Tragiczny los artysty

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

List Artura Grottgera do Władysława Sawiczewskiego z dnia 18 stycznia 1865 roku

Archiwum Narodowe w Krakowie, sygn. 19/645/217

Drogi Sawciu,

O! Kryminał w całym tego słowa znaczeniu! Gdyby nie moje czyste sumienie, to by mi się zdawało, że i ja kogoś albo okradł albo oszukał! Proszę Cię mój drogi jeżeli możesz, to mi przynieś dziś jeszcze ze sobą to, o co Cię wczoraj prosiłem96 i tytoniu, papierków do cygaretów, scyzoryk (bo mi mój wczoraj odebrali), nóż, łyżkę i widelec. Zrób z tego maleńkie zawiniątko i oddaj kerkermeistrowi97, który się nazywa Sztabasz, on mi to doręczy. Ale co główniejsze, to parę reńskich, bo tu nic dostać nie można po cenie zwyczajnej, tylko w dwójnasób za wszystko płacić trzeba. Na aresztanckim wikcie przystać nie można, bo okropnie obrzydliwe i kiepskie.

Mamie tylko przypomniéj, ażeby nie zapomniała o tém, o co ją wczoraj prosiłem. O Dreszczu i o Petrischu98 – przypomniéj Jej o tém. I staraj się o to, aby się moja intryga z polowaniem nie wydała. Adres piszę umyślnie nie po mojemu, ażeby się nikt nie domyślił, że to ode mnie. Czy Lax (?) był i co mówił? Gdyby się o mnie pytał, to powiedz, że ja na polowaniu i w piątek rano albo w czwartek wieczorem powrócę. Weksla mu nie dawaj. Czyście posłali bilet do Scheinera, który wczoraj Pepi doręczyłem? Ale mamy proś, aby to załatwiła. U Bauera żeby Mama z pewnością była!

Dobrze by było, gdybyś mi w ten pakiecik włożył parę węgli tych twardych co są w tém wąskiem pudełeczku do wysuwania. A więc: poduszkę Twoją bo mniejsza – w skórę łosiową, prześcieradło i koc, ręcznik, grzebień, tytoń, papier do cygaretów, trochę florenów, cygarniczkę moją, tę z bursztynkiem, węgliki, nóż, widelec i łyżkę – ot i wszystko. –

Tylko to wszystko tak nieznacznie pozbieraj, a powiedz ode mnie, że pościel sam oddasz na omnibus.

Całuję Cię serdecznie. Twój przyjaciel i aresztant

Arthur

18/1/865

Adres:

Seiner W. SSgeborn den Herrn

Ladislaus von Sawiczewsky

Bei Gasse one Grottger maler

Opernsing Grinnschafit (?) N 3 im 4ten

Z. ck. Zim. 48.

Dwie kartki papieru; jedna zapisana.

Twórca epopei zniszczenia i zagłady

Wiadomość o śmierci artysty we Francji dotarła bardzo szybko do Krakowa. Już 17 grudnia 1867 roku w „Czasie” znalazła się następująca notatka:

Sprawdziła się, niestety, przedwcześnie tylko rozrzucona pogłoska o śmierci znakomitego malarza naszego Artura Grottgera. Złożony ciężką chorobą, wyjechał za poradą lekarzy z Pau do Amélie-les-Bains (w Pirenejach), gdzie umarł w piątek d. 13go o godzinie 5 z rana. Pogrzeb jego, wedle odebranej przez krewnych w Krakowie depeszy, miał się odbyć w niedzielę o godzinie 12ej w południe99.

Redaktorzy „Czasu” zapowiedzieli, iż wkrótce ukaże się artykuł o życiu i twórczości artysty. W rzeczy samej, w numerze świątecznym pisma (z 25 grudnia) ukazał się obszerny tekst Artur Grottger, w którym nie podpisany autor, najprawdopodobniej Lucjan Siemieński100, skreślił zasługującą na pamięć sylwetkę malarza. Rzetelnie, ale też i z najwyższym uznaniem, ukazał wartości dzieł Grottgera. Pisał między innymi:

Rzecz szczególna: kiedy ani poezja, ani proza nie zdobyła się w tym czasie [tzn. w epoce powstania styczniowego – F.Z.] na nic, co by nie wywołało dyskusji lub zaprzeczenia – malowane poemata Grottgera przemawiały jedne tym językiem, co trafia do wszystkich przekonań, co nawet na przeciwnikach robi wrażenie. Sympatyczny talent – w nim leży tajemnica jego utworów. Dusza pełna poezji nie szukała innego celu poza dziełem swoim; obraz mówił za siebie, całą rzeczywistością, i nie potrzebował uciekać się do śmiesznie pretensjonalnej symboliki. (…) Kompozycje te powtórzone przez fotografię rozbiegły się tak w samym kraju, jak za granicą; można powiedzieć, że między obcymi cenione były nie tylko pod względem sztuki, ale one jedne może umiały unaocznić im dramat, jaki się w Polsce odgrywał, dramat, przy którym bladły wszystkie tragedie. Nikt by, patrząc na nie, nie śmiał powiedzieć: Nikczemny to naród – musiał zginąć – i dobrze że zginął! Tak się pracuje na chwałę i cześć swego narodu; tak pracowali wszyscy poeci i malarze, wielkim sercem i prawdziwym talentem obdarowani od Boga.

Nazywając dzieła Grottgera „poematami, rapsodiami wielkiej epopei zniszczenia i zagłady”, autor zakończył swój tekst znamiennymi słowy:

Trudno powiedzieć, czym by zajaśniał jeszcze talent ten w pełności swego rozkwitu – ale to, co młodość wydała, zostawiło po sobie ślad niezatarty. Sceny narodowe z ostatnich wypadków nie tylko nie stracą ceny w znaczeniu sztuki, lecz długie lata opowiadać będą następnym pokoleniom dzieje męczeńskie narodu101.

Przedwczesną śmierć artysty odnotowali także redaktorzy krakowskiego tygodnika „Kalina”. W numerze z 1 stycznia 1868 roku na pierwszej stronie umieszczono klepsydrę z informacją o śmierci artysty102, zaś w „Kronice” współredagujący wspólnie z Michałem Bałuckim pismo Alfred Szczepański zamieścił informację, którą warto tu przywołać, stanowi ona bowiem ważny komentarz do ogłoszonej w kilka tygodni później jego rozprawki o tym artyście. Pisał Szczepański:

Życiorys Artura Grottgera podamy dopiero w następnych numerach. Lubośmy mieli sposobność oglądania ostatnich prac jego w Paryżu – to jednak artysta ten zajmuje tak wybitne i odrębne stanowisko w rozwoju sztuki polskiej, że nie godziłoby się życiorysu jego artystycznego i indywidualnego podawać pobieżnie, ale potrzeba poprzednio zasięgnąć informacji i materiałów z różnych stron kraju i zagranicy, i czekać na nadejście pozostałych po nim tek103.

W rzeczy samej, począwszy od 1 marca 1868 roku zaczął ukazywać się na łamach „Kaliny” obszerny, ponad osiemdziesięciostronicowy szkic tego autora poświęcony Grottgerowi104. W formie na pół osobistej opowieści autor spróbował nakreślić możliwie pełną sylwetkę artysty, skupiając się przede wszystkim na jego biografii. Szczególnie wartościowe są w tym przypadku jego informacje dotyczące ostatniego okresu życia artysty. Odwołując się do swojej pamięci, a także do listów Marcela Krajewskiego, który był najbliższym przyjacielem Grottgera w Paryżu, i który – jak wspomniano – towarzyszył mu w listopadzie i grudniu 1867 roku w wyprawie na południe Francji, Szczepański podał wiele przywołanych wyżej cennych informacji z ostatniego okresu jego życia. Zwraca przy tym uwagę ogólny ton tego tekstu, daleki od tak powszechnej w ówczesnym życiu publicznym apatii czy przygnębienia. Przeciwnie, autor z mocą podkreśla wielki talent i wyjątkową pozycję tego artysty w polskiej sztuce. Pisał:

Straciliśmy z Arturem wielkiego ilustratora bieżących dziejów, który zbierał świeżą krew i łzy, i przetwarzał w pomnikowe dzieła. Z dzieł jego bije żywa, gorąca miłość ojczyzny. Ujmowały one w łagodne, idealne szaty wielkie smutki i boleści, i to w czasach tych, kiedy po upadku powstania umysły porzucone były jakby na łup zwątpienia i reakcji lub apatii105.

W zakończeniu zaś swojej „opowieści” Szczepański dał taką skrótową, a zarazem celną charakterystykę naszego artysty:

Jako człowiek – prawy, jako syn – wylany, jako towarzysz – ujmujący, jako obywatel – pełen zapału i poświęcenia, jako artysta – znakomity i oryginalny, niestrudzony i niewyczerpany; zaprawdę był to jeden z tych, po których w ordynku przedniej straży narodowej na długo zwykle pozostaje próżnia!106

Na początku 1870 roku działające od 1854 roku w Krakowie Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych zakupiło do swych zbiorów – za kwotę dwóch i pół tysiąca złotych reńskich – dwa dzieła Grottgera: cykl Lituania oraz Przed posągiem Napoleona107. Od pierwszych dni lutego 1870 roku oba dzieła można było oglądać w salach wystawowych Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Pałacu Larysza. Fakt pozyskania tego dzieła wyznacza ważny etap w dziejach obecności Grottgera w podwawelskim grodzie. Był to swoisty powrót artysty – wraz z najukochańszym jego dziełem – do miasta, w którym niegdyś studiował, w którym miał liczne grono przyjaciół i które odegrało niebagatelną rolę w rozwoju jego legendy. Rozumiał doniosłość tego faktu Jan Matejko, który przy tej okazji postanowił w nietypowy sposób pożegnać przyjaciela: ogłosił w Krakowie drukiem tekst zatytułowany „Lituanika” Artura Grottgera, będący bardzo interesującą próbą interpretacji dzieła przyjaciela, a zarazem – złożeniem mu należnego hołdu108. Podkreślał przy tym, że

Nie często się zdarza, aby krytyka wybranego areopagu znawców szła ręka w rękę z sądem publicznym. Tutaj jednak [w wypadku Lituanii – F.Z.] sympatia ogółu potwierdziła wyrok wybranych.

W końcowych partiach cennego omówienia najbardziej ulubionego dzieła swojego przyjaciela Matejko nie omieszkał podzielić się z czytelnikami jeszcze jedną refleksją.

Wypowiedział ktoś ten dla ludzkości pocieszający paradoks, że geniusze zawsze w porę umierają. O Grottgerze to by prędzej powiedzieć należało, że raczej uciekł do grobu, przed wielkością własnego geniuszu. Gdyby chociaż dziesięć lat jeszcze życia, dla sztuki i Polski, a moglibyśmy mieć nadzieję utworzyć własną szkołę w malarstwie!109

 

Pozyskanie przez Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych tak cennego dzieła Grottgera sprawiło, że bardzo wzrosło znaczenie zbiorów kompletowanych przez to stowarzyszenie. Już w 1871 roku Florian Cynk wykonał według tego obrazu rycinę, którą ogłosił redaktor „Kłosów”110. Przede wszystkim jednak Towarzystwo podjęło piękną – a zarazem pożyteczną dla siebie – inicjatywę upowszechniania dzieła Grottgera w społeczeństwie. Corocznie też w Sprawozdaniu wykazywało dochody ze sprzedaży – najpierw fotografii Lituanii, potem – specjalnych edycji w różnych formatach111. Pod koniec XIX wieku cykl Grottgera stał się nieoczekiwanie ważną kartą przetargową w ręku Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w celu pozyskania od władz Krakowa działki pod budowę Pałacu Sztuki. Ale o tym przyjdzie jeszcze tu wspomnieć.

Teraz trzeba zauważyć, że w Krakowie pamięć o twórcy Lituanii podtrzymywano w różnych kręgach. Kultywowali ją – jak wspomniałem – przyjaciele artyści. Ważnym ośrodkiem kultu Grottgera stał się dom Władysława Żeleńskiego, znanego krakowskiego kompozytora, przyjaciela naszego artysty z czasów paryskich. Jak pisał po latach Ferdynand Hoesick:

W salonie [Żeleńskich – F.Z.], obok innych obrazów, wisiały dwa mistrzowskie rysunki Grottgera: słynna „Muzykantka” i portret Żeleńskiego z natchnionym wyrazem w oczach. Były to pamiątki po twórcy „Lituanii”, z którym Żeleński w roku 1867 przyjaźnił się w Paryżu, wiele ciekawych epizodów opowiadając z tych czasów112.

W Krakowie znajdowały się także dwa inne domy szczególnie związane z Grottgerem. Tu mieszkało rodzeństwo naszego artysty: siostra Maria, oraz jego brat – Jarosław. Maria, po zamążpójściu za Władysława Sawiczewskiego, mieszkała w Rynku Głównym, w domu narożnym z ul. Floriańską, w którym znajdowała się rodowa apteka Sawiczewskich, dobrze zapisanych w dziejach polskiej farmacji profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dom Marii i Władysława Sawiczewskich był pod Wawelem swoistym prywatnym muzeum Artura Grottgera. Brat Artura, Jarosław, który wziął udział w powstaniu styczniowym, co okupił zesłaniem na Sybir, po powrocie do kraju osiadł na stałe również w Krakowie. Podjął tu pracę na kolei i zamieszkał przy ul. Krowoderskiej 36113.

Popularność Grottgera w czasach powstania styczniowego w Krakowie w epoce postyczniowej przyjmowała różne kształty. Stała się zalążkiem pomysłu wprowadzenia jego dzieł – w sposób pośredni – na deski miejscowego teatru. Zapowiedzią tego, co miało się dziać w tej dziedzinie w epoce przełomu XIX i XX wieku, była inicjatywa podjęta w czerwcu 1869 roku przez Stowarzyszenie Wzajemnej Pomocy Sybiraków. Członkowie owego stowarzyszenia, w poszukiwaniu środków na wsparcie powracających do kraju byłych powstańców, zorganizowali amatorski zespół artystyczny, który dał na deskach sceny Teatru Miejskiego trzy spektakle114. Wystawili oni dwie sztuki: Niepokój domowy pióra Karola Estreichera115 oraz Gałązkę heliotropu Adama Asnyka116. Co ważne, w spektaklach tych wystąpiła gościnnie Helena Modrzejewska. W „Czasie” ukazała się w związku z tym wydarzeniem artystycznym następująca notatka:

W przepełnionym publicznością teatrze (z wyjątkiem dość próżnego parteru) powtórzono wczoraj po raz trzeci przedstawienie amatorskie na dochód Stowarzyszenia Wzajemnej Pomocy Sybiryjczyków. Odegrane wczoraj komedie „Niepokój domowy” i „Gałązka heliotropu” , jak niemniej grę występujących w nich amatorów oceniliśmy już przed kilku dniami, nadmienić nam tylko wypada, że w drugiej sztuczce grał jeden z artystów sceny krakowskiej. Publiczność obsypywała oklaskami p. Modrzejewską za każdym jej pojawieniem się na scenie, a gdy zasłona spadła po drugiej sztuczce, bukiety jakby gradem leciały na scenę, która się zapełniła kwiatami. Manifestacją tą publiczność pożegnała znakomitą artystkę, która może już nie wystąpi na deskach teatru naszego przed wyjazdem swoim do Warszawy. Nadto przewodniczący w Komitecie Sybiryjczyków wręczył p. Modrzejewskiej bukiet prześliczny. Przedstawienia nie można było godniej zakończyć, jak trzema żywymi obrazami, przedstawiającymi obrazy śp. Artura Grottgera; lubo wszystkie obrazy łudząco przypominały pędzel i myśli wielkiego malarza tego, wszakoż prym między nimi dzierżył obraz przedstawiający ciągnięcie losu przez rekruta. Tu każda twarz była jakby wcieleniem idei śp. Grottgera. Układem osób do tych obrazów żywych kierował p. Walery Rzewuski117.

Pamięć o Grottgerze przyjmowała coraz to nowe formy. To, co nas w tym wypadku może szczególnie zainteresować, to podejmowane wciąż na nowo próby „przekucia” jego obrazów na słowo poetyckie, w utwory literackie. Artysta zresztą zdawał sobie sprawę z tego, że jego dzieła niosły z sobą wielki ładunek poezji118. Nieprzypadkowo oczekiwał też na przykład – o czym pisał w listach – że poetycką wersję jego cyklu litewskiego stworzy uwielbiany przezeń Wincenty Pol. Te oczekiwania artysty spełzły na niczym, Pol w drugiej połowie lat sześćdziesiątych borykał się z wieloma problemami natury zdrowotnej, nie podjął się też zadania, które zaocznie „zlecał” mu Grottger. Przecież inni autorzy raz po raz próbowali zmierzyć się z tym trudnym zadaniem. Oto kilka dowodów. Już w 1868 roku na łamach „Kaliny” ukazał się wiersz Kometa, który nieznany bliżej autor (podpisał się jako „Alma K…”) zaopatrzył w podtytuł: Tekst do pierwszego obrazu z „Wojny” A. Grottgera, a który jest próbą opisu grottgerowskiego kartonu ukazującego zapowiedź rychłego nadejścia nieszczęścia119. We Lwowie, gdzie pamięć o Grottgerze była szczególnie żywa, głównie dzięki Wandzie Monné i jej mężowi Karolowi Młodnickiemu, ale i wielu innym przyjaciołom artysty, w 1871 roku redagujący czasopismo „Strzecha” Franciszek Waligórski120 zaproponował miejscowemu początkującemu poecie, Hugonowi Wróblewskiemu, stworzenie poetyckiego ekwiwalentu Lituanii Grottgera. Dwudziestoletni młodzieniec przystąpił do pracy i w zeszycie dziewiątym pisma z 1871 roku ukazał się poetycki poemacik poświęcony Puszczy, która otwiera cały cykl Grottgerowskiej Litwy. Wkrótce poeta nadesłał dwa kolejne wiersze z cyklu zatytułowanego Lituanika. Początkującemu poecie starczyło jednak inwencji zaledwie na trzy poetyckie opowieści o dziele Grottgera. Jak zaznaczyła redakcja pisma121, w listopadzie 1871 roku zerwano umowę z tym autorem i do pracy nad kolejnymi odcinkami Lituaniki przystąpili inni poeci lwowscy: Władysław Bełza (wiersze do kartonów IV i V) oraz Władysław Ordon, który napisał Epilog do Lituaniki Grottgera122. Trudno tu podejmować analizę tego zbiorowego „dziełka” poetów lwowskich. Są to spisane wierszem opowieści o wydarzeniach z czasów powstania styczniowego, których emblematami stały się w naszej świadomości obrazy Grottgera. Ważniejszy od walorów artystycznych tych dość słabych artystycznie wierszowanych opowieści jest sam fakt ich pojawienia się na łamach popularnego pisma123. Świadczy on niezbicie o rosnącej popularności naszego artysty w środowisku literackim i kulturalnym Lwowa.

Wkrótce, bowiem już w roku następnym, tę lwowską inicjatywę wzmocnili krakowscy entuzjaści twórczości Grottgera, wydając album poświęcony Lituanii. Jest rzeczą znamienną, że dość długo próby „przełożenia” obrazów naszego artysty na język poezji podejmowali głównie poeci minorum gentium. Obok wzmiankowanych: Hugona Wróblewskiego, Władysława Ordona, Bronisława Komorowskiego i Władysława Bełzy wystąpił na przykład Jan Miodoński124, po nim zaś Ewa Łuskina125. Nie inaczej było z autorami, którzy próbowali przenieść Lituanię na deski teatru. Bodaj pierwszą w tym gronie była ukrywająca się pod pseudonimem Ajram mało znana autorka – Maria Livery, która w 1878 roku ogłosiła w Krakowie „dramat liryczny w czterech aktach na tle «Lituanii» Artura Grottgera” zatytułowany Litwa, w którym w oparciu o kartony naszego artysty wprowadziła nikłą fabułę – historię rodziny Leśnika i jej sąsiadów z pobliskiej wsi, którzy nieoczekiwanie (bo wszak przygotowują się do ślubu młodych sąsiadów) zostają włączeni w sprawy najwyższej wagi – przystępują do powstania. Mimo pewnych walorów owej sztuki, autorce udało się bowiem odtworzyć nastrój czasów poprzedzających wybuch insurekcji styczniowej na prowincji litewskiej, rzecz ta nie trafiła jednak na scenę teatru, nie reprezentuje bowiem większych wartości artystycznych.

Lepiej powiodło się tym autorom, którzy dzieła Grottgera wpisywali w tkankę swoich utworów o tematyce powstania styczniowego, nie próbując opierania na ich „rusztowaniu” mniej czy bardziej skomplikowanej fabuły. Lektura takich utworów, jak Sybir oraz Jesienny wieczór Gabrieli Zapolskiej (pierwszy wystawiony w 1900 roku, drugi – w 1903 roku), Na zawsze Lucjana Rydla (wystawiony w styczniu 1903 roku) czy wreszcie Mściciel Juliusza Germana (wystawiony w 1907 roku) pozwala stwierdzić, że ich autorzy nie zamierzali wcale ilustrować dzieł Grottgera, ale że zdecydowali się sięgnąć po motywy grottgerowskie przy budowie odpowiedniego nastroju w swoich dziełach. Niektórzy z nich wykorzystywali ową tradycję dla zbudowania scenograficznej wizji swoich dzieł, jeszcze inni do charakterystyki swoich bohaterów126. Obserwację tę w pełni potwierdza Jan Michalik w swojej monumentalnej monografii krakowskiego Teatru Miejskiego w epoce Młodej Polski, gdzie pisał z naciskiem, że w wystawianych na tej scenie dramatach o tematyce związanej z powstaniem styczniowym, a także z problematyką syberyjską, „nieodmiennie sięgano do obrazów A. Grottgera, charakteryzując się według nich, kopiując kostiumy i sytuacje”127.

Do Grottgera odwoływali się także powieściopisarze z przełomu wieków XIX i XX: Edward Lubowski, Włodzimierz Popiel-Sulima czy Wacław Koszczyc, by wspomnieć tylko o niektórych128. Rzecz w tym jednak, że również w ich utworach obrazy Grottgera są właściwie tylko ornamentem, tworzącym odpowiednie tło dla akcji.

W tym kontekście trzeba stwierdzić, że bodaj jednej Marii Konopnickiej udało się stworzyć możliwie adekwatny poetycki ekwiwalent obrazów Grottgera. Jak przypomniała w 1992 roku Justyna Leo, która powołała się w tym wypadku na listy poetki,

kartony Grottgerowskie „Wojna” i „Pochód na Sybir”, towarzyszyły jej stale w warszawskich mieszkaniach i w czasie wędrówek zagranicznych129.

Z tej fascynacji dziełem Grottgera powstało kilka utworów znanej poetki. Już w 1886 roku za wiersz pod tytułem Z teki Grottgera, w którym poetka zmierzyła się z Lituanią, otrzymała nagrodę w konkursie „Tygodnika Ilustrowanego”. W dwa lata później ogłosiła tekst poetycki poświęcony Wojnie, nad którym zresztą pracowała wcześniej, przed Lituanią. W 1905 roku powróciła do problematyki styczniowej w Śpiewniku historycznym, ale w tym wypadku nie nawiązywała bezpośrednio do dzieł Grottgera.

Talent poetycki sprawił, że zamiast prób ożywienia poszczególnych obrazów Grottgera przez stworzenie bardziej czy mniej skomplikowanej fabuły, Konopnicka zdecydowała się w swojej Lituanii oddać głos żonie leśnika z obrazów Grottgera. To ona też snuje przed nami opowieść o tym, co zdarzyło się w styczniowe dni na Litwie. Z kontekstu jej narracji wynika, że jest na dalekiej Syberii, pośród styczniowych zesłańców. Poetka na swój sposób „dopowiada” epilog grottgerowskiej Lituanii: według niej żona borowego została po powstaniu zesłana na Sybir. Teraz, po wielu latach spędzonych w dalekiej krainie, ta prosta kobieta wraca w swoim wspomnieniu do „tamtych lat”: mówi o szczęściu domowym, ale i o tajemniczej zjawie, jaką zobaczyła w borze w okresie Zielonych Świąt („owinięta / W lekuchne chusty, wysoka jak jodła, / Osoba z wiatrem płynie, z jasną kosą / Spartą o ramię, jako chłopi niosą / Na kosowicę…”130), która – jak wynika z kontekstu – była zapowiedzią wybuchu powstania. Decyzja poetki oddania prawa do snucia opowieści o powstaniu styczniowym prostej kobiecie z ludu była formą jej deklaracji ideowej. Pod jej piórem opowieść żony borowego stawała się nie tyle wiernym zapisem wydarzeń z 1863 roku, co wizją przyszłego ludowego zrywu o wolność Polski.

 

W drugim, znacznie obszerniejszym poemacie, zatytułowanym Wojna, Konopnicka oddała głos artyście, który w towarzystwie Beatrycze, jak niegdyś Dante Alighieri, wędruje po „ziemi mogił i krzyży”, rozpoznając dramat ludzi cierpiących wskutek tego „dopustu Bożego”, jakim jest wojna. W świetle wyznań samego Grottgera ten jego cykl trzynastu kartonów miał być uniwersalnym protestem przeciw wojnie. Rzecz w tym, że artysta nie potrafił jednak wyjść poza polskie realia. To dlatego raz po raz odnajdujemy w poszczególnych obrazach motywy czysto polskie – zarówno w ubiorach bohaterów, jak w zarysowanych pejzażach czy symbolicznych znakach przemocy (jak choćby zbezczeszczone świątynie). Konopnicka poszła tym śladem i stworzyła wielki poemat o wojnie na ziemiach polskich. To dlatego czytelnik zwiedza wraz z przewodnikiem – artystą polskie dworki, polskie pobojowiska, polską „ziemię mogił, pokrytą żałobą”131. Nie będąc ilustracją cyklu Grottgera, jest poemat Konopnickiej ze wszech miar udaną z artystycznego punktu widzenia jego słowną, poetycką transpozycją, równie silnie przemawiającą swą oszczędną metaforyką do serca czytelnika jak przywoływane wyżej kartony naszego artysty.

Poematy Konopnickiej zatytułowane Z teki Grottgera powstały – jak wspomniano – w drugiej połowie lat osiemdziesiątych XIX wieku, czyli w latach 1886–1888. Ten okres otwierało w Krakowie bardzo ważne wydarzenie artystyczne: pierwsza wystawa dzieł Artura Grottgera.

ANEKS