LunaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Gabriela Gargaś, 2021

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o., 2021

Redaktor prowadzące: Monika Długa, Agata Ługowska

Marketing i promocja: Katarzyna Schinkel-Barbarzak, Aleksandra Wolska

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Agata Tondera, Marta Akuszewska

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografie na okładce: © Photodisc | Getty Images

ISBN 978-83-66736-52-8

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Dla:

Kasi Sitarskiej,

Kacpra Musiała,

Michała Guzika.

Bez Was ta książka by nie powstała.

Dziękuję.

„Będziemy mijać się bez gestu i bez słowa

Nie pamiętając, że przez krótki czas kochaliśmy się na zawsze”.

W. Szymborska


Musisz wiedzieć, kochany… że czasami zdarzają się nieszczęścia, złe chwile, wywrotki. Zawsze o tym pamiętaj, ale nie zapomnij też, że życie toczy się dalej. Człowiek po prostu dalej żyje. Przeciera oczy i patrzy na coś tak pięknego, że aż mu dech zapiera: na niebo, morze, zachodzące słońce… i — niech to wszystko diabli — rusza dalej…

Kochany… Człowiek rusza dalej!

Kochany… To będzie opowieść o miłości. Naszej miłości i o tej do świata.

To Ty na nowo odkryłeś przede mną świat.

Powiedziałeś: otwórz szerzej oczy, nabierz powietrza w płuca i poczuj to…

Poczułam — z TOBĄ!

Kochany… To będzie opowieść o naszych rozstaniach i powrotach.

Kochany… Ludzie lubią używać określenia „na zawsze”, podobnie jak innych wytartych frazesów. Nie zdają sobie sprawy, że „na zawsze” może stracić swój termin przydatności. A potem zdziwieni, z rozdziawioną buzią stoją bezradni, chcąc składać reklamację, bo „na zawsze” okazało się na chwilę.

Nie lubię słów przysięgi małżeńskiej, a szczególnie tych: „I że cię nie opuszczę aż do śmierci”.

Nie wiemy, kiedy nasze drogi się rozejdą. Gdybym kiedyś miała złożyć tę przysięgę, powiem tak: i że cię nie opuszczę, dopóki oboje będziemy się nawzajem kochać. Dopóki miłość będzie trwała.

To smutne, kiedy dwoje ludzi żyje z sobą pod jednym dachem bez miłości…

Musisz wiedzieć, że są w życiu każdego człowieka takie chwile, kiedy rzeczywistość rozmija się z tym, czego chcemy.

Kochany, słyszysz ten szum morza? Teraz nie będzie już powrotu, nie mogę Ci powiedzieć dlaczego. Nie wymagaj tego ode mnie, ale uwierz, tak będzie dla nas lepiej. Dla Ciebie. Gdybyś tylko wiedział… Nie. Nie chcę, byś się dowiedział.

Nie rozpaczaj. Gdy odnajdziesz w sobie spokój, wszystko się ułoży.

A teraz posłuchaj:

„Gdybym miał strzelać w niebo, zawsze gdy zaczynam tęsknić,

to posłałbym tam w górę więcej kulek im niż Nesquik

Po moim mieście snuję się jak zakochany Szekspir

Tęskniłem za Tobą, nie kłamię jak zły

Że dałbym się pociąć, ale przyjmę kulkę w moim bubble tea

Tęskniłem za Tobą, nostalgia to błysk

Do którego nocą latają ochoczo takie ćmy jak my

Takie ćmy jak my”1.


Gdzieś na drugim krańcu Europy Daniel pomyślał o niej. Wierzył w to, że spotkają się jeszcze w innym wymiarze, innej czasoprzestrzeni, i przeżyją wszystko na nowo.

I nieważne, co się stanie, ważne, że mogło być…

Obiecała mu, że kiedyś spotkają się gdzieś w połowie drogi. A co, jeśli wcześniej się pogubią?

Nie chciał teraz o tym myśleć.

Teraz…

Zamknął oczy i przypomniał sobie słowa tej piosenki; ich piosenki.

„Gdybym miał strzelać w niebo, zawsze gdy zaczynam tęsknić

To posłałbym tam w górę więcej kulek im niż Nesquik

Po moim mieście snuję się jak zakochany Szekspir…”

1 Quebonafide feat. Daria Zawiałow, Bubbletea.

Prolog


Było ładnie, ale wietrznie. Na Bałtyku tworzyły się spienione fale. Chwilę wcześniej Igor pomyślał, że taka pogoda bywa zdradliwa. Wiedział, że wtedy trzeba zachować szczególną ostrożność. Wiedział też, że ludzie nie czują respektu przed morzem i zakładają, że akurat im nic złego nie może się stać.

Luna była bardzo zmęczona tym, co się ostatnio wokół niej działo. Za dużo napięć, za dużo pracy. Za dużo wszystkiego. I jeszcze te sprawy z Krystianem nie dawały jej spokoju. Jego już nie ma, odszedł — a jednak wciąż zajmował jej myśli. To był chory człowiek… Luna najchętniej widziałaby go zamkniętego na jakimś oddziale psychiatrycznym.

Wszystko w jej życiu zaczęło rozchodzić się w szwach dwa lata wcześniej, kiedy uświadomiła sobie, że to, w co wierzyła, było kłamstwem. Uwierzyła w kogoś, a ten ktoś zadrwił z jej wiary. Była dobrym człowiekiem, ale wtedy pozwoliła sobie na tę myśl po jego kolejnym kłamstwie. Chciałaby, żeby zniknął… Żeby go nie było.

Każdy z nas ma takiego kogoś, o kim myśli jak najgorzej. I nawet jeśli się tego wypiera, to i tak nad niektórymi emocjami trudno zapanować.

On ją zniszczył. Zniszczył tę kobietę, którą kiedyś była. A ona? Ona przecież przez krótką chwilę w swoim życiu tak bardzo go kochała…

Zamknęła oczy.

Zrobiłaś w życiu coś, czego w normalnych warunkach byś nie zrobiła? Pod wpływem silnego wzburzenia? Impulsu? Emocji? Rozwścieczenia? Coś, do czego nikomu byś się nie przyznała?

Ona wtedy, te kilka lat temu, zrobiła…

I to wszystko do niej wracało. W snach, we wspomnieniach, w wyrzutach sumienia.

Przyjechała nad morze sama. To miał być czas tylko dla niej. Musiała poukładać w głowie tyle myśli. Jagoda namówiła ją na ten wyjazd — jak zawsze. I chyba jak zawsze miała rację.


Tego dnia kobieta czuła się słabo. Ostatnio mało jadła. Z nerwów nie mogła nic przełknąć. Kręciło jej się w głowie. Napiła się wody i położyła się na materacu. Lubiła, kiedy woda kołysała ją lekko, wtedy była najbardziej odprężona.

Musiała przysnąć, bo kiedy się obudziła, zauważyła, że jest daleko od brzegu. Dźwignęła się na łokciu. Przed oczami pojawiły jej się tysiące gwiazdek, głowa jej ciążyła, a ona sama opadała z sił. Nie wiedziała, jak to się stało, że nagle znalazła się w wodzie. Ona, która potrafiła zachować zimną krew, teraz spanikowała. I w jednej chwili pomyślała: może dobrze, że tonę. Tak, przeszła jej taka myśl przez głowę; chora myśl. Tak naprawdę już od dawna tonęła — przez niego.

Nie, nie da mu tej satysfakcji, poza tym jest jeszcze Szymon.

Zaczęła wymachiwać rękoma. Próbowała wypłynąć, ale wszystko dookoła niej nieustannie wirowało. Zakrztusiła się wodą i nie potrafiła opanować paniki. Jej wdechy były coraz płytsze. Czuła, że zaraz straci przytomność. Woda dostawała się do płuc, a ona odnosiła wrażenie, że jakaś siła rozrywa ją od środka. Demony próbowały ją ściągnąć w dół.

Igor od razu zauważył ten niebiesko-biały materac, który niebezpiecznie oddalił się od brzegu. Ludzie często zasypiali na materacach, a prądy morskie i wiatry odpychały je w głąb morza. Wiedział, że to jest ta chwila. Kiedy płynął w tamtą stronę łódką, materac przechylił się na bok i osoba znajdująca się na nim wpadła do wody. Wiedział, że liczy się każda sekunda.

Wiosłował coraz szybciej. Dopłynął do poszkodowanej dosłownie moment po tym, jak wpadła w odmęty spienionego morza. Wskoczył do wody, zanurkował, objął kobietę wpół i wyciągnął na łódź. Była nieprzytomna. W pierwszej kolejności musiał wypompować wodę z płuc i przywrócić akcję serca. Ułożył kobietę w pozycji horyzontalnej, odchylił jej głowę do tyłu, wyjął z ust topielicy kilka wodorostów. Dotknął jej szyi, ale nie mógł wyczuć tętna. Rozpoczął resuscytację krążeniowo-oddechową w normalnym rytmie: trzydzieści uciśnięć środkowej części mostka na głębokość około pięciu—siedmiu centymetrów na przemian z dwoma oddechami ratowniczymi.

 

Przyłożył swoje usta do jej ust. Wpompował powietrze. I wtedy się ocknęła.

To niemożliwe, pomyślał, patrząc w jej zielone oczy.

Te oczy, przemknęło przez myśl kobiecie…


To niedorzeczne, myślał Igor następnego dnia, kiedy pakował swoje rzeczy do torby. Dlaczego nie mógł przestać myśleć o tej kobiecie? Spotykał na plaży mnóstwo turystek. Pięknych kobiet, o ponętnych kształtach. Kobiet, które same proponowały mu spotkanie. On jednak odmawiał, sam nie wiedział dlaczego. Koledzy korzystali z okazji. A on? Jego nie kręciły już przygody na jedną noc, seks na wydmach… Pragnął od życia czegoś więcej.

Nieważne, czego chciał. Ważne, że nie mógł zapomnieć o kobiecie, którą uratował. Dziewczynie o długich, kasztanowych włosach i zielonych oczach, która miała w sobie jakąś magię.

Nie, to nie mogła być prawda. Odbiło mu. To były ułamki chwil. Ale kiedy otworzyła oczy… Naprawdę działo się z nim coś niedobrego. Zachowywał się nieracjonalnie.


Luna wyszła ze szpitala nazajutrz po wypadku i od razu skierowała się na plażę. W pobliskim sklepie kupiła misia i ozdobną torebkę. Teraz czuła się głupio z tym misiem. Może powinnam kupić mu alkohol albo czekoladki? — rozmyślała gorączkowo. Nic nie wiedziała o mężczyźnie, który uratował jej życie, ale chciałaby się dowiedzieć. W jego oczach było coś fantastycznego. Na samo ich wspomnienie uśmiechnęła się do siebie.

Zdjęła sandały i ruszyła w stronę, gdzie znajdowała się wieża ratownicza. Dwóch mężczyzn stało odwróconych do niej tyłem.

— Przepraszam — powiedziała mocnym głosem.

Odwrócili się ku niej w tym samym czasie. Żaden z nich nie był nim.

— Ja… — Nie mogła zebrać myśli. — Topiłam się kilka dni temu i jeden z ratowników mnie uratował.

— Igor — powiedział ten wyższy z ratowników. Najwyraźniej mężczyźni musieli wymieniać się opowieściami ze swoich zmian albo nieczęsto zdarzało się, że ktoś zaczynał się topić. A może też byli tu tamtego dnia?

— Chciałabym mu podziękować.

Obaj ratownicy wymienili się spojrzeniami, a w ich wzroku dostrzegła zakłopotanie.

— Wyjechał — powiedział jeden z nich.

Coś ścisnęło ją w sercu. „Wyjechał”… Spotkała w swoim życiu mnóstwo fajnych mężczyzn, tych z poczuciem humoru, które tak sobie ceniła. Tych, którzy zawsze wiedzieli, co powiedzieć, i tych, których mogłaby słuchać godzinami, bo od tego, co mówili, miękły jej kolana… Czarujących słowem. Mężczyzn wrażliwych, ale też takich, którzy potrafili przywalić. Mężczyzn spokojnych i tych jak tsunami. Cichych, głośnych, małomównych… Takich, z którymi chciała się kochać całą noc, i też takich, z którymi w ogóle nie chciała tego robić, a jednak coś ją do nich ciągnęło.

Spotykała też zwykłych psycholi, socjopatów i kłamców, którzy perfidnie ją ranili. Tak, ich też. Wzbudzili zaufanie, rozkochiwali w sobie, a potem robili z jej życia piekło. Ale takich chciała wymazać z pamięci jak najszybciej.

A teraz spotkała jego. Ratownika, któremu zawdzięczała życie.

A więc ma na imię Igor, pomyślała z dziwną czułością. To zdecydowanie był mężczyzna, który miał w sobie to coś. Jakieś chochliki w oczach. Wprawdzie spędzili ze sobą zaledwie chwilę, ale wiedziała to na pewno, nie mogło tylko jej się wydawać. Pomyślała, że z nim mogłaby chodzić na spacery i wyjadać palcami nutellę ze słoika. I tańczyć w deszczu.

Roześmiała się. Coś miała nie tak z tym tańcem w deszczu. Może naoglądała się za dużo filmów? A może to jest tak, że każda kobieta chciałaby zatańczyć w deszczu z tym właściwym mężczyzną. Mężczyzną, który uratował jej życie.

Uratował ją na wiele sposobów. Teraz już o tym wiedziała.

Rozdział 1


Luna nie lubiła planować. To najgorsze, co człowiek może zrobić. Wiedziała, czego oczekiwała od życia, ale chciała realizować marzenia bez jakichkolwiek dalekosiężnych planów. Jeśli jej coś wyjdzie, to będzie się z tego cieszyła, a jeśli nie, to jakoś to przeboleje.

Nie była romantyczna. Romantyzm ją wręcz denerwował. Może dlatego, że wychowywała się z dwoma braćmi, którzy twardo stąpali po ziemi. Ich mama pracowała od rana do wieczora, a tata miał warsztat samochodowy obok domu — i to tam Emilia z rodzeństwem spędzała większość czasu. To tato od małego nazywał ją Luną; mówił, że była jak blask księżyca w bezchmurną noc. I tak się przyjęło. Wszyscy na podwórku, a nawet nauczycielka w szkole, mówili na nią Luna. Emilią była wyłącznie dla mamy.

W domowym zaciszu jej bracia skakali sobie do gardeł, ale kiedy należało, to trzymali razem sztamę i musiała z nimi walczyć, już od najmłodszych lat. Kamil i Grzesiek potrafili ugryźć ją do krwi, wtedy ona wykręcała im ręce, a w robieniu siniaków i kopaniu w piszczele pewnie dostałaby odznaczenie. Potem oczywiście się godzili i byli najwspanialszym rodzeństwem pod słońcem. Bracia skoczyliby za Luną w ogień, ona za nimi też.

Kamil był przeciwieństwem Grześka. Bardziej spokojny, zrównoważony, od dziesięciu lat z tą sama dziewczyną. Grzesiek zmieniał panienki jak rękawiczki.

Ich rodzice byli bardzo specyficzni. Luna dorastała w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, gdy następował w Polsce przełom, który niespecjalnie było widać w stereotypowych polskich rodzinach. Tam wszystko było na pokaz — nawet jeśli małżonkowie darli ze sobą koty, przed znajomymi i krewnymi odgrywali szopki, jak to bardzo się kochają. Czasem wracała do tych czasów myślą i ze smutkiem konstatowała, że teraz jednak jest jeszcze gorzej. Teraz to dopiero ludzie się nienawidzą.

Mama powtarzała, że małżeństwo jej i ojca trwa tyle lat, bo się mijają i nie spędzają non stop czasu razem. Dzięki temu mogą od siebie odpocząć i mieć swoje zainteresowania, swoich znajomych i swoje ścieżki — nie tylko te wspólne.

Jej tato miał luźne podejście do życia, czego nauczył córkę. „Śmiej się, kochana, i żartuj z życia, bo ono i tak nieraz spuści ci wpierdol” — powtarzał jej. Jeśli robił to na świeżym powietrzu, przechodzące kobiety zwykle posyłały mu gorszące spojrzenia, ale nimi też nigdy się nie przejmował. Był naturalny, był sobą.

Rodzice Luny nie znosili przeciętności. Żyli w czasach, gdy wyzierała ona z każdego kąta. Konwenanse uznawali za coś zbędnego, a czasem wręcz śmiesznego. Mama zawsze powtarzała Emilii:

— Jeśli chcesz, łam reguły; jeśli pragniesz coś zrobić, to to zrób, byle nie krzywdzić przy tym innych ludzi.

A tato dodawał, że ludzie i tak sami siebie krzywdzą.

Zawsze powtarzał jej też, że pewnymi rzeczami nie warto się przejmować. Mama była inna, potrafiła tak skupić się na problemie, że ten zaprzątał jej głowę przez kilka dni. Nawet taki błahy. Luna nauczyła się luzu. Oczywiście nie podchodziła tak do wszystkiego, ale w pewnych sprawach musiała odpuszczać, bo inaczej by zwariowała.

Wszystkim dzieciakom życzyła takich rodziców. Nie takich, co to podążają za stereotypami i za wszelką cenę chcą zadowolić wszystkie nader troskliwe ciotki. Nie takich, którzy wmawiają swoim dzieciom, by były takie ugrzecznione. Wychodziła z założenia, że tylko człowiek, który od najmłodszych lat jest uczony podążania za marzeniami i walki z przeciwnościami losu, ma szansę sięgnąć po szczęście. Bo on się nie zawaha, nie będzie się zastanawiał, czy przypadkiem nie wypada.

Paradoksalnie rodzice nauczyli ją też bardzo zdroworozsądkowego spojrzenia na rzeczywistość. W rezultacie kiedy jej najlepsza przyjaciółka Jagoda rozprawiała o tym, że marzy, by jakiś chłopak zaprosił ją na kolację przy świecach, Luna myślała sobie, że te świece tak łatwo szturchnąć i może wybuchnąć pożar. Poza tym świeczki zazwyczaj miały taki duszący zapach, za którym ona nie przepadała. Po co komu świeczki, kiedy można zapalić lampkę? Była do bólu praktyczna.

Oczywiście w swoim czasie, jak wiele nastolatek, zakochiwała się i odkochiwała. Jagodzie w czasie zakochania w dole brzucha latały motyle, nie wiadomo dlaczego. Ona natomiast traciła kontakt z rzeczywistością.

Razem wpadały czasem na szalone pomysły. Na przykład takie, żeby kupić żubrówkę i wypić ją przed spotkaniem z nowo poznanymi chłopakami. Chciały napić się na rozluźnienie. Na spotkanie z chłopakami nie dotarły, zamiast tego wymiotowały w parku. Widział to ich sąsiad, który doniósł rodzicom, czego był świadkiem. Obie miały szlaban, choć Luna krócej od Jagody, bo ojciec wytłumaczył mamie, że taka jest młodość, a mama, stojąc w kuchni przy garze bigosu, zgodziła się z nim. Oczywiście przed córką udawali, że bardzo się gniewają, ale ona słyszała ich wybuchy śmiechu, kiedy mama opowiadała tacie, co ona wyprawiała w wieku Luny, a było tego trochę.

Wraz z Jagodą jako dziewięcioletnie dziewczynki zawarły pakt krwi. Nacięły sobie żyletkami skórę na przedramieniu i zetknęły ze sobą krwawiące miejsca. Od tej pory nikt i nic nie mogło ich rozłączyć. Przyjaźń ta trwała już ponad dwadzieścia cztery lata i choć zdarzały się między nimi nieporozumienia i pomniejsze kłótnie, Luna wiedziała, że na zawsze może liczyć na Jagodę. To było prawdziwe siostrzaństwo dusz.

Od dziecka marzyła o tym, żeby latać. Tata zabierał ją na pokazy lotnicze, a Luna wyobrażała sobie, że to ona pilotuje taką maszynę. Bo jest coś niesamowitego w tym, że człowiek może zapanować nad takim kolosem, który mimo swojej wagi pruje przestworza. Od tej pory miała cel. Postanowiła, że zostanie pilotem.

— Może stewardessą? — zapytał ją tata.

— Tato, a co jest wspaniałego w byciu stewardessą? — parsknęła Luna.

— Latasz.

— Co to za latanie? Ja chcę podrywać maszynę, decydować o jej ruchu.

Tato tylko pokiwał głową.

— Skoro tego właśnie pragniesz…

— Wiem, czego chcę — powiedziała z powagą w głosie wówczas dziesięcioletnia Luna.

Kiedy skończyła liceum, złożyła podanie do Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych w Dęblinie. Po przejściu szeregu badań przystąpiła do egzaminów z matematyki i angielskiego oraz do ćwiczeń sprawnościowych. Z czterech tysięcy aplikujących osób przyjęto siedemdziesiąt pięć. Jedną z nich była Luna. Dostała się na kierunek pilotaż śmigłowców — i to było to, o czym marzyła.

Była pilną studentką, uparcie dążącą do wyznaczonego sobie celu. Pierwszy rok był dla niej ciężki, ale nigdy nikomu się nie skarżyła. Któregoś dnia przyjechała na przepustkę do domu i spotkała się z Jagodą.

— Jak ci tam? — zapytała ją przyjaciółka, kiedy siedziały w mieszkaniu rodziców Luny na kanapie i jadły placki ziemniaczane.

— „Jak ci tam?” — Luna roześmiała się i zrobiła głupią minę. — Zadajesz pytania jak moja matka. Dobrze mi tam.

Jagoda w odpowiedzi pokazała jej język.

— Kiedyś znałam chłopaka z Dęblina i mówił, że pierwszy rok jest przejebany.

Luna dokończyła placek, wytarła usta serwetką i odpowiedziała:

— Zależy, co dla kogo. Każdy ma swoją definicję przejebania. Po prostu nie chcą tam mięczaków. Szlifują twój charakter. Wstajesz rano, masz zaprawę, biegniesz trzy kilometry, potem masz gimnastykę. Idziesz na śniadanie, na apel, masz zajęcia, sprzątasz, uczysz się, kolacja i później padasz na swoją pryczę nieprzytomna.

— Śpisz na pryczy? — Przyjaciółka szeroko otworzyła oczy.

— Nie, traktują mnie jak księżniczkę i śpię na łożu z baldachimem. — Luna wywróciła oczami. — Tak, na wojskowej pryczy. To wojskowa szkoła, więc i warunki trochę inne.

— Nieźle.

— Jest tam wiele niezłych rzeczy. — Luna uśmiechnęła się. — Jak to, że musimy zamiatać liście pod wiatr.

— To się mija z celem — zauważyła Jagoda, wizualizując sobie tę czynność.

— Niby tak, ale takie zamiatanie może cię wiele nauczyć. Chociażby cierpliwości. Zresztą takich zajęć, które powinny wyszlifować nam charakter, mamy dużo więcej. Myjemy podłogi malutkimi gąbeczkami, a jeśli ktoś po niej przejdzie, pracę trzeba zacząć od początku. I czasami krew cię zalewa, ale zaciskasz zęby.

Przyjaciółka spojrzała na nią jak na wariatkę.

— Luna… Po co ci to?

— Bo chcę latać. Po prostu chcę. Za pół roku rozpoczynamy praktykę. Odliczam dni, wiesz? Już się nie mogę doczekać!


Lubiła adrenalinę. Może właśnie dlatego Luna wybrała ratownictwo — bo oznaczało pewną nieprzewidywalność. Należało działać niezależnie od tego, czy w danym dniu człowiekowi się chce, czy nie. Czy świeciło słońce, czy padał deszcz, czy miało się focha na dziecko lub partnera, czy nie, to i tak trzeba było zostawić to wszystko za sobą i zająć się ratowaniem życia. Są rzeczy ważniejsze od własnego samopoczucia.

 

Luna wiedziała, że ludzi należy szanować. Można kogoś nie lubić, ale szanować to by wypadało. Wiedziała też, jak ważne jest ludzkie życie i jak często inni nie zdają sobie sprawy, jak łatwo je stracić. Jesteśmy na tym świecie na ułamek sekundy. Żyjemy, a za chwilę umieramy. Ona wiedziała, że nie chce tylko istnieć. Pragnęła od życia czegoś więcej.

Uwielbiała poczucie, że jest przydatna.