Śląski Kopciuszek

Tekst
Z serii: Joanna Gryzik #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 4

Tymczasem kilometr na północ od ubogiej chaty Antonii Gryzikowej, na przełaj przez pola, w nieodległej Rudzie, na wzgórzu wśród drzew i zieleni stał porządny, cichy dom.

Rosły wokół niego lipy, topole, jesiony, bladoróżowe robinie akacjowe, brzózki, jaśminy, róże, biały i czarny bez, a nieco niżej – samotnie imponował swą starością wielki dąb.

Dach domu był czterospadowy, pokryty gontem, pod nim wygospodarowano obszerny strych. Wzdłuż zachodniej ściany owego parterowego budynku biegła zewnętrzna weranda z drewna, mająca pięciostopniowe zejście wprost do ogrodu. Dom sprawiał wrażenie zadbanego i funkcjonalnego.

Należał do Carla Godulli i tam także nie działo się najlepiej.

Godulla nie był już młody i czuł się coraz bardziej podłamany dręczącymi go, nawracającymi koszmarami.

Latami budził się w środku nocy z przerażającym krzykiem na ustach. Jednak dawniej uspokajał się i natychmiast zapadał z powrotem w sen. Teraz było inaczej. Nie raz i nie dwa zdarzyło się ostatnimi czasy, że gospodyni Emilia musiała wręcz siłą wybudzić go ze złego snu.

Ta święta, nieustraszona w jego mniemaniu kobieta, niemal za łeb wyrywała go ze szponów koszmaru, sadzała na łóżku, uspokajała nieco, po czym przynosiła mu do wypicia świeżo nastawiony napar z melisy, chmielu i rumianku, czy czort wie, z jakiego jeszcze pieroństwa. Smakowało to jak najpodlejsza trucizna, ale… działało.

Emilia triumfowała w skrytości swego wciąż jeszcze niespełnionego macierzyńsko ducha: patrzcie państwo, oto bogacz Carl Godulla, geniusz nazywany „Królem Cynku” – przychodzi do siebie po strasznych snach, popijając jej, Emilii Lukas, ziołową herbatkę!

Emila była bardzo uważna i sprytna; pewne sprawy łapała w lot, więc w krótkim czasie nauczyła się i tego, że prócz uspokajającego naparu zawsze na noc musi zostawiać na piecu garniec z gorącą wodą, na wypadek, gdyby pan obudził się zlany śmierdzącym potem i natychmiast wymagał nocnej kąpieli.

Każdego wieczora jeden z parobków stawiał wymytą do czysta balię pod drzwi Emilii, a ona już doskonale się orientowała, kiedy trzeba jej użyć.

Bezbłędnie rozróżniała po rodzaju i natężeniu krzyku, kiedy pan Godulla śni lepszy, a kiedy gorszy sen.

Lżejszy powodował u niego tylko jęki i bolesne okrzyki, oraz co najwyżej bezwiedny, urywany, pełen nieutulonej żałości szloch.

Zaś ten najgorszy – sen mara – zawsze kończył się przeciągłym, jeżącym Emilii włosy na głowie, nieludzkim wyciem.

Wtedy już na pewno musiała wkroczyć do akcji; zerwać się z łóżka, doprowadzić do ładu swój koronkowy nocny czepek na głowie, pośpiesznie nałożyć szlafrok w tureckie wzory, który dostała od Godulli na któreś tam Boże Narodzenie, zdecydowanym krokiem wejść do sypialni pana („Matko Jezusowo, do sypialni pana!…”) i za wszelką cenę go wybudzić. Choćby sama miała przy tym zginąć.

– Panie Godulla, wybaczcie mi, to tylko ja, wasza Milka, mieliście, panie, zły sen i musiałam was obudzić! Panie Godulla! Na rany Jezusa, panie Godulla! – wołała roztrzęsiona, patrząc z bliska w jego straszną, pokrytą bliznami twarz, teraz wykrzywioną bolesnym grymasem.

Wiele razy, drżąc jak osika, zastanawiała się, jak to właściwie jest możliwe, że pan Godulla, oszalały ze strachu, półprzytomny i owładnięty sennymi widziadłami, dotąd jej w takiej chwili nie udusił jednym żelaznym chwytem swej zdrowej ręki…?

Zamiast tego, szczęśliwie dla Emilii, padał wyczerpany z powrotem w skołtunioną pościel i leżąc w bezruchu, pozwalał jej na urządzanie w jego izbie owej nocnej kąpieli. To niezmiennie przywodziło jej na myśl łaźnię w jakimś domu wariatów!

Ale Emilia nie była już młódką i udając, że nie czuje strachu, działała metodycznie: wnosiła więcej świec, żeby panu było raźniej, kładła w widocznym miejscu świeżą męską koszulę do spania, wykrochmaloną starannie, niemal do granic wytrzymałości materiału, obok duży ręcznik i kostkę białego mydła. Potem na środku pokoju bezszelestnie instalowała balię, wlewała doń gorącą wodę – tę, co wieczorem na nagrzanym piecu w kuchni przezornie zostawiła, dolewała we właściwych proporcjach zimnej i nigdy nie zapominała o dodaniu kilkunastu kropel olejku lawendowego. A że każdego lata pilnie zbierała na łące przed domem pana Godulli duże ilości kwiatu lawendy i przyrządzała z tego aromatyczny olejek „na nocne zmory” – to teraz miała jak znalazł.

Należało jeszcze tylko dyskretnie pomóc spoconemu jak mysz panu z godnością wejść do tej balii – przy czym on zawsze pozostawał w swojej długiej nocnej koszuli – i cicho opuszczała pokój. Kojący zapach lawendy unosił się w całym domu.

Czasem w kuchennym oknie mignęła jej jakaś blada ze strachu twarz ciekawskiego górnika, który, zapewne wracając z nocnej zmiany, zauważył, przerażony, że u Godulli znowu się świeci, przelazł przez płot i chciał zobaczyć, co to za diabły i antychrysty tego złego, grzesznego człowieka po nocy nawiedzają…?

Na widok wściekłej Emilii z wielkim, parującym garncem w rękach górnik znikał jak kamfora, ale nazajutrz, skoro świt, w piekarni u Kozła, znów wszyscy wypytywali ją o konszachty jej pana z diabłem, o czarną magię, nocne, tajemne narady i podstępne knowania, o złote, prosto z piekieł, szatańskie talary.

Ale Emilia nawet się temu wszystkiemu nie dziwiła.

„Głupiemu wystarczy przecież pokazać papier z hauskyjzy[6] – i już się będzie bał!” – myślała drwiąco i wzruszała ramionami.

[6] Hauskyjza (śl.) – ser domowy, wytwarzany z mocno dojrzałego twarogu z dodatkiem kminku, śliski w dotyku, o specyficznym, ostrym zapachu; specjał kuchni śląskiej, galicyjskiej, wielkopolskiej i niemieckiej. Ser przechowywano w małych, prostokątnych kawałkach, owiniętych w pergaminowy papier. Po zjedzeniu sera taki zużyty papier wyglądał i pachniał nader nieapetycznie.

Rozdział 5

Ze względu na tragizm owego dnia wydawać by się mogło, że Joanna zapamięta go do końca swego życia. Jednak widać natura szczęśliwie uchroniła ludzkość przed ciężkimi traumami z wczesnego dzieciństwa w ten błogosławiony sposób, iż potem nie pamięta się tamtych zdarzeń, jakkolwiek bolesne by one były.

A przecież Joance powinna się była wryć w pamięć ta straszna scena, kiedy matka drżącą dłonią zamknęła szeroko rozwarte, nagle znieruchomiałe oczy tatusia, leżącego w łóżku z zakrwawioną chustką przy ustach.

Takich chustek, wydzieranych naprędce z większego kawałka płótna, walało się wokół po klepisku wiele; przypominały Joance nienaturalnej wielkości czerwone motyle z jakiegoś snu. W całej izbie czuć było od nich mdlący, słodkawy zapach.

Kilka zużytych chustek walało się także na stojącym przy łóżku nachtkastliku, małym nocnym stoliczku z szufladką. Mama jednym ruchem dłoni zrzuciła je na ziemię i posadziła tam dziewczynkę, ale tyłem do umarłego, a sama usiadła obok, na brzegu łóżka i objąwszy ramionami swoje przyciągnięte do piersi kolana, zaczęła się huśtać – w przód, w tył, w przód, w tył, w przód w tył…

Bezgłośnie wyła z bólu, bezsilności i ze strachu. Nie potrafiła wydać z zaciśniętego gardła głosu, nie umiała krzyczeć – i wtedy, w zupełnie irracjonalny sposób, przypomniało to Antonii dawno zapomnianą scenę z dzieciństwa, kiedy jej matka, dzień przed jakąś wielką rodzinną uroczystością, stała spocona na podwórzu pod chlewikiem, przy zakrwawionym pieńku, i wyciągając panicznie szamoczące się kury z drewnianego kojca, po kolei zabijała je jednym uderzeniem siekiery. Wszystkie swoje dziesięć kur. Nieopodal, w drzwiach pustego już kurnika, stał nieruchomo, oniemiały w swej rozpaczy wielki, dumny, bajecznie kolorowy kogut. Miał załzawione, czarne jak węgiel koraliki oczu i nienaturalnie szeroko rozwarty dziób – ale nie wydawał z siebie żadnego dźwięku. Patrzył niemo na tę okrutną rzeź wszystkich swoich żon i zanim matka doszła z siekierą do niego – padł martwy na trawę.

Nie pomogło Antonii to straszne wspomnienie.

Łzy zastygły na jej policzkach jak błyszczące, zimne tafelki lodu, a ona, wciąż kołysząc się miarowo, sprawiała wrażenie nieobecnej. Malutka Joanka patrzyła w przerażeniu na jej twarz i otwarte szeroko usta. Nie znała takiej matki.

Choć bardzo chciała, bała się odwrócić za siebie, żeby zerknąć także na ojca. Gdy leciutko odwracała główkę w prawo, mogła dojrzeć jego dłonie ze śladami ciemnej krwi na opuszkach palców i za paznokciami; wydały jej się nagle takie inne, wychudłe, zmienione, obce!

Ręce tatusia, które tak czule i miękko unosiły ją z ziemi, gdy prosiła, by podsadził ją na drewniany, dziurawy daszek kurnika, skąd widać było szeroki świat, który ledwie majaczył hen, tam, na horyzoncie, gdzie kończyły się złote pola, a zaczynały pierwsze zabudowania Rudy…

Rozpaczająca kobieta nawet nie zauważyła, jak dziewczynka zsunęła się z nachtkastlika na ziemię i pobiegła za kotarę, tam gdzie w kolebusi od dłuższej już chwili kwiliło niemowlę.

– Nie płacz, Karolciu, nie płakusiaj, mama jest dzisiaj bardzo smutna, nie można jej męczyć, nigdy-przenigdy, lepiej śpij, śpij… – Gładziła małą rączką cieplutki policzek siostry i jej główkę ubraną w biały, prosty czepeczek.

Ponieważ maleństwo nadal było niespokojne, Joanka przyciągnęła spod pieca żółtą ryczkę, pomalowaną jeszcze przez ojca, usiadła przy kolebce i zaczęła śpiewać jakąś wymyśloną naprędce kołysankę.

Antonia odwróciła twarz i patrzyła na obie swe córki, nie będąc w stanie niczego zrobić. Zdawało jej się, że wolno oddziela się od swego ciała, zostawia je przy trupie męża, a ona sama unosi się, unosi, wraz z zadymioną powałą chałupy, gdzieś wyżej, w jakiś inny wymiar, i stamtąd obserwuje to wszystko.

 

„Chyba mnie Zły opętuje!” – pomyślała przerażona i resztką woli wyrwała się z własnych omamów. Znów zaczęła się kołysać.

Słuchała beznamiętnie, jak Joanka, z lekka fałszując, nieporadnie nuci następną piosnkę, o Karolince i Karliku, a potem następną; tę ulubioną jej męża – o zakochanej dziewczynie, która marzy o gęsich skrzydełkach, by móc polecieć za ukochanym Jaśkiem do Śląska.

A jej Jaśko leży już martwy…

Jak przez mgłę, powoli, opornie zaczęło do niej docierać, że przecież ta mała, trzyletnia, roztrzęsiona Joanka przejmuje właśnie jej matczyne obowiązki wobec niemowlęcia, a to żadną miarą nie jest w porządku, nie po bożemu jest, więc w końcu przestała się kołysać i wstała. Poczuła w tym momencie, że każda kosteczka i każdy mięsień, które są w niej, przestały już działać razem, straciły swą przyrodzoną jedność i teraz dygocą osobno, jak pranie schnące na sznurze w wietrzny dzień.

„Zaraz się rozsypię!” – pomyślała.

Sięgnęła po zapasowe prześcieradło, leżące w nogach łóżka, i niezgrabnie nakryła nim zwłoki męża.

Nie ma już na tym świecie jej Jaśka, nie ma Johanna Gryzika. Miał przecież zaledwie czterdzieści cztery lata! Nagle zrobiło jej się słabo i zatoczyła się aż pod niewielkie, jedyne w izbie, okno.

Nie umiałaby dziś nawet opisać, jak wyglądały następne dni, cały ten absurdalny, pośmiertny rytuał, w którym wdowa musi aktywnie uczestniczyć, podczas gdy najchętniej uciekłaby na drugi koniec świata i zaszyła się tam do końca swych dni; to organizowanie, przy pomocy sąsiadek, wdowiego welonu i czarnego stroju na pogrzeb, powiadamianie rodziny, zamówienie trumny, załatwianie wszystkich zawiłych formalności z parafią, z proboszczem i z kopidołem na cmentarzu! Ustalenie, w którym miejscu ma być grób i jak głęboko. Pójście jeszcze szybko do spowiedzi. Zorganizowanie stypy.

Choć tak naprawdę te wszystkie poczynania nie mają już wtedy żadnego znaczenia. Nie przywrócą zmarłego.

W jaki sposób odbył się pogrzeb męża i kto nań przyszedł…? Antonia czuła w obolałej głowie czarną dziurę.

Pamiętała tylko to, co przed pogrzebem – że dopóki Johann żył, miała nadzieję, mimo jego krwawego, nasilającego się suchotniczego kaszlu, że może jeszcze wszystko obróci się ku dobremu.

Szczególnie po narodzinach Karolinki, w styczniu, wmawiała sobie jak niemądra, że przecież mąż wydobrzeje, musi wydobrzeć, i znów będzie chodził do roboty, jak Pan Bóg przykazał, a ona nie zostanie w jednej nędznej izbie z dwiema malutkimi córeczkami, bez środków do życia.

Tego właśnie bała się najbardziej: zostać sama, bez pieniędzy i bez opieki mężczyzny.

Doskonale zdawała sobie sprawę, że kobieta bez męża w otaczającym ją świecie nie znaczy nic, a wdowa z dziećmi – jeszcze mniej.

Taka jest tylko dla wszystkich ciężarem i chodzącym nieszczęściem. Czasem pokusą dla cudzych mężów.

Samotna, bezradna kobieta z dwójką małych dzieci!

Ludzie raz czy dwa, dla spokoju własnego sumienia, wspomogą wdowę wciśniętym w rękę groszem, ale potem zaczynają jej już unikać jak ognia. Nikt nie lubi pomagać w nieskończoność; co za dużo, to niezdrowo – mawiają.

Jednak najgorzej wyglądała sytuacja panny z dzieckiem; na taką nieszczęsną mówiło się na Śląsku pogardliwie: „zowitka”, co oznaczało wykluczenie z grona szanujących się i szanowanych kobiet i było hańbą dla jej rodziców i rodzeństwa.

Zowitki nikt nie chciał brać za żonę, bo żonę każdy wolał mieć porządną, nieskalaną. Czystą jako ta biała lelija, trzymana w smukłych dłoniach świętych pańskich na obrazach w kościele.

Ale, co tu dużo mówić, dzieciata wdowa też nie stanowiła żadnej atrakcji. Dzieci, co prawda, miała ślubne, ale co z tego, jak nowego ślubu i tak nikt nie chciał z nią brać!

Pewnym było, że u ewentualnych kandydatów na męża większe zainteresowanie wzbudzała wdowa bezdzietna, najlepiej młoda, zgrabna, gorąca i z niebotycznym spadkiem po nieboszczyku.

Antonia nie spełniała żadnego z tych warunków; zapomniała już, co to w praktyce oznacza być gorącą, po drugiej ciąży znacznie utyła, co przy jej niskim wzroście nie dawało estetycznego efektu, miała dwie córki wołające jeść i ani grosza po Johannie. Mieszkały w jednoizbowej, wilgotnej, przychylonej ku ziemi chacie.

Czuła się trochę jak zowitka – też stała się teraz kobietą samotną, bez opieki męża, osobną, pojedynczą.

Z dziećmi, na które nie ma kto zarobić. I których pewnie nikt nie zechce „wziąć za swe” – jak tu mówiono, i zastąpić im ojca…

„Nieszczęście nie przyciąga, nieszczęście odrzuca” – to gorzkie zdanie, po wielokroć słyszane w dzieciństwie od matki, teraz kołatało się po głowie Antonii i nie dawało logicznie rozumować. Traciła grunt pod nogami.

Na pewno przyczyniał się do tego jej przedłużający się stan niewyspania i przemęczenia; wykańczało wielokrotne nocne zrywanie się z płytkiego snu – to do Joanki, to do Karoliny, na zmianę, noc w noc. I to, że nie dojadała, zostawiając dla dziewczynek część ze swoich lichych porcji.

– Musisz sobie, Tońka, nowego chłopa do tych dzieci znaleźć! – stwierdziła kategorycznie Emilia Lukas, kiedy zawitała w końcu, jakiś czas po pogrzebie Gryzika, w skromne wdowie progi. – Sama nie dasz rady, nie pociągniesz tak długo.

– Tak już ciągnę ten mój krzyż od marca… – westchnęła z rezygnacją Antonia, stawiając przed Emilią kubek zbożowej kawy.

– No, właśnie mówię! To już za długo trwa! – Przyjaciółka upiła mały łyk, ale zaraz skrzywiła się ukradkiem; kawa była bez cukru. – Zacznij się rozglądać wokół siebie! Ktoś musi na was zarobić, chronić was!

– Toć i szukam takiego, Milko, tylko znaleźć nie umiem!

– To się bardziej postaraj! Jak chcesz żyć? Ty i dwie małe dziołszki[7]… Samiusieńkie w tej ponurej ziemiance! Już gorzej być nie może! Jesteście jak te łanie wystawione na cel! A mało to rozmaitych rozbuchanych pijaków i oszukańców wokół? Nawet psa z kulawą nogą nie macie, co by was bronił! Szukaj chłopa, Toniu, szukaj – i to jak najszybciej! I nie musi być piękny – z pięknej miski się nie najesz! Pamiętaj: wystarczy, jak będzie miał pracę, a ku temu robotny będzie i uczciwy.

– Johann właśnie taki był – ale wziął i umarł! – chlipnęła po swojemu Antonia, wycierając oczy brzeżkiem starego, kuchennego fartucha – Zostawił nas…

– Panie świeć nad jego nierozważną duszą! – Emilia przeżegnała się nabożnie. – Prawdę mówiąc, ten twój Jasiek sam się prosił o kłopoty! Gdyby mnie w swoim czasie usłuchał, gdyby choć w połowie stosował się do moich rad i chciał się leczyć – może nie skończyłby tak, jak skończył. Trąbiłam mu, perswadowałam, że jak człowiek już pluje żywą krwią, to za chwilę własne płuca wypluje i jak nic, znajdzie się u Świętego Piotra na tamtym świecie – ale nie, chłopu nie przemówisz!

Emilia gderała, lecz czuła wielką sympatię do Antonii i nie dała się długo prosić; chętnie pożyczyła jej pieniądze na leczenie dla małej Joanki.

I nie tylko to – załatwiła sobie u swego srogiego pracodawcy, Carla Godulli, kilka godzin wychodnego w najbliższy czwartek i sama przyprowadziła zaufanego znachora do dziewczynki.

Znachor był niesympatycznym mężczyzną. Wysłuchał lamentu Antonii na temat nieprzespanych nocy i w pierwszej chwili miał taką minę, jakby chciał powiedzieć, że wystarczy kilka razy porządną rózgą, namoczoną w wodzie, wychlastać goły tyłek dziecka – a wszystkie kłopoty ze snem natychmiast ustaną, ale gdy napotkał surowe, świdrujące go wręcz na wylot spojrzenie Emilii Lukas, od razu zmienił front.

Po chwili teatralnego namysłu zapytał, czy matka nie zauważyła przypadkiem u Joanki owsików.

Ponieważ zaskoczona Antonia wzruszyła bezradnie ramionami, ustalono, że gdy dziecko „załatwi swoją potrzebę”, wtedy zawezwie się znachora powtórnie i przedłoży mu nocnik, jako dowód rzeczowy do wglądu.

Mimo że cała ta procedura była dla Antonii nieco kłopotliwa, diagnoza okazała się trafna.

Małą Joankę dręczyły owsiki i to one przede wszystkim nie dawały jej nocą spać, a przeżycia związane ze stratą ukochanego ojca dodatkowo potęgowały nocne niepokoje.

– Dziewczynce trzeba jagód! – orzekł znachor, unosząc wskazujący palec prawej ręki w górę, jakby chciał tym pretensjonalnym gestem potwierdzić wagę swych słów. – Nie ma lepszego lekarstwa na owsiki i glisty niż leśne jagody!

Tak się dobrze złożyło, że właśnie trwało lato, a okoliczne lasy pełne były czarnych jagód.

Znachor zalecił więc podawanie dziewczynce jak największej ilości tych leczniczych owoców – i to pod każdą postacią: świeżo zerwanych w lesie, naparu, gęstego kompotu, galaretki czy przecieru.

Poradził też zasuszenie kilku garści jagód i przechowanie ich na okres zimowy, „na wszelką ewentualność”.

Wychodząc, zerknął jeszcze na Karolinę, śpiącą w kolebeczce i uznał, że i jej nie zaszkodzi podać raz dziennie kilka łyżeczek gęstego musu jagodowego.

Antonia wzięła sobie wszystkie jego zalecenia do serca i choć przez resztę lata obie córki miały buzie wiecznie fioletowe od jagód – kłopoty z owsikami odeszły w zapomnienie.

Joanka zaczęła spokojniej przesypiać noce. Coraz rzadziej budziła się ze szlochem, przywołując do siebie ojca, czy też ze strachu przed bebokami.

Skończyło się dla Antonii nocne wstawanie do płaczącego dziecka, ale właściwie cóż z tego, jeśli nieszczęśliwa matka nadal nie mogła spać, bo w tym czasie od wieczora do samego świtu zaprzątały jej głowę przedziwne, gorączkowe, niepokojące myśli?

Antonia Gryzikowa planowała bowiem swoje powtórne zamążpójście. Marzyła, by okazało się ono szczęśliwe.

[7] dziołszki (śl.) – dziewczynki

Rozdział 6

Był małym chłopcem, który biegł.

Działo się to wczesnym rankiem, niemal o świcie, bo słońce dopiero zaczynało malować na różowo horyzont na wschodzie, tam, hen, za kwitnącym sadem jabłoniowym, który był chlubą jego matki.

Ktoś z dorosłych kazał mu pójść po coś (czy może po kogoś?…) na łąkę, więc biegł w jej kierunku wąską ścieżką, zaczynającą się tuż za płotem domu.

Dziwił się tylko, że żaden z psów dotąd się nie obudził, nie towarzyszył mu w tej wyprawie, skacząc, jak zwykle, do rąk i machając ogonem.

Najbardziej zaś rozczarowała go Raja, jego suczka, którą wychował od szczenięcia. Uratował jej życie, gdy jakiś łotr, oby połamało mu ręce i nogi, wrzucił ją, pobitą i okaleczoną, w worku do stawu, na zatracenie, a on usłyszał jej żałosny skowyt i zdążył wyciągnąć półżywą na brzeg. Choćby ta jedna sunia powinna się była obudzić! Nigdy przecież nie odstępowała go ani na krok, przybiegała, gdy tylko pojawiał się na ganku, nawet odprowadzała go codziennie do szkoły… Raja! Raja, gdzie jesteś? Raja!

Nie pojawiła się, niewdzięcznica, a on samotnie biegł dalej, czuł dojmujący zapach bujnych traw, wiedział więc, że przed nim łąka, gdzieś tutaj, blisko, za chwilę tam dotrze, i zrozumiał, że rodzinny dom zostawił daleko za sobą, bo nie dostrzegał już nawet szczytu dachu, gdy w biegu odwracał się za siebie.

I wreszcie wbiegł pomiędzy drzewa, nurzając się po kolana w zielonej, wysokiej, mokrej od rosy trawie. Czuł tę rześką wilgoć i czuł piękno letniego poranka.

Był dumny z tego, że dostał zadanie do wykonania, że potraktowano go jak dużego, samodzielnego chłopca i wiedział, że sobie poradzi.

Nagle dotarł na skraj łąki i zatrzymał się, oniemiały z zadziwienia. Nie wierzył w to, co tu zastał. To miejsce zawsze wyglądało inaczej!

Łąka jakby ożyła.

Usłyszał ją, ona śpiewała, naprawdę śpiewała – lecz nie za sprawą ptasich treli, bo nie było tu ani jednego ptaka.

Morze łąkowych kwiatów falowało na wietrze w lewo i prawo, łagodnie połyskiwało fioletem, głęboką czerwienią, burgundem, oranżem, soczystą, niemal pierwotną zielonością, a cały ten taniec odbywał się jakby w ramie utworzonej przez trzy ściany gęstego, okalającego łąkę lasu; przypominało to zaczarowaną scenę w teatrze. Aktorami były tu kwiaty i kłaniały się jemu – jedynemu ich widzowi.

Zatarły się czas i przestrzeń, a on, zdumiony niepomiernie, zapomniał już, jaka jest pora dnia, gdzie jest i kim jest, dlaczego to wszystko się dzieje, po co tu przyszedł? A powietrze wokół zaczęło jakby pulsować, oddychać, nucić pieśń przedwieczną, nie wiedział, jak to wszystko nazwać, określić, sklasyfikować, po raz pierwszy w życiu zabrakło mu w głowie potrzebnych słów.

A kwiaty nabierały kolorów.

Zrozumiał, że widzi na własne oczy zaprzeczenie praw natury; oto wolno, ale wyraźnie, bajeczne te kwiaty zaczęły rosnąć, jakby się nagle wszystkie równocześnie obudziły i zmysłowo, leniwie przeciągały; dostrzegał każdy szczegół ich mokrych od porannych mgieł aksamitnych płatków i listków otulających tajemnicze, nienazwane jeszcze pąki.

 

Łąka wciąż szeptała jakieś swoje zaklęcia, a kwiaty pięły się wyżej i jeszcze wyżej, ku niebu, ku wschodzącemu słońcu, które nagle, ku zdumieniu Carla, zawirowało, zupełnie jak jesienny liść na wietrze, i wolniutko zaczęło opadać. Gdy wreszcie dotknęło ziemi – wniknęło w nią, i stamtąd, z dołu, w niewiadomy sposób podświetlało swoimi złotymi promieniami cały ten rozkwit.

Korzenie roślin, gwałtownie ogrzane słonecznym ciepłem, wysyłały do części naziemnych życiowe impulsy i każdy kwiat stawał się tym jedynym, olśniewającym, najpiękniejszym. Wartym fortuny.

Dla Carla był to widok zjawiskowy, nieziemski, wyrazistość barw i ich subtelność zapierała mu dech w piersiach i zaczął się zastanawiać, czy on żyje jeszcze, czy umarł – i czy to, co teraz go otacza, to może już te biblijne pastwiska niebieskie, o których czytała mu siostra?

Kiedyż on w ogóle był na jakiejkolwiek łące, kiedy ostatnio zanurzył bose stopy w bujnej trawie, on, król cynku i węgla, siedzący od czterdziestu lat w liczbach, w piętrzących się słupkach nudnych cyfr, budujących jego potęgę, we wzorach chemicznych, kalkulacjach, kosztorysach i w szczegółowych umowach na wydobycie galwanu i węgla kamiennego? On, który praktycznie nie wychodził z ciemnych czeluści przemysłu, z przepastnych hal w hutach i z głębin kopalń, któremu pozostały do otwarcia chyba już tylko czarne drzwi piekieł…

– Czy to te drzwi, ciociu Milko, te tutaj? To ich nie wolno mi będzie nigdy-przenigdy otwierać? – usłyszał dziecięcy, świdrujący mu w uszach głosik i natychmiast zerwał się z pościeli. Rozejrzał się wokół nieprzytomnie.

Gdzież on jest, gdzie się podziała ta łąka…?

Potrząsnął głową. Co za brednie! Co za brednie kłębią mu się pod czaszką, chyba już całkowicie zwariował na starość, to był tylko sen, zwykły sen! I to dziecko też mu się przyśniło.

– Tak, to właśnie te drzwi, wracaj mi tu zaraz! – usłyszał donośny, charakterystyczny szept swej gospodyni. Gdy ona „szeptała” – niosło po całym domu. O kogo jej chodzi tym razem?

„Aaa, pewnie jakaś nowa służąca nie rozumie, czego się od niej wymaga i Emila ustawia ją do pionu. Tylko dlaczego pod moimi drzwiami?” Machnął ręką zniecierpliwiony i wstał z łóżka.

Miał taki piękny sen, naprawdę piękny, zupełnie jak nie on, więc może i ten dzień okaże się dla niego łaskawy?

Przed południem wybierał się na ważne spotkanie z zarządcą i głównym majstrem jednej ze swoich cynkowni, z tej przyczyny Emilia podała mu wcześniejsze, lekkie śniadanie i przygotowała na wyjazd najlepszy, francuski płaszcz w kolorze brązowym oraz kapelusz, i laskę, tę elegancką, z mosiężną główką pelikana na rękojeści.

Pelikany. Fascynowały go od dzieciństwa, kiedy w angielskim atlasie przyrodniczym swego ojca po raz pierwszy zobaczył te przedziwne ptaki. Jedna z rycin przedstawiała pelikana, który łowił ryby wprost do swej dużej, nieco obwisłej torby znajdującej się pod mocnym dziobem. Dowiedział się od ojca, że ptaki te odznaczają się też sprawnym lotem na dużych wysokościach, bo doskonale wiedzą, jak wykorzystać wznoszące prądy powietrza. Poza tym dobrze pływają, a nawet nurkują. Niestety, praktycznie nie ma ich na terenie Prus ani większości europejskich krajów. Przebywają w Afryce, Azji, Australii i obu Amerykach.

Carl z czułością przypomniał sobie zapał, z jakim ojciec opowiadał mu o przyrodzie.

Józef Godulla jako dzierżawca kolejno kilku majątków z zawodu i zamiłowania był leśnikiem. Wiele ze swej wiedzy przekazał synowi.

Niepostrzeżenie myśli Carla odbiegły od tematyki przyrodniczej. Przypomniał sobie z żalem, że już od dawna nie odwiedził grobów rodziców na cmentarzu w Lyskach i że powinien tam wkrótce pojechać.

Matka zmarła pierwsza, 8 stycznia 1813 roku, na ciężką chorobę przewodu pokarmowego. Jego ojciec, siostry i młodszy brat Ernest poprosili, by to on zajął się wystawieniem zmarłej godnego nagrobka. Zrobił to z wielkim zapałem i starannością, właściwą wszelkim jego poczynaniom.

Po pierwsze postarał się o wykonanie trwałego, kutego w metalu, prostego i funkcjonalnego ogrodzenia.

Kazał użyć najlepszego, odpornego na rdzę materiału, pragnąc, by przetrwał on sto lat, a może i dłużej.

– Jak za dwieście lat ktoś stanie nad grobem mojej matki, te pręty mają wyglądać tak, jakbyście je dopiero co wykonali! – zażartował, ale jego pracownicy przyjęli to poważnie, jak wyraźnie sformułowany nakaz.

Wkrótce metalowe ogrodzenie, wsparte o niski, murowany postument, z czterech stron otoczyło grób matki. Postument w jego narożnikach zdobiły skromne, prostokątne wieżyczki, przez które poprowadzono owe solidne pręty.

W roku 1821 Carl wystawił na mogile niezwykły nagrobek.

Wykonany z naturalnego piaskowca, wznosił się w formie kształtnej, trójkątnej kolumny w stylu empire; jej szczyt otulały kamienne sploty, przywodzące na myśl poruszający się na wietrze żałobny welon.

Poniżej, u podstawy kolumny, Carl umieścił zaprojektowany przez siebie ozdobny relief przedstawiający pelikana, który karmi pisklęta własną krwią.

Ten symbol matczynego poświęcenia i miłości już wiele lat temu zapadł mu głęboko w serce. Przeczytał gdzieś legendę, znaną od czasów starożytnych, że pelikany, po nakłuciu sobie dziobem własnej piersi, tak długo karmią młode swą ożywczą krwią, aż same umierają z wycieńczenia.

Carl polecił kamieniarzowi, by pelikan na reliefie przytulał do siebie i karmił pięcioro piskląt – tyle, ile dzieci miała jego matka.

Na pionowej płycie nagrobnej wyryto ozdobny napis w języku niemieckim: „Słodko spoczywa tutaj nasza najdroższa matka, Francisca Godulla” – i dalej wpis dotyczył daty urodzenia i śmierci oraz pozycji społecznej jej męża, dzierżawcy majątku Gaszowice (Gaschovitz).

Ojciec Carla zmarł trzy lata po żonie, w marcu 1816 roku. Zostawił dzieciom w spadku ponad siedem tysięcy talarów, co w jego środowisku było bardzo dużą sumą.

Carl przerwał te rozmyślania i potrząsnął głową, aż zabolała go obszerna, pełna zrostów blizna wokół prawego oka. Taka stara – a wciąż jeszcze boli, czy to jest normalne?…

Nie ma czasu na wspominki. Co go dzisiaj w ogóle opętało? Z rozdrażnieniem dopiął guziki płaszcza, a ponieważ robił to jedyną sprawną ręką, nie szło mu za dobrze. Czarci nadali kalectwo! Nie będzie przecież prosił Emilii, żeby mu jeszcze zapinała guziki!

Carl wyszedł z domu punktualnie, ale już przy furtce zorientował się, że zapomniał zabrać z sobą to, co najważniejsze – teczkę z dokumentami dotyczącymi cynkowni! Zawrócił wielce niezadowolony.

„Rzeczywiście, zapowiada się udany dzień! – zamruczał sarkastycznie i mimo utykania na jedną nogę dość szybko pokonał kilka schodków przed wejściem do domu, minął sień, donośnie stukając laską o jej posadzkę wyłożoną czerwoną, błyszczącą cegłą i wreszcie wszedł do swego gabinetu, gdzie na biurku leżały potrzebne mu papiery. Zebrał je jednym ruchem, włożył do płaskiej, tekturowej teczki i wymyślając sobie w duchu od zramolałych sklerotyków, ponownie skierował się do drzwi. Wyszedł na prześwietlony słońcem ganek i stanął jak wryty.

Nie! Co to było??

Odruchowo oparł się plecami o solidne dębowe odrzwia. Zabrakło mu tchu i oniemiały wpatrywał się w kwitnące krzaki białych róż, w których – mógłby dać za to własną głowę! – przed chwilą zniknęła malutka, drobna postać.

„Dziewczynka! Trzymajcie mnie, ludzie! Czy naprawdę widziałem przed własnym gankiem dziewczynkę?…”

Dostrzegł ją, choć była widoczna tylko przez sekundę. Wśród bieli róż jej czerwona sukienka wprost uderzyła go po oczach – nawet jeżeli widział tylko na jedno.

Powoli odwrócił się i ciężko pokuśtykał do swego gabinetu. Wszedł, z hukiem zatrzasnął za sobą drzwi i przekręcił dwukrotnie klucz. Niemal ze wstrętem odrzucił teczkę z dokumentami na mahoniowy blat eleganckiego biurka. Było mu niedobrze, bał się, że zwymiotuje.