Czara Cieni

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

WYJŚCIE Z GAWRY

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

KOCICA PANI GOTELY

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

MAUD

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

JUDYTA

ROZDZIAŁ 20

ROZDZIAŁ 21

ROZDZIAŁ 22

ROZDZIAŁ 23

ROZDZIAŁ 24

ROZDZIAŁ 25

ZIEMIA NICZYJA

ROZDZIAŁ 26

ROZDZIAŁ 27

ROZDZIAŁ 28

WHITEHOLLOW

ROZDZIAŁ 29

ROZDZIAŁ 30

ROZDZIAŁ 31

ROZDZIAŁ 32

ROZDZIAŁ 33

ROZDZIAŁ 34

ROZDZIAŁ 35

KONIEC ŚWIATA

ROZDZIAŁ 36

ROZDZIAŁ 37

ROZDZIAŁ 38

ROZDZIAŁ 39

PODZIĘKOWANIA

Tytuł oryginału: A Skinful of Shadows

Redakcja: Aleksandra Kiełczykowska

Projekt okładki: Rachel Vale

Ilustracje na okładce: © Aitch

Adaptacja okładki: Magdalena Zawadzka

Korekta: Maria Osińska, Słowne babki

Copyright © Frances Hardinge 2017

Copyright for the Polish translation by Anna Bereta-Jankowska, 2018

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8143-077-7


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Wspólna 35 lok. 5, 00-519 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Mojej chrześniaczce Harriet,

która podziela mój głód książek

i niebywałych przygód

CZĘŚĆ PIERWSZA

WYJŚCIE Z GAWRY

ROZDZIAŁ 1

Gdy Zgódka po raz trzeci wybudziła się z krzykiem z koszmaru, jej matka była wściekła.

– Mówiłam ci, żebyś tak więcej nie śniła! – syknęła, nie podnosząc głosu, by nie zbudzić pozostałych domowników. – A jeśli już musisz, to po cichu!

– Nic na to nie poradzę – szepnęła Zgódka, wystraszona groźnym tonem matki.

Kobieta ujęła dłonie dziewczynki. W świetle wczesnego poranka na jej pozbawionej uśmiechu twarzy wyraźnie malowało się napięcie.

– Nie podoba ci się twój dom. Nie chcesz mieszkać z mamą.

– Chcę! Chcę! – zawołała Zgódka, czując, jak ziemia usuwa jej się spod stóp.

– Więc musisz się nauczyć pomagać. Jeśli co noc będziesz krzyczeć, stanie się coś strasznego. Mogą nas wyrzucić z tego domu!

Za ścianą spali wujostwo Zgódki, właściciele cukierni na dole. Ciotka była wylewna i szczera, a wuj patrzył groźnie i był wiecznie niezadowolony. Gdy dziewczynka skończyła sześć lat, powierzono jej opiekę nad czworgiem kuzynostwa, których trzeba było stale karmić, myć, opatrywać, karcić lub ściągać z drzew sąsiadów. W międzyczasie załatwiała sprawunki i pomagała w kuchni. A jednak spały z mamą na sienniku w pokoiku pełnym przeciągów, z dala od reszty domostwa. Miejsce, które zajmowały w rodzinie, zdawało się zawsze na kredyt, jakby można je im było odebrać bez ostrzeżenia.

– Co gorsza, ktoś mógłby zadzwonić do pastora – ciągnęła matka. – Albo… inni mogliby się dowiedzieć.

Zgódka nie miała pojęcia, kim byli „inni”, ale stanowili stałe zagrożenie. W ciągu swego dziesięcioletniego życia zdążyła się nauczyć, że nikomu nie wolno było ufać.

– Próbowałam! – Noc w noc dziewczynka modliła się z całego serca, po czym leżała w mroku, siłą woli odpędzając sny. Jednak koszmar stale do niej wracał, pełen księżycowej poświaty, szeptów i niedopowiedzianych kształtów. – Co mam zrobić? Przecież chcę przestać!

Mama przez chwilę milczała, po czym ścisnęła rękę Zgódki.

– Coś ci opowiem – zaczęła jak zwykle, gdy zdarzało jej się omawiać z córką jakąś ważną sprawę. – Pewnego razu w lesie zgubiła się mała dziewczynka, którą zaczął gonić wilk. Uciekała i uciekała, aż poraniła sobie stopy, ale wiedziała, że wilczysko zna jej zapach i że nie zrezygnuje z pościgu. Wreszcie musiała podjąć decyzję. Mogła biec dalej, by już zawsze ukrywać się i uciekać, albo zatrzymać się, zaostrzyć patyk i stanąć do walki. Jak myślisz, co było słuszne, Zgódko?

Zgódka zorientowała się, że to nie jest byle bajka i że jej odpowiedź ma duże znaczenie.

– Da się pokonać wilka patykiem? – spytała z powątpiewaniem.

– Patyk daje ci jakąś szansę. – Nieznaczny, smutny uśmiech wypłynął na twarz matki. – Niewielką. Ale niebezpiecznie jest zaprzestać ucieczki.

 

Zgódka zastanawiała się dłuższą chwilę.

– Wilki są szybsze od ludzi – powiedziała wreszcie. – Nawet gdyby biegła bez odpoczynku, w końcu i tak dopadłby ją i zjadł. Potrzebny jej ostry kij.

Matka powoli pokiwała głową. Nic więcej nie powiedziała i nie dokończyła opowieści. Zgódkę przeszył zimny dreszcz. Z matką tak czasem bywało. Rozmowy zmieniały się w zagadki z ukrytymi potrzaskami, a odpowiedzi, których się jej udzielało, zawsze niosły ze sobą nieznane konsekwencje.

Odkąd Zgódka sięgała pamięcią, mieszkały we dwie w gwarnym niby-miasteczku Topola. Dziewczynka nie wyobrażała sobie świata bez smrodu dymu węglowego i smoły, przywiewanego przez wiatr z ogromnych, stukoczących stoczni, paplaniny topoli, dzięki którym miejscowość zyskała swoją nazwę, ani soczystych zielonych moczarów, gdzie pasły się krowy. Londyn leżał oddalony o kilka kilometrów. Spowita smogiem masa groźby i obietnicy. A jednak Zgódka nie miała poczucia, że to jej miejsce.

Matka nigdy nie powiedziała: „To nie jest nasz dom”, ale jej oczy mówiły to bez przerwy.

Kiedy mama po raz pierwszy zjawiła się w Topoli, zmieniła maleńkiej wówczas córeczce imię na Czynizgoda, aby lepiej je obie przyjęto. Zgódka nie znała swojego pierwotnego imienia i sama myśl o tym sprawiała, że dziewczynka czuła się wyjęta z rzeczywistości. „Czynizgoda” w ogóle nie wydawało się właściwym imieniem. Brzmiało raczej jak ofiara, jak zawarcie pokoju z Bogiem i pobożnym ludkiem Topoli. Stanowiło przeprosiny za pustkę, którą powinien zapełniać ojciec dziewczynki.

Każdy, kogo znały, był pobożny. Społeczność sama określała się tym mianem, nie po to, by się przechwalać, ale żeby wyraźnie odróżnić się od wszystkich kroczących mroczną drogą, na końcu której ziała paszcza piekła. Nie jedna Zgódka nosiła tam dziwne, świętoszkowato brzmiące imię. Było jeszcze kilka innych – Prawda, Wola-Boża, Opuszczona, Zbawianna, Bezgrzech i tym podobne.

Co drugi wieczór pokój ciotki służył do spotkań modlitewnych i czytania Biblii, a w niedziele wszyscy chodzili do wysokiego kościoła z szarego kamienia.

Pastor był miłym człowiekiem, kiedy spotykało się go na ulicy, ale gdy stał na ambonie, budził trwogę. Z zasłuchanych twarzy zebranych Zgódka wnioskowała, że muszą w nim lśnić wielkie prawdy i miłość – niczym zimna biała kometa. Mówił o stawianiu oporu pokusom pijaństwa, hazardu, tańca, przedstawień teatralnych i jałowych zabaw w niedzielę, bo to wszystko diabelskie pułapki. Opowiadał o wydarzeniach w Londynie i na całym świecie – ostatniej zdradzie w sądzie, spiskach plugawych katolików. Jego kazania przerażały, ale jednocześnie były pasjonujące. Zdarzało się, że Zgódka wychodziła z kościoła z dreszczem dumy, że otaczający ją wierni to promieniści rycerze zjednoczeni przeciwko siłom ciemności. Przez jakiś czas dziewczynka wierzyła, że mama i ona są częścią czegoś większego, czegoś cudownego, wraz ze swoimi bliźnimi. Wrażenie to nie trwało jednak długo. Wkrótce znów stanowiły samotną dwuosobową armię.

Matka nigdy nie powiedziała: „To nie są nasi przyjaciele”, ale mocniej ściskała rękę Zgódki, gdy tylko wkraczały do kościoła, przybywały na rynek czy przystawały, by kogoś pozdrowić. Zupełnie jakby były z mamą otoczone niewidzialnym płotem, odcinającym je od wszystkiego. Tak jak mama posyłała połowiczne uśmiechy innym matkom, tak Zgódka uśmiechała się półgębkiem do innych dzieci. Tych z tatusiami.

Dzieci są małymi księżmi swoich rodziców, obserwującymi każdy gest i wyraz twarzy w oczekiwaniu znaków ich boskiej woli. Zgódka od zawsze wiedziała, że one dwie nigdy nie powinny czuć się bezpiecznie i że inni ludzie mogą obrócić się przeciwko nim.

Zgódka nauczyła się więc znajdować pocieszenie i poczucie więzi z tym, co nie znało ludzkiej mowy. Rozumiała ruchliwą złośliwość gzów, pełen lęku gniew psów, ciężką cierpliwość krów.

Zdarzało się, że wpadała przez to w tarapaty. Któregoś razu wróciła z rozciętą wargą i krwawiącym nosem, bo nawrzeszczała na chłopców, którzy rzucali kamieniami w ptasie gniazdo. Zabijanie ptaków na rosół czy wykradanie jajek na śniadanie była w stanie pojąć, ale dla bezcelowego, głupiego okrucieństwa Zgódka nie potrafiła znaleźć wytłumaczenia. Chłopcy gapili się na nią z bezgranicznym zdumieniem, po czym zaatakowali ją. A jakże. Znęcanie się było dla nich normą, zwykłą częścią ich życia, jak kwiatki czy deszcz. Przywykli do szkolnej rózgi, dobiegającego z rzeźni kwiku świń i przesiąkniętych krwią trocin na arenie walk kogutów. Roznoszenie w puch maleńkich pierzastych istnień było dla nich równie naturalne i satysfakcjonujące, jak skakanie po kałużach.

Jeśli ktoś się wychylał, dostawał po nosie. Żeby przetrwać, matka i Zgódka musiały wtopić się w tłum. Niestety, jakoś im się to nie udawało.

* * *

W noc po opowieści o wilku, bez słowa wyjaśnienia, matka zaprowadziła Zgódkę na stary cmentarz.

Mrok sprawiał, że kościół wydawał się sto razy większy, a jego wieża była bezlitosnym prostokątem nieprzeniknionej czerni. Kępy trawy poszarzały w blasku gwiazd. W rogu cmentarza stała niewielka ceglana kaplica, od dawna już nieużywana. Matka wprowadziła Zgódkę do środka i rzuciła naręcze koców w kąt spowitego mrokiem wnętrza.

– Możemy już iść do domu? – Ciarki przechodziły Zgódce po plecach. Miała wrażenie, że coś czai się w pobliżu, że otaczają ją jakieś istoty. Mdliło ją od ich drażniącej bliskości, jakby odnóża pająków łaskotały jej mózg.

– Nie – ucięła kobieta.

– Tu są jakieś stworzenia! – Zgódka walczyła z ogarniającą ją paniką. Z przerażeniem rozpoznała znajome uczucie. Jej koszmary zawsze zaczynały się od tego samego budzącego grozę mrowienia, przekonania, że osaczają ją wrogowie. – Demony z moich snów…

– Wiem.

– Gdzie one są? – szepnęła Zgódka. – Czy one… nie żyją? – W głębi duszy znała już odpowiedź.

– Tak – odparła matka tym samym chłodnym, beznamiętnym tonem. – Posłuchaj mnie. Umarli są jak topielcy. Miotają się w mroku, próbując się chwycić wszystkiego, co znajdą na swej drodze. Mogą nie chcieć cię skrzywdzić, ale zrobią to, jeśli im pozwolisz. Spędzisz tutaj dzisiejszą noc. Będą starały się wedrzeć do twojej głowy. Nie dopuść do tego pod żadnym pozorem.

– Co? – krzyknęła przerażona Zgódka, na chwilę zapominając o zachowaniu ostrożnej ciszy. – Nie! Nie mogę tu zostać!

– Musisz – powiedziała matka. Na jej twarzy, przypominającej rzeźbę spowitą srebrzystym światłem gwiazd, nie było śladu delikatności ani chęci ugody. – Zostaniesz tu i zaostrzysz sobie kij.

Mama zawsze zachowywała się najdziwniej, kiedy sprawa była poważna. Zupełnie jakby w skrzyni na ubrania, tuż pod niedzielną suknią, trzymała na wyjątkowe sytuacje drugą siebie – upartą, niezrozumiałą, niczym z innego świata. W takich chwilach nie była matką, tylko Małgorzatą. Jej oczy wydawały się głębsze, włosy pod czepkiem – gęstsze i bardziej wiedźmowate, a uwaga skupiona była na czymś dla Zgódki niedostrzegalnym.

Na ogół, gdy mama robiła się taka, Zgódka kładła uszy po sobie i nie dyskutowała. Jednak tym razem ogarnęło ją przerażenie. Błagała jak nigdy dotąd. Wykłócała się, protestowała, łkała i z zaciekłą desperacją wbijała palce w matczyne ramię. Przecież nie mogłaby jej tu zostawić, nie mogłaby, nie mogła…

Kobieta wyswobodziła się z uścisku córki i pchnęła ją tak mocno, że dziewczynka zatoczyła się do tyłu. Potem cofnęła się za próg i zatrzasnęła drzwi, wskutek czego pomieszczenie pogrążyło się w całkowitym mroku. Dał się słyszeć huk opuszczanej zasuwy.

– Mamo! – krzyczała Zgódka, nie dbając o to, czy ktoś odkryje ich obecność. Szarpała za drzwi, ale ani drgnęły. – Mamo!

W odpowiedzi usłyszała jedynie oddalające się kroki matki. Zgódka została sama z umarłymi, w mrocznej ciszy przerywanej tylko odległym pohukiwaniem sów.

Dziewczynka przez kilka godzin siedziała zagrzebana w gnieździe z koców, drżąc z zimna, wsłuchana w dalekie poszczekiwanie lisic. Czuła istoty czające się w zakamarkach jej umysłu, czekające na moment, w którym zmorzy ją sen.

– Proszę – błagała je, przyciskając dłonie do uszu, starając się nie słyszeć szeptów. – Proszę, nie. Proszę…

W końcu jednak, wbrew jej woli, mgła snu spowiła jej mózg, zwiastując nadejście koszmaru.

Jak wcześniej, Zgódce przyśniło się ciemne, wąskie pomieszczenie z klepiskiem i ścianami z opalonego na czarno kamienia. Próbowała domknąć okiennice, żeby nie sączyły się przez nie promienie księżyca. Nie mogła wpuścić ich do środka, bo niosły ze sobą szepty. Okiennice nie stykały się jednak pośrodku, a zasuwka była zepsuta. Ze szczeliny wyzierała mdląca noc, z migoczącymi gwiazdami, kołyszącymi się niczym poluzowane guziki.

Dziecko z całej siły naparło na okno, ale noc tchnęła do wnętrza całe tuziny martwych istot. Z ich niewyraźnych, roztopionych paszczy wydobywało się wycie. Zgódka zatkała uszy i mocno zacisnęła oczy oraz usta, nie miała wątpliwości, że zjawy chcą wedrzeć się do jej głowy.

Z bzykiem i świstem śmigały jej przy uszach, a dziewczynka walczyła, by ciche, chore dźwięki nie przeobraziły się w słowa. Blade światło podważało jej powieki, szepty przenikały w głąb i lizały jej uszy, a powietrze było od nich aż gęste, ale nie potrafiła powstrzymać się od zaczerpnięcia oddechu…

Zgódka zbudziła się gwałtownie. Serce waliło jej jak młotem, aż zrobiło jej się niedobrze. Odruchowo wyciągnęła rękę, żeby poczuć ciepło i bezpieczeństwo płynące od śpiącej matki.

Ale matki nie było. Zgódka upadła na duchu, gdy przypomniała sobie, gdzie się znajduje. Była uwięziona, pogrzebana żywcem, otoczona przez umarłych.

Nagły dźwięk zmroził jej krew w żyłach. Gdzieś na poziomie podłogi rozległ się zgrzytliwy szelest, zaskakująco głośny w chłodnej, rześkiej nocy.

Coś małego i lekkiego przebiegło po jej stopie. Z ust dziewczynki wyrwał się mimowolny krzyk, ale w następnej chwili bicie serca uspokoiło się. Poczuła szybkie muśnięcie futerka, łaskotanie maleńkich pazurków.

Mysz. Skądś w mroku obserwowały ją bystre mysie oczka. Więc jednak nie była tu sama ze zjawami. Zwierzę oczywiście nie mogło liczyć się jako przyjaciel. Nie obchodziło go, czy umarli zabiją ją, czy doprowadzą do obłędu. A jednak Zgódkę uspokajała myśl o myszce, kryjącej się tu przed sowami i innymi nocnymi łowcami. Gryzoń nie płakał, nie błagał, by go ocalić. Nie przejmował się, że może nikt go nie kocha. Wiedział, że może polegać wyłącznie na sobie. Gdzieś w ciemności jego nie większe niż porzeczka serduszko biło wściekłą wolą życia.

Po chwili serce Zgódki biło dokładnie tak samo.

Nie widziała i nie słyszała umarłych, ale wyczuwała ich obecność, napierającą na krawędzie jej umysłu. Czekali, aż się zmęczy, spanikuje, opuści gardę, aby móc zaatakować. Jednak dziewczynka odnalazła w sobie supełek uporu.

Niełatwo było nie zapaść w sen, ale Zgódka szczypała się i chodziła tam i z powrotem przez długie, mroczne godziny, aż wreszcie spostrzegła, że noc ustępuje szaremu światłu brzasku. Była roztrzęsiona i zbierało jej się na mdłości, jej umysł wydawał się rozdrapany do krwi, ale przetrwała.

Matka wróciła po nią tuż przed świtem. Zgódka poszła za nią do domu w milczeniu i z pochyloną głową. Wiedziała, że działania mamy zawsze mają jakąś przyczynę. Po raz pierwszy jednak poczuła, że nie potrafi jej wybaczyć i już nic nigdy nie będzie takie samo.

* * *

Matka co miesiąc zabierała córkę z powrotem na cmentarz. Czasem mijało pięć czy nawet sześć tygodni i w Zgódce rosła nadzieja, że mama się poddała. Wtedy kobieta rzucała mimochodem, że idzie ciepła noc, a serce Zgódki zamierało, bo wiedziała już, co to znaczy.

Dziewczynka nie potrafiła się zdobyć na bunt. Wspomnienie tego, jak z rozpaczą płaszczyła się przed matką pierwszej nocy, przyprawiało ją o mdłości.

Ten, kto przełknie dumę i prosi z całego serca, ale czyni to na próżno, już nigdy nie będzie tym samym człowiekiem. Umiera w nim jedno, drugie się rodzi. Od tej pory duszę Zgódki przenikło, niczym zimowa wilgoć, pewne rozumienie świata. Wiedziała, że już na zawsze straciła poczucie, że jest bezpieczna i kochana. I wiedziała, że nigdy, przenigdy nie zniży się już do takich błagań.

Za każdym razem z kamienną twarzą pozwalała się więc prowadzić na cmentarz. Nauczyła się tego od myszki w kaplicy. Duchy nie były okrutnymi napastnikami, z którymi można było wdawać się w dyskusję. Były drapieżnikami, a ona ofiarą, i jeśli chciała przeżyć, musiała być uparta, zaciekła i czujna. Nie miał jej kto uratować.

Centymetr za centymetrem Zgódka zaczęła wznosić własne obwarowania. Gdy deszcz tłukł o dach, a jej oddech tworzył obłoki w zimnym powietrzu, dziewczynka recytowała samodzielnie ułożone modlitwy i wymyślała słowa na wyrażenie swego wygnania. Nauczyła się chronić przed usilnym skrobaniem i łomotaniem zjaw, a nawet zamierzała się na nie często, choć było jej niedobrze od ich dotyku. Widziała w sobie biblijną Judytę, stojącą we wrogim obozie z pożyczonym mieczem, który lśnił od generalskiej krwi. „Zbliżcie się tylko – rzucała wyzwanie nocnym szeptaczom – a posiekam was na kawałki”.

 

Żyjące na cmentarzu istoty cały czas pomagały jej zachować spokój i pozostać przy zdrowych zmysłach. Szelest w krzakach, upiorne poświstywania, trzepot skrzydeł nietoperzy – wszystko to niosło jej pocieszenie. Nawet zęby i pazury tych żyjątek były szczere. Dziewczynka czuła, że ludzie, żywi czy umarli, mogli nagle stanąć przeciwko niej, ale dzikie stworzenia żyły na swój zwierzęcy sposób, zupełnie nie zwracając na nią uwagi. Gdy umierały, nie zostawiały po sobie duchów. Kiedy mysz ginęła w paszczy kota, kiedy ukręcano kurze łeb albo wyciągano z rzeki rybę, Zgódka widziała, jak blade smużki ich dusz rozpływają się w okamgnieniu niczym poranna mgła.

Wrzący kocioł żalu był jednak coraz bliższy wykipienia. Zamiast skarżyć się na nocne wyprawy, Zgódka zauważyła, że kłóci się z matką o sprawy niezwiązane z cmentarzem, broni się i zadaje coraz więcej zakazanych pytań.

Przede wszystkim zaczęła wypytywać o ojca. Do tej pory matka zawsze tłumiła wszelkie dociekania jednym spojrzeniem, a Zgódka zadowalała się gromadzeniem pojedynczych szczególików. Tata mieszkał daleko, w starym domu. Nie chciał przy sobie córki ani jej matki. Nagle ta wiedza przestała dziewczynce wystarczać. Zgódka była na siebie zła, że wcześniej bała się pytać.

– Dlaczego nie powiesz mi, jak ma na imię? Gdzie mieszka? Czy wie, jak nas znaleźć? Skąd masz pewność, że nie chce, żebyśmy z nim były? Czy on w ogóle wie o moim istnieniu?

Matka nadal pomijała pytania milczeniem, ale jej zabójczy wzrok przestał robić na Zgódce wrażenie. Żadna z nich nie wiedziała, jak radzić sobie z drugą. Odkąd Zgódka przyszła na świat, to mama podejmowała wszelkie decyzje, a dziewczynka po prostu na nie przystawała. Zgódka nie rozumiała, dlaczego nie potrafi już być uległa. Matka z kolei nigdy wcześniej nie musiała chodzić na kompromisy i nie wiedziała, jak zacząć. Z pewnością stłumienie córki siłą własnej osobowości przywróci normalny stan rzeczy, nieprawdaż? Nie. Nie przywróci. Wszystko się zmieniło.

Aż nagle, dwa lata po pierwszej wyprawie „ostrzenia kija”, Zgódka wróciła z kaplicy targana niepohamowanymi dreszczami. Kilka dni później leżała rozpalona gorączką, z obolałymi mięśniami. Po dwóch tygodniach na jej języku pojawiły się kropki, a na twarzy rozprzestrzeniała się wysypka, nieomylny znak ospy.

Przez jakiś czas świat był gorący, ciemny i straszny. Zgódka topiła się w duszącym, rozpaczliwym horrorze. Wiedziała, że najpewniej pożegna się z życiem, a przecież miała świadomość, czym są umarli. Nie była w stanie myśleć logicznie i czasem zastanawiała się, czy w ogóle jeszcze żyje. Jednak czarny przypływ choroby powoli zmienił się w odpływ, nie odbierając jej życia, a jedynie zostawiając na jej policzku kilka małych blizn. Ilekroć widziała je, odbite w zebranej w wiadrze wodzie, strach boleśnie ściskał jej żołądek. Wyobrażała sobie kościstą Śmierć, która wyciągała ku niej czubki dwóch bezcielesnych palców, po czym powoli je cofała.

Od wyzdrowienia Zgódki minęły trzy miesiące, a matka nie wspominała o cmentarzu, dziewczynka zaczęła więc podejrzewać, że ospa uratowała ją przed nocnymi przeżyciami.

Niestety, była w błędzie.