PapuziaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Bo to, widzi pan, mężczyźni nie lubią, skoro się im o takich rzeczach mówi. Tylko pan jakiś inny od wszystkich. Może to pana i bawi.

Westchnęła, znów głowę przechyliła na poręcz sofki i oczy zmrużyła.

– Widzi pan, to było dziecko takie… no, pan wie! Ot takie, bez ojca. Więc to się chowało nie u mnie, ale ja zawsze co dnia przybiegałam, na ręce schwyciłam, wycałowałam gdzie mogłam. Jak już nic jej przynieść nie miałam, to choć pogwizdać przyszłam, a mała się już od progu rwała i piszczała: „Gwizdaj, Papuziu! gwizdaj!…” Było to uciechy! Cholera muzykalna była! W dziadka się wdała!…

Urwała, jakby przerażona zdradzeniem cienia tajemnic swego pochodzenia.

– No, i kiedy przyszła ta ciężka godzina, że ją śmiertelna choroba schwyciła – ja po doktorów z gołą głową latałam po nocy, w aptekach dzwonki urywałam. Raz mnie stójkowy13 mało do cyrkułu14 nie zwlókł… Co pan chce! Dla dziecka to się w ogień skoczy! Nie pomogło! Chudła, sztywniała – i już tylko na rękach nosić ją trzeba było dniem i nocą. Ja też nosiłam i jeszcze tylko to gwizdanie mogło ją uspokoić na trochę, na krótko! I ja też gwizdałam! Łzy mi jak groch leciały!… ale nosiłam i gwizdałam!

Umilkła i spod przysłoniętych rzęs zamigotały nagle dwie lśniące krople łez, po czym z pochylonej w tył głowy spływały po skroniach, mocząc silnie pęki fryzowanej grzywy.

– I wiesz pan co? Umarła mi na rękach wtedy, kiedy chodziłam z nią po pokoju i gwizdałam jej cichutko, cichuteńko – prawie w samo uszko. Późno było, świeca się dopalała, w kącie chrapała kobieta, u której ona się chowała. Ja chodziłam boso, żeby nie wstrząsać rękami, gwiżdżę – ona oddycha, raz, drugi oczki otworzyła – sina obrączka naokoło ust się rysuje. Jezus Maria! Myślę sobie – dziecko!… gwiżdżę wciąż – ona już nie oddycha, ja głowę tracę… i ludzie mnie znaleźli z dzieckiem na ręku, ciągle po pokoju chodzącą. Podobno nawet jeszcze gwizdałam!… Co pan chcesz!… Dostałam bzika. Nie miałam nic mego… ją jedną!… Oprzytomniałam później i czasem, kiedy sama jestem mówię, sobie: zagwizdaj, Papuziu!… gwiżdżę!… i płaczę!

Rozpuszczoną masą włosów otarła strumień łez płynący jej z oczów.

– Przepraszam pana – wykrztusiła wśród łkań – ja zaraz przestanę beczeć, to już… taki cholerny narów… ja zaraz będę… wesoła!…

Lecz on – zbliżył się ku niej teraz i wyciągając ręce przyciągnął ją ku sobie.

W geście tym nie było śladu współczucia dla jej cierpienia, był tylko jakiś sybarytyzm15 dziwny, rozsmakowanie się w gorącości łez i w spazmatycznym skurczu wstrząsającym piersi kobiety.

Melancholiczne zwierzę zbudziło się w nim i brutalnie, bezczelnie domagało się praw swoich.

Sentymentalny samiec wyciągnął trupią rękę i na ranie serca kobiety-matki położył.

Obwisła warga zadrgała mu rozkosznie.

Oczy pokryła biała, wilgotna mgła.

*

I od tej chwili żyli razem, we dwoje – schowani w kącie oddalonej ulicy, w mieszkaniu, które on urządził z banalnym komfortem biurowego parweniusza16. Wszystko naokoło nich było martwe, trupie, wystygłe.

Dziewczyna z początku rwała się jeszcze do życia, walcząc z resztkami temperamentu.

Wprędce jednak ciało zniszczone latami przymusowej rozpusty – zapragnęło grobowego spoczynku.

Za ciałem poszedł duch.

Minuśka zamierała wśród strzyżonej tkaniny mebli i zakurzonych parasoli, włócząc po otomanie swe bezsilne członki anemicznej kobiety.

On – tryumfował, kąpiąc się teraz w tej cmentarnej atmosferze, którą włóczył w fałdach swej kurtki, ciągle milczący, ponury, ziejący niczym nie usprawiedliwioną rozpaczą, zwłaszcza w chwilach wiosennego rozkwitu.

Czasem tylko dziewczyna wyrzuciła jeszcze z siebie „psiakrew” – zebrane z ust towarzyszek łatwej zabawy i ciężkiej pracy, i słowo to jak uderzenie szpicruty przecinało powietrze.

Lecz on, nie ruszając się z miejsca, przez zaciśnięte usta szeptał:

– Cicho!…

Kobieta milkła i siedzieli tak oboje w milczeniu, w rozpaczliwej melancholii dwojga zamierających organizmów, skutych ze sobą – ona, rozpamiętywając swą przeszłość, on – pławiąc się w lubieżności smutku i o trumny potrącającego wspomnienia.

I gdy jasnobłękitne światło od okien płynące z szarego tonu zmieniało się w złotorudy blask wycinający kontury mebli, a coraz dalej ku głębi pokoju rozpływało się w czarniawoszafirowym cieniu – on pochylał się nad martwiejącą w trupiej pozie dziewczyną.

– Zagwizdaj, Papuziu!…

Ona gwizdała, z początku niechętnie, potem coraz więcej zatapiając się w cichej nutce melodii.

Trup dziecka wyschły, zżółkły, biedny – zjawiał się przed nią w przepotędze swego nieprawego pochodzenia, wspaniały bezimiennością swoją, doskonały w zrodzeniu z miłosnego tchnienia. Trup ten zimniał, sztywniał – tuż przy jej piersi – przy jej łonie, które go stworzyło, i gniótł jej ciało strasznym ciężarem nieżyjącego potwora.

13stójkowy – policjant w zaborze rosyjskim. [przypis edytorski]
14cyrkuł – komisariat policji w zaborze rosyjskim. [przypis edytorski]
15sybarytyzm – rozmiłowanie w przyjemnościach życia. [przypis edytorski]
16parweniusz (z fr.) – człowiek, który dorobił się majątku i nieumiejętnie naśladuje klasy wyższe. [przypis edytorski]