PodejrzanyTekst

Z serii: Kate Waters #3
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Podejrzany
Podejrzany
Podejrzany
E-book
27,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

CZĘŚĆ DRUGA

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

Rozdział 66

Rozdział 67

Rozdział 68

Rozdział 69

Rozdział 70

Rozdział 71

Rozdział 72

Przypisy końcowe

Tytuł oryginału: THE SUSPECT

Redakcja: Anna Brzezińska

Projekt okładki: © R. Shailer/TW

Zdjęci na okładce: © Shutterstock

Adaptacja okładki: Magdalena Zawadzka

Korekta: Beata Wójcik, Słowne Babki Sp. z o.o.

Redaktor prowadzący: Katarzyna M. Słupska

Copyright © Fiona Barton, 2018

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2020

Copyright for the Polish translation © Agata Ostrowska, 2019

Wydanie I

ISBN: 978-83-8015-730-9


Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Nigdy nie pozwól, żeby prawda zepsuła ci dobrą historię.

Przypisywane Markowi Twainowi

CZĘŚĆ PIERWSZA

W pogoni za tematem

Rozdział 1

Niedziela, 27 lipca 2014 roku

Reporterka

Telefon dzwoni o trzeciej nad ranem. Ostry dzwonek wyrywa nas ze snu.

Sięgam na szafkę nocną, żeby go uciszyć.

– Halo? – szepczę.

Odpowiadają mi szmery i trzaski. Przyciskam słuchawkę mocniej do ucha.

– Kto mówi?

Czuję, że Steve obraca się w moją stronę, ale nic nie mówi.

Szum przycicha i słyszę jakiś głos.

– Halo? Halo? – powtarza, jakby mnie szukał.

Siadam w łóżku i zapalam lampkę. Steve z jękiem zasłania sobie oczy.

– Kate? Co się dzieje? – pyta.

– Kto mówi? – powtarzam. Ale wiem. – Jake?

– Mamo – słyszę głos, zniekształcony przez odległość, „albo przez alkohol” – myślę cierpko. – Przepraszam, że zapomniałem o twoich urodzinach – dodaje.

Na linii znów coś trzeszczy i już go nie ma.

Patrzę na Steve’a.

– To on? – pyta.

Kiwam głową.

– Przeprosił, że zapomniał o moich urodzinach…

Nasz starszy syn zadzwonił pierwszy raz od siedmiu miesięcy. W międzyczasie wysłał trzy mejle, ale z góry nas uprzedził, że nie będzie dostępny pod telefonem. Mówił, że tylko byśmy go stresowali ciągłymi telefonami. Miał się sam z nami kontaktować.

Ostatni raz zadzwonił w pierwszy dzień Bożego Narodzenia. Mieliśmy nadzieję, że spędzi święta z nami, rozrywając z hukiem kolejne cukierki z niespodzianką i przyrządzając swoje zabójcze grzane wino. Najpierw mu to zasugerowaliśmy, potem wysyłaliśmy błagalne mejle, a w końcu nawet pieniądze na samolot przez Western Union, kiedy wydawało się, że zaczyna się łamać. Pieniądze odebrał. Oczywiście. Ale nie przyjechał, a w świąteczny poranek uraczył nas ledwie dziesięciominutową rozmową. Odebrał Steve i pierwszy z nim rozmawiał, podczas gdy ja stałam nad nim niecierpliwie, potem Jake poprosił do telefonu Freddiego, swojego młodszego brata, a dopiero na końcu własną matkę.

Przytuliłam słuchawkę, jakbym czuła jego ciężar i ciepło, starałam się raczej słuchać, niż mówić. Ale z upływem kolejnych sekund odliczanych przez aparat gdzieś w budce telefonicznej ciągle był oschły i zdystansowany, a mnie włączył się tryb przesłuchania.

– To gdzie teraz jesteś, kochanie?

– Tutaj – odparł ze śmiechem.

– Ciągle na Phuket?

– Tak, tak.

– Pracujesz?

– Tak, pewnie. To tu, to tam.

– A co z pieniędzmi?

– Radzę sobie, mamo. Nie martw się o mnie. Niczego mi nie trzeba.

 

– Jeśli tylko jesteś szczęśliwy… – usłyszałam swój głos. Tchórzliwy frazes.

– Jestem.

Kiedy odłożyłam słuchawkę, Freddie wsunął mi do ręki kieliszek prosecco i pocałował w policzek.

– Spoko, mamo. Wszystko w porządku. Świetnie się bawi i grzeje na słońcu, a my tu tkwimy w tej szarówie i deszczu.

Ale w głębi duszy wiedziałam, że wcale nie jest w porządku. W jego głosie pojawiła się jakaś ostrożność, nieufność. I ten nerwowy śmiech. Nie brzmiał już jak mój Jake.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział 2

Piątek, 15 sierpnia 2014 roku

Matka

Lesley jeszcze raz przejrzała skrzynkę odbiorczą. Na wypadek gdyby coś przegapiła. Wiedziała, że to niemożliwe, ale gdyby przestała sprawdzać, to oznaczałoby, że muszą zacząć działać. Tak uzgodnili. Malcolm stał za nią, śledził każdy jej ruch. Czuła bijące od niego napięcie.

– I co? – zapytał.

– Nic.

– Dzwonię na policję.

Pokiwała głową. Jeszcze nigdy nie musieli dzwonić na policję, przez całe wspólne życie. Policja należała do innego świata, tego z telewizji i gazet. Nie do ich świata. Kiedy Malcolm sięgnął po telefon, zaczęła się cała trząść. Chciała mu powiedzieć, żeby zaczekał. Żeby dali sobie jeszcze jeden dzień. Nie uruchamiali tej lawiny. Nie ściągali jej na własny dom.

– Mal – powiedziała, ale on zgromił ją wzrokiem i wybrał numer. Słyszała buczenie lodówki i warkot samochodu przejeżdżającego za oknem. Życie toczyło się jak zawsze.

– Dzień dobry, chciałbym zgłosić zaginięcie córki – usłyszała jego głos. Tamto życie właśnie się skończyło.

– Tydzień temu. Od tygodnia nie mieliśmy żadnego kontaktu ani z nią, ani z koleżanką, która tam z nią jest – mówił. – Wczoraj ogłoszono wyniki egzaminów końcowych, a ona się nadal nie odzywa.

– Alexandra O’Connor.

– W maju skończyła osiemnaście.

„Upiekłam jej ten tort z lukrem – myślała Lesley. – Zupełnie nie przypominał Eda Sheerana, jeśli nie liczyć rudych włosów, ale Alex i tak była zachwycona”.

Z zamyślenia wyrwał ją głos męża.

– Przepraszam, myślałem, że powiedziałem. Jest w Tajlandii, pojechała na wakacje z koleżanką, Rosie Shaw. Kiedy ostatnio pisała, były w Bangkoku.

Przez kolejne dwadzieścia minut Malcolm przedstawiał całą sytuację, podawał swoje dane i wysłuchiwał rad rozmówcy. Kiedy się rozłączył, potarł powieki i przez chwilę nie odrywał dłoni od oczu.

– I co? Co powiedzieli? – spytała Lesley podniesionym głosem, zmienionym przez panikę. – Z kim rozmawiałeś? No powiedz coś!

Mąż poderwał głowę i spojrzał na nią tak, jakby chciał się upewnić, że to naprawdę jego żona krzyczy na niego piskliwie w ich kuchni.

– Zapisali wszystkie informacje, kochanie. Słyszałaś przecież. Rozmawiałem z jakąś sierżantką. Zara Salmond, zapisałem sobie. – Sięgnął na blat i podał jej karteczkę samoprzylepną. – Zobacz.

Lesley odepchnęła karteczkę, która spadła na wyłożoną kafelkami posadzkę.

– Nieważne. Co powiedziała ta Zara? Jak zamierzają znaleźć Alex i Rosie?

Malcolm schylił się, podniósł karteczkę i położył ją z powrotem na blacie. Lesley miała ochotę go uderzyć.

– Malcolm!

– Przepraszam, kochanie, ale będzie nam potrzebne jej nazwisko i numer telefonu. – Mówił powoli, jakby zwracał się do starszej osoby. – Powiedziała, że przekaże sprawę Interpolowi, a my powinniśmy zadzwonić do ambasady brytyjskiej w Bangkoku. To mi poradziła. Ale twierdzi, że często tak bywa: młodzi jadą na wakacje i zapominają się odezwać do rodziców. Powiedziała, że jest jeszcze wcześnie i powinniśmy postarać się nie denerwować.

– Czyli uważa, że wszystko będzie dobrze? – Lesley siłą woli zmuszała go, żeby powiedział „tak” albo przynajmniej skinął głową. „Niech to się dobrze skończy…”

Malcolm pokręcił głową.

– Tego nie wie, kochanie. Mamy zadzwonić, jeśli Alex się z nami skontaktuje… albo jeśli nie odezwie się jeszcze przez tydzień.

– Ale się odezwie, prawda?

Malcolm przyciągnął ją do siebie.

– Pewnie, że tak. Będzie się chciała dowiedzieć, jak jej poszły egzaminy. Jutro albo pojutrze. Na pewno się odezwie, jak dwa razy dwa jest cztery.

Lesley otarła oczy ręcznikiem papierowym i spróbowała przybrać pogodny wyraz twarzy.

– Muszę zadzwonić do Jenny – stwierdziła z ulgą, że ma coś praktycznego do załatwienia. – Obiecałam, że dam jej znać, jak tylko porozmawiamy z policją. Wczoraj zaczęła trochę świrować.

– Na pewno szaleje z niepokoju, tak jak my albo i bardziej. Rosie to jedynaczka, a Jenny jest sama.

– Prawda. Co robisz?

Malcolm stukał w klawisze laptopa.

– Policja prosiła o zdjęcie. Obiecałem im jakieś wysłać. Potem poszukam numeru ambasady.

Lesley zajrzała mu przez ramię. Wybrał selfie Alex i Rosie, które zrobiły sobie w tuk-tuku zaraz po przyjeździe – dziewczyny uśmiechały się promiennie do zdjęcia, tło było rozmazane.

– Przynajmniej są razem – powiedziała Lesley i zaszlochała, kładąc głowę na rękach skrzyżowanych na stole kuchennym.

Bangkok, dzień 1 (niedziela, 27 lipca)

www.facebook.com/alexoconnor.333

Alex O’Connor

27 lipca o 5:00

Już na miejscu. Jest bosko. Witaj, przygodo!

Palce zatańczyły na klawiaturze telefonu, wrzuciła swoje selfie przed lotniskiem Suvarnabhumi – zmęczone oczy i głupi uśmiech. Zaplanowała to zdjęcie już w samolocie. Wiedziała, jak będzie wyglądało, ale nie wzięła pod uwagę zgiełku i fali gorąca, które uderzyły ją tuż po otwarciu drzwi terminalu. Doznała fizycznego wstrząsu. Wiedziała, że będzie gorąco – Google uprzedzał – ale nie że aż tak. Wilgoć oblepiała jej twarz, czuła smak upału na języku. Ostrożnie postawiła plecak na ziemi, przytrzymała go z obu stron nogami, żeby się nie przewrócił, i wyciągnęła obie ręce wysoko nad głowę, ciesząc się pierwszym dreszczykiem wolności.

Alex czekała na ten moment od roku, umilając sobie pracę w sklepie i w pubie, dzięki której mogła sobie pozwolić na wyjazd, fantazjami o wszystkich nowych miejscach, ludziach i przygodach.

Nie mogła się doczekać każdego aspektu podróży, poczynając od lotu – uwielbiała to uczucie nagłego pędu na pasie startowym ku czemuś nowemu. Poczuła tę samą ekscytację i tym razem, kiedy silniki zawyły na najwyższych obrotach i rozpoczął się jej pierwszy w życiu lot na tak długim dystansie, na drugi koniec świata. Podniecenie jednak wkrótce opadło. Czekało ją jedenaście godzin na środkowym fotelu i przez cały czas musiała uważać, żeby nie ocierać się ramionami o sąsiadów śpiących pod cienkimi kocami.

Rosie wypiła trzy kieliszki wina do paskudnego samolotowego obiadu – „Kurczak czy makaron?” – i Alex ostrzegała ją, że się odwodni. Koleżanka przewróciła oczami i zaczęła demonstracyjnie flirtować z pasażerem siedzącym obok, po czym zasnęła, lekko pochrapując. Alex też próbowała spać, wierciła się na wąskim fotelu, żeby znaleźć wygodną pozycję, gmerała przy pasie bezpieczeństwa, żeby się jej nie wrzynał w biodro. W końcu się poddała i siedziała w ciemności, oglądając filmy na malutkim ekraniku, aż zaczęły ją szczypać oczy.

Godzinę przed lądowaniem zapaliły się światła, wtedy rozpięła pas i poszła do toalety. Jej twarz w lustrze wyglądała dziwnie. Czerwone obwódki wokół oczu, usta uchylone z niewyspania. Ziewnęła do swojego odbicia i zaczęła się szarpać z drzwiami, nagle spanikowana.

Wypadła z impetem i zobaczyła, że jakiś chłopak czeka w kolejce. Zaśmiała się sama z siebie.

– Okropnie trudno się otwierają, co?

Odpowiedział nieśmiałym uśmiechem i przepuścił ją w drodze na miejsce.

A teraz już tu jest. Bangkok. Podniosła plecak, zarzuciła go z trudem na ramię i zatoczyła się nieco; zakręciło jej się w głowie od gwałtownego ruchu. Czuła się sztywna i otumaniona, jakby nie dotykała stopami ziemi.

Nieznajomi zagadywali, żeby z nimi pojechały. Drobni mężczyźni o szerokich uśmiechach i natarczywych dłoniach.

– Potrzebujecie taksówki?

– Znam dobry hostel.

– Chcecie do świątyni?

Stała bez ruchu, czując, jak mnogość wyborów bębni jej w czaszce. Była piąta rano, ciemno, gorąco, chciała się tylko gdzieś położyć.

„No dobra, Alex, idziemy – powiedziała w duchu. – Gdzie Rosie?”

Polazła gdzieś szukać czegoś od bólu głowy.

– Trzeba było nie pić tyle wina w samolocie. Nie spakowałaś paracetamolu? – powiedziała Alex, sięgając do zamka bocznej kieszeni plecaka.

– Nie – warknęła Rosie i odmaszerowała.

Alex miała nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Zresztą już za późno na wątpliwości. Były na miejscu. I było bosko. No dobrze, miało być.

Rozdział 3

Piątek, 15 sierpnia 2014 roku

Detektyw

Od samego rana Zara Salmond chodziła koło niego na palcach, komisarz Bob Sparkes zaczynał się czuć jak tropiona zwierzyna. Zawsze pozostawała tuż poza polem widzenia, ale równie dobrze mogłaby stać z neonem głoszącym: „Żona szefa umiera”.

Dwa miesiące temu Eileen miała nawrót raka, wygryzł w niej nowe dziury, powoli ją pożerał.

– Damy sobie radę – powiedział jej, kiedy odebrali ostatnie wyniki badań. – Raz już z tym wygraliśmy, teraz też nam się uda.

Dzieci płakały z nim wcześniej, w domu, z dala od matki. Teraz wszyscy się trzymali, robili dobrą minę do złej gry, co było śmiertelnie wyczerpujące. Bywały takie dni, kiedy ledwie mógł się zwlec z łóżka.

Przełożeni zachowali się wspaniale, zachęcali, żeby wziął tyle wolnego, ile tylko chce, ale Sparkes czuł się nieswojo i w szpitalu, i w domu. Potrzebował w życiu czegoś, co nie będzie miało nic wspólnego z rakiem. Musiał udawać, że możliwe jest normalne życie, zarówno ze względu na Eileen, jak i po to, żeby sam mógł zapomnieć o tym, jak boli go serce.

Ale wyraźnie zapomniał wytłumaczyć to wszystko Salmond.

Wiedział, że to z dobrego serca stara się trzymać hołotę z centrum koordynacyjnego z dala od jego gabinetu, ale kiedy usłyszał, jak sierżantka mówi do kogoś: „Lepiej przyjdź później, ma dziś kiepski dzień”, jego cierpliwość się wyczerpała. Oczami wyobraźni zobaczył troskę na jej twarzy i wrzasnął:

– Salmond, do mnie!

Kiedy wetknęła przez szparę w drzwiach schludnie ostrzyżoną głowę, od razu starł jej uśmiech z twarzy.

– Zaczynam cię mieć po dziurki w nosie, Salmond. Przestań opowiadać ludziom, że powinni mnie zostawić w spokoju. Idź się zajmij czymś pożytecznym. Czuję się jak poddany kwarantannie.

Policjantka zbyła te słowa śmiechem, ale Bob wiedział, że trochę przesadził. Wstał, żeby ją zatrzymać.

– Przepraszam, ale kiedy rozmawiasz o mnie z ludźmi, mam wrażenie, że mówisz o samobójcy stojącym na moście. Nic mi nie jest.

– W porządku, szefie. Dotarło. Zostawię pana samego. Muszę napisać parę raportów.

– Opowiedz mi, czym się zajmujesz – poprosił, wskazując krzesło.

Salmond usiadła i skrzyżowała ręce na piersi. „Ciągle się gniewa” – pomyślał Bob.

– No dalej, przypomnij mi.

– Próbuję domknąć tę sprawę z narkotykami w Portsmouth.

– Trochę się to wlecze, co?

– Rzeczywiście. Ale ciągle ktoś wyjeżdża na urlop.

– Jakieś powody do niepokoju?

– Nie, wszystko w porządku. Aha, i ktoś zgłosił zaginięcie dwóch dziewczyn z Winchesteru.

– Zaginięcie? Ile mają lat? – zapytał, natychmiast robiąc się czujny. – Kiedy to się stało? Dlaczego od razu mnie nie poinformowałaś?

– Osiemnastolatki, zaginęły w Tajlandii.

– Aha – mruknął Sparkes i stracił zainteresowanie. Zaczął myśleć o spotkaniu z lekarką Eileen, które czekało go później.

– To poza naszym rewirem, ale chętnie się zgłoszę, gdyby chciał pan wysłać… – Salmond podniosła nieco głos, dając mu do zrozumienia, że zauważyła jego pusty wzrok.

– Chyba w twoich snach. Zresztą dopiero co wróciłaś z wakacji.

– Trudno to nazwać wakacjami. Kiedy Neil zapowiedział wyjazd do Turcji, wyobrażałam sobie leżaki i plażę. Przez większość czasu zwiedzaliśmy starożytne latryny, potrzebuje tego do jakiegoś projektu do szkoły. Było ze czterdzieści stopni.

– Latryny? Doskonale. Masz jakieś zdjęcia?

– Neil ma całe tony – odparła Salmond ze śmiechem. – Poproszę, żeby przesłał panu najlepsze ujęcia.

– Nie ma pośpiechu. No dobrze, co z tymi dziewczynami?

– Minął dopiero tydzień, ale rodzice się denerwują. Dziewczyny pierwszy raz wyjechały same, wczoraj nie zadzwoniły, żeby dowiedzieć się o wyniki egzaminów. Rano zgłosił się ojciec jednej z nich, przekazuję informację do Interpolu, ale idę o zakład, że smażą się gdzieś na plaży. Szczęściary.

– Tak, pozazdrościć. No nic, dawaj znać, jak będzie coś wiadomo. Jeśli sprawa się rozwinie, to media się na nas rzucą, na wszelki wypadek przygotuj informację dla biura prasowego.

 

I puścił do niej oko, żeby nie miała wątpliwości, że między nimi wszystko dobrze.

– Mam nowe wieści – powiedziała Salmond dwadzieścia minut później. – Zreferowałam sprawę biuru prasowemu. Poza tym rodzina uruchomiła kampanię na Facebooku. – Sparkes się skrzywił. – To naprawdę dobry pomysł. Tam właśnie zaglądają dzieciaki, które może siedzą teraz obok Alex i Rosie w jakimś barze.

– Tak, a oprócz nich wszystkie świry z parciem na szkło, które będą teraz składać fałszywe wyrazy współczucia i twierdzić, że gdzieś je widzieli, żeby mieć swoje pięć minut. A potem zlecą się trolle, które będą obwiniały rodziców, że puścili córki na wakacje, a dziewczyny zwyzywają od dziwek. Boże, kto dopuścił takich ludzi do głosu? Zanim nastały media społecznościowe, przynajmniej nie trzeba było ich wysłuchiwać. Mogli sobie rzygać nienawiścią do świata we własnych czterech ścianach albo w pubie za rogiem.

– Tak czy inaczej… – wtrąciła Salmond. – Może zmieńmy temat.

– Słusznie.

Sparkes gapił się w raporty na ekranie komputera, ale myślami był zupełnie gdzie indziej.

Oparł się, wyciągnął ręce w stronę klawiatury, ale potem uniósł je nad głowę, aż strzyknęło mu w plecach. W ustach miał metaliczny posmak, a za każdym razem, kiedy wstawał z krzesła, wyrywał mu się jęk. Czuł się staro. Bardzo staro.

Kiedy rano poszedł odwiedzić Eileen, kazała mu więcej spać. Zbył jej troskę machnięciem ręki.

– Nic mi nie będzie, kochanie. Czemu w ogóle rozmawiamy o mnie? Skupmy się na tobie, trzeba zwalczyć tę głupią infekcję.

– Staram się, Bob – odrzekła, opadając na poduszki.

Próbował się skoncentrować na tekście wyświetlonym na monitorze, ale w głowie miał tylko coraz większą słabość widoczną w oczach żony. Te zresztą zapadały się coraz głębiej, coraz dalej od niego. Jakby coś ją wydrążało od środka. Przeciągnął się i zacisnął pięści.

„Nie teraz. Nie mogę o tym teraz myśleć. Wszystko będzie dobrze”.

Stuknął w touchpada, żeby wybudzić komputer, i na ekranie pojawił się obraz. Salmond przesłała zdjęcia zaginionych dziewczyn i link do strony na Facebooku założonej przez O’Connorów.

Sparkes spojrzał na twarze dziewczyn z ciężkim westchnieniem. Kliknął i zaczął czytać, począwszy od ich ostatniego posta na Facebooku i mejla do rodziców z soboty dziewiątego sierpnia.

Alex O’Connor: Szykuję się na świętowanie (emotka z zaciśniętymi kciukami) wyników egzaminów z moją najlepszą kumpelą na Ko Phi Phi, „z widokiem na monumentalne skały wynurzające się z lazurowego morza”, jak piszą w Lonely Planet.

Od: alexocon@gmail.com

Do: lesandmaloconnor@gmail.com

Temat: Wyniki

Cześć, ciągle jesteśmy w Bangkoku, ale zamierzamy się przenieść, zanim przyjdą wyniki! Trzymajcie kciuki i wszystko, żebym się dostała do Warwick. Zadzwonię, tak jak się umawialiśmy, koło południa Waszego czasu (tutaj będzie 18.00) i razem otworzymy kopertę. Jak na Oscarach! Koniecznie napiszcie, jeśli poczta przyjdzie wcześniej!!! Kocham Was, buziaki, Alex.

PS Jutro jedziemy zobaczyć słonie. Będzie można odhaczyć kolejne marzenie na liście…

Jako pierwszy alarm podniósł brat Alex O’Connor, z początku dyskretnie. Właściwie tylko ją upominał.

Hej, Alex. Przyszła koperta z wynikami!!!

Nie odzywałaś się już parę dni. Gdzie teraz jesteście?

Nie możemy się do Ciebie dodzwonić. Mama się trochę martwi. Odezwij się.

Alex?

Alex???

JPRDL, ALEX. ZADZWOŃ!!!!!

Zapisany wielkimi literami krzyk stanowił punkt przełomowy, od tej pory delikatne wymówki przerodziły się w rozpaczliwe apele.

Minęły 4 dni, od kiedy ostatnio widziano moją siostrę i jej koleżankę. Proszę o udostępnianie.

To już 5 dni.

6 dni.

„Społeczność” też się włączyła:

Alex, Rosie, dajcie rodzinom znać, że wszystko OK.

To tb postawiłem wczoraj drinka w Oxxi’s Place? Zadzwoń do rodziców.

Czekają na info, że nic wam nie jest.

Pomyślcie chwilę o innych, skontaktujcie się z rodziną.

„Jak już się znajdą, to rodzice je nieźle prześwięcą – pomyślał. – Tyle zamieszania. Pewnie żałują, że w ogóle je puścili”.

On nigdy nie musiał podejmować takiej trudnej decyzji. Jego dzieci nie należały do poszukiwaczy przygód. W ogóle nie pamiętał, żeby rozważały rok przerwy po skończeniu liceum. Syn wybierał się na uniwersytet i planował karierę księgowego, a córka była zakochana, więc nigdzie się nie wybierała.

„Ciekawe, czy ich życie potoczyłoby się inaczej, gdyby pojechali do Tajlandii” – zastanawiał się, bezmyślnie przewijając wiadomości. Syn Kate Waters też tam pojechał. Wspomniała o tym jakiś czas temu, kiedy spotkali się, żeby omówić jakąś sprawę. Zwykle nie poruszał osobistych tematów z reporterami, ale Kate wyraźnie potrzebowała się wygadać, opowiadała o długich miesiącach bez żadnych wieści od Jake’a. W głębi duszy martwiła się, że chłopak sobie nie radzi, ale nie chce się przyznać.

Sparkes wolał nie dzielić się z nią swoim zmartwieniem dotyczącym jego własnego syna, takim mianowicie, że jest za stary jak na swój wiek. Był dopiero po trzydziestce i już zaczynał łysieć, a po domu chodził w kapciach.

– Mają dębowe parkiety – zauważyła Eileen, kiedy zwrócił jej na to uwagę. – Wszystko z nim w porządku.

Ale chłopak już na pewno się nie wybierze na imprezę na plaży przy pełni księżyca.

Może po prostu im się udało, mieli szczęście do dzieci. Przełączył okno na zdjęcie roześmianych dziewczyn. Młode twarze. Zaginione dzieci.

Gdzie one się podziewały? Zadzwoni później do Kate i wszystko jej opowie. Trzeba pchnąć sprawę do przodu.

Inne książki tego autora