Dziewica Orleańska

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Fryderyk Schiller

Dziewica Orleańska

Tragedia romantyczna w pięciu aktach z prologiem

Warszawa 2020

Spis treści

OSOBY

PROLOG

SCENA I

SCENA II

SCENA III

SCENA IV

AKT PIERWSZY

SCENA I

SCENA II

SCENA III

SCENA IV

SCENA V

SCENA VI

SCENA VII

SCENA VIII

SCENA IX

SCENA X

SCENA XI

AKT DRUGI

SCENA I

SCENA II

SCENA III

SCENA IV

SCENA V

SCENA VI

SCENA VII

SCENA VIII

SCENA IX

SCENA X

AKT TRZECI

SCENA I

SCENA II

SCENA III

SCENA IV

SCENA V

SCENA VI

SCENA VII

SCENA VIII

SCENA IX

SCENA X

SCENA XI

AKT CZWARTY

SCENA I

SCENA II

SCENA III

SCENA IV

SCENA V

SCENA VI

SCENA VII

SCENA VIII

SCENA IX

SCENA X

SCENA XI

SCENA XII

SCENA XIII

AKT PIĄTY

SCENA I

SCENA II

SCENA III

SCENA IV

SCENA V

SCENA VI

SCENA VII

SCENA VIII

SCENA IX

SCENA X

SCENA XI

SCENA XII

SCENA XIII

SCENA XIV

OSOBY

KAROL VII, król francuski

KRÓLOWA IZABELA, jego matka

AGNIESZKA SOREL, jego kochanka

FILIP, zwany Dobrym, książę Burgundii

HRABIA DUNOIS, poboczny syn księcia Orleanu

LA HIRE, DU CHATEL, oficerowie królewscy

ARCYBISKUP z Reims

CHATILLON, rycerz z Burgundii

RAOUL, rycerz z Lotaryngii

TALBOT, wódz naczelny Anglików

LIONEL, FASTOLF, wodzowie angielscy

MONTGOMERY, rycerz z Walii

RADCY MIEJSCY z Orleanu

HEROLD ANGIELSKI

TEOBALD D’ARC, zamożny wieśniak

ANNA, ANIELA, JOANNA, jego córki

STEFAN, KLAUDIAN, RAJMUND, młodzi pasterze z Dom-Remy

BERTRAND, wieśniak

RYCERZ CZARNY

WĘGLARZ i JEGO ŻONA

Żołnierze

Lud

Służba królewska

Księża

Zakonnicy

Marszałkowie

Członkowie magistratu

Dworzanie i orszak koronacyjny

Rzecz dzieje się w latach 1429–1431.

PROLOG

Wiejska okolica.

Na prawo widać obraz Najświętszej Panny w kaplicy, na lewo wysoki dąb.

SCENA I

Teobald D’Arc, jego trzy córki, trzej pasterze

TEOBALD

Tak jest, sąsiedzi, dziś jeszcze się zwiemy

Synami wolnej, francuskiej ojczyzny;

Dziś jeszcze swoim nazywać możemy

Kraj ten, krwią ojców i znojem ich żyzny.

Ale któż zgadnie, jakich jutro panów

Znosić nam przyjdzie? Zewsząd od Loary,

Tratując końmi plony naszych łanów,

Anglik zwycięskie potrząsa sztandary.

Niewierny Paryż czci go śród swych progów

I Dagoberta, dotąd nieskażoną,

Świętą, odwieczną, rycerską koroną

Wieńczy niemowlę z pokolenia wrogów.

A król nasz prawy – o, hańbo i wstydzie! –

Wnuk królów naszych, Pański pomazaniec,

Lud swój o wsparcie próżno błagać idzie,

W państwach swych własnych błądzi, jak wygnaniec.

A przeciw niemu, wpośród krwi i gruzów,

Najbliższy z krewnych, najpierwszy z Francuzów,

Ha! własna matka – potwór pełen zgrozy! –

Nieprzyjacielskie prowadzi obozy.

Wioski i miasta jedną wielką łuną

Świecą ich drodze; a dym i popioły,

Kłębiąc się na kształt czarnej chmury, suną,

Ćmiąc kirem niebo i kraj nasz wesoły.

– A więc, sąsiedzi, zgodnie z wolą nieba

Dziś zabezpieczyć chcę i przedsięwziąłem

Los córek moich, bo dziś to im trzeba

Męża obrońcy; a dzielona społem

Miłość pomaga znieść wspólną niedolę.

do pierwszego z pasterzy

Zbliż się, Stefanie! Wiem, że kochasz Annę.

Z pastwiskiem mojem graniczy twe pole;

Wzrośliście razem: przywiązanie ranne

Szczęśliwe wróży stadło.

do drugiego Klaudianie!

Cóż to? Drżysz cały i mojej Anieli

Twarz, widzę, zbladła. Skąd to nieufanie?

Zaliż myślicie, że ojciec rozdzieli,

 

Co Bóg połączył dlatego, że łanu,

Że skarbu nie masz równego jej wianu?

Któż dziś ma skarby? – Dom, stodoła, trzody,

Są pastwą ognia lub pierwszego wroga;

Ale dłoń męża, śmiała na przygody,

Ale pierś męża, co nie zna, co trwoga,

To skarb, co żadnej nie boi się szkody,

To puklerz lepszy niż zamki i grody!

ANIELA

Ojcze!

KLAUDIAN

Anielo!

ANIELA

ściskając Joannę

Siostro moja droga!

TEOBALD

Każdej z nich daję tyle, com zostawił

Pola sam sobie, i trzodę w wyprawie,

Dom i zagrodę. Bóg mnie błogosławił,

Z Bogiem, jak ojciec, ja was błogosławię.

ANNA

ściskając Joannę

Czyż i ty ojca nie zechcesz pocieszyć?

Młodsza z sióstr starszych niechby przykład brała.

TEOBALD

Idźcie! – Ślub jutro, potrzeba się śpieszyć.

Gościem na godach będzie wioska cała.

Obie pary biorą się za ręce i odchodzą.

SCENA II

Teobald, Rajmund, Joanna

TEOBALD

Joanno, czemu nie idziesz ich torem?

Widok ich szczęścia cieszy starość moję;

Ty, ty mię tylko trapisz swym uporem.

RAJMUND

Dość, ojcze! Przestań martwić dziecię swoje.

TEOBALD

Oto jest młodzian, ozdoba wsi całej,

Pilny, poczciwy! Już to trzecie żniwo,

Jak tając boleść, pokorny a stały,

W sercu ku tobie żywi miłość tkliwą.

A ty, ty zimna, zasklepiona w sobie,

Ulżyć mu nawet nie umiesz cierpienia.

Ani widziałem, by kto inny w tobie

Obudził tkliwsze czucia lub wzruszenia.

A jednak widzę, że piękność dziewicza

Zewsząd ku tobie ciągnie serca ludzi;

Anielska słodycz twojego oblicza,

Blask twego oka podziwienie budzi.

Bóg cię obsypał, jako drzewo kwiatem,

Dary swojemi; lecz czyliż dożyję,

Że miłość kiedyś, jako słońce latem,

Szczęścia twojego owoc z nich wywije?

Bo serce zimne, nieczułe za młodu

Lub znaczy ciężką pomyłkę natury,

Lub wbrew jej woli popełnia grzech, który

Zwarzy je samo tchem własnego chłodu.

RAJMUND

Krzywdzisz ją, ojcze! Miłość twej Joanny

Nie jest to owoc powszedniego drzewa.

Szybko, jak rozkwitł, przemija kwiat ranny,

Co ma trwać wiecznie, powoli dojrzewa.

Myśl jej dziś jeszcze, jak ptak na swobodzie,

Buja po świecie, po wysokiem niebie.

Bojąc się zniżyć ku wiejskiej zagrodzie,

Gdzie mieszka troska, myśląca o chlebie.

Widzę ją nieraz, gdy na wzniosłych górach

Idzie za trzodą lub na skał urwisku,

Na wpół ukryta w mgły porannej chmurach,

Duma, podobna wietrznemu zjawisku.

Jest coś w jej twarzy, w postaci, w jej ruchach.

Co mimowolną cześć i trwogę budzi,

I mimowolna myśl o wyższych duchach

Łączy ją z niemi i wznosi nad ludzi.

TEOBALD

I to jest właśnie, co mię trwoży o nią.

Obca śród swoich; smutna, gdzie się śmieją;

Posępne lasy, odludne ustronie,

To jej zabawa. Nim kury zapieją,

Zrywa się z łoża i w strasznej godzinie,

Gdy każdy człowiek rad szuka człowieka,

Cóż ją tak ciągnie w najdziksze pustynie,

Że jak ptak nocny od ludzi ucieka?

I wiem, że nieraz na rozstajnych drogach

Rozmawia z echem, czy z wiatru powiewem;

I nie pamięta o ojca przestrogach,

Godziny trawi pod tem zgubnem drzewem,

Gdzie przed wiekami swe krwawe ofiary

Święcił druida, a dziś nikt z sąsiadów

Za skarby świata nie siadłby w mrok szary.

Bo któż nie słyszał od ojców i dziadów

Strasznych powieści i podań? Kto nie wie,

Jakie tu szatan widziadła i mary

Wywodził nieraz lub jakie na drzewie

Słyszano głosy? Mógłbym nie dać wiary,

Lecz sam, pamiętam, gdym był jeszcze młody,

Wracając tędy – ja, ja sam widziałem

Widmo-niewiastę olbrzymiej urody,

Cała okryta jakby płótnem białem,

Stała pod drzewem i skinieniem dłoni

Zwała mię k’sobie; lecz ufałem w Bogu,

Szybko, nie patrząc, przebiegłem koło niej

I na pół martwy padłem na mym progu.

RAJMUND

wskazując na obraz w kaplicy

Lecz skąd wiesz, ojcze, że ów obraz święty,

Źródło niebieskiej łaski i otuchy,

Nie ma dla córki twej większej ponęty

Niż to złowrogie drzewo z swemi duchy?

TEOBALD

Nie, nie, niestety! Długo tak mniemałem,

Lecz sen mi odkrył prawdę tajemnicy.

Trzykroć się zdało, że ją w Reims widziałem,

Zasiadającą na królów stolicy.

Siedm gwiazd jej skronie otaczało kołem,

A z berła w ręku trzy lilije białe,

Jak z pnia żywego wykwitały społem.

Biskupi, wodze, wojsko zda się całe,

Ja, sam król nawet, bili przed nią czołem,

A okrzyk ludu ogłaszał jej chwałę.

Skądże to? Czyliż spodziewać się mogę,

By w mej lepiance taki blask się zjawił?

Nie! Bóg to we śnie zesłał mi przestrogę,

W widzeniu pychę myśli jej objawił.

Wstyd jej niskiego stanu poniewierki

I, że zbyt wiele wzięła z ręki Pana,

Że się zna wyższą nad inne pasterki,

Nie chce znać granic duma rozigrana.

A grzech to przecież, co aniołów chóry

Potrącił w przepaść i najpierwszych ludzi

Wygnał z bram raju, i aż do tej pory

Przezeń to szatan najłatwiej nas łudzi.

RAJMUND

Mylisz się, ojcze! Bo w czemże jej pycha?

Kto tu jej równy? A przecież znajdź drugą,

Co by tak skromna, pokorna i cicha,

Zdała się wszystkich najuboższych sługą!

Kto z nas ją widział, by, w pracy leniwa,

Od powinności zraziła się trudem?

Czyż pod jej ręką twe trzody i żniwa

Jakby widocznym nie mnożą się cudem?

W każdym jej czynie znać wpływ łaski bożej,

Co na nią zlewa szczęście niepojęte.

TEOBALD

Tak, niepojęte! I toć to mię trwoży,

Nie wszystko bowiem nadludzkie jest święte.

Lecz dosyć o tem! Chciałżebym oskarżać,

Ojciec swe dziecię? Lecz milczeć nie mogę.

Nie! Jedno zawsze będę ci powtarzać:

Pomnij na Boga, na ojca przestrogę!

Nie chodź tu sama ni we dnie, ni w nocy,

Nie błądź po polach przy księżyca blasku;

Nie zbieraj nocnych ziół, nie śledź ich mocy,

Ani kreśl znaków na wietrze, ni piasku!

Bo wiedz, o córko, że ducha jaskini

Każda występna myśl nasza ośmiela.

Nie stroń od ludzi! Pomnij, że w pustyni

Szatan śmiał nawet zwodzić Zbawiciela.

SCENA III

Ciż i Bertrand (wchodzi, trzymając hełm w ręku)

RAJMUND

Patrz! Bertrand wraca! Cóż to? Z hełmem w dłoni?

BERTRAND

Dziwno wam, widzę, że wracam tak zbrojny.

TEOBALD

Skąd masz ten szyszak? W spokojnej ustroni

Znakiem złej wróżby zda się godło wojny.

Joanna, która dotąd milcząco i obojętnie stała na stronie, zbliża się i słucha z uwagą.

BERTRAND

Słuchajcie! Jest w tem jakby trochę cudu.

Byłem w Vaucouleurs. W mieście, na ulicy,

Na rynku, wszędzie tłum i ciżba ludu:

Orlean bowiem napadli Anglicy,

I, kto mógł, stamtąd ucieka w te strony.

Patrząc więc na nich, idę zamyślony;

Aż na zakręcie zjawia się przede mną

Jakaś Cyganka; urody olbrzyma,

Czarna, okryta jakąś płachtą ciemną,

Idzie wprost do mnie, a hełm w ręku trzyma

I, wzrok swój we mnie wlepiwszy, powiada:

„Wiem, szukasz hełmu, masz! Tanio go przedam”.

„A mnież to na co? – rzekłem – co mi nada?

Jam, Bogu dzięki, nie żołnierz, nic nie dam”.

A ona znowu: „Bracie, czas wojenny!

Hełm dziś pewniejszą ochroną dla głowy

Niż dach miedziany albo mur kamienny!”

I krok w krok za mną, z podobnemi słowy,

Idzie przez miasto i hełm swój podaje.

Zniecierpliwiła mię w końcu: więc staję,

Biorę go w ręce: myśląc, że jak zganię,

Da mi już spokój; lecz patrzę, robota

Cudna, i kruszec, i droga pozłota.

Rycerz go mógłby użyć za ubranie.

Gdy go więc ważę i próbuję dźwięku,

Coś mi się nagle migło przed oczyma;

Spojrzę: Cyganki przede mną już nie ma;

Szukam, na próżno! Hełm został w mem ręku.

JOANNA

szybko i gwałtownie sięgając po niego

Daj mi go!

BERTRAND

Na co? Blask wojennej stali

Dziko odbija na dziewiczem czole.

JOANNA

wyrywając mu hełm

Daj mi go, mówię! Dla mnie go przysłali!

TEOBALD

Co tej dziewczynie?

RAJMUND

Zostaw jej swą wolę,

Strój ten rycerski przystoi dziewicy,

W której też piersiach tchnie serce rycerza.

Któż nie pamięta w naszej okolicy,

Jak dzieckiem prawie pokonała zwierza,

Wilka-hienę, który tak bezkarnie

Pustoszył nasze trzody i owczarnie?

Z rąk młodzi naszej wypadała dzida

Na widok jego; pierzchali, a ona,

Jakby w nią z góry wstąpił duch Dawida;

Dziewica, sama, lecz nieustraszona,

Z pasterską tylko łaską w słabej ręce,

Puszcza się w pogoń za mordercą trzody

I młode jagnię, co już niósł w paszczęce,

Beczącej matce powraca bez szkody!

O, czyjekolwiek hełm ten zdobił skronie,

Godniejszych nie mógł!

TEOBALD

do Bertranda

Cóż opowiadali

Ci z Orleanu? Gdzie król? W jakiej stronie

Jest wojsko nasze?

BERTRAND

Bóg się niech użali

Ziemi francuskiej, bo dłoń Jego kary

Cięży nad nami! Znowuśmy przegrali

Dwie krwawe bitwy. Anglik wzdłuż Loary

Stanął obozem... rabuje i pali,

I obiegł zewsząd mury Orleanu.

TEOBALD

Boże, strzeż króla!

BERTRAND

Mówią, co widzieli,

Że jak szarańcza, gdy padnie śród łanu,

Jak pszczoły w ulu, rój nieprzyjacieli

Nieprzeliczony, jak oko zasięga,

Zaczernił wkoło równiny i wzgórza.

Cała Burgunda zebrana potęga,

Od gór szwajcarskich do zimnego morza:

Ludzie różnego narodu i stanu,

Różnych języków, zgromadzeni razem,

Przysięgli, mówią, zgubę Orleanu

I chcą go zniszczyć ogniem i żelazem.

TEOBALD

O, straszne czasy! Gdy się brat krew brata,

Ziomek krew ziomka przelewać ośmiela!

Mściwy Burgundzie!

BERTRAND

Gorszy wzór dla świata:

Matka królewska, dumna Izabela,

Jest też z Filipem. Konno, w pełnej zbroi,

Przejeżdża szyki; błaga i zaklina

Wszystkich o pomstę niby krzywdy swojej.

Matka!... o pomstę przeciw swego syna!...

TEOBALD

Oby skończyła jak owa, do której

Tak jest podobną z pychy i imienia,

Sprośna Jezabel!

BERTRAND

Straszny Salisbury

Stoi na czele wojsk i oblężenia.

Przy nim Lionel i tygrys, niesyty

Krwi naszej, Talbot. Trzy wysokie wieże

Wznieśli przed miastem: na jednej rozbity

Namiot ich wodza, z którego on strzeże

 

Poruszeń miasta; z dwóch drugich dzień cały

Ogniste kule miota na kształt gromów.

Połowę miasta gruzy zasypały,

Mieszkańcy giną pod zwaliskiem domów.

Sam katedralny ów kościół wspaniały

Najświętszej Panny od gęstych wyłomów

Grozi upadkiem; a prochowe miny,

Ten wymysł piekieł, podkopane wszędzie.

I nikt tam nie wie dnia ani godziny,

Gdy na sąd straszny powołany będzie.

Joanna przysłuchuje się z natężoną uwagą i wkłada hełm na głowę.

TEOBALD

Lecz gdzież są nasi waleczni obrońcy,

La Hire i Santrailles, i niezwyciężony

Dunois? Gdzie są, że tryumfujący

Wróg tak się wdziera w nasz kraj opuszczony?

Gdzie król? Czyż zawsze jako zimny świadek

Patrzy na państwa, na miast swych upadek?

BERTRAND

Król z dworem bawi w Chinon, lecz snać nie ma

Dość wojska z sobą, by wyjść przeciw wroga.

Lecz, choćby wyszedł, czyż garstka dotrzyma

Pola tysiącom, gdy strach, jak od Boga,

Jako zaraza powiał w serca ludzi

I w najmężniejszych krew i zapał mrozi?

Próżno głos wodzów nadzieję w nich budzi,

Ojczyzna błaga i monarcha grozi.

Jak trzoda owiec, gdy ją zwierz napadnie,

Francuz, niepomny swej sławy od wieka,

Kupi się tylko i pierzcha bezładnie,

Lub, zgiąwszy szyję, na miecz wroga czeka!

Jeden się tylko znalazł, jak słyszałem,

Co zebrał kilka chorągwi konnicy,

I, w pomoc króla z tym małym oddziałem

Ciągnąc, po naszej błądzi okolicy.

JOANNA

prędko

Jak imię jego?

BERTRAND

Baudricour. – Lecz czyli

Zdoła się przerznąć i pogoń omyli?...

Wątpię, bo zewsząd ściskają go wrogi.

JOANNA

Wiesz, gdzie on teraz?

BERTRAND

O dzień ledwo drogi

Od Vaucouleurs’u.

TEOBALD

do Joanny

Skąd ci to pytanie

W rzeczach, co wcale nie tyczą się ciebie?

BERTRAND

Że wróg tak mocny, a król nasz nie w stanie

Dać nam odsieczy ni wsparcia w potrzebie,

W Vaucouleurs przeto dziś mają uchwalić,

Że Burgundowi poddać się należy.

Bo tak i miasto może się ocalić

Od angielskiego jarzma i łupieży,

I nam spod władzy pokrewnego księcia

Łatwiej powrócić do prawego pana,

Gdy, sytych wreszcie wspólnego zawzięcia,

Złączy znów kiedyś zgoda pożądana.

JOANNA

z zapałem

Żadnych układów! Żadnego przymierza!

Bo przyszła chwila, że wstanie obrońca.

Pod Orleanem wróg kresu domierza.

Dzień chwały jego chyli się do końca!

Dojrzał na zgubę, jako plenna niwa,

I już żniwiarka z krwawym sierpem w ręce

Zbliża się... Przyjdzie... i z wzgardą pozrywa

Z gwiazd dumy jego rozwieszone wieńce!

Nabierzcież serca, ludzie małej wiary,

Bo nim ten księżyc dojdzie pełni swojej,

Żaden angielski koń z nurtów Loary,

Żaden krwią naszą wróg się nie napoi!

BERTRAND

Minął czas cudów!

JOANNA

Nie! Przyszedł czas cudu!

Biała gołąbka wzleci orła lotem,

Spadnie na sępów, chciwych krwi jej ludu,

Skruszy Burgunda zdrajcę i z Talbotem,

Bluźniercą nieba, i z owym ponurym

Łupieżcą świątyń, dzikim Salisburym,

I z tym Fastolfem, i z tymi wszystkiemi

Najezdnikami naszej pięknej ziemi

Łamać się będzie – i wszystkich wyżenie,

Jako lew trzody lub tygrys jelenie!

Bo Pan z nią będzie, bo, jak wiatr palący,

Duch Jego przed nią, bo On jej prawicy

Da siłę śmierci i w słabej dziewicy

Okaże światu, że On wszechmogący!

TEOBALD

Co za duch, przebóg! opętał dziewicę?

RAJMUND

Hełm to w niej budzi ten zapał wojenny.

Ale patrz, ojcze! Patrz na jej źrenice,

Co w nich za jasność! Co za blask promienny!

JOANNA

Kraj by nasz upadł? Kraj zwycięstw i chwały,

Raj krajów świata, wybrany od Boga?

Dzieci by jego wiecznie dźwigać miały

Hańbiące więzy zamorskiego wroga?

Nie! Tu runęła moc poganów dzika,

Krew męczenników oblała tę ziemię;

Tu leżą prochy świętego Ludwika,

Skąd odzyskano grób w Jeruzalemie!...

BERTRAND

z podziwieniem

Któż by nie wierzył, że mówi natchniona?

Bóg ci, sąsiedzie, dał cudowne dziecię!

JOANNA

Naszychże królów odwieczna korona

Pójdzie w pogardę lub zniknie na świecie?

Gdzie są królowie, by jej byli godni,

Prócz królów naszych? – Rolnika obrońcy,

Opiekunowie wszystkiego, prócz zbrodni;

Dawce i Stróże swobód; panujący

Z Bogiem po ludzku; sędziowie łagodni,

Straszni rycerze, lecz nienastający

Na właść sąsiada, ni ludu szczęśliwość!

W cieniu ich tronu trzy lilije białe

Rozkwitły: Wiara, Miłość, Sprawiedliwość,

A woń ich święta tchnie na państwo całe!...

Czyliż król, obcej wychowaniec ziemi,

Którego przodków nie tu prochy leżą,

Co dzieckiem z dziećmi nie igrał naszemi,

Młodzieńcem z naszą nie kochał młodzieżą,

Któremu słowa naszej pięknej mowy

Czczym tylko dźwiękiem, pamięć wielkich czynów

Przeszłości naszej, chwały narodowej,

Nie zabrzmi w duszy jak pieśń cherubinów: –

Będzież on ojcem swej ojczyźnie nowej?

Lub czyż w niej dla się znajdzie miłość synów?

TEOBALD

Boże, zachowaj Francyję i króla!

Lecz nie nam dumać o losach mocarzy:

Wieśniak pilnuje swej chaty i pola

I czeka, komu Bóg zwycięstwo zdarzy.

Bo losem bitew boska rządzi wola,

Bo los narodów Bóg w swej ręce waży.

Dla nas ten będzie pomazaniec boży,

Kto w Reims koronę królów naszych włoży!

Lecz czas do pracy! – W naszym niskim stanie

Dość myśleć tylko o jutrze. Królowie

I radcy królów niech myślą o zmianie

Przyszłości świata, bo na ich to głowie

Leży świat cały. Mniejsza nasza troska.

Co bądź się dzieje, my możem spokojnie

Patrzeć na przyszłość, bo ta ziemia boska,

Co nam uprawiać kazał, choć ją zbrojnie

Najdzie i zdepce wróg, choć dom i wioska

Ulecą z dymem, ona znów nam hojnie

Nagrodzi stratę. Bo, gdzie szczera praca,

Gdzie ufność w Bogu, szczęście prędko wraca.

Odchodzą wszyscy prócz Joanny.