Sezonowa miłość

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział X

Noc.

Oparta o poduszki, przy świetle jednej świecy, przysłonionej zielonym abażurkiem, leży Tuśka, okryta kołdrą, kocem, peleryną, serdakiem, kołnierzem futrzanym i jedwabną halką. Taka sama ilość odzieży jest nagromadzona na kołdrze Pity. Przejmujące zimno przeszywa ciało Tuśki. Mała śpi, znacząc się jasną plamą anemicznej twarzy w zagłębieniu poduszek.

Tuśka trzyma w zziębłej ręce książkę Mirbeau, ale nie czyta zajmujących dziejów plotkarki przedpokojowej.

Niezadowolona z siebie, ze swego postępku względem dziecka, którego nieufność i żal odczuwa mimo uśpienia, w jakim jest pogrążone, Tuśka nie może zasnąć i czuje, że krew jej bije do głowy i hukiem uszy wypełnia.

Długo w noc nigdy nie czuwała, mając na uwadze od dzieciństwa nabrane przeświadczenie, iż dla kobiety bardzo zgubną rzeczą jest oddawać się nocnym rozmyślaniom, bo te nic dobrego z sobą nie przynoszą.

Zresztą tam, na Wareckiej, gdy się położy, zasypia prawie bez zwłoki i już jak przez sen słyszy, jak mąż nakręca zegarek, wyjmuje z kieszeni drobne pieniądze, scyzoryk, ołówek i składa je na marmurze szafki. On zwykle gasi świecę, a kiedy – ona nie wie, tak jest senna i znużona. Lecz tu, w Zakopanem, gdzie wszystko jakoś dzieje się inaczej i przewrotnie, Tuśka w żaden sposób zasnąć nie może. Zdarzenia dnia nabierają nadzwyczajnej plastyczności i cisną się ku niej z taką siłą, że ją dręczą i niepokoją. Nieprzyjemnie jej także, że lekarz powiedział przy Picie, iż ona, Tuśka, jest zupełnie zdrowa i płuca jej nie są zaatakowane. W Warszawie, pragnąc koniecznie wyjechać, forsowała nutę swej choroby i mąż silnie był przejęty owym „zajęciem szczytów”, które wymagało natychmiastowej opieki. Obecnie legenda upadała i ona sama nie miała nawet wytłumaczenia przed sobą za ten wydatek zakopiańskiej wyprawy, który spadał na jej barki.

Przypominała sobie mozolne zbieranie tych pieniędzy, które obecnie płynęły jak woda na drobiazgi i życie pełne niewygód, chłodu i pustki.

– Bo smutno tu i pusto – myślała – prawie jak na Wareckiej... Trzeba porobić jakie znajomości. Może ta pani z trzema panienkami...

Mimo woli myśl jej zwróciła się do wczorajszego wieczoru, do werandy cukierni, do tego knajpowego życia, które jednak miało swój urok i wdzięk.

I nagle, zupełnie bez żadnej przyczyny, zaczęła silnie i mimo woli myśleć o tym, że ona właściwie przeszła przez życie, nie wiedząc nawet, co to jest właściwie miłość.

I zdawało się jej, że ma przed sobą całe krzaki gencjan błękitnych, które nagle zasłaniają jej rachunki, pieniądze, męża, figury z ulicy Wareckiej, siostry Barrison w góralsko-bułgarskich myckach, słowem, wszystko to drobne, małe, napotkane przez dzień czy to myślą, czy wzrokiem.

– Rzeczywiście – nie kochałam nigdy...

Przymknęła oczy.

Gencjany błękitniały coraz silniej, a za nimi jak tło zaczęły wznosić się góry sine, fioletowe, pokrajane pasami kosodrzewiny, leciuchno porysowane srebrem śniegu. Takie góry rozmarzone, rozbłękitnione, ledwo majaczące, nie przedstawiały się jej nigdy. Było to coś z feerii, z zaczarowanej krainy, gdzie pełno było piękna i widm niezrozumiałych.

Tuśka nie otwierała oczu, aby nie spłoszyć tych widm dziwnych, a tak uroczych. Na jej ustach wykwitł uśmiech.

– To widma... – myślała. – Góry nigdy nie są tak piękne...

Zdawało się jej równocześnie, że jest bardzo młoda i bardzo świeżo odczuwa wrażenia życiowe.

To wszystko, co było do tej chwili jej egzystencją, znikało, rozpraszało się we mgłę. Tak materialna, jak duchowa strona jej teraźniejszości nie miała żadnego znaczenia. Oczekiwała czegoś, spodziewała się, że rozłoni się las gencjan błękitnych, że stanie się coś nadzwyczajnego, a ona...

– Szaleństwo!

Tuśka porwała się i usiadła na łóżku.

Skąd takie myśli?

Nie wywołują ich przedpokojowe zwierzenia subretki Mirbeau, rezonującej o polityce Francji z wprawą skończonego dyplomaty. Czyżby one były wewnątrz niej – żyjące, istniejące pełnią sił, i teraz wydobywały się pełne niepokoju i pragnień nieokreślonych?

Wszak to życie, jakie do tej chwili pędziła, wystarczało jej pod względem duchowym i w sferze uczuć. Jedyną jej troską była walka pieniężna, choć mąż, jak maszyna, składał co miesiąc swą pensję w jej ręce. Lecz to pragnienie nowych sukienek, boa, przyjęcia pani Iksickiej, podania kwiczołów, aby olśnić, dalej pieniędzy na lekcje fortepianowego brzdąkania Pity, tysiące „niców”, z których się tworzyły bolesne kłopoty, oto były jedyne punkty, z którymi Tuśka nie mogła się nigdy pogodzić w swej egzystencji.

Tamte inne przyjęła, a nawet sama ułożyła spokojnie drugą warstwę swego życia nie z rezygnacją i zamiłowaniem do spokojnego, rozumnego godzenia się z brakiem nadzwyczajności życiowych, lecz dlatego że nie odczuwała potrzeby pożądania jakichś wybitnych faktów, mogących sprawdzić, czy są w niej skrzydła konieczne dla wzbicia się ponad poziom przyjętego szablonu.

Z założonymi rękami patrzyła, jak mijały dnie, nie czyniąc nic, aby jeden z nich rozkwitł piękniejszym promieniem i był tym, do którego mimo woli zwraca się myśl w chwili zwątpienia lub obrachunku życiowego.

Żyła tak od dziecka w tej atmosferze, której duszności nie czuła wcale. Pościel jej łóżka była prosta, prawie hotelowa, bez fantazji, bez delikatności koronek, bo „tego nikt nie widział”.

Tak samo działo się z jej duchową stroną. Była bez fantazji, bez delikatności pragnień, migocących brylantami i woniejących świeżością rozbudzonych świtem róż.

Bo... tego nikt nie widzi...

I znów rozbłękitniały dokoła łóżka Tuśki gencjany.

Uparta wizja, uparte zielska, uparte góry. Przyzywa na pomoc fikusy i palmy z ulicy Wareckiej. Myśli o nich, czy aby stróż je wynosi na dziedziniec, czy obmywa liście, czy mąż je okadza dymem tytuniowym. To są przynajmniej kwiaty... Trwają, zielenią się, rosną...

Ale takie gencjany! – łodygi. Cóż stąd, że się mienią jak ametysty i że od nich wieje jakąś świeżą swobodą, chłodem pełnym zaczarowanych ustroni, gdzie mech jest szmaragdowy, a srebro zimnej wody opływa głazy wyszlifowane jak marmury świątyń cichych i zapomnianych – cóż stąd?... Fikusy są praktyczniejsze – i trwają... trwają...

Nie może jednak oprzeć się wrażeniu tej świeżości i nagle robi się jej żal tych gencjan, które tam więdną na gościńcu, dotknąwszy z lekka ślicznej postaci Pity.

Przypomina sobie, jak mimo gniewu została olśniona wizją tego smukłego, jasnowłosego dziewczęcia, na które, jak ptaki błękitne, jak strzały ukwiecone szafirem, leciały zewsząd gencjany, tworząc dokoła niej poświatę najcudniejszych promieni kwietnych.

I te włosy złote, na które padły szafirowe kwiaty, i te rączki wyciągnięte...

To było jasne, to było piękne...

Tuśce nagle zrobiło się żal Pity. Pomyślała, że dziecko poszło spać bardzo smutne i pełne żalu. Przyszło wprawdzie grzecznie powiedzieć jej „dobranoc”, ale oczy więcej niż kiedykolwiek unikały wzroku matki.

– Skryta jest... – osądziła ją Tuśka – doktor miał rację.

Nie zastanowiła się jednak, że nie uczyniła nic, aby tę skrytość córki zwalczać, przeciwnie, rozwijała ją systematycznie jako wynik dobrego ułożenia i wychowania.

– Zresztą... może to jest dowód jej charakteru...

Tym chciała przerwać wizyjne błękity gencjan i jakiś dziwny, cichutki jakby dźwięk strun, który teraz się z tych wizji ku niej przekradał.

Zgasiła świecę.

W ciemności wizje błękitnych kwiatów nie tylko nie znikły, lecz przeciwnie, spotężniały i nabrały wyrazistości.

Tylko teraz od gór płynął wiatr i kołysał lasem gencjan, a one dźwięczały coraz milej, coraz głośniej...

– Skądże to znowu? – starała się myśleć Tuśka.

Ni to dzwoneczki, ni to dźwięk harfy skrzydłem ptaka trącanej... coś pośredniego pędzi ku niej szybko i staje się coraz głośniejsze.

Nagle dźwięk ten staje się jeszcze głośniejszy i urywa się w pół tonu.

Słychać skrzyp drzwi, jakieś kroki... ktoś otwiera drzwi na rozcież, brzęk łańcuszków...

Tuśka odczuwa w półśnie, że to wraca do domu sąsiad-aktor, i porywa się przerażona.

Zdaje się jej, że drzwi nie zamknięte od jej pokoju, okna nie zasłonione.

Chce zapalić świece, to znów wyrzeka się tej myśli, bo niebezpieczniej jest dawać do poznania, że się nie śpi. Bóg wie, co takiemu człowiekowi może przyjść do głowy.

Lecz aktorowi nic jakoś nie przychodzi do głowy. Umieścił swój rower, zamknął drzwi wejściowe, zaryglował i grzecznie, cicho, prawie na palcach przechodzi mimo drzwi Tuśki.

Przy drzwiach jednak zatrzymuje się.

Jest to jedna sekunda, lecz Tuśce wydaje się wiekiem. Zaparła oddech, sama nie wie, co się z nią dzieje. On widocznie słuchał, czy te panie śpią, bo jeszcze ciszej i delikatniej oddalił się do swego pokoju.

Tuśka położyła się i usiłowała zasnąć. Byłaby wolała stanowczo, ażeby aktor powrócił do domu hałaśliwie, z łoskotem, hałasem, ażeby prowokacyjnie gwizdał pod jej drzwiami, ażeby znów posłyszała:

Pod Ulm, pod Kulm, pod Austerlitz...

Mogłaby przynajmniej zasypiać ze złością i gniewem na tego zuchwalca.

Tymczasem jego delikatność, potem to dziwne, ciche, milczące zatrzymanie się pod drzwiami każą jej myśleć o nim, ale w inny, jakiś lepszy, łagodniejszy sposób.

A potem ten gest rozrzucenia gencjan i wizja Pity, wyciągającej w promieniach zachodzącego słońca rączki do ukwieconych szafirem ptaków, lecących ku niej lotem strzał...

I te wizje gór ledwo zaznaczonych.

I ten sygnał rowerowy, który zdawał się dźwiękiem harfy i płynął od lasu gencjan, bijących przed nią pokłony...

 

I ta świeżość rozmodlonych nad brzegami strumieni ruchów.

I ta młodość nagła rozmodlonej u krynicy swobody jej duszy...

Bo choć nikt nie widzi...

Tuśka zaczyna rozsnuwać pajęcze nici tkane brylantami, od których biją blaski.

Tak... tak...

Rozdział XI

Nazajutrz jednak rankiem o godzinie siódmej odezwał się straszny ryk lwa.

Natychmiast odpowiedział mu drugi ryk, dalej pomrukiwanie jakieś tajemnicze, następnie szczeknęła hiena i znów ryk króla puszczy zatrząsł zakopiańską chałupą.

Tuśka szarpnęła się na łóżku i cała aż drżeć zaczęła. Gniew w niej wezbrał nie tylko za to mocniejsze przebudzenie, ale i za to delikatne i ciche dobranoc milczące, które zmusiło ją zasypiać z uczuciem łagodniejszym i z bezustanną wśród gencjan błądzącą myślą.

Właśnie gaździna wnosiła samowar, mleko i bułki. Ustawiła to wszystko „piknie” i zabierała się do zaparzania herbaty. Z doświadczenia bowiem wiedziała, że panie z miasta lubią „se przelegnąć w pościeli i śniadanie podchliptywać, kielo tylko ślepie rozewrą”.

Tuśka postanowiła nie wdawać się więcej w parlamentacje z gaździną, lecz uderzyć od razu w wielki dzwon.

– Gdzie tu Klimatyka? – zapytała, zrywając się z łóżka i naciągając pośpiesznie pończochy.

– A w mieście...

– Dobrze, pójdę i dam znać, co się tu wyprawia. Niech porządek zrobią.

Obidowska odstąpiła od stołu i założyła z determinacją ręce.

– Ano... niech idą – w Klimatyce im powiedzą, co po ostatnim gościu smrodzili tu nikiej powietrze morowe bez cały dzień. Chocia i zmarł nieborak, ale przeciek odrobili dezenfekcję całą.

Ufna w spełnienie higienicznych przepisów, była dumna i harda.

– Ja nie o dezynfekcję – rzuciła gorączkowo Tuśka – tylko zarząd musi kazać temu wariatowi być cicho albo się precz wynosić.

Gaździna pokręciła głową.

– Co to, to jus nic z tego nie będom mieli – odparła. – Gościom wolno piknie śpiwać, porykiwać w izbie, robić, co fcom, a Klimatyce nic do tego. Jak chcom, niech se tez porykują rano, ten pan nie póńdzie na skargę. Hej!

Rzekłszy to wyszła.

Tuśka ubierała się gorączkowo przed lustrem i w ten sposób wyładowywała swą złość. Czuła, że gaździna ma słuszność i że w Klimatyce nikt jej racji nie przyzna, musiała jednak być konsekwentną i iść do owej Klimatyki.

Pita powoli podniosła się z łóżka. Przez chwilę, gdy rozlegały się owe dzikie porykiwania, oczy jej zabłysły, uśmiech przewinął się przez usta.

Pochwyciła to Tuśka i w zdenerwowaniu upatrzyła, iż córka cieszy się z widocznej zemsty aktora za odesłanie bombonierki. Sucho i rozkazująco zwróciła się ku dziecku.

– Wstawaj – rzekła. – Słyszałaś, co doktor wczoraj mówił: jesteś chora i masz chodzić po słońcu, biegać i być wesoła. Proszę się zastosować do tego, co doktor kazał!

Pita spochmurniała jeszcze więcej. Zacięła usta i z wielką umiejętnością, wrodzoną kobietom, zabarwiła wzrok swój bezbrzeżną melancholią.

Widoczne było, iż postanowiła wyzyskać sytuację i stać się coraz „smutniejszą”, coraz więcej chorą, skoro w owej powadze i zniechęceniu do życia tkwił zarodek jakiejś choroby. Z przedziwnym sprytem, właściwym każdej kobiecie, nawet najmłodszej, odczuła, że może stać się ważną osobą i grać na strunie choroby pierwsze skrzypce.

Z miną znudzoną, jak Chrystian duński mówiący do dworzan: „I jutro jeszcze dzień...”, sięgnęła po swoje haftowane spódniczki i zaczęła je nakładać z niedbałością i smutkiem.

Odczuć w niej już było można doskonały gnębiący materiał, jakim jest kobieta półchora i sprytnie wyzyskująca sytuację.

Tuśka od razu zrozumiała grę córki i zmiarkowała, że ta mała odbiera jej teraz przywilej tronowania w domu na podstawie „niebezpiecznej choroby, której zaród w piersiach nosi”. Czesała się i stroiła dalej, lecz gniew ją ogarniał coraz większy na Zakopane i na wszystko, co ją w nim spotyka.

Dowiedziała się, że jest zdrowa, i słońce świeciło, i smreki pachniały, gencjany rozbłękitniały jej sny...

Było się czego gryźć i martwić.

Gdy była gotowa, szykowna w swej dość prostej, lecz z warszawskim sznittem skrojonej sukni, w kapeluszu przypominającym słomiankę, przypadkowo włożoną na głowę, stanęła niezdecydowana.

Należało iść na ową skargę, ale dokąd i do kogo?

Na dziedzińcu rozlegały się wesołe głosy. Jakby ją ktoś pociągnął na lince, podeszła do okna pod pozorem poprawienia firanki.

I tak długą chwilę przy tym oknie została.

Dużo belek, całe stosy, a wszystko w słońcu jak wyzłocona słoma.

I trawa, na którą powalono te belki, zda się mieć te złotozielone błyski, jakie mają na ciałkach chrząszczyki majowe. Morze trocin jak piasku złotego rozsypanych dokoła.

A z tego morza, z tej złocistości, na którą nawet cień smreków nie pada, bo rosną w oddali, wyrasta powoli szkielet nowej chałupy, którą Józek Obidowski przy pomocy innych Obidowskich na łupienie gości, a na chwałę Panu Bogu dźwiga.

Jest ich kilka, a więc Jędrek Kalpus Obidowski i Maciek Bretnol Obidowski, i kilku innych Obidowskich, dwóch z porządnymi wolami, dwóch dla odróżnienia bez wola.

Wszystko to białe, wyszyte, z twarzami „z głupia frant”, z fajkami przyległymi do ust siedzi okrakiem na belkach, dłubie, przymierza, składa jak pudełko tę chatę, która rośnie, jak słonecznik do słońca, tak ona do gór zwrócona.

Każdy bowiem gość czuje się w obowiązku siadać rano do kawy z Giewontem przed nosem. Giewont jest wieżą Eiffel zakopiańską. Ze wszystkich stron go widać, a już z werandy obowiązkowo.

– Piknie se pozierać będziecie na Giewont – mówi góral wynajmując chałupę.

I gość co rano, co wieczór zakreśli w myśli legendowe kontury śpiącego rycerza. Zabawka to niewinna, a wznosząca „w dziedzinę poezji” urzędnicze, stężałe serca. „Coś się roi, coś się marzy, chrzęsty zbroi, okrzyk wraży. Taka chwila, choćby chwila!”. Takie króciuchne złudzenie, zwłaszcza że na karku tkwi silnie codzienna obroża twardych obowiązków!

Wzbudza ją i niesie Giewont widmowy, liliowy, rozpływający się we mgle, to znów jak z szafiru jednego przez olbrzymów wykuty.

Biedne, czerwone od pisania oczy śledzą zmiany barw, serce jakoś pełne melancholii, kawa stygnie, ręka z rogalikiem opadła.

Filister na tej drogo wynajętej werandzie coś czuje – co? – sformułować nie umie, ale mu to widmo liliowe zaszywa się w serce. Uśmiecha się zwiędłymi usty, które tak pysznie kąpie codziennie w pilznerze, i mówi potrząsając głową:

– No... no... a to, panie!...

Taką werandę, dla wzruszeń stosowną, stawiają właśnie Obidowscy, Kalpusie, Bretnole, siedząc okrakiem na belkach. Zdobią je w rozmaite nacięcia, bo to „państwo lubią”. Każde nacięcie to podskoczenie w cenie wynajmu chałupy. A zręcznie migają te białe postacie, zsuwają się po belkach, nikną i zjawiają się sprężystymi skoki, jakby po wirchach ich nóżki nosiły. Małe mają siekierki w rękach, nie robią hałasu, nie ranią bezpotrzebnie drzewa. Rzec by można, że miłośnie obchodzą się z tymi złotymi belkami. Tak je przenoszą przez ustawione już szubienice drzwi, że nawet nie potrącą, jakby dziecko małe z kołyską nieśli. I jest w nich coś przy tej robocie z koboldów, z białych duchów i z posiwiałych nagle małp.

Hyc – hyc... już z fajki wysoko, wysoko popiół się sypie. Wyszywane suto porcięta tylko migną.

Hyc, hyc... już gdzie indziej toporek dłubie leluję i szereg gwiazdek niby płatków ze śniegu, nagle w złoto przemienionych.

Koło kupy serdaków zrzuconych na ziemię Tuśka dostrzega rosłą postać aktora, odzianego w inny cyklistowski strój, jakiś bardzo jasny i bardzo nowy.

Pończochy czarne, dobrze wyciągnięte, odcinają się od tej jasności. Trzyma w ręku toporek, pochylił się nad leżącą belką i obcina ją dość zręcznie.

Z góry przypatrują mu się z flegmą górale.

On, porając się z toporkiem, śpiewa:

...i nie dbam o czerwony nos,

i nie dbam, że wciąż tyję.

Lecz chwytam dzbanek w ręce me

I piję! piję! piję!...

Pijacka piosenka, śpiewana chórem po restauracjach, jak dysonans rozbrzmiewa w zapachu smreków i złocie słońca. On to czuje, lecz z chęcią już weń wrośniętą zbierania oklasków zwraca się do górali:

– Pięknie śpiewam? co?

Milczenie.

Górale nie są skorzy do pochwał.

Aktor czuje się podrażniony.

– Czekajcie, zaśpiewam wam coś góralskiego.

Prostuje się i zaczyna zawodząc:

Tuduraj, tuduraj,

Kiedy grule w dole;

Jak gruli nie stanie,

Tuduraj ustanie...

Józef Obidowski, dziś jakiś chmurny i zły, patrzy na gościa w dziwny sposób.

Nic nie zdoła oddać tej mieszaniny ironii i respektu – ironii dla istoty z miasta, więc dla niego, górskiego, istoty niższej, i respektu dla źródła dochodu „papirków”, które tak miło zgarniać, a za nie chałupy nowe budować. Politycznie jednak czuje, że musi wreszcie wydusić jakąś pochwałę.

– No, piknie – odpowiada wreszcie, nie wyjmując z ust fajki – ale głos u was maleńki i nie giełcy wcale!

Aktor roześmiał się wesoło.

– Głupiś! – wyrzekł – u mnie głosu starczy na całe wasze Tatry, ale nie chcę budzić tej pani, co się ciągle na mnie gniewa.

Lecz Józek uważał to tylko za wymówkę.

– Może.

Ci, siedzący tam na belkach, jęli się także z lekka uśmiechać.

Dostrzegł to aktor i porwała go zakulisowa złość.

– Poczekajcie... ja wam zatańczę zbójnickiego, niech tak który zatańczy.

W mgnieniu oka rzucił kurtkę na stos serdaków i w koszuli z surowego jedwabiu, ściśnięty pasem czarnym jedwabnym w białe kropki, zaczął na posadzce z trocin tańczyć zapamiętale, przyśpiewując klasycznie.

W murowanej piwnicy

Tańcowali zbójnicy!...

Tańczył doskonale, ciął drobniuchno na miejscu, podskakiwał, wreszcie zaczął wirowato zataczać koła. Było w nim rozzuchwalenie wielkie, ogromna siła młodości, potrzeba ruchu i temperament szalony. W złotym świetle ze złotego jeziorka trocin migał jak zjawisko.

Górale przypatrywali mu się ciekawie z minami znawców.

– Is, is... – mówili jeden do drugiego.

Tuśka doznała dziwnego wrażenia.

Pierwszy raz widziała, żeby człowiek cywilizowany oddawał się z taką rozkoszą pląsom tanecznym.

Obtańcowywanie panien i pań w karnawale odbywa się zwykle ze strony mężczyzn z tak karawaniarskimi minami, że jedynie przerwa kolacji może to usposobienie grobowe rozpędzić. Przeto i damy, prowadzone jak na ścięcie, taki sam nastrój przybierają.

W takim wypadku taniec jest koniecznym dreptaniem albo szastaniem nóg w takt cyrkowej muzyki.

I nie ma nic śmieszniejszego jak twarze o wyrazie mędrców, przeznaczonych na wypicie cykuty, i nogi w lakierkach podrygujące pas aszantów udających się na wojnę.

Sprawia to wrażenie masek puszczonych w taniec korowodu, trupów zgalwanizowanych i rzuconych bezlitośnie w bezcelowym, tragiczno-komicznym rozpędzie.

Tuśce, opartej o ramę okna, przychodzą te myśli, gdy widzi tak aktora tańczącego naprzeciw niej „zbójnickiego” z dzikim jakimś zapałem i kultem dla tańca.

Sama doznaje jakiegoś podniecenia nerwowego i prąd młodości przebiega jej żyły. Nie tańczyła nigdy sama dla siebie, nie wie, co to jest wyładowywanie siły w impetycznym ruchu. Lecz zaczyna to odczuwać i dech w piersi wstrzymuje. Mężczyzna ten wiruje w przestrzeni, jakby smagał ją skrzydłami niewidzialnymi, które go unoszą w tym wirze. Kręci się teraz z coraz szaleńczą szybkością. Migają czarne pończochy jak dwa węże. Rękoma bije się po głowie i udach. Słychać plaskanie, jak by kto bił kijanką w wodę. Górale siedzą nieruchomi. Spoważnieli. Czują, że ten gość tańczy poważnie i po ichniemu.

– Is, is... – mruczą tylko, zaciskając fajki w zębach, że aż trzeszczą. Jeszcze chwila, a widać, jak Maciek Bretnol Obidowski zeskoczy z belki i dreptać a plaskać zacznie, lecz aktor nagle zatrzymuje się jakby wbity w ziemię.

Tuśce zdaje się, że uczynił to dlatego, iż ją dostrzegł, nie jest jednak pewna.

Jest z tego rada, ale zarazem widzi, iż aktor zuchwale wpatrzył się w jej twarz, jakby chciał wyczytać, jakie odniosła wrażenie. Ogarnia ją wstyd i zmieszanie. Za nic w świecie nie chce, aby przypuścił, że ją ten taniec nie tylko zajął, ale przejął dziwnym, nieznanym zmieszaniem. Przybiera, o ile może, minę obojętną. Nie ustępuje jednak z okna. Nie chce, aby przypuścił, że go się boi i że przed nim ucieka.

 

On zwraca się ku góralom.

– A co? umiem tańcować?... – pyta.

– No... majom w tańcu maturę – wydusza wreszcie jakby niechętnie Maciek.

A Józek Obidowski wciąż pali fajkę i ma coraz więcej ironii na swej ślicznej twarzy.

– Żeby byli sietniakowaty, toby tak nie tańcowali... – dorzucił Kalpuś.

I zabrali się dłubać siekierkami całe szeregi gwiazd w belkach złocistych na chwałę Bogu i ludziom, zacietrzewionym w zakopiańskim stylu, a na zgubę gościowych kieszeni.

Aktor usiadł na belce i swą świeżo ogoloną, trochę zmęczoną, a przecież pełną młodości twarz poddał pod promienie słońca.

Wyjął port-cigare srebrne, klasyczne, prawdopodobnie z napisem „Od wielbicieli”, z eleganckim, emaliowanym monogramem na rożku, i zapalił papierosa.

Wszystko, co stanowiło jego własność, było eleganckie i zgrabne. Pudełko do zapałek srebrne, ozdobione niewielkim kaboszonem szafirowym. Taki sam kaboszon, nieduży, lecz ciemny i piękny, ciemniał na małym palcu jego ręki. To był jedyny pierścionek, jaki ten człowiek nosił.

Tuśka niby patrzy na górali dłubiących gwiazdy, a widzi te wszystkie szczegóły, bo dzień jest tak przejrzysty, że każdy najdrobniejszy przedmiot dochodzi do okna z czystością niezwykłą. Równocześnie Tuśka z właściwością kobiet ogarnia i siebie dokładną uwagą i myśli, czy dobrze wygląda i czy puder nie starł się jej z twarzy.

Aktor patrzy na nią wprost, bez owych wybiegów kobiecych, patrzy swymi ślicznymi oczyma o długich, ciemnych rzęsach. Jest teraz jakby melancholijny i zadumany. Nie wiadomo jednak, czy jest to zmienność kameleonowa jego natury, czy udanie. Tuśka zaczyna czuć się jednak więcej zaniepokojoną tą jego melancholią niż poprzednio napadami żywiołowych popędów. Stoi jednak przy oknie jak przymurowana i nie może zebrać się na śmiałość, aby od niego odejść.

On to dostrzegł i nagle, jakby dopiero w tej chwili ją zobaczył – wstaje i kłania się nadzwyczaj grzecznie.

Ona pomimo woli pochyla głowę i oblewa ją rumieniec złości za to, że oddała mu ukłon.

Stało się to bez jej wiedzy, całe szczęście, że skłoniła głowę leciuchno, prawie nic – ot, tak prawie, że mógł nie zauważyć tego.

Istotnie, aktor mógł przypuszczać, że Tuśka mu na ukłon nie odpowiedziała, bo jakaś parobkowata zuchwałość przebiła się w wyrazie jego twarzy. Cynicznie skrzywił usta, stał się prawie brzydki. Usiadł na belce okrakiem i podniósł twarz ku pracującym w milczeniu góralom.

– Hej... gazdowie!... – zawołał głośno z rubasznym śmiechem – a któraż też dziewka najładniejsza w tym sezonie?

Obidowscy zaśmieli się i Antek coś tam odpowiedział, ale Tuśka nie dosłyszała. Fala krwi uderzyła jej do głowy. Widocznie ten „komediant” chce wojny, bo teraz obraża ją takimi słowy!

Cofnęła się od okna, zapuszczając firankę. Posłyszała jeszcze jego śmiech i zaraz potem prześlicznie przez zęby gwizdaną polkę.

Cofnąwszy się do pokoju, Tuśka czuła się tak zirytowana, że bezwiednie skierowała się do pustego pokoju, z którego okna wychodziły na gościniec.

Zaczęła chodzić wzdłuż i wszerz i czuła, że krew falą bije jej do głowy. Ten człowiek obraził w niej godność kobiecą! – ośmielił się...

Właściwie, cóż się ośmielił?

Zapytał się, „która z dziewcząt najpiękniejsza”? W tym nie ma żadnej obrazy. Uczynił to z ciekawości artystycznej...

Tak! – ale – to!

To coś nieuchwytnego, co smagało ją jak szpicrutą, to coś pewnego siebie, zuchwalczo wiedzącego, że nic się oprzeć nie jest w stanie jego woli, jego żądzy, jego chęci.

A potem mściwość ordynarna, jakaś ulicznikowska.

Stanęła przy oknie i patrzała na gościniec, po którym już snuły się grupy gości odzianych jasno, po turystowsku. Kobiety miały rozpięte jasne parasolki, mężczyźni białe, lekkie, filcowe kapelusze. Wszyscy zdawali się nie iść, lecz biec, weseli czegoś, radzi, podnieceni.

Oddzielona szerokością gościńca od chaty Obidowskiej, stoi ładna duża willa z ułożonym na frontonie napisem:

„Lewkonia”

Jest to jedna z seryj „bezpretensjonalnych” imion nadawanych mniej lub więcej udatnym pudełkom, w których gnieżdżą się w dziwnej harmonii bakcyle i istoty żądne słońca, Giewontu i oddalenia mglistej niańki o długich kościstych rękach, o fosforem płonących oczodołach, o rozwiewnych, wilgotnych szatach. Lewkonia, Niezabudka, Chryzantema, Rozkoszna, Szczebiotka... a dalej literatura triologiczna, więc wszytkie Borzobohate i Kurcewiczówny!

Przytulne miana, łase i wdzięczące się w słońcu, w kępie smreków, a każda z werandą na paradę obwieszoną japońską latarnią z barometrem, który zostawił „ten pan, co to słabował tutok i wywieźli go dzie indzi”.

I w „Lewkonii” jest weranda duża, nawet bardzo duża. Powyjmowali z niej okna. Odsłoniona jest cała. Tylko z jednej strony deski bronią od wichru i słońca.

Na werandzie stół, ceratą klasyczną przykryty, ceratą, drogą oszczędnym gospodyniom. Biała jest i imituje do złudzenia obrus. I dużo przedmiotów dalej imituje w tej willi do złudzenia rozmaite piękne rzeczy. Szkło stojącego na środku stołu wazonu imituje weneckie kryształy, w mietlicę wetknięte purpurowe maki są z perkalu farbowanego, a imitują świeżość rozkwitłych w zbożu maków, welwet ciemnozielony na sukni kobiety, leżącej na bujającym się krześle, imituje aksamit, a sama kobieta, pani radczyni Warchlakowska, imituje damę dobrze wychowaną, inteligentną, oczytaną, wzorową żonę, matkę i piękną kobietę.

Leży do słońca, wyniosła i wspaniała jak renesansowa księżna, patrzy na chałupę Obidowską mrużąc oczy i czuje się o wiele wyższą w społeczeństwie od „osoby”, zamieszkującej naprzeciw chatę bez żadnej efektownej etykiety, nie przywożącej ze sobą nadąsanej kucharki i młodszej „w bluszcze z kropkami” i nie posiadającej męża, który jest w stanie zapracować tyle, aby ona, radczyni, i trzy jej córki (o... Barissonki!) mogły rozpostrzeć swe fatałaszki w „Lewkonii” i nicować przechodniów przez długie trzy miesiące z trzystopniowej wysokości nadgniłej werandy.

Właśnie jedna Barissonka wbiega na werandę. Ubrana jest w pąsową bluzkę, białą spódnicę wełnianą, żółte trzewiki i do złudzenia imituje strojem, chudością i manierami szpiczaste miss, widywane w ilustracjach angielskich. W ślad za nią zjawia się druga czerwona bluzka i trzecia! Jest to rodzaj umundurowanej małej armii o cienkich, zawsze złośliwie zaciśniętych usteczkach. Ręce duże, nogi duże, piersi płaskie, biodra sterczące, moc piegów, śliczne oczy, śliczne włosy, brak poczucia delikatności, brak słuchu, zdolności matematyczne, dowcip jak u starego dziennikarza, znajomość tajemnic życiowych zdumiewająca, zaczepność małych buldogów – słowem, tysiące rozkosznych przymiotów, stwarzających wcale udatną i obiecującą całość.

Pani radczyni jednak jest rada ze swych „dziewczątek”. Nie są to wprawdzie dziewczęta spod wiejskiej strzechy, ale pani Warchlakowska jest zdania, że są już dostatecznie opancerzone do walki z życiem.

A że wiedzą to i owo i że mają sąd swój o ludziach i wypadkach, mój Boże!... tym lepiej – nie będą to lalki salonowe, lecz od razu kobiety o wybitnej indywidualności.

Pąsowe bluzki z barchanu imitującego welwet wionęły, zaroiły werandę czerwienią i bielą i nagle stanęły. Dostrzegły Tuśkę w oknie chałupy. Zaczęły się jej ciekawie przyglądać.

– Ona wczoraj szła za nami z tą dziewczynką w dużym kapeluszu...

– Aha!... – w białych trzewikach.

– Tak. Pamięta mama: miała nietutejszą suknię i łańcuszek po staremu naokoło bioder.

Pani Warchlakowska zmrużyła oczy.

– Ach! tak... macie rację. To będzie coś z Warszawy.

– Albo z prowincji.

– Nie. To coś z Warszawy. Chodzi po warszawsku.

Wygłosiwszy te słowa, pani Warchlakowska utonęła w obserwowaniu Tuśki.

– Czego ona tak stoi przy tym oknie?

– Przypatruje się nam.

– A może jej pokazać język? – hazarduje najmłodsza czerwona bluzka, która jeszcze nie jest dostatecznie opancerzona, ale za to bardzo „rozwydrzona”.

– Mińciu!... – strofuje radczyni.

Lecz Mińcia się tłumaczy:

– To po co tu patrzy? Nie widziała ludzi na werandzie, czy co?

Radczyni uznaje za stosowne być dobrą i łagodną.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?