O czym się nie mówi

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Gabriela Zapolska

O czym się nie mówi

POWIEŚĆ WSPÓŁCZESNA

Saga

O czym się nie mówiZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1909, 2020 Gabriela Zapolska i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726426656

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

— Prawda Tatuńciu? ja mam grecki nos?

— Tyś jest cała Greczynką, o Poranku! bo kochasz życie i umiesz je kochać... bo niżesz uśmiechy dni twoich na nić swej egzystencyi, jak musiały greckie dziewczęta nizać kwiaty różowe dla przyozdobienia smukłych szyi swoich!...

— Nie pleć Tatuńciu...

I.

— Doprawdy, chce mi ją pan odstąpić?

— Jak Boga kocham.

— Dojadła panu?

— Nic. Ale widzi pan, upatrzyłem już coś innego.

— Lepszego?

Konitz pogładził wychudłą ręką rzadką bródkę.

— Coś całkiem innego. Ale to... całykiem. A potem co tam gadać. Ja się przyzwyczajam do kobiety, a to najgorsze, panie tego...

—?...

— Jaki pan naiwny. Można się przyzwyczaić do cygarniczki, do pióra, do palta, i to wcale dobrze. Wtedy człowiekowi swojsko, gdy mu tak co pod ręką się ułożyło. Ale do kobiety — wręcz przeciwnie. Nerwy, panie tego... nerwy muszą być, panie tego, podrażnione, bo inaczej — ferfał die Klaczkes mit die weisse Kopytkes.

— Może.

Zapanowało milczenie. W tych obszernych, dusznych salach biurowych gorąco było nie do zniesienia. Stare piece, jak monumenta, wznosiły się po rogach. Bił z nich żar i czad węglowy. Konitz jednak chętnie przysuwał swoje biurko do pieca. Widać w nim było jakieś zastygające energie życiowe, które potrzebowały ciepła i drażniących nerwy wstrząśnień. Z miną małego kogucika, z oczyma podkrążonemi wcale nie dwuznacznie, był typem biurowego pół-mola — pół-donżuana, puszczającego się galopem za spódniczką szwaczki lub lepiej odzianej sługi, którą wyczuł węchem, jak wyżeł zwierzynę.

— Ja, panie tego, tylko biuro i kobiety. Skoro pensyę zafasuję, to... niech się strzegą... bo każda trup.

Była w nim łatwość sprowadzania życia do jakiejś jednej chwili, w której nie zdawał sobie sprawy ze swego istnienia. To było osią jego egzystencyi. Poza tem nic więcej nie interesowało go.

Krajewski odłożył pióro, wsunął ręce w kieszenie od spodni i, odepchnąwszy się z krzesłem od biurka, patrzył posępnie na całe masy »kawałków«, zalewające melancholijnie blat biurka. Deszcz padał cienkiemi strugami i dzwonił dziwnie w szyby. — Inni urzędnicy siedzieli cicho, pochyleni nad aktami. Czasem ktoś wstał, przeszedł do drugiego pokoju. W oddali słychać było gwar głosów kobiecych. — To panny, pracujące w biurach, śmiały się z czegoś głośno. Krajewskiego przecież nie interesowały. Były to dziewczęta »uczciwe« i dążące »do ołtarza«. — On żenić się nie myślał, a w duszy miał trwogę przed wciągnięciem dziewczyny w jakiś nielegalny stosunek. — Był przecież po prostu zgłodniały jakiejś miłostki, a choćby jej pozoru. — Od całych miesięcy pogrążył się w czytaniu z cichą i skoncentrowaną namiętnością, która cechowała zawsze wszystko to, co robił. Rzec można, iż uczepił się tej powolnej dyssekcyi duszy przez obce mózgi, która ma dać wreszcie poznanie esencyi logicznego skojarzenia myśli. — Doznawszy niemiłego zawodu z powodu kobiet, rzucił się wpław w dziedzinę abstrakcyi i zaczął pływać w błękitach, rozpostartych ponad dymami, wznoszącymi się z ołtarzy, gdzie ciała ludzkie składały całopalenie swym zachceniom i dążnościom. Kobieta przestała istnieć dlań. Istniał tylko Kartezyusz na razie i jego Rozmyślania. Mało to było, skromnie. — Czuł to sam. — Lotny był i rączy umysłowo. Lecz i leniwy. — Dreptał jakby w przedpokoju, nawet nie przedsionku prawdziwych Rozmyślań. Narazie mu to starczyło. — Nie miał siły na więcej. Przeżuwał dawne. — Powracał wieczorami sam do swego pustego pokoju i rzucał się na szeroką starą otomanę, która mu zastępowała łóżko. Obok stał kufer. Na nim Krajewski umieszczał prosty lichtarz ze świecą i otwierał książkę. Żółtawe, chorobliwe światło wydobywało na jaw jego dziwną, niepospolitą twarz, długą, wykrojoną starannie, z przepychem wielkich, szarych źrenic o ciężkich dużych powiekach. — Jasne dość włosy nosił przycięte prawie przy skórze. — Pełne wyrazu usta okalał miękki, krótki zarost. Wyniosły był, rasowy, doskonale ułożony, chudy, o ruchach powolnych, jakby smutnych, a pełnych prostoty. Gdy tak leżał w tym pustym prawie pokoju pochylony nad książką, nieruchomy, miał w sobie coś z mędrca, posiadającego już w duszy moc wyrzekania się wszystkiego, co nie jest głębią doskonałości zupełnej.

Czasami zjawiała się we drzwiach rozczochrana, typowa postać kamienicznej stróżki w obszarganej spódnicy i z dzieckiem na ręku.

— Może co przynieść?

Krajewski powoli odrywał swe wspaniałe źrenice od pagórków mądrości Kartezyusza.

— Co?

— Może wielmożny pan da na co.

— A!...

— Są w grajzlerni szproty, masło. Ugotuje się jaja.

— A no dobrze! dobrze!

Lecz Romanowa nie ruszała się z miejsca.

— Pan wie... moją Mańkę znów poniosło.

— No?

— Jak Boga kocham. Mówiła żona krawca, że widziała ją na gumach i w nowym kapeluszu. To morowa cholera. Żeby ją choć gdzie przytłukło, albo niechby się już raz do policyi dostała.

!!!

— A no tak. Wezmą, zapiszą, jak to bydlę, a ja już wtedy wiem, że niby ani dziecka nie mam, ani nic.

Krajewski odłożył Kartezyusza.

— Co wy też?

Ale rozżalenie Romanowej było wielkie. Pięścią uderzyła w piec i trząsnęła dzieckiem tak, że zdawało się, iż rozleci się na kawałki.

— Co ta... ona nawet nie winna tak Bogiem a prawdą. Toć to za nią pod kamienicą latali, że tylko ukropem lać... Sam pan...

— Ja?

— A no. Niby pan tak ostatecznie tam nie. Ale nie zaczepiał ją pan... nie? co? Przecie dziewczyna nie z kamienia. Wam, mężczyznom, to się zdaje, że to wszystko nic, a to tak ziarnko do ziarnka i ot po dziewczynie.

— Uspokójcie się, wróci.

— E! wiem, że wróci, bo taki to już kobiecy los. Taki jeden odbierze uczciwą sławę, a potem won... A co mi po takiej... To tylko śmiech...

Trzasnęła się pięścią w potargany łeb. Dziwaczna jej sylwetka miała na cieniu pozory Gorgony. Cała jej postać gięła się jakąś wielką rozpaczą samotnych wierzb tragicznych i rozczochranych na tle beznadziejnego nieba. Krajewski mimowoli patrzył na nią.

— To bardzo nawet przez pana... — zaczęła znowu. — Ten Zyd, co się tu do pana włóczy w takich hyclowskich sprawach, że — no, to on mi ją zmanił. Kiedyś napadłam, jak ją coś kusił w bramie. Żeby się tu był do pana nie ściągał, to byłby ją nie spotkał... A teraz ją tam gdzie musiał sprzedać... A jakże...

I nagły żal wezbrał w niej, aż ryknęła całym głosem:

— A ino... sprzedał... dziecko moje... krew moją... Żebyście z piekła nie wyjrzeli za nią wszyscy...

Krajewski podniósł się z otomany i usiadł na brzegu jakoś dziwnie zmieszany.

— Ależ, moja Romanowa, ja wam przysięgam, że ja z Mańką nic nie miałem.

— Bo nie chciała!... Ale żeby się zgodziła, to byłbyś pan, tak jak drudzy, ją sponiewierał.

Straszna była tak w cieniu, z twarzą nabrzmiałą, z plamami ócz z pod brzegu chustki.

— Czego wy się do porządnych dziewczyn czepiacie? czego? — jęczała — mało wam już takich, coście je zatracili? Nie, wam się zachciewa takiej, co jeszcze przy matce... o...

Nagle zaczęła trząść trzymaną na ręku dziewczynką.

— Ażeby ciebie sto choler zatłukło! Czego ty na świecie, na żer dla jakiego, a potem na ulicę, pod latarnię. Ażebyś zdechła!

Zaczęła bić głową dziecka o piec.

— Ażebyś za niewinnej duszy skonała! Krajewski rzucił się dziecku na ratunek.

— Romanowa.... co wyprawiacie? chcecie dziecko zabić?

— O! teraz to ją pan ratujesz, a jak dorośnie, to ją pan sam sponiewiera i potem popchnie, aby ją na policyi zapisali i aby gdzie na barłogu zgniła... Już panowe serce niechby szczezło i was wszystkich psiakrew dziwkarzy!

Krajewski postawił płaczące cicho dziecko, cuchnące w masie barchanów. Dziecko było brudne, i Krajewski, który miał w sobie estetykę czystości kociej, z odrazą spojrzał na swoje ręce.

— Moglibyście lepiej dziecko umyć! — rzucił przez zęby.

Ale Romanowa spojrzała na niego z nienawiścią, jakby w nim koncentrowali się ci wszyscy, którzy na sznurach swych rozpasanych nerwów wlekli od wieków dziewczęta do błotnistych jam.

— Właśnie... — odparła — będę ją cackać i pięknić, abyście mieli ładniejsze łajno dla swojej uciechy i żeby Żyd za nią więcej faktornego wziął, jak wam ją nastręczy. — Porwała puszczone dziecko i otworzyła silnem pchnięciem drzwi.

— I żeby was jaki mór spotkał.

Postała chwilę we drzwiach tak na rozcież otwartych. Zgnile zimno buchało, i ciemnica była w tej sieni straszna.

— A co mam przynieść? — odezwała się wreszcie już głosem stłumionym, choć drgały w nim jeszcze resztki wściekłości, szarpanej w najboleśniejszej strunie, bo swego macierzyństwa istocie:

— Nie trzeba nic! — odparł szorstko Krajewski — wyjdę na kolacyę z domu. Lepiej zaświećcie w sieni.

Baba obejrzała się na niego ruchem drażnionego szpicrutą głodnego zwierzęcia.

 

— My bierzemy dwa guldeny miesięcznej pensyi, jako stróże, i za to mamy kupować naftę na schody... a pan chce, żeby się świeciło od czwartej... I zaraz...

Znikła w ciemnicy, zatrzaskując drzwi za sobą.

Krajewski podjął rzuconego na ziemię Descartes’a i chciał zanurzyć się w tym ojcu filozofii scholastycznej, który wyprowadził na scenę dualizm i dał szalonym miecz w rękę.

––––––––––

II.

Lecz nie był w stanie.

Krzyk Romanowej, jej potworna sylwetka, wrzask rozbijanego dziecka, a potem głębia jej słów — sprawiła na nim jakieś gniotące wrażenie. Przedewszystkiem czuł, że ta kobieta, wyjąca za swą córką, pędzącą w kał prostytucyi, ma słuszność, że jest w swojem prawie, źe ona właśnie stoi na straży świętości wolnego ciała kobiecego, które, skopane, sprzedane, rozwłóczone po piekłach upadku, zatraci szlachetne porywy tego słabego duchowego płomyka, jakie w sobie mieć mogło.

Tak — on był winien i jemu podobni.

Nie dlatego, źe szukał ujścia swym popędom w nielegalnych związkach. Lecz właśnie, że pragnął, aby te miały choć pozory związków, te chwile zapomnienia, te »wypicia szklanki wody«, jak nazywają inni stosunek swój z kobietą. —Wykwint i jakiś instynkt samozachowawczy odtrącał go od tych, co pod latarnią taksują swe nieszczęsne ciało. Nie. — On pragnął mieć jakieś złudzenie, gdy obejmował postać kobiecą i tulił się do niej. — Kilka »romansów« z kobietami ze świata, czczych lub pełnych nietaktów, głupoty i niesmaku, odtrąciły go na zawsze od tego sortu, podatnych dla chodzących manowcami mężczyzn. Przytem był romantycznie leniwy i czuł dziwny wstyd i smutek, że musi wyławiać złodziejskim sposobem to, co mu się równie w życiu należy jak, pożywienie, napój, promienie słoneczne i tlen do oddychania.

Pozostawały mu więc te drogi pośrednie, te szwaczki, powracające do domów o zmroku, zmęczone, zdenerwowane od szycia na maszynie, pół-dzieci, pół-kobiety, często zgłodniałe, marzące o filiżance czekolady, o ciastku z kremem z łakomstwem wygłodzonego kota. Była to armia bezbronna, tragiczna, głupia, nieopatrzna, świeża, choć już nadwiędła od atmosfery dusznych pracownianych izb. Twarzyczki, obramowane włosami, starannie ufryzowanymi, staniki, woniejące potem i perfumami, a dołem spódnice, cuchnące od błota, źle wykruszonego, od długiego codziennego użycia.

Szło to wieczorem powoli, rozprostowując zmęczone plecy, przecierając słabnące już oczy.

Naprzeciw nich szedł jeden, drugi, trzeci Krajewski, niosąc tym bezbronnym swe żądze, przystrojone w kwiaty jakiejś niby uczuciowości.

Gdy szwaczek nie stało, były jeszcze bony, sklepowe, dziewczęta, zajęte w administracyach. — Skoro zjawiła się gdzieś jakaś świeża, nieznana, mająca jeszcze przesąd swej uczciwości do stracenia, sygnalizowana była na wszystkich punktach.

— Tam i tam jest jedna uczciwa. Ach! wreszcie.

I rozpoczynał się pościg.

Dziewczyna naturalnie nie opierała się zbyt długo. Szła na lep chętnie, znudzona, zmęczona, rada, że »się trochę rozerwie«. — Więc przedewszystkiem występowały na plac cukierenki uboczne, drugorzędne, gdzie nikt nie widzi, potem bilety do teatru, dalej jakieś bluzki taniutkie, pierścionki skromne, drobiazgi, grzebienie z celuloidu i szczyt marzeń: jedwabna halka.

Wreszcie po długich wahaniach przyjście w niedzielę po południu do kawalerskiego pokoju, gdzie dobrze napalone w piecu, jakaś słodka wódka, trochę szynki, herbata na maszynce.

I cichy krzyk dziewczyny, jakby pomieszany z radosnem powitaniem nowego życia.

Potem szereg takich niedziel, potem jakiś zatarg i znów nowa cukierenka, nowe grzebienie z celuloidu, nowe służenie za tę jakoś »coś lepszego«, co daje pewną ułudę zwierzęcej czysto chwili.

Tak — to do pewnego punktu.

A potem?

Rzeczywiście. Tak jak owa Mańka. — Snują się faktorzy. Sława atłasowej skóry, pięknej karnacyi, ładnych kształtów rośnie.

I snują się faktorzy.

Dziewczyna jest zniechęcona, zgorzkniała. Ten i ów całujący ją nawet po rękach wykazał się w jej oczach prostym brutalem.

I co jej przyszło z tego?

Była już w kilku rękach. Żaden nie zatrzymał jej dłużej przy sobie. Jest w nędzy, a ta cukierenka i skromne bluzki zaczynają jej nie wystarczać. Czuje, że właściwie jest płacona, bo ta miłość, którą tacy Krajewscy jej dają, nie jest wcale miłością, ale nędzną grą i oszukaństwem.

— Niech przynajmniej mam co za to!

Oto pierwsza myśl.

I idą tam, gdzie oczywiście mają co za to.

Idą tam, ale właściwie kto je pchnął »tam«?

Krajewski odłożył powoli książkę na kufer i patrzył teraz w sufit, leżąc wyciągnięty na sofie.

Pchnął je on i jemu podobni.

A potem, gdy już są sklasyfikowane, opodatkowane, gdy już stanowią inwentarz państwowy i pracują usankcyonowane i konieczne, odwraca się od nich z dreszczem pogardy i wstrętu.

Dlatego że obraża się w nim poczucie wyłączności. I że pragnie, mimo wszystko, tego »błękitnego kwiatka« w sprosności grzechu.

Jak wywołane zaklęciem z jakichś bagien gnijących, zieją ku niemu wspomnienia tych, które tutaj przeszły, które miał pomiędzy Dantem i Kantem, Biblią i Platonem, pomiędzy napadem melancholii i stanięciem u kresu rozpaczy życiowej. Przesuwały się martwe i blade. — Miały niektóre nawet wdzięk i jakąś prostotę w swych pieszczotach. — Mając sam sposób postępowania z kobietą wytworny, pomimo ubóstwa otoczenia, nakazywał każdej ze swych kochanek jakiś ton o jeden stopień wyższy i nie dozwalał jej z niego się zsunąć. A może zdawało mu się. Był bowiem bajecznie subtelny i w każdej najbanalniejszej chwili umiał odnaleźć ukryty na spodzie dyament, który według woli oświecał kolorami, czerpanymi we własnym nastroju. Leżąc tak, przechodził myślą nie tylko wspomnienia, ale i całokształt postaci tych kobiet. — Były przewaiżnie młode i miały ładne uśmiechy, ładne linie karków, ramiona wdzięczne nimf, stopy często delikatne i nie zdeformowane, włosy puszyste i miękkie, płynące swobodnie po trochę chudych a dziwnie wygiętych plecach. Ta umiała wpijać się w usta nienasycenie, ta tuliła mu się do raimenia senna i zmęczona, ta znów przygarniała go na swe kolana i kołysała, jak małe dziecko, ta całowała go po rękach, obsypywała go tysiącem zdrobniałych śmiesznych imion, które miały czar zerwanych nieśmiało rosnących kwiatków...

Wszystkie były bezinteresowne, zadowalając się drobiazgami, wdzięczne za starania, znikające z jego życia bez awantur i tragedyi.

A przecież ziało do niego jakby zgnilizną bagien, świeżo poruszonych potężną ulewą...

— To słowa tej starej! — myślał — to ona...

I po chwili zawieszenia myśli, dodał:

— A przecież ona miała racyę.

— Nie powinienem! Trzeba te lepsze zostawić w spokoju. Na to są już poświęcone tamte z pod latarni. — Lecz pokręcił głową.

— Nie mam już dwudziestu lat... to nie dla mnie.

Sięgnął po książkę. Zgarniał ku sobie swą ciszę samotną, w której się rozkoszował z wykwintem sybaryty. Napróżno. Po kilku minutach rzucił ją znowu z niechęcią.

— Po co mam czytać o dualizmie i tracić czas na przeżuwania dowodów. Najlepszy dowód jest mój stan obecny.

Zaczął febrycznie odziewać się. — Staranny był w odzieży. Nosił długopołe surduty, które coś nadawały mu z cech trzydziestego roku. O ile nie dbał o to, gdzie przebywał, o tyle bezwodnie dobierał to, w czem przebywał.

— Pojdę do knajpy, a gdy się trochę ogłuszę muzyką i ludźmi, wrócę do swoich książek...

W głębi duszy, w bardzo wielkiej głębi, tam, gdzie chowają się te myśli i postanowienia, które już się stały, zanim się stały, w świecie rzeczywistym coś szeptało:

— Niedługo będzie tu dziewczyna...

Szarpnął się.

— Nie chcę. Niech je dyabli. Ma tam znów za nią jaka matka ryczeć...

A tam w głębi szeptało:

— Ach, nie bądź tak wrażliwym. Jutro, pojutrze — będzie tu znów dziewczyna...

A gdy już drzwi zamykał i do ciemnej sieni wchodził, to »coś« rozswawolone podśmiechiwało się jakby:

— I znów będzie... coś lepszego!

Aż przystanął. Rękę położył dziwacznym gestem, jakby jakąś przysięgę składał.

— To nigdy! — już wolę nic albo jaką mężatkę; albo moich filozofów.

Ale czuł wybornie, że nie woli.

I że tak będzie, jak być ma.

––––––––––

III.

Dlatego też, gdy zaraz nazajutrz z wielkim cynizmem i spokojem Konitz ofiarował mu ni stąd, ni zowąd swoją dotychczasową kochankę, ani na chwilę nie przyszło mu na myśl — odmówić.

I owszem. — Przyjął zaofiarowanie uprzejmie, jakby rzecz naturalną. — Ci dwaj panowie od biurka do biurka ustępowali sobie kobietę i jej pieszczoty i wszystko, co jej było, tak jakby ustępowali sobie laskę, albo jakiś inny przedmiot, którego jeden miał już nadto, a drugi potrzebował.— Przy szmerze ciekącego po szybach jesiennego deszczu, w zimnie i szarudze zanurzeni w duszne ciepło biura z jego nudną i śmiesznie ogłupiającą farsą rozmaitych hec ocieniowych, dopełniali swej szarej, monotonnej egzystencyi tym bezpłatnym handlem, jaki pomiędzy sobą prowadzili.

Pierwszy znów ozwał się Konitz:

— Więc kolega chce ją naprawdę?

Krajewski, nie zmieniając pozycyi, odparł obojętnie:

— Chcę!

Po chwili przecież dodał:

— Kto to?

— Szwaczka.

— To dobrze.

Konitz powstał i zbliżył się do niego.

— A cóż kolega myślał? że co?

— Nic. A dawno się puszcza?

— Czy ja wiem! Powiada, źe nie. Ale kto tam może co wiedzieć. Grunt jest tylko w tem, abym był jeden. Prawda? — No naturalnie, że wolę, że jest tak, jak jest. Ale... jeden. O! to grunt.

— Dużo pan na nią wydaje?

Konitz się zachłysnął.

— Coś tam, ale prawie z miłości. Wierna mi jest...

— A skąd pan masz tę pewność?

— O! z takiemi dziewczętami wiedzieć zawsze można. To jeszcze szczere. Dopiero później nauczy się kłamać. Przyprowadzę ją panu jutro. Albo czekaj pan. Zrobimy tak. — Przyślę ją do pana i powiem, że sam przyjdę. — Kup pan co bądź, kota, kanarka. One mają pasyę do zwierząt. Więc wmówię w nią, że będziemy oglądać. — Ona przyjdzie, a ja nie...

Śmiał się i ręce zacierał.

— Co dobrze? będzie czekać, czekać — no a pan tymczasem skorzystaj. Gdy już stanie mi się niewierną, skończy się wszystko. Jest bardzo... jakby to powiedzieć... romansową. — Przeniesie swoją romansowość na pana. — Przeprowadzka nie będzie ją wiele kosztować. Co?

Krajewski kiwał głową.

— Dobrze.

Chwilę ogarnął go niesmak, że on to właśnie ma dziedziczyć tak bezpośrednio metressę po tym małym, czupurnym i trochę brudnym kogucie. I ogarnął go znowu smutek szary i beznadziejny.

Więc jutro o trzeciej?

— Dobrze.

Konitz jednak nie odchodził. Kręcił papierosa brzydko i szukał po kieszeniach zapałek.

— Ta moja nowa... — zaczął znowu — to sklepowa. Gdzie? nie powiem panu, bo jeszczebyś mi ją odebrał. Nawet prowadzi się dobrze. Jak Boga kocham. Miałem masę trudu, żeby ją sobie urobić. Nawystawałem się pod sklepem, a szczególniej w deszcz. — Pan się dziwi? E! to pan nowicyusz. W deszcz najłatwiej się takie sprawy załatwiają. Taka dziewczyna jest przedewszystkiem jakaś znużona, smutna. Potem wychodzi na wichurę, na słotę. Błoto, ciemnica — przejmują ją strachem. Zawsze się zatrzymuje przed bramą i waha się chwilę, jakby nie wiedziała, gdzie iść.— Na dorożkę nie ma, a takby chętnie w nią wsiadła. Więc podsunąć się wtedy — powiadam panu. Dusza szczera. I nie być natarczywym. Broń Boże! tylko tak... niby że smutno, że tak okropnie jakoś... Ja tak tę moją wziąłem i tę, co ją panu dam, i tę, co ją będę miał.

Uporał się wreszcie z papierosem i stał teraz, kołysząc się przed Krajewskim, który patrzył znów przed siebie cichy i jakby skupiony w sobie.

— Bajecznie dużo mają w sobie sentymentów!... — skrzypiał znów Konitz — ale to dla nas lepiej. I widzi pan, właśnie woda na nasz młyn. Bo niby kochają się, a jak kochają, nie zdradzają. Bezpiecznie dla nas i dobrze. Cóż pan nic nie mówi?

— Nic. Słucham!

I ma pan racyę. Ja kobiety na pamięć umiem. Tylko popatrzę, oho! już wiem, co ona warta. Mnie nigdy żadna nie nabierze na fałszywą minę. Czasem idzie taka, że przysięgniesz, to coś dla nas, a tu, panie, to już takie coś, co to splunięcia nie warte. — Mam taki węch. Zaraz odróżnię. Ja w całem mieście wiem, gdzie jest jeszcze takie jakieś, co ma coś do stracenia. Tylko przekonałem się, że źle wam dawać adresy. — Lepiej samemu, po kolei.

 

Krajewskiego ogarnął jakby śmiech.

— Bój się pan Boga, a cóż będzie, gdy już żadnej godnej pana nie będzie.

Mały Konitz pokołysał się trochę, zmrużył oko, namyślił się, wreszcie odrzekł.

— Wtedy się ożenię!

— A!...

— Tak — tak.

Zapanowała cisza, tylko w oddali słychać było dyskretny, monotonny głos jakiejś pani, skarżącej się, że jej kazano zapłacić dwa razy jeden i ten sam podatek.

— Z tysiąc dziewięćset pięć... osobisto dochodowy — czternaście koron i coś... dwa razy.

— Tak — podjął znów po chwili Konitz — ożenię się. I wtedy dopiero dobiorę sobie kobietę taką, jaka mi się należy. — Bo, choć wybieram bardzo starannie, co sam pan przyznać musi, i każda jest nie byle co i przyzwoita dziewczyna, to przecież jeszcze nie to, czego pragnę. I widzi pan, jak patrzę na pana tu u nas w biurze, to myślę sobie tak. — Pan tutaj po co? — Skończył pan dwa fakultety i jest pan w biurze podatkowem! To samo ja. — Co do kobiet — to jakbym skończył dwa fakultety. Znam się — no! — z oczami zamkniętemi powiem panu, co to. — A przecież muszę poprzestawać na szwajkach, na sklepówkach... To zupełnie jak pan, pochylony przy tam biurku, zamiast być w dyplomacyi albo gdzie...

Krajewski uśmiechnął się słabo.

— Ja czuję się zadowolony.

— No... i ja muszę także się zgodzić z losem. Ale daję panu słowo, że czasem pasya mnie ogarnia taka na te kobiety... że biłbym je.

— Prosty sposób. Zostawić je w spokoju. Ja naprzykład teraz. Cztery miesiące nie spojrzę na żadną.

— E! pan jesteś, jak nasz szef kiedyś powiedział, figura fantastyczna.

— Tak szef powiedział?

— Jak Boga kocham! A przecież i pana ciągnie, bo godzi się pan, żebym mu tę, co mam, teraz odstąpił.

Krajewski zastanowił się.

— Prawda! — odparł po chwili — ani rusz zwalczyć zwierzę.

Konitz ramionami wzruszył.

— Co pan mówi! komunały! Zwierzę? Kto? Chyba taki, co idzie przeciw prawom natury, a nie taki, co żyje, jak powinien.

— Tak... ale widzi pan... Ja myślę, że te dziewczyny później —

— Co później? co pana to obchodzi. Byle nie być pierwszym. Bo to rzeczywiście troszkę tego coś na sumieniu. Ale niby potem?

— No tak. Ale taka dziewczyna raz padnie. Dobrze. Ale potem, gdyby nie ja, gdyby nie pan, mogłaby...

— Co? co?

— No... inne życie.

— E! śmieszne. Jakie życie? — Czy pan powstrzyma kamień, co leci z góry. — My musimy przecież jakoś nasze kawalerskie czasy przebiedować. Trudno — księżniczki nie dla nas, a już trudno, żebyśmy po byle co sięgali.

— Więc te dziewczęta, to jak parasole — od deszczu.

— Ha, no... niby...

Aż wyło jakąś szarą ohydą z kątów i z całej tej rozmowy, która Krajewskiego napełniała strasznym, chorobliwym niesmakiem. Dama, pokrzywdzona przez c. k. urząd podatkowy, nie zmieniła ani na chwilę tonu, ciągle monotonnie mówiła swą skargę, a deszcz siekł po szybach z jednaką zaciętością.

Konitz zdecydował się wreszcie powrócić do swego biurka.

— No... jakże? Czy mam ją jutro przysłać? — zapytał, odchodząc.

— Proszę! — pochylił się z kurtuazyą Krajewski, jakby przyjmował jakiś dar, który do tej chwili był tamtego prawną własnością.

––––––––––