Brudne gryTekst

Z serii: Dzikie karty #5
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


George R.R. Martin

Brudne Gry


Tytuł oryginału

Wild Cards V: Down and Dirty ISBN 978-83-65676-49-8 Copyright © 1988 by George R.R. Martin and the Wild Cards Trust All rights reserved Copyright © 2016 for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań Cover art copyright © Michael Komarck Opracowanie graficzne okładki Mariusz Kula Redaktor Robert Cichowlas Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Do czytelników

Październik 1986 — kwiecień 1987 Tylko umarli znają Dżokerowo

I

II

III

IV

V

I wszyscy konni, i wszyscy dworzanie

I

Koncert dla syreny i serotoniny

I

Zerwanie

I wszyscy konni, i wszyscy dworzanie

II

Koncert dla syreny i serotoniny

II

Jezus był asem

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

I wszyscy konni, i wszyscy dworzanie

III

Koncert dla syreny i serotoniny

III

Maj 1987 I wszyscy konni, i wszycy dworzanie

IV

Więzy krwi

I

Koncert dla syreny i serotoniny

IV

Drugie przyjście Buddy’ego Holly’ego

Środa

Czwartek

Piątek

Sobota

Niedziela

Poniedziałek

Wtorek

Środa

Czwartek

Piątek

Sobota

Więzy krwi

II

Czerwiec 1987 I wszyscy konni, i wszyscy dworzanie

V

Koncert dla syreny i serotoniny

V

Odcień umysłu

Środa, 9.15

Piątek, 18.10

Poniedziałek, 14.30

Poniedziałek, 19.32

Wtorek, 22.50

Wtorek, 22.00

Czwartek, 23.45

Środa, 0.45

Czwartek, 3.40

Czwartek, 19.35

Więzy krwi

III

Uzależnienie od miłości

Zakończenie

Koncert dla syreny i serotoniny

VI

Więzy krwi

IV

Koncert dla syreny i serotoniny

VII

Więzy krwi

V

I wszyscy konni, i wszyscy dworzanie

VI

Śmiertelność

Więzy krwi

 

VI

Koncert dla syreny i serotoniny

VIII

Cóż za bestia...

Tylko umarli znają Dżokerowo

I wszyscy konni, i wszyscy dworzanie

VII

Nota wydawnicza

Dla Laury Mixon Wszystkim nam Ciebie brak

Do czytelników

W świecie rzeczywistym zawsze tysiące historii rozgrywają się jednocześnie. A my staramy się uczynić świat dzikich kart tak realnym, jak to tylko możliwe.

Poprzedni tom cyklu, Wyprawa asów, opisywał dzieje zorganizowanej przez Światową Organizację Zdrowia podróży wokół ziemskiego globu, która opuściła Nowy Jork pierwszego grudnia roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego i wróciła dwudziestego dziewiątego kwietnia roku następnego.

Pierwsza część tego tomu opowiada o wydarzeniach, które rozegrały się od października, gdy wyprawa jeszcze się nie zaczęła, aż po ostatnie dni kwietnia, kiedy jej pełna przeszkód wędrówka wreszcie się zakończyła.

Pozostałe części obecnej mozaiki są relacją z wydarzeń rozgrywających się w maju i czerwcu, gdy podróżnicy wrócili już do domów.

Październik 1986 — kwiecień 1987

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Tylko umarli znają Dżokerowo

John J. Miller

I

Brennan wędrował przez jesienną noc, jakby był jej częścią, czy może jakby ona była częścią jego.

Jesień przyniosła ze sobą chłód, przypominający mężczyźnie góry Catskill, choćby tylko jako ich blady cień. Tęsknił za nimi chyba najbardziej ze wszystkiego, ale dopóki Kien żył, pozostawały dla niego równie nieosiągalne, jak duchy nieżyjących przyjaciół oraz kochanek, ostatnio prześladujące go w snach. Kochał góry równie mocno, jak wszystkich ludzi, których zawiódł w ciągu minionych lat. Któż jednak mógłby pokochać brudne, ciągnące się bez końca miasto? Któż mógłby je poznać, czy choćby poznać samo Dżokerowo? Z pewnością nie on. Niemniej obecność Kiena wiązała go z tym miejscem równie mocno, jak łańcuchy z adamantytowej stali.

Przeciął ulicę i znalazł się na ciągnącym się przez pół przecznicy wysypisku graniczącym z Kryształowym Pałacem. Szósty zmysł myśliwego pozwalał mu postrzegać śledzące go spojrzenia. Przesunął torbę, w której niósł rozmontowany łuk, do wygodniejszej pozycji, nie po raz pierwszy zadając sobie pytanie, jakiego rodzaju stworzenia uczyniły sterty śmieci swoim domem. Raz czy dwa usłyszał ciche szelesty, które nie były głosem wiatru, ale nikt nie próbował go zatrzymywać, gdy dotarł do zardzewiałych schodów przeciwpożarowych, umocowanych na tylnej ścianie Kryształowego Pałacu. Wspiął się bezgłośnie na dach, przeszedł przez system bezpieczeństwa, który sprawiłby mu kłopoty, gdyby Poczwarka nie podała mu hasła, i zszedł przez zapadnię na drugie piętro budynku, będące prywatną domeną właścicielki. W korytarzu panowała nieprzenikniona ciemność, ale pamięć pozwoliła mu ominąć delikatne stoliki zastawione antycznymi bibelotami i dotrzeć do sypialni Poczwarki. Nie spała. Siedziała nago na swej pluszowej kozetce koloru czerwonego wina i stawiała pasjansa za pomocą talii antycznych kart.

Przyglądał się jej przez chwilę. Słaby różowy blask lampy od Tiffany’ego podświetlał jej szkielet, ledwie widoczne mięśnie, narządy wewnętrzne oraz sieć naczyń krwionośnych. Brennan patrzył, jak szkielet jej ręki przerzucił talię i wyciągnął asa pik.

Spojrzała na niego i uśmiechnęła się.

Uśmiech Poczwarki był zagadką, podobnie jak ona sama. Trudno było cokolwiek odczytać z jej warg oraz widmowych plam mięśni policzków i żuchwy — jedynych widocznych elementów twarzy dżokerki. Dlatego mógł oznaczać każdą z tysiąca różnych rzeczy, jakie zwykle wyraża uśmiech. Brennan postanowił zinterpretować go jako przywitanie.

— Długo cię nie było. — Obrzuciła go krytycznym spojrzeniem. — Tak długo, że zacząłeś zapuszczać brodę.

Zamknął za sobą drzwi i postawił torbę z łukiem pod ścianą.

— Miałem interes do załatwienia — odparł cichym, głębokim głosem.

— Tak. — Uśmiech nie znikał z jej twarzy, aż wreszcie mężczyzna nie był w stanie dłużej ignorować zawartej w nim groźby. — A pewne jego elementy weszły w konflikt z moim interesem.

Nie mogło być wątpliwości, co miała na myśli. Kilka tygodni temu, podczas Dnia Dzikiej Karty, Brennan wtargnął na zorganizowane przez Poczwarkę spotkanie, mające umożliwić przekazanie z rąk do rąk kilku bardzo wartościowych książek. Jedną z nich był osobisty dziennik Kiena. Brennan miał nadzieję, że znajdzie w nim dowody, które pozwolą mu wreszcie przygwoździć sukinsyna. Książka okazała się jednak bezwartościowa. Wszystko, co w niej napisano, uległo zniszczeniu.

— Przykro mi — odparł. — Potrzebowałem tego dziennika.

— Tak — powtórzyła. Widmowe mięśnie poruszyły się w jej twarzy w sposób sugerujący zmarszczenie czoła. — I przeczytałeś go?

— Tak — odparł Brennan po trwającym mgnienie oka wahaniu.

— I czy miałbyś coś przeciwko temu, by podzielić się zawartymi w nim informacjami?

To było raczej żądanie niż prośba. Mężczyzna doszedł do wniosku, że gdyby powiedział jej prawdę, nie przyniosłoby to nic dobrego. Zapewne doszłaby do wniosku, że Brennan próbuje zatrzymać wszystko dla siebie.

— Być może.

— W takim razie pewnie mogłabym ci wybaczyć — oznajmiła bez zbytniej wyrozumiałości w głosie. Zebrała karty, powoli i ostrożnie z uwagi na ich wiek oraz wartość, a następnie położyła je na stoliku na pajęczych nóżkach, stojącym przy kanapie. Potem odchyliła się ospale. Jej brodawki sutkowe kołysały się na niewidzialnych piersiach, których ciepły dotyk Brennan znał doskonale.

— Coś ci przyniosłem — oznajmił pojednawczym tonem. — To nie są informacje, ale coś, co może ci się spodobać prawie tak samo.

Usiadł na brzegu kanapy, sięgnął do kieszeni dżinsowej kurtki i wręczył Poczwarce małą, czystą kopertę. Kiedy Poczwarka wyciągnęła po nią rękę, jej ciepłe, niewidzialne udo musnęło udo Brennana, a potem oparło się o nie.

— To jest Penny Black — wyjaśnił, gdy uniosła pod światło pergaminową kopertę. — Pierwszy znaczek pocztowy na świecie. W doskonałym stanie. W związku z tym dość rzadki i w związku z tym raczej wartościowy. Portret przedstawia królową Wiktorię.

— To bardzo sympatyczne — stwierdziła. — Nie będę pytała, skąd go masz.

Brennan uśmiechnął się w odpowiedzi, nie odzywając się ani słowem. Zdawał sobie sprawę, że Poczwarka doskonale wie, w jaki sposób go zdobył. Poprosił o niego Zjawę, gdy przeglądali pełne rzadkich znaczków klasery, które zwinęła z sejfu Kiena, tego samego, z którego ukradła jego dziennik, wczesnym rankiem Dnia Dzikiej Karty. Zjawa zasmuciła się, że Brennan nie znalazł w bezwartościowym dzienniku tego, czego szukał, i z chęcią dała mu znaczek, gdy tylko o niego poprosił.

— Mam nadzieję, że ci się spodoba — rzekł Brennan. Przeciągnął się gdy kobieta położyła kopertę na talii kart. Miał za sobą długi dzień i czuł się zmęczony. Podszedł do stolika ustawionego przy łożu z baldachimem i uniósł karafkę irlandzkiej whisky, którą Poczwarka trzymała tam dla niego. Popatrzył na naczynie, zmarszczył brwi, odstawił je i wrócił do siedzącej na kozetce kobiety.

Przysunęła się bliżej i nakryła go swym ciałem. Napawał się piżmową, seksualną wonią jej perfum, przyglądając się krwi płynącej przez tętnice szyjne.

— Uznałeś, że jednak nie chcesz się napić? — zapytała cicho.

— Karafka jest pusta.

Poczwarka odsunęła się lekko, spoglądając w jego pytające oczy.

— Ty pijesz tylko amaretto.

To nie było pytanie, a tylko stwierdzenie faktu. Skinęła głową.

— Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, chciałem od ciebie tylko informacji — stwierdził z westchnieniem Brennan. — Nie pragnąłem związku z tobą. Ty go zaczęłaś. Jeśli on ma trwać i przerodzić się w coś znaczącego, muszę być jedynym mężczyzną w twoim łóżku. Taki już jestem. Inaczej nie potrafię się zaangażować.

Gapiła się na niego przez kilka sekund, nim wreszcie odpowiedziała:

— To nie twoja sprawa, z kim śpię — wycedziła z brytyjskim akcentem. Brennan miał świetne ucho do języków i potrafił rozpoznać fałszywą nutę.

Skinął głową.

— W takim razie lepiej będzie, jak sobie pójdę.

Wstał i zwrócił się ku wyjściu.

— Zaczekaj. — Ona również się podniosła. Przez długą chwilę patrzyli na siebie nawzajem.

— Przynajmniej się napij — odezwała się wreszcie pojednawczym tonem. — Zejdę na dół i napełnię karafkę. Potem sobie łykniesz i... porozmawiamy.

Brennan czuł się zmęczony, a w Dżokerowie nie było żadnego innego miejsca, które chciałby odwiedzić.

— W porządku — zgodził się cicho.

Poczwarka owinęła się w jedwabne kimono, na którym wyszyto języczki dymu w kształcie cwałujących koni, i oddaliła się z uśmiechem, raczej nieśmiałym niż zagadkowym.

Mężczyzna zaczął spacerować po pokoju, przyglądając się własnemu odbiciu w niezliczonych antycznych lustrach wiszących na ścianach sypialni. Powtarzał sobie, że powinien stąd pójść i zostawić ją samą, ale Poczwarka poza łóżkiem była niemal równie fascynująca jak w nim. Uświadamiał też sobie, że potrzebuje jej towarzystwa, a musiał przyznać, że również jej miłości.

Minęło z górą dziesięć lat, odkąd ostatnio pozwolił sobie na pokochanie kobiety. Po przybyciu do Dżokerowa przekonał się jednak, że uczucia, na które sobie pozwala, nie są jedynymi, które czuje. Nie mógł żyć wyłącznie nienawiścią. Nie był pewien, czy potrafi pokochać Poczwarkę tak, jak kochał swą francusko-wietnamską żonę, którą odebrali mu zabójcy Kiena. Nie chciał kochać żadnej kobiety, dopóki go nie dopadnie, lecz bez względu na całą jego determinację i na ćwiczenia zen, to czego chciał, nadal bardzo się różniło od tego, co działo się naprawdę.

Czekał bez słowa w sypialni Poczwarki, starając się nie myśleć o przeszłości. Minęło sporo minut, nim w końcu się zorientował, że kobieta powinna już wrócić.

Zmarszczył brwi. Było niemal niewyobrażalne, by cokolwiek złego mogło się jej przydarzyć w Kryształowym Pałacu, ale wyuczona ostrożność, która uratowała mu życie już tyle razy, że wolał tego nie liczyć, kazała mu zmontować łuk i zejść za nią na dół. Poczuje się głupio, jeśli wpadnie na nią w ciemności, ale to z pewnością nie będzie pierwszy raz. Lepiej poczuć się głupio, niż poczuć się martwym. A to drugie wrażenie również poznał znacznie lepiej, niżby tego pragnął.

Nie było jej na korytarzach na drugim piętrze ani na schodach prowadzących do baru, ale skradając się nimi w dół, usłyszał jakieś szepty.

Wyjął strzałę z kołczanu, nałożył ją na cięciwę i wyjrzał zza rogu schodów wychodzących na zaplecze baru. Zazgrzytał zębami. Miał rację, będąc ostrożnym.

Poczwarka przystanęła za długim kontuarem z gładzonego drewna, zajmującym niemal całą długość pomieszczenia. Pusta karafka na whisky stała zapomniana na barze. Kobieta skrzyżowała ramiona na piersiach i zaciskała szczękę. Jej usta zmieniły się w ciemną, gniewną linię.

Dwaj mężczyźni stali po obu jej stronach, a trzeci patrzył prosto na nią zza ustawionego przed barem stolika. W pomieszczeniu paliła się tylko nocna lampa umieszczona nad kontuarem i Brennan nie dostrzegał zbyt wielu szczegółów w półmroku, ale cała trójka intruzów miała twarde, groźne twarze. Ten, który siedział naprzeciwko niej, bębnił palcami w blat obok leżącego na nim chromowanego pistoletu.

— Doprawdy — mówił cichym, lecz niebezpiecznie brzmiącym głosem — chcemy tylko uzyskać pewne informacje. To wszystko. Nawet nikomu nie powiemy, od kogo je dostaliśmy. — Oparł się wygodnie na krześle. — Wkrótce zacznie się wojna, a my nie znamy nazwiska człowieka, którego powinniśmy zaatakować.

 

— Myśli pan, że ja je znam?

Brennan usłyszał w głosie Poczwarki nutę gniewu, lecz zauważył również kryjący się pod spodem strach.

Siedzący za stolikiem mężczyzna uśmiechnął się.

— Wiemy, że znasz, laleczko. Nic, co dzieje się w tym zasranym Dżokerowie, nie ukryje się przed tobą. A my wiemy tylko tyle, że ktoś połączył te wszystkie groszowe gangi w coś zwanego Towarzystwem Widmowej Pięści. A teraz oni wtargnęli na nasze terytorium, odbierają nam klientów i pozbawiają zysków. To musi się skończyć.

— Nawet gdybym znała to nazwisko — odparła Poczwarka, kładąc wyraźny nacisk na słowo „gdybym” — kosztowałoby to pana więcej, niż jest pan w stanie zapłacić.

Siedzący za barem mężczyzna potrząsnął głową.

— Nie zrozumiałaś, laleczko. To jest wojna. A jeśli nadal będziesz trzymała język za zębami, to z pewnością będzie cię kosztowało więcej, niż jesteś w stanie zapłacić. — Umilkł na chwilę, by jego słowa do niej dotarły. Nie przestawał bębnić palcami w blat. — Sal — odezwał się po chwili, wskazując głową na faceta stojącego po prawej stronie Poczwarki. — Zastanawiam się, czy na tej jej sławnej niewidzialnej skórze robią się blizny?

Sal zastanawiał się przez chwilę nad tą kwestią.

— Sprawdźmy to — odezwał się wreszcie. Coś cicho trzasnęło i Brennan zobaczył słaby błysk ostrza noża. Mężczyzna pomachał nim przed twarzą Poczwarki, która wsunęła się trwożnie w bar. Otworzyła usta, żeby krzyknąć, ale drugi napastnik, stojący po lewej, zamknął jej usta urękawicznioną dłonią. Sal parsknął śmiechem. W tej samej chwili Brennan wyprostował się i wypuścił strzałę, którą miał na cięciwie. Trafiony w plecy Sal przeleciał przez kontuar. Nikt nie miał pojęcia, co się wydarzyło, poza, być może, Poczwarką. Intruz siedzący za stolikiem złapał za pistolet i zerwał się na równe nogi. Brennan spokojnie przeszył strzałą jego szyję. Zbir trzymający Poczwarkę wykrzyczał wiązankę przekleństw i sięgnął pod marynarkę, by wyciągnąć broń trzymaną w kaburze po pachą. Brennan postrzelił go w prawe przedramię. Mężczyzna wypuścił broń i odwrócił się od Poczwarki, gapiąc się na aluminiową myśliwską strzałę, która przeszyła jego rękę.

— Jezu, o Jezu — mamrotał.

Schylił się po pistolet.

— Jeśli go dotkniesz, następną strzałą oberwiesz w prawe oko — ostrzegł go ukryty w mroku Brennan.

Oprych rozsądnie wyprostował się i oparł o bar. Nadal jęczał, ściskając ranioną kończynę.

Brennan wyszedł w rozproszone światło nocnej lampy wypełniające pomieszczenie. Napastnik gapił się na strzałę o ostrym jak brzytwa grocie, nałożoną na cięciwę łuku.

— Co to za faceci? — zapytał Poczwarkę w krótkich, ochrypłych słowach.

— Mafia — odparła głosem słabym z napięcia i strachu.

Brennan skinął głową, nie odrywając spojrzenia od zbira gapiącego się na wymierzoną w jego szyję strzałę.

— Wiesz, kim jestem? — zapytał.

Gangster pokiwał gwałtownie głową.

— Aha. Jesteś ten Yeoman, zabójca z łukiem. Ciągle piszą o tobie w „New York Post”.

Słowa wylewały mu się z ust pełnym strachu strumieniem.

— Zgadza się — potwierdził Brennan. Zerknął pośpiesznie na faceta, który przedtem siedział za stolikiem, i zauważył, że leży zwinięty na podłodze w rosnącej kałuży krwi, a z karku sterczy mu koniec strzały. Sala nie sprawdzał. Wiedział, że trafił go prosto w serce.

— Masz szczęście — podjął tym samym, martwym głosem. — Wiesz dlaczego?

Mafioso pokręcił energicznie głową i odetchnął z ulgą, gdy Brennan poluzował napiętą cięciwę, a potem odłożył łuk.

— Ktoś musi przekazać wiadomość ode mnie. Ktoś musi poinformować twojego szefa, że Poczwarka jest nietykalna. Ktoś musi mu powiedzieć, że mam strzałę z jego nazwiskiem i natychmiast ją wypuszczę, jeśli tylko usłyszę, że Poczwarkę spotkało coś złego. Myślisz, że mógłbyś mu to przekazać?

— Jasne. Pewnie, że bym mógł.

— To dobrze — Brennan sięgnął do tylnej kieszeni spodni i pokazał zbirowi kartę, asa pik. — To go przekona, że mówisz prawdę.

Złapał gangstera za łokieć zranionej ręki i pociągnął mocno. Mężczyzna jęknął, gdy Brennan nadział kartę na sterczącą z jego kończyny strzałę.

— A to zapewni, że jej nie zgubisz — warknął Yeoman przez zaciśnięte zęby.

Nagłym silnym szarpnięciem nadział na strzałę drugą rękę tamtego. Mafioso krzyknął i osunął się na kolana, gdy Brennan wygiął aluminiową strzałę, owijając nią oba jego przedramiona, mocno jak kajdankami. Następnie pociągnął mocno zbira i postawił na nogi. Mężczyzna płakał z bólu i strachu. Nie mógł spojrzeć Yeomanowi w oczy.

— Jeśli cię jeszcze kiedyś zobaczę, zginiesz — oznajmił Brennan.

Gangster oddalił się chwiejnie, płacząc i bełkocząc niezrozumiałe zapewnienia. Yeoman odprowadzał intruza wzrokiem, aż ten zniknął za drzwiami. Potem zwrócił się w stronę Poczwarki. Kobieta patrzyła nań ze strachem w oczach. Nie wątpił, że w znacznej części to jego się boi.

— Dobrze się czujesz? — zapytał ją cicho.

— Tak... chyba tak.

— Jeśli nie pozbędziemy się tych ciał, będziesz musiała odpowiedzieć na mnóstwo pytań — zauważył.

— Tak. — Skinęła krótko głową. Nagle wzięła się w garść i odzyskała panowanie nad sytuacją. — Zadzwonię do Elma. On się tym zajmie. — Spojrzała mu prosto w oczy. — Mam wobec ciebie dług.

Brennan westchnął.

— Czy całe twoje życie składa się ze starannie prowadzonych tabel „winien” i „ma”?

Sprawiała wrażenie lekko zaskoczonej, ale skinęła głową.

— Tak — odpowiedziała stanowczo. — Składa się. To jedyny sposób, żeby wszystko rejestrować, mieć pewność... — Jej głos umilkł. Odwróciła się, okrążyła bar i przyjrzała się ciału Sala. Gdy znowu zaczęła mówić, wyrażała już zupełnie inną myśl. — Wiesz co? Tachion zaprosił mnie na tę swoją podróż dookoła świata. Chyba skorzystam z jego propozycji. Nie wiadomo, jakie informacje mogę zdobyć, kontaktując się z tymi wszystkimi politykami. A jeśli na ulicach zacznie się wkrótce wojna między mafią a Widmowymi Pięściami Kiena... — po raz pierwszy spojrzała Brennanowi prosto w oczy — będę bezpieczniejsza gdzie indziej.

Przez długą chwilę patrzyli na siebie nawzajem. Wreszcie Brennan skinął głową.

— Lepiej już sobie pójdę.

— A twoja whisky?

Westchnął przeciągle.

— Nie. — Spojrzał na ciało leżące u jego stóp. — Alkohol przywołuje wspomnienia, a dzisiaj ich nie potrzebuję. — Ponownie na nią zerknął. — Przez kilka następnych tygodni będę... niedysponowany. Zapewne już się nie spotkamy przed twoim wyjazdem. Do zobaczenia, Poczwarko.

Odprowadzała go wzrokiem. Na jej niewidzialnym policzku lśniła kryształowa łza, ale on się nie odwrócił i tego nie zobaczył.