywołując uśmiech na twarzy pani Blackmore. Może jego matka, zauważywszy zmianę, pozwoli mu częściej wychodzić na zewnątrz?

Moje nadzieje prysły, gdy parę godzin później wparowała do pokoju syna. Właśnie sortowałam jego pranie na podłodze, ale prędko poderwałam się na nogi. Pani King była purpurowa z wściekłości.

– Zabrałaś Zackary’ego do parku! – syknęła. Nie byłam w stanie powiedzieć słowa. – Czy ty nie masz kompletnie mózgu? Nie czytałaś moich instrukcji?

Poczułam przypływ złości, lecz zapanowałam nad sobą.

– Przepraszam, ale nie było pani rano, więc nie mogłam się skonsultować. Jego ojciec nalegał, abym go dziś zabrała na dwór, zwłaszcza że dzień taki piękny… Wspomniałam mu o pani zasadach, ale powiedział, że sam o nich z panią porozmawia.

Dostrzegłam nagły błysk w jej oczach. Czyżby strach?

– Co powiedziałaś? – spytała, jakby nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała.

– Pani mąż zeszłego wieczoru nalegał, bym zabrała Zackary’ego na dwór.

W jej wzroku widać było zdecydowaną antypatię. Podeszła bliżej, przeszywając mnie spojrzeniem.

– Słuchaj uważnie, bo nie będę się powtarzać. Najwyraźniej nie rozumiesz jeszcze, gdzie jest twoje miejsce w tym domu. To ja cię zatrudniłam, nie mój mąż. To ja zawarłam umowę z twoją agencją pracy. Nie możesz jak głupia dzielić się moimi instrukcjami z moim mężem, masz też powtarzać mi wszelkie sprzeczne wytyczne od niego. To ja opiekuję się Zackarym, nie on. Zrozumiano?

Przez chwilę kusiło mnie, żeby się kłócić, ale coś mnie powstrzymało. Tu chodziło o coś więcej niż puste groźby i udawany gniew. Nie chodziło o to, że naraziłam jej dziecko na niebezpieczeństwo. Wiedziała doskonale, że jej listę można było o kant dupy potłuc. Była wściekła, bo rozmawiałam z jej mężem i powiedziałam coś, co dla każdego normalnego człowieka było bardziej niż oczywiste – że dziecko powinno móc bawić się na dworze. Zamrugała, a ja zdałam sobie sprawę, że może ona też się mnie nieco obawiała. Bała się zmian, jakie mogłam wnieść do ściśle kontrolowanego świata jej dziecka. Nie wiedziałam tylko, po co jej ta kontrola. Ale miałam zamiar to odkryć.

– Tak – odparłam powoli. – Zrozumiano.

– Następnym razem, kiedy przekroczysz narzucone zasady, wylądujesz na ulicy – warknęła, po czym odwróciła się na pięcie i odmaszerowała.

Obróciłam się. Zackary stał za mną. Miał wielkie oczy i cały się trząsł ze strachu. Podeszłam do niego, uklękłam i przycisnęłam go do piersi.

– Och, kochany… Nie martw się, wszystko będzie dobrze – wyszeptałam. Czułam, jak szybko bije mu serce. Nieważne, co będzie, nie zamierzałam opuścić tego dziecka, póki nie przekonam jego ojca, że musi wziąć udział w jego życiu. Inaczej zostanie ono zrujnowane.

Rozdział 13

Brett

Dziwne, cały dzień starałem się zająć myśli pracą, ale w głębi duszy tylko czekałem, aż usłyszę jej głos. Był jak ciepły miód, a jednak to, co mówiła, sprawiało mi ból.

– Był nieśmiały wobec innych dzieci? – zapytałem, marszcząc brwi.

– Owszem – odpowiedziała. – Gdy tylko chciały się z nim pobawić, wstał i bez słowa przyszedł do mnie.

– Czemu? Sprawiał wrażenie zdenerwowanego?

– Nie wiem czemu. On zawsze wydaje się nieco wycofany, spięty. Jakby spodziewał się czegoś niemiłego.

– Może za dużo czasu spędza w domu, może więcej takich wypadów by mu pomogło?

Zamilkła.

– Co się stało?

– Pani King powiedziała mi dziś, że nie mogę go więcej zabierać z zamku. Nie wolno mi też przyjmować poleceń od ciebie. Mam słuchać wyłącznie jej… W innym wypadku stracę pracę.

Przekląłem sam siebie w duchu za to, że nie zająłem się Jillian znacznie wcześniej. Zdążyła już postawić Charlotte jako pionka w naszej rozgrywce.

– Przykro mi, że znalazłaś się w tak niezręcznej sytuacji. To moja wina. Powinienem był z nią porozmawiać, gdy tylko wróciła z Londynu.

– Nic nie szkodzi, rozumiem.

– Jutro także zabierzesz go na dwór. On jest teraz pod twoją opieką. Ufam, że będziesz dbać o jego dobro, bez przepraszania i ograniczeń.

– Możesz na mnie liczyć – odparła. – Jeśli cię to pocieszy, Brett, powiem ci, że dzieci może i wyglądają na małe i bezbronne, ale są niesamowicie odporne. Nic nie jest w stanie ich na dłużej skrzywdzić.

Uśmiechnąłem się nieznacznie. Nagle przypomniałem sobie, jak Zackary zaczął chodzić. Zatoczył się i przewrócił do tyłu. Dźwięk wywołany uderzeniem jego główki o drewnianą podłogę był tak głośny, że niemal dostałem zawału. Myślałem, że pękła mu czaszka albo że trwale uszkodził sobie mózg. Na szczęście skończyło się tylko na łzach.

– Dziękuję, faktycznie nieco mi lepiej. Na pewno masz bogate doświadczenia w opiekowaniu się dziećmi.

Zaśmiała się ciepło i cudownie.

– Porozmawiam dziś z jego matką i wszystko załatwię. W razie czego zawsze możesz dzwonić interkomem.

– Jeszcze jedno… – zaczęła.

– Tak?

– W zamku nie ma zbyt wielu rozrywek dla małego dziecka. Zackary’emu podobał się plac zabaw. Czy dałoby się zbudować mu zjeżdżalnię, huśtawkę czy trampolinę?

– Oczywiście. Genialny pomysł. Jeśli jeszcze na coś podobnego wpadniesz, koniecznie mi o tym powiedz.

Odpowiedziało mi pełne wahania milczenie.

– No dalej, mów – ponagliłem.

– Eee… Dobrze by było dla niego, gdyby mógł się pobawić z ojcem. Nie wiem, na ile to możliwe, ale nawet od czasu do czasu byłoby świetnie.

Jej słowa były jak cios w żołądek. Niczego na świecie nie pragnąłem bardziej. Ale nie było to możliwe. Zackary bał się mnie panicznie. Wiedziałem, że trzeba coś z tym zrobić, ale nie miałem pojęcia co – dopóki nie pojawiła się Charlotte. Wcześniej paraliżował mnie lęk, że tylko pogorszę sprawę. Teraz jednak dostrzegłem światło w tunelu i ruszyłem w jego kierunku.

– Może kiedyś… – odparłem cicho. – Jutro znów porozmawiamy, Charlotte. Dobranoc.

Wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem do Jillian. Odebrała natychmiast.

– Witaj, Brett.

– Muszę z tobą zamienić słowo. Teraz.

Parsknęła w słuchawkę.

– Och, wybacz, ale nie jestem psem. Nie ma mnie w domu.

– To lepiej bądź w ciągu godziny, albo zostawię cię bez grosza przy duszy.

Rozłączyłem się, nim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć. Następnie uruchomiłem komputer i zająłem się projektem, który wysłał mi Logan.

Zdążyła w ostatniej chwili. Usłyszałem jej obcasy za drzwiami. Weszła do mojego biura, a ja rozsiadłem się wygodnie na krześle. Widziałem, że jest wściekła. Uśmiechnęła się jednak chłodno. Nie odwzajemniłem jej uśmiechu.

– Czemu zakazałaś Zackary’emu bawić się na zewnątrz? – spytałem. Rzuciła torebkę na biurko. Nie spuszczałem z niej spojrzenia, starając się zachować spokój.

– A od kiedy wtrącasz się w to, jak wychowuję Zackary’ego?

Spojrzałem jej w oczy.

– Poprosiłaś, bym ci go na razie zostawił pod opieką. Obiecałaś, że powoli wydobędziesz go ze skorupy. Ale jeśli elementem twojej metody ma być tłamszenie go, pozbawię cię wszelkich przywilejów.

Twarz jej stężała.

– Ani się waż – rzuciła. – I wcale go nie tłamszę. Sam powiedziałeś, że dziecko potrzebuje matki.

– Nie, kiedy bardziej mu szkodzi, niż służy.

Popatrzyła na mnie z niedowierzaniem.

– Wygląda na to, że niania opowiedziała się po twojej stronie. Co jej zaoferowałeś?

Zmarszczyłem brwi. Nie chciałem rozmawiać o niani. W tym tempie mogła za chwilę zniknąć z naszego życia.

 

– Wcale nie opowiedziała się po mojej stronie. Ona nie ma z tym nic wspólnego. Po prostu powiedziała mi, że poinstruowałaś ją, aby nie zabierała Zackary’ego na dwór, choć ja jej na to pozwoliłem. Chyba nie kłamała? – Spojrzałem na nią surowo.

Jillian westchnęła.

– Brett, po prostu daj mi spokój. Wiem, co robię. Zaszkodzisz małemu, zamiast mu pomóc. Jestem jego matką. Wiem, co dla niego najlepsze. Trzymaj się od niego z dala. Zostaw go mnie.

– Masz pozwolić niani zabierać naszego syna na dwór, inaczej osobiście zainterweniuję – odparłem lodowatym tonem. Jillian wytrzymała moje spojrzenie, po chwili jednak zdała sobie sprawę, że mówię poważnie. Porwała torebkę ze stołu i warknęła:

– Jak długo będziemy to ciągnąć?

– Co ciągnąć?

Spojrzała na mnie, jakbym ją zdradził, choć oboje znaliśmy prawdę.

– Jesteśmy małżeństwem?

– O co ci chodzi?

– Wiesz, że wychodzę wieczorami… Doskonale wiesz, co robię. Że pieprzę się z innymi. A jednak nic nie mówisz. Nie obchodzi cię to?

Uśmiechnąłem się cynicznie. Musiałbym być kompletnym idiotą, aby uwierzyć, że robiła to w celu zwrócenia mojej uwagi.

– I co, robisz to wszystko, żeby wywołać u mnie jakąś reakcję?

– A który kochający swoją żonę mężczyzna by nie zareagował?

– Nigdy nie twierdziłem, że cię kocham, Jillian – poprawiłem ją. – Od początku wiedziałaś, jaki jest układ. Ożeniłem się z tobą, bo twój ojciec mnie o to poprosił. Byłem mu winny życie, a on nigdy mnie o nic nie prosił. A że przy okazji jesteś miła dla oka, zgodziłem się. Obecnie jednak jedyne, co nas łączy, to Zackary. Jeśli kiedykolwiek zmęczy cię obecne życie i zechcesz odejść, nie będę cię zatrzymywał… ale mały zostaje ze mną.

– Myślisz, że on by chciał mieszkać z tobą? – W jej głosie słychać było wyzwanie. Poczułem, jak krew odpływa mi z twarzy. Wiedziała, jak mi dokopać. Udało mi się jednak utrzymać spokojny ton głosu.

– Chodzi ci o moje blizny?

– Zapomniałeś już? On się ciebie panicznie boi.

Zabolało, ale odpowiedziałem ze sztucznym śmiechem:

– To ty tak twierdzisz. On nie będzie wiecznie pięciolatkiem. Pewnego dnia zrozumie.

– Może i tak, ale teraz mnie potrzebuje. Widziałeś, jaki jest do mnie przywiązany.

– A kiedy ostatni raz go nakarmiłaś, przytuliłaś czy choćby z nim porozmawiałaś?

– Mój ojciec byłby tobą zawie… – zaczęła.

Poczułem przypływ furii płonącej jak dziki ogień w lesie. Na wzmiankę o jej ojcu straciłem nad sobą panowanie. Zanim urodził się Zackary, był on jedyną osobą na świecie, którą szczerze kochałem. Fakt, że wykorzystywała go, by wpędzić mnie w poczucie winy, był nie do przyjęcia.

– Nie waż się go wspominać – warknąłem. – Jesteś tu nadal tylko dzięki niemu. Nigdy o tym nie zapominaj.

Nie byłem w stanie dłużej znieść przebywania w towarzystwie tej kobiety. Wstałem i kazałem jej wyjść.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora