Tuf wędrowiecTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Rogerowi i Judy Zelaznym,

dzięki którym poczułem się

w Santa Fe jak w domu.

PROLOG

KATALOG SZÓSTY NUMER ZNALEZISKA: 37433-800912-5442894

OŚRODEK BADAŃ NAD HISTORIĄ ROZWOJU KULTURY I WIEDZY SHANDELLOR, WYDZIAŁ KSENOANTROPOLOGII opis znaleziska: kryształ z zapisem dźwiękowym

miejsce odkrycia: Hro B'rana (wsp.: SQ19, Y7715, 121) wiek znaleziska: ok. 276 lat standardowych

sklasyfikowane pod:

rasy podległe, Hrangan

legendy i mity, Hruun

inf. medyczne —

choroby, niezidentyfikowane

ośrodki handlowe, opuszczone

Halo? Halo?

Widzę, że działa. To dobrze.

Nazywam się Rarik Hortvenzy, jestem początkującym kupcem i nagrywam to ostrzeżenie dla tych, którzy być może znajdą ten kryształ.

Zapada zmierzch, dla mnie już ostatni. Słońce skryło się za zachodnim urwiskiem, ziemię zalała czerwona poświata i pomału, ale niepowstrzymanie, zbliża się do mnie ciemność. Na niebie kolejno zapalają się gwiazdy, ale ta najważniejsza płonie bez przerwy w dzień i w nocy, w nocy i w dzień. Jest zawsze ze mną, najjaśniejszy obiekt na niebie, zaraz po słońcu. Gwiazda śmierci.

Dzisiaj pochowałem Janeel. Od świtu kopałem grób w kamienistej ziemi, a kiedy wreszcie późnym popołudniem uporałem się z tym, kiedy złożyłem ją w mogile i przysypałem ohydnym, wstrętnym, obcym piachem, kiedy przytoczyłem ostatni kamień, wyprostowałem się i splunąłem pod nogi.

To wszystko jej wina. Powtarzałem jej to wiele razy, kiedy umierała, aż wreszcie, tuż przed śmiercią, przyznała mi rację. To jej wina, że tu przybyliśmy i że nie odlecieliśmy, kiedy jeszcze istniała taka możliwość. To jej wina, że nie żyje — tak, bez wątpienia — i jej wina, że kiedy ja umrę, moje ciało stanie się pokarmem dla dzikich bestii, drapieżnych latających stworzeń oraz nocnych łowców, z którymi zamierzaliśmy robić interesy.

Gwiazda śmierci świeci jasnym spokojnym blaskiem, który jakby nigdy nic spływa na ziemię. „To nie w porządku" — powiedziałem kiedyś Janeel. „Gwiazda śmierci powinna świecić na czerwono, powinna żarzyć się złowieszczo, spowita szkarłatną poświatą, powinna wypełniać noc szeptanymi zapowiedziami ognia i krwi. Co ten czysty biały blask ma wspólnego ze śmiercią?" Na początku, kiedy wyczarterowany statek wysadził nas tutaj i od razu poleciał dalej, gwiazda śmierci była zaledwie jedną z około pięćdziesięciu gwiazd pierwszej wielkości, jakie mogliśmy podziwiać na obcym niebie, wcale nie najłatwiejszą do odnalezienia. Wtedy jeszcze śmialiśmy się z przesądów tych prymitywnych, zacofanych barbarzyńców, którzy wierzyli, że choroba przychodzi z nieba.

Wkrótce potem gwiazda śmierci zaczęła rosnąć. Co noc świeciła jaśniej, aż wreszcie można ją było oglądać nawet w dzień. Zanim to nastąpiło, wybuchła zaraza.

Po ciemniejącym niebie suną latawce. Nie poruszając skrzydłami, szybują w powietrzu na prądach wstępujących; z daleka wyglądają prawie pięknie i przywodzą mi na myśl milczące jak cienie mewaki z mojej ojczyzny, Budakharu, położonego nad żywym morzem na planecie Razyar. Tutaj jednak nie ma morza, są tylko góry, wzgórza i pustynie, z bliska zaś latawce wcale nie są piękne, tylko przerażające: połowy wysokości człowieka, z cienką skórą opiętą na przedziwnym szkielecie z pustych kości. Ich skrzydła są twarde jak arkusze blachy, szpony ostre jak sztylety, oczy czerwone jak rozżarzone węgle, wielkie kościane grzebienie, wyrastające pośrodku wąskich czaszek, przypominają zakrzywione noże.

Janeel twierdziła, że latawce są inteligentne i że nawet mają własny język. Słyszałem ich głosy — przeraźliwie świdrujące skrzeczenie, od którego dostaje się gęsiej skórki — ale ani ja, ani Janeel nie zdołaliśmy opanować ich języka. „Inteligentne" — mówiła. „Będziemy z nimi handlować". Niestety, nie chciały ani nas, ani naszego handlu. Inteligencji wystarczyło im akurat na tyle, żeby nauczyć się kraść, ale w końcu okazało się, że jednak coś je z nami łączy: śmierć.

Latawce umierają. Umierają też nocni łowcy o silnych, poskręcanych kończynach i zdeformowanych rękach z dwoma kciukami, o oczach płonących w wysoko sklepionych czaszkach niczym węgle w dogasającym ognisku. Łowcy dysponują przerażającą siłą, a ich oczy doskonale widzą w ciemności, również wtedy, kiedy ciężkie burzowe chmury zasnują niebo, przesłaniając nawet gwiazdę śmierci. Ukryci w jaskiniach łowcy opowiadają sobie szeptem o wielkich Mózgach, którym niegdyś służyli, a które kiedyś powrócą i dadzą im sygnał do rozpoczęcia kolejnej wojny. Mózgi jednak nie wracają, łowców natomiast robi się coraz mniej — podobnie dzieje się z latawcami oraz innymi gatunkami zwierząt i roślin. Umierają wszyscy, a my razem z nimi.

Janeel zapowiadała, że ta planeta da nam niezmierzone bogactwo, a tymczasem dała nam tylko śmierć. W starych atlasach nosi nazwę Hro B'rana, ale ja nie będę jej tak nazywał. Janeel znała wiele innych nazw, ja jednak zapamiętałem tylko jedną: Hruun. Tak również zwą się nocni łowcy. Kiedyś, jeśli wierzyć Janeel, byli niewolnikami, największymi nieprzyjaciółmi Hrangan, którzy wymarli przed wiekami, pozostawiając swoich wrogów — i zarazem poddanych — ich własnemu losowi. Kiedyś (tego także dowiedziałem się od Janeel) miała tu być kwitnąca kolonia, założona przez garstkę zapaleńców, którzy pragnęli wzbogacić się na handlu. Wiedziała tak wiele, a ja tak niedużo, teraz jednak, kiedy ją pochowałem i splunąłem na jej grób, wiele rzeczy stało się dla mnie jasnych. Jeśli naprawdę byli niewolnikami, to chyba bardzo leniwymi i krnąbrnymi, skoro panowie ukarali munów, wtrącając ich do piekła rozjaśnionego bezlitosnym blaskiem gwiazdy śmierci.

Ostatni statek z zaopatrzeniem dotarł do nas pół roku temu. Mogliśmy nim odlecieć. Zaraza już szalała. Latawce bezradnie pełzały po zboczach, spadały z urwisk. Coraz częściej znajdowałem je u podnóża skalnych ścian, z poszarpanymi skrzydłami i głębokimi ranami, z których sączyła się bezbarwna ciecz. Nocni łowcy zjawiali się pokryci ropiejącymi wrzodami i kupowali od nas parasole, aby uchronić się przed promieniami gwiazdy śmierci. Kiedy statek wylądował, mogliśmy wejść na jego pokład i odlecieć, ale Janeel uparła się, żeby zostać. Znała nazwy chorób, które zabijały latawce i nocnych łowców. Znała nazwy leków, które miały uratować te stwory. Myślała, że jeśli coś zostanie nazwane, to od razu przestanie być groźne. Liczyła na to, że będziemy uzdrowicielami, zdobędziemy ich zaufanie, a potem bez trudu zbijemy ogromny majątek. Wykupiła cały zapas leków ze statku, zamówiła kolejny transport, po czym przystąpiliśmy do walki z chorobami.

Znała również nazwę następnej zarazy, a także wszystkich, które nadeszły później. Było ich tak wiele, że w końcu straciliśmy rachubę. Najpierw skończyły się nam leki, wkrótce potem zabrakło nazw, dziś o świcie zaś zacząłem kopać jej grób. Była wysportowaną kobietą, prowadzącą bardzo aktywny tryb życia, jednak po śmierci zrobiła się całkiem sztywna, a jej ciało potwornie spuchło. Grób musiał być bardzo duży, żeby pomieścić sztywne, opuchnięte zwłoki. Mnie dopadła inna, bezimienna choroba. Przy każdym ruchu pali mnie od środka żywy płomień, a moja skóra zszarzała i stała się bardzo krucha. Codziennie rano znajduję w pościeli mnóstwo jej fragmentów; otwarte rany, które pozostały w miejscach, gdzie odpadła, nie chcą się goić.

Gwiazda śmierci wisi niemal dokładnie nad moją głową, ogromna i oślepiająco jasna. Teraz już wiem, dlaczego świeci białym światłem. Biel jest kolorem czystości, a ona oczyszcza tę planetę, nawet jeśli chwilowo każde jej dotknięcie kończy się cierpieniem i rozkładem. Ironia losu, prawda?

Przywieźliśmy mnóstwo broni, sprzedaliśmy niewiele. Broń nie mogła pomóc nocnym łowcom i latawcom w walce z tym przeciwnikiem, więc niemal od początku parasole cieszyły się znacznie większym wzięciem niż lasery. Zabrałem z magazynu miotacz i nalałem sobie kieliszek czerwonego wina.

Posiedzę tutaj, w chłodzie, opowiem o wszystkim temu kryształowi, wypiję wino i jeszcze trochę popatrzę na nieliczne ocalałe latawce, szybujące na tle mroczniejącego nieba. Z daleka naprawdę wyglądają jak mewaki. Dopiję wino do końca, spróbuję sobie przypomnieć szum morza na Razyarze, w który kiedyś się wsłuchiwałem, marząc o gwiazdach, a kiedy kieliszek będzie pusty, sięgnę po miotacz.

(długie milczenie)

Nie wiem, co jeszcze powiedzieć. Janeel znała wiele słów i nazw, ale dzisiaj ją pochowałem.

(długie milczenie)

Jeśli ktoś to znajdzie…

(krótka przerwa)

Jeśli ktoś znajdzie to nagranie już po tym, jak gwiazda śmierci zgaśnie (a nocni łowcy twierdzą, że w końcu to nastąpi), niech nie da się zwieść: to nie jest przyjazna planeta. Tutaj rządzą śmierć, niezliczone choroby i cierpienie. Prędzej czy później gwiazda śmierci zabłyśnie ponownie.

(długie milczenie)

Wina już nie ma.

(koniec nagrania)

GWIAZDA ŚMIERCI

— Nie — stwierdził stanowczo Kaj Nevis. — Wykluczone. Musielibyśmy być idiotami, żeby wybrać właśnie któryś z tych ogromnych transportowców.

— Niby czemu? — prychnęła Celise Waan. — Przecież musimy się tam jakoś dostać, prawda? Wiele razy wynajmowałam statki w Starslipie i wiem, że są bardzo wygodne. Załoga zawsze jest uprzejma, a jedzenie co najmniej przyzwoite.

Nevis posłał jej miażdżące spojrzenie. Miał twarz jakby stworzoną do wyrażania mało przyjaznych uczuć: o wyjątkowo ostrych rysach, z ogromnym zakrzywionym nosem i maleńkimi czarnymi oczami ukrytymi pod krzaczastymi brwiami.

 

— Po co je wynajmowałaś?

— W celu przeprowadzenia wypraw badawczych, ma się rozumieć — odparła Celise Waan, po czym wzięła z talerza kolejną kremową kulkę i wsunęła ją do ust. — Nadzorowałam wiele ważnych programów naukowych. Pieniądze przychodziły z Ośrodka.

— Jeśli pozwolisz, zwrócę ci uwagę na kilka oczywistych faktów — powiedział Nevis lodowatym tonem. — To nie jest wyprawa badawcza. Nie zamierzamy analizować seksualnych obyczajów ras prymitywnych. Nie będziemy grzebać w poszukiwaniu zapomnianej wiedzy, która teraz nikomu się na nic nie przyda. Zawiązaliśmy nasz mały spisek w celu zdobycia skarbu nieoszacowanej wartości. Jeżeli uda nam się go znaleźć, z pewnością nie oddamy go władzom. Potrzebujecie mnie, bo tylko ja będę wiedział, w jaki sposób upłynnić go, wykorzystując nie do końca legalne sposoby, co nie przeszkadza wam darzyć mnie tak nikłym zaufaniem, że nie chcecie mi powiedzieć, dokąd właściwie polecimy, a obecny tu Lion wynajął sobie nawet osobistą ochronę. Proszę bardzo, mnie to nie przeszkadza, ale zrozumcie jedno: tutaj, na ShanDellor, nie jestem jedynym człowiekiem niegodnym zaufania. Ktoś taki jak ja może tutaj w każdej chwili zarobić całkiem duże pieniądze, więc jeśli zamierzacie w dalszym ciągu trzymać mnie z opaską na oczach i wygadywać głupoty o jedzeniu na statkach, to ja rezygnuję. Mam ciekawsze rzeczy do roboty.

Celise Waan ponownie prychnęła pogardliwie. Była potężną, bynajmniej nie szczupłą kobietą o wielkiej czerwonej twarzy i donośnym wilgotnym prychnięciu.

— Starslip ma dobrą reputację, a poza tym przepisy regulujące prawa własności do znalezionych obiektów…

— …nie mają najmniejszego znaczenia — wpadł jej w słowo Nevis. — Inne przepisy obowiązują tutaj, na ShanDellor, inne na Kleronomasie, jeszcze inne na Mai, a i tak wszystkie nie są warte funta kłaków. Gdyby potraktowano nas według prawa ShanDi, dostalibyśmy zaledwie jedną czwartą wartości. Zakładając, że Lion ma rację i że ta wasza gwiazda śmierci jest właśnie tym, za co ją uważacie, i że jeszcze działa, ten, kto dostanie ją w swoje ręce, zdobędzie niekwestionowaną przewagę militarną w naszym sektorze. Starslip oraz wszystkie pozostałe korporacje transportowe są co najmniej równie chciwe i zaborcze jak ja; różnica polega na tym, że są również cholernie potężne, do tego stopnia, że większość planetarnych rządów z niepokojem śledzi ich poczynania. Nie wiem, czy zwróciliście uwagę na ten drobny fakt, ale jest nas tylko czworo… Pięcioro, jeśli liczyć również najemników. — Spojrzał na Ricę Dawnstar, która obdarzyła go lodowatym uśmiechem. — Mniej, niż jest kucharzy na dużym liniowcu, a nawet na małym statku kurierskim zostalibyśmy w okamgnieniu zadeptani przez załogę. Czy wyobrażacie sobie, że pozwolą nam zachować naszą zdobycz, kiedy już się zorientują, ile jest warta?

— Jeśli nas oszukają, podamy ich do sądu — odparła niezbyt pewnym tonem gruba antropolog i zgarnęła z talerza ostatnią kulkę.

Kaj Nevis wybuchnął gromkim śmiechem.

— Do jakiego sądu? Na jakiej planecie? Żeby to zrobić, musielibyśmy przede wszystkim pozostać przy życiu, a na to bym zanadto nie liczył. Słowo daję, jesteś nie tylko koszmarnie brzydka, ale i wręcz niewyobrażalnie głupia!

Jefri Lion przysłuchiwał się kłótni z niewyraźną miną.

— Dajcie spokój — przemówił wreszcie. — Nie powinniśmy tracić zimnej krwi. Bądź co bądź, to nasza wspólna sprawa.

Lion był niskim barczystym mężczyzną w wojskowej bluzie maskującej, udekorowanej baretkami z jakiejś zapomnianej kampanii. W mrocznym wnętrzu małej restauracji bluza przybrała szaroburą barwę, niemal identyczną jak starannie przystrzyżona broda jej właściciela. Wysokie czoło mężczyzny pokryte było błyszczącą warstewką potu. Wiedząc, jaką reputacją cieszy się Kaj Nevis, niezbyt pewnie czuł się w jego towarzystwie. Spojrzał na pozostałych, jakby oczekiwał od nich wsparcia.

Celise Waan wydęła usta i wbiła wzrok w talerz, jakby liczyła na to, że w ten sposób ponownie napełni go śmietankowymi kulkami. Rica Dawnstar — „najemnik", jak nazwał ją Nevis — z kpiącym błyskiem w zielonych oczach rozparła się w fotelu. Jej długie, kościste ciało, okryte nieforemnym jednoczęściowym kombinezonem i elastyczną zbroją uplecioną z supercienkiej stalowej przędzy, było zupełnie rozluźnione. To nie jej problem, jeśli pracodawcy uznali za stosowne tracić czas na bezproduktywne dyskusje.

— Obelgami niczego nie załatwimy — odezwał się Anittas. Nie sposób było stwierdzić, o czym myśli wysoki cybertech. Jego twarz, składająca się w równych proporcjach z lśniącego metalu, przezroczystego plastyku i ciała, nie wyrażała żadnych uczuć. Splótłszy błyszczące stalowe palce prawej ręki z brązowymi końcówkami czuciowymi lewej, przyglądał się Nevisowi srebrzystymi oczami osadzonymi w czarnych plastykowych oczodołach. — Kaj Nevis zwrócił nam uwagę na kilka istotnych szczegółów. W przeciwieństwie do nas, jest specjalistą w tych sprawach. Skoro już zaprosiliśmy go do naszego grona, powinniśmy uwzględnić jego rady.

— Słusznie — poparł cybertecha Jefri Lion. — W takim razie, co proponujesz, Nevis? W jaki sposób możemy dotrzeć do gwiazdy śmierci, skoro nie wolno nam korzystać z usług korporacji transportowych?

— Potrzebujemy statku — stwierdziła Celise Waan. Kaj Nevis uśmiechnął się pobłażliwie.

— Korporacje transportowe nie mają monopolu na statki kosmiczne. Właśnie dlatego zaproponowałem, żebyśmy spotkali się nie w biurze Liona, tylko tutaj. Knajpa jest w pobliżu portu, więc jestem prawie pewien, że znajdziemy tu naszego człowieka.

— Czy to jakiś wolny strzelec? — zapytał Jefri Lion z powątpiewaniem w głosie. — Większość z nich, jak by to powiedzieć… nie cieszy się najlepszą opinią.

— Ja też — zwrócił mu uwagę Nevis.

— Podobno trafiają się wśród nich przemytnicy, a nawet piraci. Czy naprawdę musimy ryzykować?

— Nie musimy i nie ryzykujemy — odparł Kaj Nevis. — Dowcip polega na tym, żeby znaleźć właściwego człowieka, a ja znam mnóstwo ludzi, tych właściwych i niewłaściwych. Widzicie tę ciemnoskórą kobietę obwieszoną czarną biżuterią? — Wskazał ją lekkim ruchem głowy. — To Jessamyn Caige, właścicielka i kapitan „Wolnego Handlu". Z pewnością przyjęłaby naszą propozycję, nawet zbytnio nie targując się o cenę.

Celise Waan dyskretnie zerknęła we wskazanym kierunku.

— A więc to ona? Mam nadzieję, że na jej statku działa sztuczna grawitacja, bo w stanie nieważkości robi mi się niedobrze.

— Kiedy zamierzasz złożyć jej propozycję? — zapytał Jefri Lion.

— Nie zamierzam — odparł Nevis. — Parę razy zlecałem jej przewiezienie towaru, ale na pewno nie zaryzykowałbym podróży tym wrakiem, nie mówiąc już o wtajemniczeniu jej w tak poważną sprawę. Załoga „Wolnego Handlu" składa się z dziewięciu osób; wystarczy, żeby rozprawić się ze mną i moją obstawą. Bez obrazy, Lion, ale w takich sprawach wy zupełnie się nie liczycie.

— Myślałem, że wiesz, iż jestem żołnierzem — powiedział Jefri Lion urażonym tonem. — Uczestniczyłem w wielu bitwach.

— Sto lat temu. Jessamyn załatwiłaby nas bez drgnienia powieki. — Uważnie przyjrzał się otaczającym go twarzom. — Właśnie dlatego mnie potrzebujecie. Jesteście tak naiwni, że gdyby nie ja, zaangażowalibyście Jessamyn albo wynajęlibyście statek od którejś z korporacji.

— Moja siostrzenica pracuje dla dość znanego niezależnego kupca — odezwała się Celise Waan.

— Kto to taki?

— Noah Wackerfuss ze „Świata Wyprzedaży".

Nevis skinął głową.

— Gruby Noah. Znam, znam. Z pewnością wszyscy świetnie byśmy się bawili, bo na jego statku zawsze panuje zerowa grawitacja. Ciążenie zabiłoby starego degenerata. Trzeba przyznać, że Wackerfuss nie jest szczególnie okrutny. Szansę na to, żeby nas nie zabił, oceniam na pięćdziesiąt do pięćdziesięciu. Niestety, jest za to nieprawdopodobnie chciwy i przebiegły. W najlepszym razie wymógłby dopuszczenie go do spółki, w najgorszym sam zgarnąłby całą pulę. Dwudziestoosobowa załoga „Świata Wyprzedaży" składa się wyłącznie z kobiet. Zapytałaś może kiedyś swoją siostrzenicę, co konkretnie należy do jej obowiązków?

Na okrągłej twarzy Celise Waan wykwitł szkarłatny rumieniec.

— Czy naprawdę muszę wysłuchiwać insynuacji tego typka? — zapytała Liona. — Przecież to moje odkrycie! Słowo daję, nie zniosę więcej zniewag!

— Słowne utarczki do niczego nie doprowadzą — powiedział Jefri Lion pojednawczym tonem. — Nevis, nie musisz na każdym kroku podkreślać swojej fachowości. Nie bez powodu zwróciliśmy się właśnie do ciebie. Z pewnością masz jakiś pomysł, kogo powinniśmy zaangażować?

— Oczywiście — przyznał Nevis.

— Więc mów — ponaglił go Anittas.

— Mój kandydat też jest niezależnym kupcem, choć skłamałbym, twierdząc, że powodzi mu się znakomicie. Od pół roku standardowego czeka na jakiekolwiek zlecenie, więc przypuszczam, że skorzysta z pierwszej okazji, jaka mu się nadarzy. Ma niewielki obdrapany statek o idiotycznej, długiej nazwie, na pewno nie luksusowy, ale sprawny i niezawodny, co ma dużo większe znaczenie. Nie musimy zaprzątać sobie głowy załogą, bo jej nie zatrudnia, a na dodatek on sam jest trochę… nazwijmy to, dziwny. Wątpię, żeby z jego strony groziło nam jakieś niebezpieczeństwo. To wielkie chłopisko, ale miękkie, dosłownie i w przenośni. Hoduje koty, nie przepada za ludźmi, żłopie mnóstwo piwa i je stanowczo za dużo. Chyba nawet nie nosi broni. Według informacji, jakie udało mi się zebrać, ledwo wiąże koniec z końcem, tłukąc się od planety do planety i sprzedając rozmaite głupstwa. Wackerfuss uważa go za kompletnego niedojopa, ale nawet jeśli się myli, to co może przeciwko nam zdziałać jeden człowiek? W najgorszym razie, gdyby do czegokolwiek doszło, ja i wasz najemnik pozbędziemy się go i nakarmimy nim jego koty.

— Nie zgadzam się! — zaprotestował Jefri Lion. — Nie chcę żadnych trupów!

— Doprawdy? — zdziwił się Nevis, po czym wskazał Ricę Dawnstar. — Skoro tak, to po co ją zatrudniasz? — Uśmiechnął się obleśnie do kobiety, a ona zrewanżowała mu się okrutnym skrzywieniem ust. — Oho! — powiedział przyciszonym głosem. — Wiedziałem, że tu przyjdzie. Oto on, we własnej osobie.

Nikt z nich, może z wyjątkiem Riki Dawnstar, nie miał wielkiego doświadczenia w tajnych operacjach, wszyscy bowiem jak na komendę odwrócili się do drzwi i wytrzeszczyli oczy na człowieka, który właśnie wszedł do lokalu. Był bardzo wysoki — prawie dwa i pół metra — i dźwigał przed sobą ogromne, szeroko rozlane brzuszysko. Trzymał się bardzo prosto, miał duże dłonie, pozbawioną wyrazu pociągłą twarz, cerę białą jak kreda i skórę zupełnie pozbawioną włosów. Ubrany był w jaskrawoniebieskie spodnie i kasztanową koszulę o bufiastych rękawach z wytartymi, lekko postrzępionymi mankietami.

Chyba poczuł na sobie ich wzrok, odwrócił bowiem ku nim doskonale obojętną twarz i zrewanżował się pustym spojrzeniem. Pierwsza opuściła oczy Celise Waan, potem uczynił to Jefri Lion, a na końcu Anittas.

— Kto to jest? — zapytał cyborg.

— Wackerfuss mówi na niego Tuffy — powiedział Nevis. — Naprawdę nazywa się Haviland Tuf.

Haviland Tuf z delikatnością zupełnie niepasującą do jego rozmiarów usunął z pola gry ostatni zielony pion, wyprostował się i z satysfakcją przyjrzał się planszy. Było na niej czerwono: czerwone krążowniki, czerwone niszczyciele, czerwone warownie i czerwone forty planetarne.

— Wygląda na to, że będę zmuszony ogłosić swoje zwycięstwo.

— Znowu! — westchnęła Rica Dawnstar, po czym przeciągnęła się, by rozprostować zdrętwiałe mięśnie. Skulona w fotelu, spędziła przy planszy kilka godzin. Poruszała się płynnie jak lwica i ani na chwilę nie rozstawała się z igłaczem. Teraz miała go w kaburze pod pachą.

— A gdybym zdobył się na śmiałość i zaproponował jeszcze jedną partię? — zapytał Tuf.

— Wielkie dzięki — odparła Dawnstar i roześmiała się głośno. — Jesteś w tym zbyt dobry. Co prawda mam we krwi zamiłowanie do hazardu, ale z tobą to żaden hazard, bo z góry można przewidzieć wynik. Znudziło mi się przegrywanie.

— Przyznam, że do tej pory sprzyjało mi nadzwyczajne szczęście — powiedział Haviland Tuf. — Bez wątpienia wyczerpałem już cały jego zapas, w związku z czym podczas najbliższego starcia pokona mnie pani bez trudu.

— Och, ja też w to nie wątpię, ale jeśli pozwolisz, zaczekam do chwili, kiedy dojdę do wniosku, że umieram z nudów. Na pocieszenie pozostaje mi świadomość, że przynajmniej jestem lepsza od Liona. Zgadza się, Jefri?

Jefri Lion siedział w kącie sterowni, wertując stosy starych wojskowych czasopism. Maskująca bluza upodobniła się do głębokiego brązu syntetycznego drewna, którym obito gródź.

 

— W tej grze nie sprawdzają się podstawowe zasady sztuki wojennej — odparł z irytacją. — Zastosowałem taką samą taktykę jak Stephan Cobalt Northstar, kiedy dowodził Trzynastą Flotą w wojnie o Hrakkean. Odpowiedź Tufa była pozbawiona najmniejszego sensu. Na prawdziwym polu walki przegrałby z kretesem.

— Zaiste — rzekł Haviland Tuf. — Ma pan nade mną ogromną przewagę. Bądź co bądź, jest pan znakomitym znawcą historii wojskowości, ja zaś tylko skromnym kupcem. Nie dysponuję nawet cząstką pańskiej ogromnej wiedzy dotyczącej wielkich bitew historii. Nie wątpię, iż swoje zwycięstwa mogę zawdzięczać wyłącznie niedoskonałości zasad rządzących grą oraz własnej niewybaczalnej ignorancji, tym bardziej więc pragnąłbym uzupełnić rażące luki w moim wykształceniu. Gdyby zechciał pan raz jeszcze zasiąść do gry, mógłbym starannie przeanalizować pańską mistrzowską strategię i wzbogacić skromny arsenał środków, jakimi jestem zmuszony się posługiwać, nieudolnie dążąc do zwycięstwa.

Jefri Lion, którego srebrzysta flota nieodmiennie pierwsza znikała z planszy podczas wszystkich dotychczasowych rozgrywek, odchrząknął i podrapał się po głowie.

— Widzisz, Tuf…

Z niezręcznej sytuacji wybawiły go przeraźliwy wrzask oraz stek przekleństw, które dobiegły z sąsiedniego pomieszczenia. Haviland Tuf z zaskakującą zwinnością poderwał się na nogi i ruszył do wyjścia ze sterowni. Rica Dawnstar deptała mu po piętach.

W chwili, kiedy wyszli na korytarz, z kajuty mieszkalnej wypadła Celise Waan, ścigając małe czarno-białe stworzenie, które przecisnęło się między ich nogami i umknęło do sterowni.

— Łapać go! — wrzasnęła Celise. Miała czerwoną, nabrzmiałą twarz, a jej oczy miotały wściekłe błyski.

Drzwi były wąskie, Haviland Tuf wysoki i szeroki.

— W jakim celu, jeśli można wiedzieć? — zapytał, zastępując jej drogę.

Antropolog pokazała mu lewe przedramię. Widniały na nim trzy krótkie, ale dość głębokie zadrapania, z których sączyła się krew.

— Zobacz, co ten drań mi zrobił!

— Zaiste — odparł Tuf. — A co pani jemu zrobiła?

Z kajuty wyszedł uśmiechnięty złośliwie Kaj Nevis.

— Wzięła go za kark, żeby rzucić nim o ścianę — wyjaśnił.

— Leżał na moim łóżku! — zaskrzeczała Celise. — Chciałam uciąć sobie drzemkę, przychodzę, patrzę, a ten drań leży na moim łóżku! — Gwałtownie odwróciła się do Nevisa. — A ty przestań głupio szczerzyć zęby! Wystarczy, że w piątkę musimy tłoczyć się na tym zasmarkanym dziadowskim statku. Nie zgadzam się, żeby przez cały czas pętały mi się pod nogami jakieś obrzydliwe zwierzęta! To wszystko twoja wina, Nevis. Ty nas w to wpakowałeś, więc teraz zrób coś. Żądam, żeby Tuf natychmiast pozbył się tych szkodników, rozumiesz? Natychmiast!

— Przepraszam…

Tuf obejrzał się przez ramię, po czym odsunął się na bok.

— Czy właśnie tego szkodnika masz na myśli? — zapytała Dawnstar, wyłaniając się ze sterowni. Lewą ręką tuliła do piersi kota, prawą głaskała go po futrze. Było to ogromne kocisko o długiej szarej sierści i żółtych, arogancko patrzących ślepiach. Z pewnością ważył co najmniej dziesięć kilogramów, jednak Rica trzymała go bez najmniejszego wysiłku, jakby był maleńkim kociakiem. — Co, twoim zdaniem, Tuf powinien zrobić z Muchomorem?

Kot zaczął mruczeć.

— Ten, który mnie skaleczył, był mniejszy i czarno-biały, ale z tego też jest kawał drania. Spójrzcie na moją twarz! Zobaczcie, co ze mną zrobiły! Ledwo oddycham, ciągle się pocę, a jak tylko położę się spać, zaraz któryś z nich ładuje mi się na pierś! Wczoraj przygotowałam sobie małą przekąskę, ale musiałam na chwilę wyjść, a kiedy wróciłam, ten czarno-biały bawił się na podłodze moimi ciastkami! Nic nie da się ukryć przed tymi potworami. Straciłam już dwa pióra świetlne i ulubiony pierścionek, a teraz to… ta… ten niesłychany akt agresji! Mam tego dosyć. Domagam się stanowczo, żeby te zwierzęta natychmiast zostały zamknięte w ładowni. Natychmiast, słyszysz mnie?

— Dziękuję, wciąż cieszę się dość dobrym słuchem — odparł Haviland Tuf. — Jeśli do końca naszej podróży nie odzyska pani swojej własności, z przyjemnością wynagrodzę pani wszelkie straty, jeżeli jednak chodzi o pani prośbę dotyczącą Muchomora i Furii, to co prawda z przykrością, ale jednak będę zmuszony odmówić.

— Jestem pasażerem tej kupy złomu, która nie wiadomo czemu udaje statek kosmiczny! — zawyła Celise.

— Widzę, że z niewiadomych powodów wątpi pani nie tylko w sprawność mojego słuchu, ale także w inteligencję. To oczywiste, że jest pani tutaj pasażerem. Nie musi pani o tym nikomu przypominać. Pozwolę sobie jednak zwrócić pani uwagę, że statek, który tak beztrosko pani obraża, choć może skromny i nie najnowocześniejszy, stanowi jednak cały mój dobytek i jest moim domem. Co więcej, choć jako pasażer z pewnością cieszy się pani pewnymi przywilejami, logika nakazuje, aby Muchomorowi i Furii przysługiwały przywileje jeszcze rozleglejsze, a to z tej prostej przyczyny, że oboje są stałymi mieszkańcami tego lokalu, jeśli wolno mi się tak wyrazić. Nie mam zwyczaju brać pasażerów na pokład „Rogu Obfitości Znakomitych Towarów po Nadzwyczaj Niskich Cenach". Jak z pewnością zauważyliście, z trudem sam mieszczę się w jego ciasnych pomieszczeniach; niestety, ostatnio poniosłem dość bolesne straty finansowe i nie będę ukrywał, że w chwili, kiedy Kaj Nevis złożył mi swoją propozycję, bliski byłem wyczerpania zapasu kredytek. Uczyniłem wszystko, co w mojej mocy, żeby zapewnić wam jak największe wygody na pokładzie mego statku, który pani darzy trudną do wytłumaczenia pogardą, do tego stopnia, że udostępniłem wam część mieszkalną, sam zaś umościłem sobie legowisko w sterowni. Przeczuwam, że coraz szybszymi krokami zbliża się chwila, kiedy mimo wszystko zacznę żałować, że uległem głupiemu altruistycznemu impulsowi, który kazał mi zabrać was na pokład, tym bardziej że moje wynagrodzenie z trudem wystarczyło na uzupełnienie zapasów paliwa i żywności oraz uiszczenie opłat portowych. Zaczynam podejrzewać, iż z zimną krwią wykorzystaliście moją trudną sytuację finansową, niemniej jednak jestem człowiekiem honoru i uczynię wszystko, co w mojej mocy, żeby bezpiecznie dostarczyć was do tajemniczego celu waszej podróży. W zamian oczekuję, że będziecie przynajmniej tolerować obecność Muchomora i Furii, tak samo jak ja toleruję waszą.

— Niesłychane! — parsknęła z wściekłością Celise Waan.

— Zaiste — odparł Haviland Tuf.

— Nie zamierzam ani chwili dłużej znosić takiego traktowania — oświadczyła antropolog. — Nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy tłoczyć się tu jak żołnierze w koszarach. Z zewnątrz ten statek nie wyglądał na aż tak mały! — Wyciągnęła pulchną rękę. — Dokąd prowadzą te drzwi?

— Do luków, szanowna pani — wyjaśnił spokojnie Tuf. — Jest ich szesnaście i nawet najmniejszy ma objętość dwukrotnie większą od mojej skromnej kwatery.

— Aha! — wykrzyknęła triumfalnie Waan. — Wieziesz jakiś ładunek?

— Luk numer szesnaście jest wypełniony po brzegi plastykowymi kopiami masek używanych przez mieszkańców planety Coogli podczas orgiastycznych obrzędów. Niestety, nie udało mi się sprzedać masek na ShanDellor, co zawdzięczam wyłącznie nieuczciwej konkurencji ze strony Noaha Wackerfussa, który podstępnie obniżył cenę, w ten sposób pozbawiając mnie nadziei na choćby najskromniejszy zysk. W luku numer dwanaście zgromadziłem rzeczy osobiste, rozmaite pamiątki, drobiazgi i bibeloty. Pozostałe luki są puste.

— Wspaniale! — wykrzyknęła Celise Waan. — Wobec tego urządzimy sobie z nich jednoosobowe kajuty. Myślę, że nie będzie problemu z przeniesieniem posłań?

— Najmniejszego — potwierdził Haviland Tuf.

— W takim razie na co czekasz? — parsknęła antropolog.

— Jak sobie pani życzy — odparł Tuf. — Czy zechce pani również wypożyczyć skafander próżniowy?

— A po co, do jasnej cholery?

— W lukach nie ma systemu podtrzymywania życia — poinformowała ją Rica Dawnstar, zanim Tuf zdążył otworzyć usta. — Nie ma też powietrza. Ani ogrzewania. Ani ciśnienia. Ani nawet grawitacji.