Dzikie kartyTekst

Z serii: Dzikie karty #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Kenowi Kellerowi, wychowanemu na tych samych czterech kolorach

Od redaktora wydania oryginalnego

Dzikie karty to zbiór utworów opisujących wymyśloną rzeczywistość, której historia rozwija się równolegle do naszej. Nazwiska i postacie pojawiające się na kartach niniejszej książki są fikcyjne lub osadzone w fikcyjnym kontekście. Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych wydarzeń, miejsc lub postaci jest zupełnie przypadkowe. Eseje, artykuły i inne urywki dzieł cytowanych w niniejszej antologii są całkowicie fikcyjne. Nie było naszym zamiarem opisywanie istniejących twórców albo też sugerowanie, że taka osoba rzeczywiście istniała, publikowała lub przesyłała nam swoje eseje, artykuły lub inne dzieła cytowane w niniejszej antologii.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog

za: Dzikie czasy: opowieść o latach powojennych, Studs Terkel (Pantheon, 1979)

Herbert L. Cranston

Wiele lat później, gdy zobaczyłem, jak Michael Rennie wychodzi z latającego spodka w filmie Dzień, w którym stanęła Ziemia, nachyliłem się do żony i szepnąłem: „I właśnie tak powinien wyglądać emisariusz obcych”. Zawsze podejrzewałem, że zainspirowało ich przybycie Tachiona, lecz przecież wiadomo, jak Hollywood lubi zmieniać historie. Ale ja byłem tam osobiście, więc mogę wam powiedzieć, jak to naprawdę wyglądało. Po pierwsze, statek wylądował w White Sands, a nie w Waszyngtonie. Posłaniec nie miał robota i nikt go nie postrzelił. Chociaż, biorąc pod uwagę, co się stało później… może należało?

Jego statek… no cóż, nie był żadnym latającym spodkiem, nie przypominał przejętych przez nas V-2, ani nawet rakiet księżycowych na tablicach Wernera. Naruszał wszystkie znane prawa aerodynamiki i szczególną teorię względności.

Wylądował w nocy. Jego statek cały migotał światełkami, był to chyba najpiękniejszy widok, jaki widziałem w życiu. Usadowił się pośrodku strefy zasięgu, bez pomocy rakiet, śrub, rotorów i jakiegokolwiek widocznego napędu. Zewnętrzna powłoka trochę przypominała koral albo jakąś inną porowatą skałę, pokrytą wirami i ostrogami, jak formacja skalna w wapiennej jaskini albo na dnie morza.

Siedziałem w pierwszym samochodzie, który dotarł na miejsce. Nim wysiedliśmy, Tachion zdążył już wyjść ze statku. Michael Rennie przynajmniej wzbudzał respekt w tym srebrnym kombinezonie, ale ten tutaj? Wyglądał jak nieślubne dziecko trzech muszkieterów i artysty cyrkowego. Przyznam się uczciwie, że podczas jazdy wszyscy mieliśmy niezłego pietra, i rakietowcy, i jajogłowi, i żołnierze. Przypomniałem sobie tę inscenizację Mercury Theater w trzydziestym dziewiątym roku, kiedy Orson Welles wmówił wszystkim, że Marsjanie najeżdżają New Jersey i przez chwilę pomyślałem, że teraz coś takiego dzieje się naprawdę. Ale potem, gdy Tach stanął w świetle reflektorów, na tle swojego statku, wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. W ogóle nie wyglądał strasznie.

Był niski, miał metr sześćdziesiąt wzrostu, i szczerze mówiąc, zdawał się bardziej wystraszony od nas. Ubrany był w zielone rajtuzy, które w połowie łydek przechodziły w buty, i pomarańczową koszulę z frymuśnymi koronkami przy kołnierzu i nadgarstkach oraz jakąś srebrną brokatową kamizelkę, bardzo obcisłą. Na to wszystko narzucił kanarkowożółty płaszcz i zieloną pelerynę, która powiewała na wietrze i owijała mu się wokół kostek. Na głowę włożył kapelusz z szerokim rondem z zatkniętym czerwonym piórkiem i dopiero gdy podszedłem bliżej, zobaczyłem, że służy do pisania. Włosy opadały mu aż na ramiona i w pierwszej chwili pomyślałem, że to chyba kobieta. Te włosy też były zresztą dziwne, takie rude i błyszczące jak miedziany drucik.

Nie wiedziałem, co o nim myśleć, ale jeden z naszych Niemców szepnął, że wygląda zupełnie jak Francuz.

Ledwie nadjechaliśmy, facet od razu podszedł do jeepa, zupełnie niezrażony. Brnął przez piach z wielką torbą pod pachą. Przedstawił się nam z imienia i nadal się przedstawiał, gdy nadjechały pozostałe cztery jeepy. Lepiej mówił po angielsku niż większość naszych Niemców, choć miał dziwny akcent. Chociaż trudno to było ocenić, bo pierwsze dziesięć minut spędził na wymawianiu własnego imienia.

Byłem pierwszym człowiekiem, który z nim rozmawiał. Przysięgam na Boga. Nieważne, co powiedzą inni, zaręczam, że to byłem ja. Wysiadłem z jeepa, wyciągnąłem rękę i powiedziałem:

— Witamy w Ameryce.

Zacząłem się przedstawiać, ale on mi przerwał.

— Herbert Cranston z Cape May w New Jersey. Specjalista od technologii rakietowych. Doskonale. Ja też jestem naukowcem.

Nie przypominał żadnego z naukowców, jakich w życiu widziałem, ale uznałem, że przecież przybył z kosmosu. Bardziej zastanawiało mnie, skąd zna moje imię, więc zapytałem.

Zamachał koronkami, jakby zniecierpliwiony.

— Odczytałem pańskie myśli. To bez znaczenia. Panie Cranston, nie mamy wiele czasu. Ich statek się rozpadł. — W chwili gdy to mówił, zdawał się niemal chory — smutny i obolały, ale i wystraszony. A do tego bardzo, bardzo zmęczony. Potem zaczął nawijać o tej kuli. Tak, jasne, obcy przynieśli kulę wypełnioną wirusem dzikiej karty, teraz wszyscy to wiedzą, ale wtedy nie miałem pojęcia, o czym ten facet bredzi. Kula zginęła, a on musiał ją odzyskać i miał nadzieję, że nadal jest nieuszkodzona. Chciał rozmawiać z naszymi przywódcami. Pewnie wyciągnął te nazwiska z mojej głowy, bo wymienił Wernera i Einsteina, i prezydenta, tylko mówił o nim: „Ten wasz prezydent, Harry S. Truman”. Następnie wsiadł do jeepa i dodał: — Zaprowadźcie mnie do nich. Natychmiast.

Profesor Lyle Crawford Kent

W pewnym sensie to ja wymyśliłem mu przezwisko. Jego prawdziwe imię ze wszystkimi patronimikami było niedorzecznie długie. Kilkoro z nas próbowało je trochę skrócić, używając tej lub innej cząstki, ale na jego planecie, Takis, podobno uważano to za ciężkie naruszenie etykiety. Bez przerwy nas poprawiał, powiedziałbym, że dość arogancko, niczym jakiś starszy nauczyciel strofujący grupkę uczniów. No cóż, musieliśmy go jakoś nazywać, do licha. Najpierw wynikła kwestia tytułu. Mogliśmy mówić do niego „wasza wysokość”, bo podobno na swojej planecie był jakimś księciem, ale Amerykanie nigdy nie lubili się płaszczyć przed arystokracją. Wspomniał też, że jest lekarzem, choć nie w tym znaczeniu, jakiego tutaj używamy, ale tak czy inaczej dobrze znał się na genetyce i biochemii, w których podobno się specjalizował. Większość naszego zespołu miała tytuły naukowe i tak się do siebie zwracała. Dlatego dość szybko zaczęliśmy do niego mówić „doktorze”.

Technologowie rakietowi dostali fioła na punkcie jego statku i snuli najróżniejsze teorie na temat tego, jaki napęd nadświetlny może wykorzystywać. Niestety, nasz takizjański gość bardzo chciał dotrzeć na Ziemię przed przybyciem swoich kuzynów i podróżował tak szybko, że przepalił swój napęd, a do tego odmawiał wpuszczenia kogokolwiek na pokład — zarówno wojskowych, jak i cywilów. Werner i jego Niemcy mogli tylko zadawać pytania, co czynili skwapliwie, może nawet kompulsywnie. Z tego, co zrozumiałem, fizyka teoretyczna i technologia pojazdów kosmicznych nie były specjalnością naszego gościa, ale zrozumieliśmy z tego tyle, że napęd wykorzystuje nieznaną nam wcześniej cząstkę poruszającą się szybciej od światła.

Obcy podał nam jej takizjańską nazwę, równie niewymawialną jak jego własne imię. No cóż. Podobnie jak wszyscy wykształceni ludzie, znałem trochę klasycznej greki i miałem żyłkę do nazewnictwa. To ja wymyśliłem określenie „tachion”. Żołnierze trochę zamotali i zaczęli mówić o naszym kosmicie „ten cały tachion”. Fraza szybko się przyjęła i już tylko krok dzielił go od ostatecznego przezwiska „Doktor Tachion”, pod którym później zasłynął w prasie.

Pułkownik Edward Reid, wywiad wojskowy armii Stanów Zjednoczonych (emeryt.)

Chcecie, żebym się przyznał, tak? Każdy z tych przeklętych reporterów, z którym później rozmawiałem, tylko czekał, żebym powiedział to głośno. W porządku, powiem: popełniliśmy błąd. I słono za to zapłaciliśmy. Wiecie, że już po fakcie chcieli postawić cały zespół przesłuchujący przed sądem wojskowym? Tak było.

Sęk w tym, że nie mam pojęcia, co konkretnie mieliśmy zrobić inaczej. Byłem szefem tego zespołu i wiem, co mówię.

Co w zasadzie wiedzieliśmy na temat tego gościa? Nic, z wyjątkiem tego, co sam nam powiedział. Jajogłowi traktowali go, jakby był nowo narodzonym Jezuskiem, ale wojskowi muszą być ostrożniejsi. Żeby zrozumieć nasze postępowanie, postawcie się na naszym miejscu i przypomnijcie sobie, co to były za czasy. Historia, którą opowiedział nam ten facet, była całkowicie niedorzeczna, a w dodatku nie miał żadnych dowodów na jej potwierdzenie.

No dobra, przyleciał tym śmiesznym samolotem rakietowym — który właściwie nie miał rakiet. To dość imponujące. Może ten samolot faktycznie przybył z kosmosu? A może nie. Może był to jeden z tych tajnych projektów, nad którymi naziści pracowali w czasie wojny. Pod koniec mieli przecież silniki odrzutowe i pociski V-2, i nawet zaczęli pracować nad bombą atomową. Może zmajstrowali go Rosjanie? Nie miałem pojęcia. Gdyby Tachion pozwolił nam obejrzeć statek, nasi chłopcy pewnie by się zorientowali, że nie pochodzi z Ziemi. Ale on nie wpuszczał nikogo do środka, co wydało mi się co najmniej podejrzane. Czyżby coś ukrywał?

 

Powiedział, że przybył z planety Takis. Nie wiem, jak wy, ale ja nigdy wcześniej nie słyszałem o żadnej Takis. Mars, Wenus, Jowisz, jasne. Nawet Mongo i Barsoom. Ale Takis? Zadzwoniłem do kilkunastu najlepszych astronomów w całym kraju, nawet do jednego gościa w Anglii. „Gdzie jest planeta Takis?”, zapytałem. „Nie ma takiej”, powiedzieli wszyscy.

Facet podobno był kosmitą, tak? Zbadaliśmy go. Kilka badań przedmiotowych, rentgeny, seria testów psychologicznych, cały zestaw. Okazało się, że to człowiek. Jakkolwiek byśmy go oglądali, zawsze wychodził nam zwykły człowiek. Żadnych dodatkowych organów, żadnej zielonej krwi, pięć palców u ręki, pięć u nogi, dwa jaja, jeden fiut. Ten skurwiel był dokładnie taki jak wy czy ja. Nawet mówił po angielsku, na Boga. Ale — zauważcie — mówił też po niemiecku. I po rosyjsku, i francusku, i jeszcze w paru językach, nie pamiętam jakich. Zrobiłem nagranie naszych sesji i odegrałem zawodowemu lingwiście, który powiedział, że facet mówi z akcentem środkowoeuropejskim.

A ci znachorzy od głowy? Rany, powinniście zobaczyć ich raporty. Klasyczna paranoja, mówili. Megalomania. Schizofrenia. Wszystko naraz. I trudno się dziwić: facet twierdził, że jest księciem z kosmosu i ma jakieś pieprzone moce magiczne i że przybył tu, by ocalić naszą planetę. Czy to brzmi jak słowa kogoś normalnego?

I powiem wam jeszcze coś o tych jego mocach. Przyznam, że właśnie to nie dawało mi spokoju. Tachion nie tylko umiał odczytać myśli. Potrafił spojrzeć na kogoś z ukosa, a wtedy gość nagle wskakiwał na biurko i ściągał spodnie, obojętnie, czy tego chciał, czy nie. Spędzałem z nim codziennie kilka godzin i w końcu facet mnie przekonał. Problem w tym, że moje raporty nie przekonały dowództwa na wschodnim wybrzeżu. Uważali, że to jakieś oszustwo, że gość nas hipnotyzuje, czyta z mowy ciała, wykorzystuje jakieś triki psychologiczne, by wmówić nam, że naprawdę czyta w myślach. Zamierzali nam przysłać hipnotyzera, ale zanim tu dotarł, wszystko pieprznęło.

Nie zadawał prawie żadnych pytań. Bez przerwy powtarzał tylko, że musi porozmawiać z prezydentem, żeby zmobilizować całą amerykańską armię i rozpocząć poszukiwania rozbitego statku. Sam oczywiście dowodziłby całą akcją, nikt inny nie miał odpowiednich kwalifikacji. Nasi najlepsi naukowcy mogli mu posłużyć jako asystenci. Żądał, żeby dostarczyć mu radary, odrzutowce, psy gończe i jakieś dziwne maszyny, o których nikt w życiu nie słyszał. Żądał wszystkiego, co się dało. Aha, i nie chciał się z nikim konsultować. Facet wyglądał jak fryzjer gej, ale wydawał rozkazy takim tonem, jakby miał co najmniej trzy gwiazdki na rękawie.

I po co to wszystko? Wyjaśnienie było naprawdę przednie. Na tej jego planecie, Takis, mieszkało kilkadziesiąt potężnych rodzin, które wszystkim trzęsły, tacy arystokraci, tylko obdarzeni magiczną mocą. Większość czasu spędzali na ciągłych przepychankach, walcząc ze sobą jak Hatfieldowie i McCoyowie. Aż w końcu jego rodzina wynalazła tajną broń, nad którą pracowali już od kilku wieków. Sztucznie wyhodowany wirus dostosowujący się do organizmu nosiciela, zmieniający informację genetyczną. Tachion podobno należał do zespołu badawczego.

No dobrze, postanowiłem go podpuścić. Spytałem: „To co właściwie robi ten wirus?”. I teraz wyobraźcie sobie, co odpowiedział mi ten facet: „Wszystko”.

Potem wyjaśnił, że docelowo wynalazek miał wzmacniać ich moce umysłowe, może nawet wykształcić nowe zdolności, pomóc im ewoluować, zmienić ich jakby w bóstwa, co na pewno zapewniłoby im przewagę nad pozostałymi. Ale okazało się, że wirus nie zawsze działa zgodnie z planem. Czasem tak. Najczęściej po prostu zabijał ofiarę. Tachion godzinami rozwodził się nad tym, jakie to niebezpieczne, i przyznam, że ciarki mnie przeszły. „Jakie są symptomy infekcji?”, spytałem. Wtedy w czterdziestym szóstym wiedzieliśmy już co nieco o broni biologicznej. Chciałem wiedzieć, czego właściwie szukamy.

Nie potrafił podać konkretnych symptomów. „To sprawa indywidualna”, powiedział. Symptomy mogą być najróżniejsze. Słyszeliście kiedyś o takim wirusie? Bo ja nie.

Potem Tachion wspomniał, że czasami nie zabija ludzi, tylko zmienia ich w dziwadła. „Jakie dziwadła?”, spytałem. „Najróżniejsze”, odpowiedział. Przyznałem, że brzmi to groźnie, i spytałem, czemu jego krewni nie użyli tego wynalazku przeciwko innym rodzinom. „Ponieważ — wyjaśnił Tachion — czasem wirus działa zgodnie z planem, przebudowuje genotyp ofiary i daje jej moce”. Jakie moce? Oczywiście najróżniejsze.

A zatem obcy mieli taką zabawkę. Nie chcieli użyć jej na swoich przeciwnikach, bo mogliby przez przypadek obdarzyć ich mocami. Nie chcieli użyć jej na sobie, bo mogliby wybić połowę rodziny. Ale nie zamierzali tego tak zostawić. Postanowili przetestować tę broń na nas. Dlaczego na nas? Ponieważ mamy identyczną genetykę — jedyny taki gatunek w znanym im wszechświecie — a wirus został dostosowany do takizjańskiego genotypu. Jak do tego doszło? Niektórzy uważali, że to zasługa ewolucji równoległej, inni sądzili, że Ziemia to zaginiona takizjańska kolonia. Tachion nie wiedział i wcale go to nie interesowało.

Obchodził go sam eksperyment. Uważał, że to „niegodne”. Protestował, ale nikt z rodziny go nie słuchał. Statek wystartował. A wtedy Tachion postanowił powstrzymać ich, sam jeden. Podążył za nimi mniejszym statkiem i zarżnął swój napęd tachionowy, byle tylko ich wyprzedzić. Gdy zagrodził im drogę, kazali mu spierdalać, chociaż był przecież ich krewnym, i wywiązała się z tego jakaś kosmiczna bitwa. Jego statek został uszkodzony, ich też i oba się rozbiły. Powiedział, że tamci prawdopodobnie spadli gdzieś na wschodzie. Nie mógł ich śledzić, bo instrumenty mu wysiadły, więc wylądował w White Sands i spróbował znaleźć pomoc.

Nagrałem całą historię na taśmę. Wywiad wojskowy skontaktował się potem z całą gromadą ekspertów: biochemików, lekarzy specjalistów od broni biologicznej, naprawdę wszystkich. Podobno istnieje jakiś kosmiczny wirus, powiedzieliśmy, symptomy są całkowicie losowe i nieprzewidywalne. „To niemożliwe”, odparli. To kompletny absurd. Jeden z nich nawet palnął mi wykład o tym, że ziemskie zarazki nie byłyby w stanie zainfekować Marsjan tak, jak to opisano w tej książce H.G. Wellsa, a marsjańskie mikroby nie byłyby w stanie zaatakować nas. Co mieliśmy zrobić? Wymieniliśmy parę żartów o marsjańskiej grypie i gorączce rakietowej. Ktoś, nie wiem kto, określił rzekomą broń mianem „wirus-dzika karta” i szybko się przyjęło, choć żaden z nas ani przez chwilę w to nie wierzył.

Sytuacja już była napięta, a Tachion jeszcze ją pogorszył, próbując ucieczki. Prawie mu się udało, ale jak mówił mój staruszek, „prawie” liczy się tylko przy rzucaniu podkową i granatem. Pentagon przysłał swojego człowieka, żeby go przepytał, jakiegoś pułkownika nazwiskiem Wayne, a wtedy Tachionowi skończyła się cierpliwość. Przejął kontrolę nad pułkownikiem i obaj wymaszerowali z budynku. Gdy wartownik próbował ich zatrzymać, Wayne krzyknął, że mają ich przepuścić, a że był wyższy stopniem, wszyscy zeszli mu z drogi. Twierdził, że będzie eskortował Tachiona z powrotem do Waszyngtonu. Wzięli jeepa i dotarli aż do statku, ale tymczasem jeden ze strażników zadzwonił do mnie i moi ludzie już na nich czekali. Kazałem im zignorować wszystko, co tylko powie pułkownik Wayne. Wsadziliśmy Tachiona do aresztu i trzymaliśmy pod strażą. Wprawdzie miał te swoje magiczne moce, ale nie na wiele mu się przydały. Mógł omamić co najwyżej trzy– cztery osoby, ale nie wszystkich, a wtedy byliśmy już wyczuleni na jego sztuczki.

Może ta ucieczka to nie był dobry pomysł, ale po tym ktoś w końcu załatwił mu tę rozmowę z Einsteinem, o którą męczył nas od początku. Pentagon powtarzał, że facet jest najlepszym hipnotyzerem świata, ale nikt z nas już im nie wierzył, a powinniście usłyszeć, co myślał o tym pułkownik Wayne. Jajogłowi też się spietrali. Tak czy inaczej, Wayne i ja wynegocjowaliśmy więźniowi przelot do Princeton. Uznałem, że rozmowa z Einsteinem nie może w niczym zaszkodzić, a może się na coś przyda. Statek został skonfiskowany, a z pasażera wyciągnęliśmy już wszystko, co się dało. Mówiono, że Einstein to największy umysł naszej epoki — może on coś z tego zrozumie?

Do tej pory niektórzy twierdzą, że wojsko odpowiada za całą późniejszą katastrofę, ale to nieprawda. Każdy jest mądry po szkodzie, ale ja nadzorowałem tę sprawę od samego początku i nawet na łożu śmierci będę przysięgał, że zachowaliśmy najwyższą ostrożność.

Najbardziej dopiekło mi całe to gadanie, jak to nie zrobiliśmy nic, żeby wyśledzić tę cholerną kulę z wirusami. Może popełniliśmy błąd, ale przecież nie byliśmy głupi i zrobiliśmy wszystko, by zabezpieczyć tyły. Każda wojskowa instalacja obserwacyjna dostała wytyczne, żeby wypatrywać rozbitego statku podobnego do muszli i migającego światłami. Czy to, kurwa, moja wina, że nikt nie potraktował nas poważnie?

Przyznajcie mi chociaż jedno. Gdy już rozpętało się piekło, w ciągu dwóch godzin wsadziłem Tachiona na transport do Nowego Jorku. Siedziałem na fotelu za nim. Ten rudy mazgaj jęczał i chlipał przez pół drogi. Ja modliłem się za Śmiga.

Trzydzieści minut nad Broadwayem!

OSTATNIA PRZYGODA ŚMIGA

HOWARD WALDROP

Lotnisko firmy Bonham Transport Lotniczy nieopodal Shantak w New Jersey było zasnute szarością. Mały szperacz na wieży ledwie odpychał napierającą ciemność wirującej mgły.

Na mokrym chodniku przed hangarem 23 rozległ się zgrzyt hamujących opon. Ktoś otworzył drzwi i prawie natychmiast je zatrzasnął. Czyjeś kroki zbliżyły się do drzwi z napisem „Tylko dla pracowników”. Ktoś pchnął drzwi. Do środka wszedł Scoop Swanson, niosąc aparat Kodak Autograph Mark II, a w drugiej ręce torbę pełną lamp i rolek filmu.

Lincoln Traynor podniósł głowę znad silnika zapasowego P-40, którego właśnie szykował dla pewnego pilota — szczęśliwiec kupił go na aukcji telefonicznej za dwieście trzydzieści dziewięć dolarów. Sądząc z kształtu silnika, prawdopodobnie był używany przez Latające Tygrysy w latach czterdziestych. W radiu akurat leciał jakiś mecz. Linc przyciszył.

— Hej, Linc.

— Hej.

— Jakieś wiadomości?

— Nie sądzę. Wczoraj przesłał telegram, że przyleci dzisiaj. Jak dla mnie, to wystarczy.

Scoop wziął zapalniczkę z ławki, zaciągnął się camelem i wydmuchnął dym w stronę tabliczki z napisem „Całkowity zakaz palenia”.

— Hej, a to co? — spytał, obchodząc samolot. Z tyłu zobaczył dwa czerwone przedłużenia skrzydeł i dwa dodatkowe zbiorniki paliwa, wydłużone w kształcie łez i pomalowane na czerwono, każdy po tysiąc trzysta pięćdziesiąt litrów.

— Kiedy to przywieźli?

— Air Corps przysłała je wczoraj z San Francisco. Dziś znów przyszedł telegram do niego. Możesz przeczytać, w końcu to ty będziesz pisać z tego reportaż. — Podał Scoopowi rozkaz z Departamentu Wojny.

Do: Śmig (Tomlin, Robert, brak drugiego imienia) Loco: Bonham Transport Lotniczy Hangar 23 Shantak, New Jersey

1. Poczynając od tego dnia, od godziny 12:00, 12 sierpnia 1946 r., nie pozostaje pan w czynnej służbie Sił Powietrznych Armii Stanów Zjednoczonych (USAAF).

2. Pański statek powietrzny (model eksperymentalny) (seria nr JB-1) zostaje wycofany z czynnej służby w ramach Sił Powietrznych Armii Stanów Zjednoczonych i przekazany panu jako prywatny samolot. Od tej pory nie przysługuje panu wsparcie ze strony Sił Powietrznych ani Departamentu Wojny.

3. Zaświadczenia, listy polecające i nagrody zostaną przekazane osobno.

4. Z naszych akt wynika, że Tomlin, Robert (brak drugiego imienia) nie uzyskał licencji pilota. Proszę skontaktować się z CAB w celu ukończenia kursu i uzyskania certyfikacji.

5. Czystego nieba i pomyślnych wiatrów.

Arnold H.H. szef sztabu, USAAF

cf. rozkaz wykonawczy nr 2, 08.12.1941

— Jak to „nie uzyskał licencji pilota”? — spytał dziennikarz. — Czytałem jego akta, mają chyba trzydzieści centymetrów grubości. Ten gość latał szybciej i dalej niż ktokolwiek inny — pięćset samolotów, pięćdziesiąt statków! I zrobił to bez licencji?!

Linc otarł smar z wąsów.

— Aha. W życiu nie widziałem dzieciaka, który miałby większego hopla na punkcie samolotów. W trzydziestym dziewiątym — miał pewnie ze dwanaście lat — usłyszał, że jest robota dla pilotów. Stawił się o czwartej rano — specjalnie zwiał z sierocińca. Oczywiście zaraz się po niego zjawili. Ale wtedy profesor Silverberg zdążył już zatrudnić go u siebie i jakoś to z nimi załatwił.

 

— Silverberg to ten, który uciekł przed nazistami? Zrobił pierwszy odrzutowiec?

— Aha. Prawdziwy geniusz, wyprzedzał wszystkich o całe lata, ale też straszny dziwak. Zrobiłem dla niego samolot, Bobby i ja złożyliśmy go własnymi rękami. Ale Silverberg skonstruował silnik odrzutowy, najbardziej niesamowity napęd, jaki widziałem w życiu. Naziści i Włosi, i ten Whittle w Anglii też zaczęli robić swoje. Ale Niemcy zorientowali się, że coś się tu święci.

— Skąd ten dzieciak nauczył się latać?

— Chyba zawsze umiał. — Lincoln wzruszył ramionami. — Któregoś dnia siedział tu koło mnie, pomagał mi wyginać blachę, a za chwilę siedział z profesorem w kokpicie i latali w kółko, sześćset pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. W ciemności, z tymi wczesnymi silnikami.

— Jakim cudem zdołali utrzymać to w tajemnicy?

— Nie zdołali. Szpiedzy przyszli po Silverberga. Po niego i po ten samolot. Bobby akurat był w powietrzu. Chyba już podejrzewali z profesorem, że na coś się zanosi. Silverberg zaczął się stawiać i naziści go zabili. Był potem straszny smród dyplomatyczny. W tamtych czasach JB-1 miał tylko sześć działek kaliber .30. Nie mam pojęcia, skąd profesor je wytrzasnął. Ale chłopak zestrzelił tym samochód pełen szpiegów i tę motorówkę na Hudson River wiozącą ludzi z ambasady. Wszyscy mieli wizy dyplomatyczne. Zaraz, chwileczkę. — Linc przerwał. — Kończy się doubleheader na Cleveland. Na Blue Network. — Podkręcił głośność małego odbiornika Philco stojącego ponad stojakiem na narzędzia.

— …Sanders do Papenfussa, ten do Volstada, podwójny aut! Sox tracą dwa punkty, Cleveland na prowadzeniu. Za chwilę wrócimy…

Linc wyłączył radio.

— No to miałem pięć dolców. Na czym stanęliśmy?

— Szkopy zabiły Silverberga, a Śmig się odegrał. Wyjechał potem do Kanady, prawda?

— Nieoficjalnie wstąpił do RCAF. Walczył w Bitwie o Anglię, potem poleciał do Chin walczyć z Tygrysami przeciw żółtkom, a potem jeszcze zdążył do Anglii, akurat na Pearl Harbor.

— Roosevelt go mianował?

— Tak jakby. Wiesz, to jest najzabawniejsze w tej jego karierze. Facet walczył przez całą wojnę, od trzydziestego dziewiątego do czterdziestego piątego, dłużej niż jakikolwiek inny Amerykanin, a potem pod sam koniec przepadł gdzieś na Pacyfiku. Przez rok wszyscy myśleli, że zginął. Aż tu nagle miesiąc temu znaleźli go na jakiejś bezludnej wyspie i teraz wraca do domu.

Rozległo się wysokie, piskliwe zawodzenie, jakby nurkującego samolotu śmigłowego. Dochodził z mglistego nieba. Scoop zgasił trzeciego camela.

— Jakim cudem chce wylądować w tej zupie?

— Ma radar pokładowy. Zdjął go z nocnego myśliwca w czterdziestym trzecim. Mógłby wylądować tym cackiem w cyrkowym namiocie o północy.

Podeszli do drzwi. Światła lądowania przecięły skłębioną mgłę. Zbliżyły się do przeciwległego krańca pasa startowego, po czym zawróciły, sunąc naprzód po drodze kołowania.

W światłach pasa owianych sinym oparem mgły mignął czerwony kadłub. Dwusilnikowy górnopłat zawrócił w ich stronę, podtoczył się i zatrzymał.

Linc Traynor umieścił podstawki pod tylnymi kołami. Owiewka uniosła się i odsunęła w tył. Samolot wyposażono w cztery działka 20 mm zamontowane w nasadach skrzydeł i jedno działko 75 mm umieszczone poniżej i na lewo od skraju kokpitu.

Samolot miał wysoki, wąski statecznik pionowy, a tylny ster wysokości przypominał kształtem ogon pstrąga. Spod wszystkich sterów wystawały lufy karabinów maszynowych. Jedyne oznaczenie stanowiły cztery niestandardowe gwiazdy USAAF otoczone czarną obwódką i numer seryjny JB-1 na wierzchu prawego i dole lewego skrzydła i pod statecznikiem.

Antena radarowa na nosie samolotu przypominała patyk do pieczenia kiełbasek.

Z kokpitu wyszedł chłopak w czerwonych spodniach, białej koszuli, niebieskim kasku i goglach. Mógł mieć dziewiętnaście, może dwadzieścia lat. Zszedł po drabince zrzuconej z lewej strony, po czym zdjął kask i gogle. Miał kręcone, ciemnoblond włosy, był niski i krępy.

— Cześć, Linc — powiedział i uściskał pucułowatego mężczyznę, poklepując go po plecach. Scoop pstryknął zdjęcie.

— Cieszę się, że cię widzę, Bobby — odparł Linc.

— Od dawna nikt mnie tak nie nazywał — stwierdził tamten. — Miło to znów usłyszeć.

— To jest Scoop Swanson — przedstawił kolegę Linc. — Dzięki niemu znów trafisz na szczyty sławy.

— Wolałbym do łóżka. — Pilot potrząsnął ręką reportera. — Gdzie tu można zjeść jakieś jajka na szynce?


Motorówka wpłynęła do portu we mgle. Nieopodal jakiś statek właśnie kończył czyścić zęzy i zawracał, by popłynąć na południe.

Przy nabrzeżu stało trzech ludzi: Fred, Ed i Filmore. Z motorówki wysiadł mężczyzna z walizką w ręku. Filmore pochylił się i wręczył sternikowi Lincolna i dwa Jacksony. Potem podał rękę pasażerowi z walizką.

— Witamy z powrotem, doktorze Tod.

— Dzięki, Filmore. Miło wrócić do domu — odparł mężczyzna. Ubrany był w workowaty garnitur i długi płaszcz, chociaż był sierpień. Naciągnął kapelusz głęboko na oczy. Blade światła pobliskiego magazynu wyłapały błysk metalu.

— To jest Fred, a to Ed — ciągnął Filmore. — Przyjechali tylko na dziś wieczór.

— Bry — powiedział Fred.

— Bry — zawtórował Ed.

Razem wrócili do samochodu, mercedesa z czterdziestego szóstego, przypominającego kształtem okręt podwodny. Tod i Filmore usiedli w środku i obserwowali zamglone uliczki po bokach. Potem Fred usiadł za kierownicą, a Ed na siedzeniu pasażera. W ręku trzymał obrzyn, kaliber 0.77.

— Nikt się mnie nie spodziewa — powiedział doktor Tod. — Nikogo już nie obchodzę. Wszyscy, którzy coś do mnie mieli, albo nie żyją, albo zeszli na uczciwą drogę. Jestem stary i zmęczony. Jadę na wieś hodować pszczoły, grać na wyścigach i na giełdzie.

— Nic pan nie planuje, szefie?

— Absolutnie nic.

Odwrócił się, gdy mijali latarnię. Połowa twarzy zniknęła — od szczęki do ronda kapelusza i od nosa do lewego ucha ciągnęła się gładka płytka.

— Przede wszystkim nie mogę już strzelać. Wyczucie głębi już nie to co kiedyś.

— Jasne — odparł Filmore. — Słyszeliśmy, że coś się panu przytrafiło, jeszcze w czterdziestym trzecim.

— Wszedłem w pewną nieco zyskowną operację w Afryce, kiedy Afrika Korps zaczął się rozpadać. Przeprowadzałem ludzi tam i z powrotem przy użyciu technicznie neutralnej floty. Po samych obrzeżach. Ale potem wpadłem na tego szalonego lotnika.

— Kogo?

— Dzieciaka w odrzutowcu. Używał ich wcześniej niż Niemcy.

— Wie pan co, szefie? Nie za bardzo śledziłem wojnę. Nie interesują mnie konflikty terytorialne.

— Słusznie, sam powinienem tak zrobić — zgodził się doktor Tod. — Wylatywaliśmy właśnie z Tunezji. Wieźliśmy parę ważnych szych. Pilot krzyknął. Coś wybuchło. Gdy się ocknąłem, był już ranek następnego dnia, a ja i jeszcze jeden facet siedzieliśmy w pontonie pośrodku Morza Śródziemnego. Twarz mnie bolała. Podniosłem się, a wtedy coś upadło na dno tratwy. Moje lewe oko. Patrzyło na mnie. Wtedy już wiedziałem, że nie jest dobrze.

— Powiedział pan: „dzieciak w odrzutowcu”?

— Tak. Później dowiedzieliśmy się, że alianci złamali nasze szyfry, a ten smarkacz przeleciał dziewięćset siedemdziesiąt kilometrów tylko po to, żeby nas dopaść.

— Chce się pan odegrać? — spytał Filmore.

— Nie. To było dawno temu. Już prawie nie pamiętam tamtej połowy twarzy. Po prostu nauczyłem się większej ostrożności. Uznałem, że to dobre ćwiczenie charakteru.

— A zatem żadnych planów, hm?

— Ani jednego.

— To miła odmiana — stwierdził Filmore.

Patrzyli, jak mijają ich latarnie.


Zapukał do drzwi, czując się głupio i niezręczne w nowym, trzyczęściowym garniturze.

— Otwarte! — zawołał kobiecy głos. — Zaraz będę gotowa — dodał ten sam głos, tym razem stłumiony.

Śmig otworzył dębowe drzwi w korytarzu i wszedł do środka. Minął szklano-ceglaną ściankę, oddzielającą pokój od przedsionka.