Tysiąc obsesjiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Prolog

TYSIĄC OBSESJI

Epilog

Podziękowania

Redakcja: JAN STRZAŁKA

Korekta: ANNA DOBOSZ, Pracownia 12A, MAŁGORZATA WÓJCIK

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN www.panczakiewicz.pl

Fotografia na okładce: © Shutterstock

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright by Gabriela Gargaś & Marcel Woźniak

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2019

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07108-3

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla Ciebie...

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Ta historia mogła wydarzyć się naprawdę.

PROLOG

– Wezwijcie karetkę! Szybko!

– Już jedzie, ale są korki. Mogą nie zdążyć.

– Nie może umrzeć, słyszycie: nie może!

Pochylający się nad Aniką policjanci wsłuchiwali się uważnie w jej tętno i mogliby przysiąc, że choć pulsowało niewyczuwalnym niemal rytmem, jego dźwięk niósł się po całym Dworcu Centralnym.

Tymczasem Anika była daleko stąd.

Leżała sparaliżowana i ogarniał ją chłód, w ustach czuła metaliczny posmak i mogłaby przysiąc, że właśnie runęła cała jej rzeczywistość. Zdawało się jej, że żegna się ze światem, w którym pokochała kogoś miłością większą niż nadzieja i w którym pragnęła kogoś bardziej niż własnego życia. Żegnała się w myślach z człowiekiem, który zawładnął nią, ale i otworzył jej oczy na nią samą, z człowiekiem, który pokochał ją, ale sprawił, że samą siebie również pokochała. Żegnała miłość swojego życia i swoje własne życie.

Gdzieś ponad głową doszło Anikę echo stłumionej rozmowy:

– Doszło do morderstwa...

– Nie lubię pakować ludzi do plastikowych worków, zwłaszcza młodych.

– Gdzie ta karetka?

Hol dworca wyludnił się niemal całkowicie. Między pozostawionymi w popłochu bagażami, torbami, rozsypanymi owocami i rozrzuconymi przez wiatr gazetami leżała kobieta o jasnych włosach, której zegar serca przestawał tykać.

* * *

– Nie szarp gościa. I tak już nie żyje.

Dwóch rosłych zbirów pochylało się nad ciałem, które – po upadku na tory – zdawało się martwe.

– Co teraz? – Wyższy z mężczyzn nerwowo rozejrzał się wokół siebie.

Odpowiedzią na to pytanie było jedynie narastające dudnienie właśnie wyłaniającego się z tunelu pociągu.

Trzech mężczyzn, z których jeden nie dawał żadnych oznak życia, znajdowało się poza czwartym peronem Dworca Centralnego. Od wlotu tunelu dzieliło ich kilka metrów, jednak dystans ten wystarczył, by nie docierało tu światło z peronu.

– Uwaga, uwaga! – ryknęły megafony. – Pociąg InterCity Konopnicka, relacji Warszawa Wschodnia–Zielona Góra, przez stacje Warszawa Centralna, Częstochowa, Opole Główne, Wrocław Główny, planowy przyjazd o godzinie piętnastej czternaście, wjeżdża na tor ósmy przy peronie czwartym. Prosimy zachować ostrożność i odsunąć się od krawędzi peronu.

Choć niebieska lokomotywa składu InterCity była coraz bliżej, tabor niewiele zwalniał. Peron miał blisko trzysta metrów długości i pociągi zatrzymywały się na samym jego końcu, tak by cały skład się na nim zmieścił.

Tymczasem leżący na torach mężczyzna, który nie dawał dotąd oznak życia, wracał powoli do świadomości i docierały do niego głosy pochylonych nad nim dwóch mężczyzn.

– Odwróć go – usłyszał.

– Po co? Nie chcę patrzeć na jego twarz.

– Odwróć, mówię. Wiktor chce mieć potwierdzenie.

– Pociąg się zbliża.

Któryś z oprychów szarpnął leżącym mężczyzną i odwrócił go na plecy tak, że ten uderzył potylicą o metal. Nie wiedział, że jego czaszka jest zakrwawiona.

Bandyci skinęli głowami, jak gdyby gest ten miał być ostatnim akcentem gangsterskiego rytuału. Kropką nad „i” w słowie „śmierć”.

– Trzeba było nie wtrącać się w nie swoje sprawy – mruknął wyższy.

– I nie mieszać w to dziewczyny – dodał niższy. – Kobieta zawsze oznacza kłopoty.

– O kurwa, pociąg! – Wskazał wyższy na pędzące wprost na nich żelastwo. – Chodu!

Kilkoro pasażerów stojących na końcu peronu pochylało się nad swoimi telefonami, nie zauważyli więc, kiedy z ciemnego tunelu wyłoniły się dwie postacie. A po chwili dwóch śniadych mężczyzn wskoczyło na peron, by szybko rozpłynąć się anonimowo w tłumie.

Pociąg InterCity Konopnicka był zaś coraz bliżej czwartego peronu i prowadzący ten skład maszynista w ostatniej niemal chwili zobaczył, że na torze leży człowiek. Zatrąbił z całych sił. Nieprzytomny jeszcze przed chwilą mężczyzna powoli otworzył oczy. A kiedy uniósł ociężałą powiekę, spostrzegł niebieski pociąg powiększający się z sekundy na sekundę jak świeża plama atramentu. Ogarnął go paniczny strach. Tym większy, że nie mógł się poruszyć.

Ostatnim, co przemknęło mu przez myśl, było imię: Anika.

Chwilę potem z mroku tunelu wynurzył się skład pociągu Konopnicka i wpadł z przeraźliwym zgrzytem hamulców na czwarty peron.

Dzień, który zmienił wszystko w ich życiu, zaczął się od awarii prądu w hotelu.

Pierwszym jej zwiastunem było migotanie światła w kloszach pozłacanych lamp naściennych, niczym na pokładzie Titanica chwilę przed jego zatonięciem. Albo jak w łóżkowych scenach w filmach, kiedy reżyser boi się pokazać kochających się ludzi, więc wybiera karnisz i falującą firankę. W każdym razie wolfram w hotelowych żarówkach syknął i zielone korytarze pogrążyły się w aksamitnej ciemności. Przebywająca na opustoszałym czwartym piętrze hotelowego korytarza Anika nie domyślała się nawet w tamtej chwili, że ten skok napięcia napędzi spiralę przerażenia połączonego z ekscytacją. Spiralę, która już wkrótce zmieni jej poukładane życie w senną i pełną uniesień fantazję.

Anika przyjechała z Warszawy do Torunia porannym autobusem. Oficjalny powód? Miała uczestniczyć w piekielnie nudnym panelu poświęconym marketingowi w sieci. A nieoficjalnie? Wolałaby już chyba słuchać audycji radiowej o spawaniu i gięciu blachy, niż tu trafić. A zatem dlaczego znalazła się w tym mieście i w tym hotelu? Żeby uciec. Bo czy koniecznie trzeba przestać kogoś kochać, żeby pragnąć wyjechać z domu choćby na chwilę? Dokądkolwiek albo i donikąd? Anika odpowiedź na to retoryczne pytanie znała już co najmniej od wtorku. Jeśli człowiek drugi raz pierze te same ubrania, żeby tylko wygospodarować dla siebie godzinę samotności w pralni, to znaczy, że coś się źle dzieje w jego życiu.

To głupie, ale nie pamiętała numeru swojego pokoju. Może gdyby powtarzała ten numer przy kolacji, jak jej napalone koleżanki, to ktoś inny by go zapamiętał. Przecież to wyjazd integracyjny, mówiły te babki z uśmiechem, który oznacza zdjęcie majtek bez zdejmowania biżuterii. Ale Anika nie tego chciała, nie pijackiego weekendu w objęciach bankiera z obrączką, której nie mógłby nawet zdjąć z opuchniętego od tłustego jedzenia i wódki palucha. Wolałaby już chyba zamknąć się na pół dnia w pralni. Albo nawet i prać w rzece.

Dlatego szybko zjadła kolację i wymknęła się z hotelu na spacer po średniowiecznej Starówce. A gdy wróciła, zorientowała się, że numer jej pokoju na karcie był starty. Coś z szóstką. Sześćdziesiąt dziewięć? A tu jak na złość zniknął recepcjonista i reszta hotelowej obsługi zapadła się pod ziemię, jak w kiepskim filmie o ataku zombie. W ciemnym korytarzu Anika nie mogła przyświecić sobie nawet telefonem, zostawiła go na nocnym stoliku, bo komórka wydzwaniała co kilkanaście minut.

Gdy rozejrzała się po hotelowych ciemnościach, poczuła, iż faktycznie udało się jej uciec do tego wymarzonego „dokądkolwiek”.

W powietrzu unosił się zapach drewna, filcu i klimatyzacji. Ucichła muzyka, z dolnych pięter dobiegały tylko pijackie szepty, kwintesencja integracyjnych wyjazdów i konferencji. Wiadomo – pomyślała – podczas całodziennych wykładów najważniejsze są przerwy kawowe i bank wizytówek. A z hotelowych kolacji – wyszeptywane między głośnymi toastami numery pokoi. Jednak numeru swojego Anika nie wyszeptała nawet hotelowej obsłudze.

Wzrok kobiety powoli przyzwyczajał się do mroku i, jak na wywoływanej w ciemni fotografii, z korytarza wyłaniały się stopniowo kontury lamperii, zielone obicia ścian, zarys starego sekretarzyka strzegącego kręconych schodów, pomarańczowa maszyna na jego blacie i w końcu stojąca przy oknie wysoka ludzka figura.

 

Dziewczyna odwróciła gwałtownie głowę z niekontrolowanym grymasem, by po chwili zaśmiać się w duchu z samej siebie. Blada twarz, koronkowe hafty, różowe policzki – trudno było dostrzec w mroku detale wiszącego na ścianie malowidła, ale białka oczu księżnej świeciły z daleka. Oczy sportretowanej panny śledziły każdego, kto tylko w nie spojrzał. Zdawało się, że dama ta może zajrzeć do ludzkiej duszy.

Przypatrując się kobiecie z płótna, Anika pomyślała o swoim wyglądzie. Czy aż tak bardzo się różniła od owej księżnej? Anika przede wszystkim nie była postacią historyczną – chyba że dzień urodzin w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego uznać za coś wyjątkowego. W przeciwieństwie do damy z malunku, nie wbiła się też w spłaszczający piersi gorset, przeciwnie, liczyła sobie sto sześćdziesiąt cztery centymetry wzrostu i była drobną blondynką o dość bujnym biuście. Swoją drogą, uważała, że – zgadzając się zresztą ze wszystkimi słusznymi głosami o seksualizacji kobiet – jeśli któraś z nich chce być zadowolona ze swoich piersi, to nikt nie ma prawa tego oceniać i dlatego Anika ze swojego biustu była zadowolona. Kobiety, myślała, przynajmniej w tym są lepsze od facetów, że sobie nie mierzą. Oni oczywiście też tego nie robią, tak w każdym razie zawsze twierdzą.

Nie prowadzi się chyba badań naukowych poświęconych uczuciu, którego doświadczamy, gdy ktoś obserwuje nas w ciemności. A tak właśnie poczuła się Anika, kiedy odwróciwszy się w stronę schodów zauważyła, że ktoś przy oknie nagle się poruszył. Zlękła się i znów posłała uśmiech w ciemność. Pomyślała, że chyba coś się jej zwiduje, jak to się czasami zdarza podczas nocnej jazdy samochodem, kiedy czyjeś zmęczone oczy odmawiają posłuszeństwa od wpatrywania się w mrok, tak że już nie wiadomo, czy to zbliża się zakręt, czy też drzewo majaczy na horyzoncie.

Wciąż nie mogła przypomnieć sobie numeru pokoju. Co teraz? Pójść na dół, poprosić o pomoc jak nierozgarnięte intelektualnie dziewczę?

Przyjazną pustkę korytarza zmąciło niespodziewanie skrzypienie podłogi. Kiedy Anika odwróciła się, z mroku wyłoniły się dwa stojące przy ścianie krzesła, a znajomy już widok jakby nieco się zmienił. Jeszcze chwilę temu dziewczyna sądziła, że to tylko cienie, tymczasem ktoś, kto stał tam wcześniej, nagle zniknął spod okna, i w tej samej chwili Anika zaczęła słyszeć tę przerażającą muzykę – zupełnie jak w filmie, w którym miałaby zagrać rolę niczego nieświadomej ofiary. „Biegnie więc na strych! Albo nie, do piwnicy!”

Bzdura, nigdzie nie biegnę – pomyślała – tam nikt nie stał, to zwykła optyczna iluzja. Jak z drzewem i zakrętem. Sześćdziesiąt dziewięć. Mój pokój ma numer sześćdziesiąt dziewięć. Zdziwiła się, że numer wrócił do niej z zakamarków pamięci właśnie teraz. Odnalazła tabliczkę. Wsunęła kartę do czytnika i kiedy już chwytała dłonią za zimną metalową klamkę, usłyszała w ciemności, jak ktoś się za nią skrada.

Kilka lat temu pracowała jako hostessa w perfumerii na warszawskim Żoliborzu. Rozdawała bezpłatne próbki perfum klientom, a po pracy spryskiwała nimi nadgarstki, bo lubiła męskie zapachy. Cóż, były ostrzejsze od damskich, a może dlatego tak je ceniła, że potrzebowała wtedy męskiego ramienia u swego boku? Niech pierwsza rzuci kamieniem ta, która nie spała w koszuli męża. Swojego lub czyjegoś...

To dlatego woń wody Giorgio Armaniego poznałaby wszędzie.

No dobra – spytała siebie w myślach – co się teraz wydarzy?

– Nie chciałem cię wystraszyć. Szukam pokoju dwadzieścia dwa.

Odetchnęła. Człowiek potrafi latać odrzutowcami, jeść surowe ryby i skakać do wodospadów, a boi się jakichś odgłosów w ciemności.

Mężczyzna miał niski, miękki głos, a oddech cichy i spokojny. Jego sylwetka ledwie majaczyła w mroku – był to zapewne ten sam człowiek, który stał wcześniej pod oknem. Anika wpatrywała się znów usilnie w ciemność, ale dostrzegła tylko muskularne męskie ramiona.

– Tu są numery powyżej sześćdziesięciu – odpowiedziała swoim miłym i melodyjnym głosem, nieco tylko zakłopotana, ale i zaciekawiona tym mężczyzną.

– Naprawdę? W takim razie przepraszam. Ta awaria prądu...

– Tak, też przez nią zbłądziłam. – Odchrząknęła. – Nie wzięłam telefonu, a...

– ...a na kartach nie ma numerów!

Oboje odruchowo zaśmiali się.

A potem nastąpiła cisza, która przeszła w długą pauzę, przetykaną oddechem dwojga ludzi o niewidocznych w ciemności twarzach. Anika od dziecka, gdy ogarniał ją strach, zastygała niczym słup soli. Kiedy jako jedenastolatka pierwszy raz się całowała, poczuła się niczym sparaliżowana. Jakby ktoś wcisnął przycisk „stop” na wideo. Teraz miała podobne wrażenie.

– Przepraszam jeszcze raz, ja...

– Nie szkodzi, choć przez chwilę poczułam się jak w horrorze.

– Kepler. Robert Kepler. – Przedstawił się i wyciągnął rękę, ale tak niefortunnie, że dotknął jej talii. – Przepraszam!

A więc poznała już jego imię: Robert. Jak Redford albo De Niro.

– Anika.

Chwilę szukali swoich rąk w ciemności, aż w końcu je znaleźli. Robert miał ciepłą i miękką, ale silną dłoń. Dziewczyna nie puściła jej od razu.

Robert odwrócił się, a Anika włożyła ponownie kartę do czytnika, ale lampka migała na czerwono. Spróbowała raz jeszcze, to samo. Cholera jasna – zaklęła w duchu.

– Przepraszam – zawołała w stronę oddalającego się mężczyzny. – Karta mi nie działa.

Nie chciała, by Kepler pomyślał, że coś kręci albo że chce go zwabić do pokoju. Ta cholerna karta faktycznie była felerna.

Robert zbliżył się do niej i Anika znów poczuła jego zapach. Jezu, to powinno być zabronione – pomyślała i zdawało się jej, że wszystko rozgrywa się jak w zwolnionym tempie.

– Gdzie masz kartę? – spytał.

Przyznała w myślach, że spodobała jej się barwa tego głosu, podobna do... Jak się nazywał ten spiker telewizyjny z dawnych czasów? A tak, Jan Suzin.

Wyciągnęła w kierunku Roberta dłoń, a on złapał plastikowy kartonik.

– Pewnie trzymałaś ją w kieszeni obok komórki? Musiała się rozładować.

– Tak, pewnie tak... – przytaknęła. Jakiego znowuż telefonu? Przecież komórkę zostawiła w pokoju, a przy sobie nie ma nawet torebki. Niby gdzie by go trzymała? W majtkach? Poza tym przed chwilą już powiedziała, że nie ma komórki. Typowy uważnie słuchający facet! – I co teraz?

– Teraz będziesz musiała spać ze mną w moim pokoju!

Anika wzięła głęboki wdech i poczuła, jak się czerwieni. Dzięki Bogu, że panuje tu taka ciemność. Co ten burak sobie myśli?

– Przepraszam, głupi żart – zreflektował się Kepler.

Przetarł kartę o materiał swoich spodni i wsunął ją do czytnika. Lampka wreszcie zamigotała i zmieniła kolor na zielony.

– Dziękuję. – Anika pewnym ruchem, niemal wyszarpując Robertowi z ręki kawałek plastiku, odebrała od niego przepustkę do swego pokoju. – Dziwne, światło się nie pali, a drzwi działają.

– Żarówki na korytarzu wystrzeliły. Polecam się na przyszłość, nie ma to jak numer sześćdziesiąt dziewięć! – Robert zaśmiał się w ciemności, po czym się odwrócił. Przez chwilę słychać było tylko jego kroki na miękkiej wykładzinie hotelowej, a potem nastała cisza.

Anika zaś weszła szybko do swojego pokoju, zamknęła za sobą drzwi, a potem opadła ciężko na łóżko.

– Sześćdziesiąt dziewięć! – Zaśmiała się pod nosem. – Głupek...

Niekiedy wystarczy chwila, by poczuć dziwne mrowienie w dole brzucha. Działają na nas różne rzeczy: czyjś uśmiech, nawet przypadkowe spojrzenie, tembr głosu. A na nią zadziałał zapach, przez który ugięły się pod nią kolana. I jeszcze te jego żarty! Jak to jest, że to, co czasem nas oburza, jednocześnie pobudza naszą wyobraźnię? Może irytujemy się wtedy na siebie samych? Za dopuszczenie do światła uśpionych demonów?

Jej koleżanki dawały się teraz obmacywać „zajętym” facetom, a ona leżała na łóżku i wpatrywała się w cienie na suficie, które układały się w kształt parowozu.

W trzeciej klasie liceum podczas imprezy integracyjnej z partnerską szkołą z Budapesztu Anika razem ze wszystkimi grała w butelkę. Działo się to w Kwidzynie, w Liceum imienia Stanisława Wyspiańskiego przy ulicy Słonecznej, na zapleczu klasy od biologii, gdzie stały szklane słoje z żabami pływającymi w formalinie, a pod ścianą dyndał szkielet na kółkach, nazywany Maryśką. Do pomieszczenia wpadała tylko łuna Księżyca, połyskującego w kręcącej się butelce. Kiedy szyjka butelki zatrzymała się na Anice, ręka siedzącego obok chłopca złapała ją w talii. Chłopak miał w ustach anyżowy cukierek i cały drżał, podobnie jak Anika. Do tej chwili nie było w tym nic z dorosłego pożądania. Nic ponad uśpione w jej siedemnastoletniej duszy stworzenia, które uczyły się dopiero żywienia się emocjami. Chłopiec przysunął się i pocałował ją. Wtedy po raz pierwszy demon zalągł się w jej podbrzuszu.

Leżała teraz na zimnej i pachnącej pościeli, w pokoju nie paliło się światło, ale nie musiała go zapalać, by widzieć drżenie swoich dłoni. Oświetlał je księżyc, a ona powoli zapadała w sen.

Wsunęła dłoń pod głowę. Ręka Aniki pachniała ledwie wyczuwalną nutą czegoś, co mile łechtało jej zmysł powonienia.

To dziwne, że po ulotnym spotkaniu poświęcała tyle czasu na myślenie o obcym facecie z korytarza. Oboje byli tam, jak dwa cienie. Dwie nieistniejące w świetle dnia istoty. Ogarnęła ją dziwna błogość. Odczuwała podekscytowanie. Dzieje się tak, gdy świadomość spotyka się z pożądaniem, a zmieszanie splata się z wyobraźnią.

Podwinęła koszulkę, położyła dłoń na swoim nagim brzuchu. Wyobraziła sobie... Chciała... Zamknęła powieki i...

Zasnęła.

* * *

Młody, wysoki chłopak przekręcił cicho klucz w zamku i wszedł do otoczonego zielenią, blisko dwustumetrowego domu. Gdy nacisnął klamkę, coś chrupnęło mu w nadgarstku.

– Ała...! – warknął na samego siebie i zacisnął zęby.

Szedł teraz przez hol pogrążonego w nocnym śnie domu, trzymając się za bolącą rękę. Na jego twarzy tasowały się światłocienie wpadających przez szklane ściany promieni rzucanych przez ustawione w ogrodzie lampy solarne. Zwolnił kroku dopiero przy ścianie pełnej zdjęć i pucharów w szklanych gablotach, a jego wzrok spoczął na antyramie zawieszonej pośrodku. Przez chwilę spoglądał na nią, przekrzywiając głowę to w lewo, to w prawo. Na zdjęciu on, jego ojciec, były piłkarz Robert Kepler. Odwrócił głowę, a potem spojrzał jeszcze raz. Nie mógł uwierzyć, że są tak do siebie podobni. Oczy miał po matce, ale wszystko inne to cały ojciec. Ach, jak bardzo nie chciałby wyglądać jak ten facet ze zdjęcia! Spojrzał na pozostałe fotografie i przypomniał sobie o bolącej ręce.

Nie wiedział, czy bardziej był zły na siebie, że nie wyszedł mu skok typu cat leap, bo poręcz była śliska, puścił ją i zdarł skórę, szorując nią po betonie, czy może złościł się na policję, bo złapała ich za parkour na terenie zamkniętej fabryki Ursus i ostrzegła, iż następnym razem pójdzie na dołek? Każda odpowiedź była do dupy a jemu było mu wszystko jedno.

Odgarnął spadające mu na oczy włosy, po czym ruszył do łazienki, zostawiając na kafelkach czarne ślady swoimi ubłoconymi trampkami.

* * *

Gdy Robert zszedł na śniadanie, na schodach trwała rozmowa na temat minionej nocy. Stojący za ladą recepcji mężczyzna w smokingu tłumaczył grupce wymiętolonych przez nocne ekscesy biznesmenów, że instalację elektryczną starego hotelu Pod Orłem w Toruniu przeciążyło wysokie napięcie.

– Od dwóch lat się nie zdarzyło, żeby goście zapełnili wszystkie cztery piętra, a do tego jeszcze salę balową i jadalnię...

Mówił do nich cierpliwie, jednak mężczyźni nie przyjmowali jego tłumaczeń, miotając się jak maklerzy tuż przed otwarciem giełdy na Wall Street. Wzrok recepcjonisty spotkał się z pełnym współczucia spojrzeniem Roberta, który przytaknął mu, jakby przyznając pracownikowi hotelu rację w tym nierównym sporze.

W sali jadalnej pachniało kwiatami i świeżo parzoną kawą, w tle cicho szumiała stacja radiowa:

Wczorajszy Słońca blask, źle wywołane zdjęcie.

Nadzieją tkany czas, zastygły w uśmiech.

Wspomnienia czają się. Jak dziki zwierz mrużą oczy...

Większość gości ubrana była w niezbyt wyszukany sposób. Jedni udawali elegancję, przychodząc na śniadanie w tych samych marynarkach i żakietach, w których się wieczorem kładli spać lub na których kładł się ktoś inny. Pozostali – bez patyczkowania się – wskoczyli w szare dresy i modne buty New Balance. A Robert? Gdyby spytać jego przyjaciół, opisaliby go jako człowieka, który zawsze ma na sobie koszulę. Dresy czy bluzy z kapturem narzuca na siebie tylko wtedy, kiedy planuje pobiegać lub napaść na bank. Ale biegał wyłącznie po boisku, a z rabunkami był na bakier, więc...

 

Od razu domyślił się, że młoda kobieta siedząca przy stoliku to Anika. Nie wiedział, skąd to przeczucie, ale dałby sobie rękę uciąć, że to ona. Dziewczyna, którą poprzedniej nocy spotkał na korytarzu.

Wyglądała dziewczęco. Miała na sobie błękitną dopasowaną bluzkę. Jej słoneczne włosy były w lekkim nieładzie, tak jakby dzisiaj zapomniała się uczesać. Srebrny łańcuszek błyszczał z daleka czterolistną koniczynką, która podkreślała smukłą linię jej szyi. Robert przyjrzał się uważnie jej twarzy. Miała zielone oczy, szklące się w świetle wpadającym przez okno hotelowej restauracji. Jasna cera z ochotą łapała słońce – zapewne dlatego dziewczyna wybrała miejsce pod oknem. Figlarny nos i drobna, krnąbrna bródka nadawały jej zawadiacki charakter.

Bzdura, ponosi mnie fantazja – pomyślał Robert i ze szwedzkiego stołu zaczął nakładać na talerz jajka, porcję masła, rzodkiewkę, oliwki i kiełki. A potem znów spojrzał w stronę Aniki.

Dziewczyna czytała jakąś książkę i uśmiechała się co chwila do siebie. W końcu wybuchła śmiechem, zupełnie nie zważając na innych gości, spośród których siedząca przy dalszym oknie dwójka seniorów skrzywiła się w tej chwili jak po zjedzeniu cytryny.

Zawibrował telefon. Robert wyjął komórkę z kieszeni marynarki, odblokował ekran i zobaczył, że to numer z telewizji, w której obiecywano mu rolę komentatora Ligi Mistrzów.

– Tak, Rober Kepler przy telefonie. Jak to zrezygnowaliście z mojej kandydatury? A kto mnie przysłał na konferencję do Torunia, żebym się podszkolił z social mediów? Mieliśmy przecież umowę! Tak, to prawda, że dżentelmeńską. Zatem do widzenia!

Gdy zdenerwowany wsuwał telefon do kieszeni, potrącił solniczkę i rozsypał sól, co podobno przynosi pecha. Spojrzał na swoją prawą dłoń, która drżała kilka sekund, ale wkrótce przestała. Dawno nauczył się studzić emocje, w jego pracy było to niezbędne, ale nie spodziewał się takiego telefonu ani z rana, ani w południe, ani w ogóle! Kontrakt miał opiewać na niezłą sumę, zaplanował już pewne wydatki i obiecał swojej żonie Kindze zastrzyk gotówki, żeby mogła wybudować dodatkową szklarnię. Nie, oczywiście, nikt go do niczego nie zmuszał, chciał być po prostu fair, bo przecież zawsze dotrzymywał danego słowa.

Do dupy z takimi umowami jak ta z telewizją! Najwyraźniej czas dżentelmenów przeminął. Ale on coś wymyśli. Jak zawsze.

Westchnął ciężko i spojrzał ponownie na stolik pod oknem. Musiał przyznać, że miał chyba do czynienia z sytuacją, kiedy samo patrzenie na kogoś sprawia nieskrywaną przyjemność. Nie mógł od Aniki oderwać wzroku. Od tego czegoś w niej i wokół niej, czego nie potrafił nazwać.

Piosenka z radia płynęła tymczasem miękko ponad stolikami:

Zdradziłam siebie pół, zachłannie pragnąc szczęścia.

Wysłałam Boga gdzieś na bardzo długi spacer,

A przecież to szczęście, nie kupię nigdzie go

Za cenę kilku tych papierowych skrawków...

Anika siedziała przy stoliku sama, jakby chciała znaleźć się w bezpiecznej odległości od innych. Może nie mógł dostrzec szczegółów anatomicznych, ale za to obserwował ją zza bezpiecznej linii demarkacyjnej, wyznaczonej przez dwa pomalowane na biało stoliki. Uczucia to w końcu pole krwawej bitwy, a on nie zamierzał brać dziś jeńców.

Tak, być może właśnie dlatego wybrał to miejsce, by niewinnie podpatrywać intrygującą go dziewczynę. Gdyby Robert był dzieckiem, uznano by jego zachowanie za urocze, ale w świecie dorosłych nosi ono miano stalkingu, bo tak się pogubiliśmy w naszym dzisiejszym świecie, że każdy nasz odruch i gest muszą mieć jakąś nazwę.

Anika odłożyła książkę i sięgnęła po cukierniczkę, cały czas się uśmiechając. Robert nie mógł dojrzeć tytułu czytanej przez nią książki.

Nagle jej ręka omsknęła się, przewracając kryształową cukiernicę w kształcie gruszki. Zawstydzona rozejrzała się szybko wokół, sprawdzając, czy są jacyś świadkowie jej niezdarności, po czym zgarnęła drobinki cukru na dłoń, przesypała je na serwetkę, którą następnie zwinęła w kulkę i schowała do torebki. Resztki cukru zebrała z kraciastego obrusu opuszkiem palca.

Robert obserwował Anikę, która powróciwszy do książki, jednocześnie oblizywała koniuszki palców, i zapragnął zastrzec ten widok tylko dla siebie. Aż wreszcie roześmiał się, spoglądając to na nią, to na komentujących jej zachowanie staruszków o zniesmaczonych twarzach, a gdy ona spojrzała w jego stronę, spuścił wzrok jak uczniak.

Czy mnie poznała? – pomyślał.

W końcu się zdecydował. Tak, podejdzie do niej i się przedstawi, tak zrobi!

Przejechał lekko spoconymi dłońmi po spodniach i już miał zamiar się podnieść, kiedy Anikę zasłonił gość o posturze obwarzanka, spowitego w przewiewny bawełniany strój. Robert podniósł wzrok, stał przed nim radca prawny Adi Tefler, jedyny człowiek w naszym Układzie Słonecznym, który brzuch miał równie wielki jak nos. Adi postawił na stole talerzyk z czekoladowym puddingiem, do którego dorzucił mandarynki i duży widelec do mięs zamiast małego, deserowego.

– Czołem pracy. Jak interesy?

– Ależ wybrałeś moment, Adi...

Mężczyzna nie zamierzał najwyraźniej zdjąć marynarki, podwinął jedynie jej rękawy do połowy przedramion, wsadził jedwabną serwetkę w pożółkły kołnierzyk koszuli i zabrał się do deseru. Tefler, mistrz kurtuazji, najlepszy liczykrupa w Warszawie i prawdziwy macher ksiąg wieczystych. Kamienicznik, który zbił majątek na nieruchomościach i przyczynił się do utrwalenia wizerunku dybiącego na mienie Polaków skąpego Żyda. Mieszkał przy alei Róż i choć nie narzekał na brak gotówki, zawsze ubierał się jak pracownik prowincjonalnej poczty.

Robert opowiedział mu pokrótce, jak mają się sprawy z jego pracą i straconym przed chwilą kontraktem. Tefler zamyślił się.

– Nie żebym doradzał, ale... Sprawdzałeś ostatnio, co u Wiktora Sukorowa?

– Czemu pytasz nagle o Sukorowa?

– Bo to dobry chłopak i myślę, że razem byście pociągnęli tę spółkę bukmacherską, o której kiedyś ci wspominał.

– Dobre chłopaki kiedyś dorastają i stają się twardymi facetami, Adi. A twardzi faceci grają ostro i czasem nieczysto.

– Za dużo sportu uprawiałeś. Z Wiktorem miałbyś czysty uczciwy układ, ale rozumiem, że choć nie masz pracy, to nie jesteś Wiktorem zainteresowany?

Robert przełknął ślinę.

– Futbol może nauczyć człowieka wielu rzeczy lepiej niż życie. Nie bierz mnie jednak pod włos.

– A jednak zastanów się, przyjacielu. Pilotowałem wiele inwestycji Wiktora. A z tobą znam się już jedenaście lat. Na minę bym cię nie popychał, przecież to razem ze mną otworzyłeś kiedyś firmę z kserokopiarkami.

– I z pierwszych moich zysków kupiłem twoim dzieciom prezenty na święta.

– Przyznaję, to było miłe. – Adi pałaszował deser, mieląc przy tym głośno ustami. – Mówię ci tylko, że zawsze jest czas, żeby zacząć biznes od nowa. Jesteś cenionym ekspertem od sportu, zjadłeś na tym zęby.

– Adi, obstawianie meczów to niepewny grunt, a obstawianie z zarejestrowaną za granicą spółką Rosjanina to grunt nie tylko niepewny, ale nawieziony wódką i blinami.

– Mówię tylko, przyjacielu, że zawsze można zmienić plany, tak jakbyś miał wsiąść z nowym biletem do pociągu i wszystko zacząć od nowa.

– Od nowa? – spytał Robert, ale wcale nie słuchał Teflera, lecz wgapiał się w stolik pod oknem.

Błądził wzrokiem po kasetonach sufitowych, po włóknach wykładziny, po oranżerii za przeszkleniem i rzucał ukradkiem okiem w kierunku Aniki, co Adi zauważył, nie omieszkując skomentować:

– O cie, bracie!

– Jedz, zaraz wrócę – rzucił Robert. Po czym wstał, zapiął górny guzik marynarki i ruszył w stronę kobiety. Szedł niespiesznie, ale jak po swoje. No dobrze, po prostu niespiesznie, miękkim krokiem po puszystej wykładzinie. Minął jeden dzielący ich stolik, zakręcił przy drugim. Jego usta rozchyliły się gotowe do melodii, którą przed chwilą skomponował sobie w głowie. Melodii, jaką komponuje się przed ekscytującym spotkaniem, z wersem w rodzaju: „Pocałuj noc w najbliższą z gwiazd...”. Tak, faceci też są sentymentalni. A może to bzdura, może prawdziwi faceci nie komponują łzawych melodii i nie piszą ckliwych tekstów? – pomyślał. Komponują czy nie komponują, piszą czy nie piszą, on przed chwilą ułożył tych kilka tanich zdań do romantycznej melodii. Dzieliły go już tylko dwa metry od Aniki, kiedy natrafił na kolejną przeszkodę.

– Jak wczorajsza kolacja? – spytał Anikę gość w marynarce à la Jaś Fasola, wyraźnie ubrudzonej białym pyłem.

– A dziękuję. Nie czułam się za dobrze, poszłam więc na spacer.

– Myśleliśmy, że zostaniesz z nami. Wiesz, że dziewczyny z Gdańska wymyśliły grę w butelkę?

– Co ty powiesz? I jak się bawiliście?

– Nie pamiętam, ale może to i lepiej? – Jaś Fasola zaniósł się przepalonym od papierosów śmiechem. – Dupa mnie w każdym razie nie boli! – I ryknął śmiechem, na co Anika wykrzywiła usta w grymasie zażenowania.