Gracz

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Rozdział pierwszy

Wróciłem wreszcie po dwutygodniowej nieobecności. Całe nasze towarzystwo już od trzech dni było w Ruletenburgu[1]. Myślałem, że Bóg wie jak na mnie czekają, jednak omyliłem się. Generał miał minę niezwykle swobodną, rozmawiał ze mną wyniośle i odesłał mnie do siostry. Było oczywiste, że dostali skądś pieniądze. Zdawało mi się nawet, że generał spogląda na mnie z pewnym zawstydzeniem. Maria Filipowna była niezwykle zakłopotana i mówiła ze mną uprzejmie; pieniądze jednak wzięła, przeliczyła i wysłuchała całego mojego sprawozdania. Na obiedzie mieli być Mieziencow, Francuzik i jeszcze jakiś Anglik; jak tylko są pieniądze, zaraz proszony obiad; po moskiewsku. Polina Aleksandrowna, zobaczywszy mnie, zapytała: dlaczego tak długo? i nie doczekawszy się odpowiedzi, odeszła dokądś. Rozumie się, zrobiła to naumyślnie. Muszę się jednak wytłumaczyć. Nazbierało się wiele rzeczy do omówienia.

Przeznaczono mi mały pokoik na trzecim piętrze hotelu. Tutaj wszyscy wiedzą, że należę do świty generała. Widać ze wszystkiego, że zdążyli jednak dać się poznać. Generała wszyscy uważają tutaj za niezmiernie bogatego rosyjskiego magnata. Już przed obiadem, pośród innych poleceń, zdążył dać mi do zmiany dwa tysiącfrankowe banknoty. Rozmieniłem je w kantorze hotelowym. Teraz będą na nas patrzeć jak na milionerów, przynajmniej przez cały tydzień. Chciałem zabrać Miszę i Nadię i pójść z nimi na spacer, ale gdy byliśmy już na schodach, wezwano mnie do generała, który uznał za stosowne dowiedzieć się, dokąd je zaprowadzę. Ten człowiek stanowczo nie może mi patrzeć w oczy; nawet bardzo by chciał, ale za każdym razem odpowiadam mu takim uporczywym, czyli pozbawionym uszanowania spojrzeniem, że to go jakby zbija z tropu. W napuszonym przemówieniu, pakując jedno zdanie na drugie, a wreszcie całkiem się plącząc, dał mi do zrozumienia, żebym spacerował z dziećmi gdzieś daleko od kasyna, w parku. W końcu, zupełnie zirytowany, dodał ostro: „Bo jeszcze gotów je pan zaprowadzić do kasyna, na ruletkę. Niech mi pan wybaczy – dodał – ale wiem, że jest pan jeszcze dość lekkomyślny i może zdolny do hazardu. W każdym razie, chociaż nie jestem pańskim mentorem, a nawet nie chcę brać na siebie tej roli, mam prawo życzyć sobie, żeby pan, że tak powiem, mnie nie skompromitował…”.

– Ależ ja nawet nie mam pieniędzy – odpowiedziałem spokojnie. – Żeby przegrać, trzeba je posiadać.

– Pan je natychmiast otrzyma – odpowiedział generał, trochę się czerwieniąc, poszukał w biurku, sprawdził w książce i okazało się, że należy mi się około stu dwudziestu rubli.

– Jakże my się rozliczymy – zaczął – trzeba przerachować na talary. Ot, niech pan weźmie okrągłe sto talarów, reszta, rzecz prosta, nie przepadnie.

Przyjąłem pieniądze w milczeniu.

– Proszę bardzo, niech się pan nie obraża za to, co powiedziałem, pan jest taki obraźliwy… Jeżeli zwróciłem panu uwagę, to dlatego, aby, że tak powiem, ostrzec pana, a już do tego, rozumie się, posiadam pewne prawo…

Przed obiadem, wracając z dziećmi do domu, spotkałem całą kawalkadę. Nasze towarzystwo wyjeżdżało oglądać jakieś ruiny. Dwa cudowne powozy, wspaniałe konie! Mademoiselle Blanche w jednym powozie z Marią Filipowną i Poliną; Francuzik, Anglik i nasz generał konno. Przechodnie stawali i przyglądali się; efekt był osiągnięty; ale generałowi to na sucho nie ujdzie. Obliczyłem, że z czterema tysiącami franków, które przywiozłem, dodając do tego to, co widocznie zdołali wydostać, mają teraz jakieś siedem albo osiem tysięcy franków; to za mało dla mademoiselle Blanche.

Mademoiselle Blanche również zatrzymała się w naszym hotelu, razem z matką; i Francuzik jest również gdzieś tutaj. Lokaje tytułują go „Monsieur le comte”, a matkę mademoiselle Blanche – „Madame la comtesse”[2]; cóż może naprawdę są comte et comtesse.

Wiedziałem z góry, że m-r le comte nie pozna mnie, kiedy się spotkamy przy obiedzie. Generałowi, naturalnie, nawet by nie przyszło na myśl zapoznać nas albo choćby tylko mnie jemu przedstawić; a m-r le comte sam bywał w Rosji i wie, jaki to mały ptaszek, to, co oni nazywają outchitel[3]. Zresztą zna mnie bardzo dobrze. Ale muszę się przyznać, że na obiad przyszedłem nieproszony; zdaje się, że generał zapomniał wydać odpowiednie polecenie, inaczej z pewnością odesłałby mnie, bym zjadł przy table d’hôte. Zjawiłem się sam, toteż generał spojrzał na mnie z wyrazem niezadowolenia. Poczciwa Maria Filipowna natychmiast wskazała mi miejsce; lecz spotkanie z mister Astleyem wybawiło mnie z kłopotu i mimo woli zacząłem należeć do ich towarzystwa.

Tego dziwnego Anglika spotkałem najpierw w Prusach, w wagonie, gdzie siedzieliśmy naprzeciwko siebie, gdy doganiałem nasze towarzystwo; później zetknąłem się z nim, wjeżdżając do Francji, wreszcie w Szwajcarii; w ciągu tych dwóch tygodni dwa razy – i oto teraz spotkałem go nagle w Ruletenburgu. Nigdy w życiu nie widziałem człowieka bardziej nieśmiałego; jest nieśmiały aż do śmieszności i naturalnie wie o tym, bo jest całkiem niegłupi. Zresztą jest bardzo miły i łagodny. Oświadczył mi, że był tego lata na Przylądku Północnym i że miałby wielką ochotę być na jarmarku w Niżnim Nowogrodzie. Nie wiem, w jaki sposób zapoznał się z generałem; zdaje się, że jest bezgranicznie zakochany w Polinie. Kiedy weszła, aż się zarumienił. Był bardzo zadowolony, że przy stole usiadłem obok niego, i, zdaje się, uważa mnie już za swojego serdecznego przyjaciela.

Przy stole Francuzik nadzwyczaj zadzierał nosa; do wszystkich odnosił się lekceważąco i z góry. A w Moskwie, pamiętam, gadał głupstwa. Ogromnie dużo mówił o finansach i o polityce rosyjskiej. Generał niekiedy ośmielał się oponować – lecz skromnie, tyle tylko, żeby nie utracić do reszty powagi.

Byłem w dziwnym usposobieniu. Rozumie się, nim minęła połowa obiadu, zdążyłem zadać sobie moje zwykłe pytanie: „Po co ja się włóczę z tym generałem i dlaczego już dawno ich nie rzuciłem?”. Z rzadka spoglądałem na Polinę Aleksandrownę, która zupełnie nie zwracała na mnie uwagi. Skończyło się na tym, że rozzłościłem się i postanowiłem nagadać im głupstw.

Zaczęło się od tego, że nagle, ni stąd, ni zowąd, głośno i niepytany wmieszałem się w cudzą rozmowę. Największą ochotę miałem pokłócić się z Francuzikiem. Zwróciłem się do generała i nagle, całkiem głośno, a nawet chyba przerywając mu, zauważyłem, że tego lata Rosjanie prawie nie mogą stołować się w hotelach, przy table d’hôte. Generał utkwił we mnie zdziwione spojrzenie.

– Jeśli ktoś się szanuje – ciągnąłem dalej – niewątpliwie narazi się na wymyślania i będzie musiał znosić niezwykle dotkliwe docinki. W Paryżu i nad Renem, nawet w Szwajcarii, przy table d’hôte bywa tylu Polaczków i współczujących im Francuzików, że nie można się nawet odezwać, jeżeli się jest Rosjaninem.

Powiedziałem to po francusku. Generał patrzył na mnie ze zdumieniem, nie wiedząc, czy się ma rozgniewać, czy tylko zdziwić, że się tak zapomniałem.

– To znaczy, że ktoś panu pewno dał nauczkę – powiedział Francuzik lekceważąco i wzgardliwie.

– W Paryżu najpierw pokłóciłem się z pewnym Polakiem – odpowiedziałem – później z pewnym oficerem francuskim, który trzymał stronę Polaka. A później już część Francuzów przeszła na moją stronę, kiedy im opowiedziałem, jak chciałem napluć w kawę monsignore.

– Napluć? – zapytał generał z ogromnym zdumieniem i nawet oglądając się. Francuzik przypatrywał mi się niedowierzająco.

– Tak jest – odpowiedziałem. – Ponieważ przez całe dwa dni byłem przekonany, że trzeba będzie w naszej sprawie wyjechać na chwilę do Rzymu, poszedłem do kancelarii poselstwa ojca świętego[4] w Paryżu, żeby zawizować paszport. Tam przyjął mnie księżyna może pięćdziesięcioletni, suchy, o chłodnym wyrazie twarzy i wysłuchawszy mnie uprzejmie, ale nadzwyczaj oschle, poprosił, żebym poczekał. Chociaż mi się spieszyło, ale naturalnie usiadłem, wyciąg­nąłem „L’Opinion Nationale”[5] i zacząłem czytać najokropniejsze wymyślania na Rosję. Podczas tego słyszałem, jak przez sąsiedni pokój ktoś wszedł do monsignore; widziałem, jak mój ksiądz ukłonił się. Zwróciłem się do niego, powtarzając moją prośbę; jeszcze bardziej oschle znów mnie poprosił, żebym poczekał. Wkrótce potem wszedł jeszcze ktoś, interesant – jakiś Austriak; wysłuchano go i natychmiast zaprowadzono na górę. Wtedy zrobiło mi się bardzo przykro. Wstałem, podszedłem do księdza i powiedziałem mu tonem zdecydowanym, że jeżeli monsignore przyjmuje, to może i mnie załatwić. Ksiądz nagle odskoczył ode mnie z niesłychanym zdziwieniem. Było dla niego po prostu niepojęte, że jakiś nędzny Moskal śmie porównywać się z gośćmi monsignore. Najbezczelniejszym tonem, jakby ciesząc się, że może mnie upokorzyć, zmierzywszy mnie od stóp do głów, krzyknął: „Czy pan sądzi, że monsignore dla pana odejdzie od swojej kawy?”. Wtedy i ja krzyknąłem, ale jeszcze głośniej niż on: „Wiedz pan, że ja pluję na kawę pańskiego monsignore! Jeżeli pan natychmiast nie załatwi formalności z moim paszportem, pójdę wprost do niego”.

„Co! Wtedy, gdy u niego jest kardynał?” – zawołał księżyna, cofając się przede mną w przerażeniu, podbiegł do drzwi i rozkrzyżował ręce, dając do zrozumienia, że raczej umrze, niż mnie wpuści.

 

Wtedy odpowiedziałem, że jestem heretykiem i barbarzyńcą, „que je suis hérétique et barbare” i że wszyscy ci arcybiskupi, kardynałowie, monsignore itd., itd. – nic mnie nie obchodzą. Słowem, dałem poznać, że nie ustąpię. Ksiądz popatrzył na mnie z niezmierną złością, potem porwał mój paszport i zaniósł go na górę. Po chwili paszport był już zawizowany. Oto on, czy ma ktoś z państwa ochotę zobaczyć? – Wyciągnąłem paszport i pokazałem rzymską wizę.

– Pan jednak… – zaczął generał.

– Uratowało pana to, że uznał się pan za barbarzyńcę i heretyka – zauważył z uśmiechem Francuzik. – Cela n’était pas si bête[6].

– Czyż więc mam brać przykład z naszych rodaków? Oni tu nie śmią nawet pisnąć i może gotowi zaprzeć się, że są Rosjanami. Przynajmniej w Paryżu w moim hotelu zaczęto traktować mnie zupełnie inaczej, kiedy opowiedziałem im o awanturze z księdzem. Gruby polski pan, najbardziej wrogo do mnie usposobiony ze wszystkich gości przy table d’hôte, zeszedł na plan dalszy. Francuzi wytrzymali nawet, kiedy opowiedziałem, że dwa lata temu widziałem człowieka, do którego strzelił francuski jeger w dwunastym roku – jedynie po to, żeby rozładować broń. Człowiek ten był wówczas dziesięcioletnim dzieckiem i jego rodzina nie zdążyła wyjechać z Moskwy.

– To niemożliwe – żachnął się Francuzik – francuski żołnierz nie strzela do dziecka!

– A jednak tak było – odpowiedziałem. – Opowiadał mi to czcigodny dymisjonowany kapitan i ja sam widziałem na jego policzku bliznę od kuli.

Francuz zaczął mówić dużo i prędko. Generał już chciał go poprzeć, ale poradziłem mu, żeby przeczytał choćby urywki z Notatek generała Porowskiego[7], który w dwunastym roku był w niewoli u Francuzów. W końcu Maria Filipowna zaczęła coś mówić, żeby przerwać rozmowę. Generał był ze mnie bardzo niezadowolony, bośmy obaj z Francuzem omal nie zaczęli krzyczeć. Ale mister Astleyowi, zdaje się, mój spór z Francuzem bardzo się podobał; wstając od stołu, prosił, żebym z nim wypił kieliszek wina. Wieczorem, jak zwykle, udało mi się z kwadrans porozmawiać z Poliną Aleksandrowną. Nasza rozmowa odbyła się na spacerze. Wszyscy poszli do parku w stronę kasyna. Polina usiadła na ławce naprzeciw fontanny, a Nadii pozwoliła się bawić z dziećmi w pobliżu. Ja również pozwoliłem Miszy, żeby podszedł do fontanny, i zostaliśmy w końcu sami.

Zaczęliśmy naturalnie od interesów. Polina po prostu rozgniewała się, gdy jej oddałem tylko siedemset guldenów. Była pewna, że przywiozę jej z Paryża, pod zastaw jej brylantów, przynajmniej dwa tysiące guldenów, a może i więcej.

– Za wszelką cenę potrzebne mi są pieniądze – powiedziała – i trzeba je zdobyć; inaczej jestem po prostu zgubiona.

Zacząłem rozpytywać, co się działo podczas mojej nieobecności.

– Nic poza tym, że z Petersburga nadeszły dwie wiadomości: najpierw, że z babcią jest bardzo źle, a po dwóch dniach, że zdaje się, już umarła. Ta wiadomość pochodzi od Timofieja Pietrowicza – dodała Polina – a to człowiek dokładny. Czekamy na ostatnią, decydującą wiadomość.

– A więc wszyscy tu trwają w oczekiwaniu? – zapytałem.

– Naturalnie, wszyscy i wszystko; od pół roku tylko na to liczą.

– I pani na to liczy? – zapytałem.

– Przecież ja wcale nie jestem jej krewną, jestem tylko pasierbicą generała. Ale wiem na pewno, że ona nie zapomni o mnie w testamencie.

– Zdaje mi się, że pani bardzo dużo dostanie – powiedziałem tonem pewności.

– Tak, ona mnie kochała; ale dlaczego pan tak przypuszcza?

– Niech pani powie – odpowiedziałem pytaniem – zdaje się, że nasz markiz jest również wtajemniczony we wszystkie sekrety rodzinne?

– A dlaczego pan się tym interesuje? – zapytała Polina, spojrzawszy na mnie surowo i oschle.

– Jeszcze by też; jeżeli się nie mylę, generał zdążył już od niego pożyczyć.

– Pan bardzo trafnie zgaduje.

– No więc czyż on by dał pieniądze, jeżeliby nie wiedział o babuleńce? Czy pani zauważyła, że on trzy razy przy stole, mówiąc coś o babci, nazwał ją babuleńką, „la baboulinka”? Jakież bliskie i przyjacielskie stosunki!

– Tak, pan ma słuszność. Gdy tylko się dowie, że z testamentu i mnie się coś okroiło, zaraz zacznie się o mnie starać. Czy tego chciał się pan dowiedzieć?

– Zacznie się starać? Sądziłem, że od dawna się stara.

– Pan wie doskonale, że nie! – powiedziała Polina z przejęciem. – Gdzie pan spotkał tego Anglika? – dodała po chwili milczenia.

– Byłem pewny, że pani zaraz o niego zapyta.

Opowiedziałem jej o moich poprzednich spotkaniach z mister Astleyem w drodze. „Jest nieśmiały i kochliwy, i z pewnością kocha się w pani?”

– Tak, kocha się we mnie – odpowiedziała Polina.

– No i z pewnością jest dziesięć razy bogatszy od Francuza. Cóż, czy ten Francuz naprawdę ma cośkolwiek? Czy to aby pewne?

– Pewne. On ma jakiś chateau[8]. Jeszcze wczoraj mówił mi o tym generał z zupełną pewnością. No cóż, zadowolony pan?

– Ja bym na pani miejscu stanowczo wyszedł za Anglika.

– Dlaczego? – zapytała Polina.

– Francuz ładniejszy, ale podlejszy; a Anglik oprócz tego, że jest szlachetny, jest dziesięć razy bogatszy – palnąłem.

– Tak; ale Francuz jest markizem i ma więcej rozumu – odpowiedziała spokojnie.

– Czyżby? – ciągnąłem jak poprzednio.

– Z pewnością.

Polinie bardzo nie podobały się moje pytania i zauważyłem, że miała ochotę poirytować mnie tonem i ostrością swojej odpowiedzi; natychmiast jej to powiedziałem.

– Cóż, naprawdę mnie bawi, kiedy się pan wścieka. Już choćby za to, że pozwalam panu zadawać takie pytania i robić takie domysły, musi pan zapłacić.

– Istotnie, uważam się za uprawnionego do zadawania pani wszelkich pytań – odpowiedziałem spokojnie – właśnie dlatego, że gotów jestem za nie zapłacić wszelką cenę i nie liczę się teraz całkiem ze swoim życiem.

Polina roześmiała się.

– Powiedział mi pan ostatnim razem, na Schlangenbergu, że gotów pan skoczyć na pierwsze moje słowo, a tam, zdaje się, jest do tysiąca stóp. Kiedyś powiem to słowo, jedynie po to, żeby się przyjrzeć, jak pan wypłaca się z długu, i niech pan będzie pewny, że wytrzymam to. Nienawidzę pana – właśnie za to, że na tak wiele panu pozwoliłam, a jeszcze bardziej nienawidzę za to, że mi pan jest tak potrzebny. Ale tymczasem jest mi pan potrzebny, muszę pana oszczędzać.

Zaczęła wstawać z miejsca. Mówiła z rozdrażnieniem. Ostatnio zawsze kończyła ze mną rozmowę ze złością i z rozdrażnieniem, z prawdziwą złością.

– Niech mi pani pozwoli zapytać, kto to taki mademoiselle Blanche? – zapytałem, nie chcąc jej puścić bez wyjaśnienia.

– Pan sam wie, kim jest mademoiselle Blanche. Nic nowego nie wiadomo. Mademoiselle Blanche z pewnością będzie generałową, rozumie się, jeżeli wiadomość o zgonie babki się potwierdzi, ponieważ mademoiselle Blanche i jej mama, i daleki cousin, markiz – wszyscy bardzo dobrze wiedzą, że jesteśmy zrujnowani.

– A generał zakochany z kretesem?

– Teraz nie o to chodzi. Niech pan słucha i zapamięta sobie: niech pan weźmie te siedemset florenów i pójdzie grać, niech pan wygra dla mnie na ruletce, o ile możności najwięcej; pieniądze są mi teraz potrzebne za wszelką cenę.

Powiedziawszy to, zawołała Nadię i poszła w stronę kasyna, gdzie przyłączyła się do całego naszego towarzystwa. Ja zaś skręciłem w pierwszą napotkaną alejkę w lewo, rozmyślając i dziwiąc się. Kiedy kazała mi iść na ruletkę, całkiem jakbym dostał cios w głowę. Dziwna rzecz: miałem o czym rozmyślać, a równocześnie pogrążyłem się w analizie objawów moich uczuć do Poliny. Doprawdy, lżej mi było w czasie tych dwóch tygodni nieobecności niż teraz, w dniu powrotu, chociaż w drodze tęskniłem jak wariat, miotałem się jak oparzony i nawet we śnie co chwila widziałem ją przed sobą. Raz (było to w Szwajcarii), zasnąwszy w wagonie, zdaje się, zacząłem głośno rozmawiać z Poliną, czym rozśmieszyłem wszystkich siedzących ze mną pasażerów. I jeszcze raz zadałem sobie pytanie: czy ją kocham? I jeszcze raz nie umiałem na nie odpowiedzieć, a właściwie znów, po raz setny, odpowiedziałem sobie, że jej nienawidzę. Tak, była mi nienawistna. Bywały chwile (a zwłaszcza za każdym razem przy końcu naszych rozmów), że oddałbym pół życia, żeby ją udusić! Przysięgam, gdyby było możliwe powoli zatopić w jej piersi ostry nóż, to zdaje mi się, że zrobiłbym to z rozkoszą. A równocześnie, przysięgam na wszystko, co jest świętego, gdyby na Schlangenbergu, na modnym szczycie, rzeczywiście powiedziała mi: „Niech pan skoczy”, natychmiast bym skoczył, nawet z rozkoszą. Byłem tego pewny. Tak czy inaczej, ale to się musiało rozstrzygnąć. Polina wszystko to doskonale rozumie i myśl, że zupełnie jasno i wyraźnie zdaję sobie sprawę, że ona jest dla mnie niedostępna, że moje fantazje nie mają żadnych możliwości spełnienia się – ta myśl, jestem pewny, sprawia jej niezwykłą rozkosz; inaczej bowiem czyżby mogła – ona, ostrożna i rozumna – pozostawać ze mną w stosunkach tak bliskich i szczerych? Zdaje się, że dotychczas traktowała mnie jak ta starożytna cesarzowa, która rozbierała się przy swoim niewolniku, nie uważając go za człowieka. Tak, niejednokrotnie nie uważała mnie za człowieka…

Jednak dała mi polecenie – wygrać na ruletce za wszelką cenę. Nie miałem czasu się zastanawiać: dlaczego i jak prędko trzeba wygrać, i jakie nowe pomysły rodziły się w tej wiecznie obliczającej coś głowie? Poza tym w ciągu tych dwóch tygodni przybyło mnóstwo nowych faktów, o których jeszcze nie miałem pojęcia. Wszystko to trzeba było odgadnąć, we wszystko wniknąć, i to możliwie jak najprędzej. Ale na razie nie było czasu: trzeba było iść na ruletkę.

[1] Nazwa fikcyjna, wg przypuszczeń komentatorów oznacza zapewne Wiesbaden, gdzie Dostojewski przebywał w latach 1882, 1863 i 1865.

[2] (fr.) Panie hrabio… Pani hrabino…

[3] wyraz rosyjski w transkrypcji francuskiej; uczitiel, nauczyciel

[4] Tak w oryginale. Mowa o dyplomatycznym przedstawicielstwie ówczesnego Państwa Kościelnego, które istniało do roku 1870.

[5] „L’Opinion Nationale” – liberalny dziennik paryski, będący w opozycji wobec rządu. Ogłaszano tam liczne artykuły na rzecz sprawy polskiej i ostro potępiano politykę Rosji wobec Polski.

[6] (fr.) To nie było takie głupie.

[7] Hr. Wasilij Perowski (1795–1857), generał-adiutant, uczestnik wojny w roku 1812. W swoich wspomnieniach, ogłoszonych w roku 1865 w czasopiśmie „Russkij Archiv”, twierdzi, że w roku 1812 Francuzi, prowadząc jeńców rosyjskich, rozstrzeliwali tych, którzy – chorzy lub wyczerpani – nie mogli iść.

[8] (fr.) zamek

Rozdział drugi

Przyznam się, że było to dla mnie nieprzyjemne; chociaż postanowiłem, że będę grać, ale nie przypuszczałem, że zacznę, grając dla kogoś. To mnie nawet trochę zbijało z tropu i do sal gry wszedłem mocno poirytowany. Od pierwszego rzutu oka wszystko mi się tam nie podobało. Nie mogę znieść tego lokajstwa w felietonach całego świata, a zwłaszcza w naszych rosyjskich gazetach, gdzie prawie każdej wiosny nasi publicyści opowiadają o dwóch rzeczach: po pierwsze, o niesłychanym przepychu i wspaniałości sal gry w ruletkowych miastach nad Renem, a po drugie, o górach złota, które jakoby leżą na stołach. Przecież im za to nie płacą; to się tak opowiada po prostu przez bezinteresowną grzeczność. Nie ma żadnego przepychu w tych nędznych salach, a co do złota, to nie tylko, że gór nie ma, ale i małe ilości rzadko się pokazują. Naturalnie niekiedy podczas sezonu zjawi się jakiś dziwak albo Anglik, albo jakiś Azjata, Turek, jak w tym sezonie letnim, i nagle przegra albo wygra bardzo dużo; wszyscy inni zaś grają, stawiając nędzne guldeny i przeciętnie na stole leży bardzo mało pieniędzy. Gdy tylko wszedłem do sali gry (po raz pierwszy w życiu), jakiś czas jeszcze nie decydowałem się przystąpić do gry. W dodatku nieswojo mi było w tym tłumie. Ale gdybym nawet był sam, to i wówczas raczej bym wyszedł, a nie zacząłbym grać. Przyznam się, że serce mi biło mocno i straciłem zimną krew; wiedziałem na pewno i dawno już postanowiłem, że z Ruletenburga tak nie wyjadę; coś z pewnością nastąpi w moim życiu, coś radykalnego i ostatecznego. Tak musi być i będzie. Chociaż to śmieszne, że tak wiele się spodziewam po ruletce, ale jeszcze śmieszniejsze wydaje mi się utarte mniemanie, że głupio i niedorzecznie jest spodziewać się czegokolwiek po grze. Dlaczego gra ma być gorsza od jakiegokolwiek innego sposobu zdobywania pieniędzy, na przykład choćby od handlu? To prawda, że na stu wygrywa jeden. Ale co mnie to obchodzi?

 

Bądź co bądź postanowiłem najpierw przyjrzeć się i nie zaczynać od razu gry na większą skalę. Gdyby nawet tego wieczoru coś się zdarzyło, to zdarzyłoby się nieoczekiwanie i niepostrzeżenie – tak przypuszczałem. Przy tym trzeba było również nauczyć się grać, bo pomimo tysięcy opisów ruletki, które czytałem zawsze tak chciwie, absolutnie nic nie rozumiałem w jej urządzeniu, dopóki sam nie zobaczyłem.

Po pierwsze, wszystko wydało mi się takie brudne – jakoś moralnie wstrętne i brudne. Nie mówię bynajmniej o tych chciwych i niespokojnych twarzach, które dziesiątkami, a nawet setkami otaczają stoły gry. Nie widzę nic brudnego w chęci wygrania jak najprędzej i jak najwięcej; zawsze wydawała mi się bardzo głupia myśl pewnego spasionego i bogatego moralisty, który na czyjeś usprawiedliwienie, że „grają przecież małymi stawkami”, odpowiedział: tym gorzej, bo mały zysk. Jak gdyby mały czy duży zysk – nie było wszystko jedno. To rzecz względna. Co dla Rotschilda jest drobiazgiem, to dla mnie bardzo wiele, a co do zysków i wygranej, to przecież ludzie nie tylko na ruletce, ale i wszędzie tylko to robią, że wzajemnie od siebie coś wydzierają albo wygrywają. Czy w ogóle zysk i zarobek jest wstrętny – to inne pytanie. Ale ja go tutaj nie rozstrzygam. Ponieważ sam w najwyższym stopniu byłem owładnięty żądzą wygrania, cały ten zysk, całe to zyskowne błoto, jeśli tak chcecie, było mi, przy wejściu do sali, jakieś bliższe, przystępniejsze. Najlepiej, gdy się ludzie nie ceremoniują, lecz działają jawnie i z rozmachem. Bo i po co się oszukiwać? Najbardziej daremne i bezcelowe zajęcie! Szczególnie brzydki u tej ruletkowej hałastry był, na pierwszy rzut oka, ten szacunek dla owego zajęcia, ta powaga, a nawet cześć, z jaką wszyscy otaczali stoły. Oto dlaczego tutaj tak jaskrawo rozróżnia się, jaka gra jest mauvais genre[9], a w jaką wypada grać przyzwoitemu człowiekowi. Istnieją dwa rodzaje gry, jedna – dżentelmeńska, a druga – plebejska, zyskowna, gra wszelkiej hołoty. Tu jest to ściśle rozgraniczone i jakie to rozgraniczenie w gruncie rzeczy jest podłe! Dżentelmen może na przykład postawić pięć albo dziesięć luidorów, rzadko więcej, zresztą może postawić i tysiąc franków, jeżeli jest bardzo bogaty, ale tylko dla gry, tylko dla zabawy, tylko dlatego, żeby przyjrzeć się procesowi wygrania lub przegrania; ale bynajmniej nie powinien interesować się wygraną. Wygrawszy, może na przykład głośno się roześmiać, podzielić się z kimś z otoczenia jakąś uwagą, może nawet postawić jeszcze raz i podwoić stawkę, ale tylko z ciekawości, w celu obserwacji szans, dla ich obliczenia, a nie z plebejskiej żądzy wygrania. Słowem, na wszystkie te stoły, ruletki i trente et quarante powinien patrzyć nie inaczej, jak na zabawę stworzoną wyłącznie dla jego przyjemności. Zysku i podstępu, na których się bank opiera, nie powinien nawet podejrzewać. Byłoby nawet w bardzo dobrym tonie przypuszczać na przykład, że wszyscy inni gracze, cała ta hołota, trzęsąca się nad guldenem – to zupełnie tacy sami bogacze i dżentelmeni jak on sam i grają wyłącznie dla rozrywki i zabawy. Ta zupełna nieznajomość rzeczywistości i naiwny pogląd na ludzi byłyby, naturalnie, niezwykle arystokratyczne. Widziałem, jak liczne mamy wypychały naprzód niewinne, śliczne piętnasto- i szesnastoletnie miss i dając im kilka sztuk złota, uczyły je grać. Panienka wygrywała albo przegrywała, nieodzownie uśmiechała się i odchodziła bardzo zadowolona. Nasz generał solidnie i z powagą podszedł do stołu; lokaj podskoczył, żeby mu podać krzesło, ale on nie zauważył lokaja; bardzo długo wyjmował sakiewkę, bardzo długo wyjmował z sakiewki trzysta franków w złocie, postawił je na czarne i wygrał. Nie wziął wygranej i zostawił ją na stole. Wypadło znów czarne; i tym razem nie wziął, a kiedy za trzecim razem wypadło czerwone, przegrał od razu tysiąc dwieście franków. Odszedł z uśmiechem i nie stracił dobrej miny. Jestem przekonany, że ciarki mu przeszły po plecach i gdyby stawka była dwa albo trzy razy większa – straciłby panowanie nad sobą i okazałby wzruszenie. Zresztą przy mnie pewien Francuz wygrał, a potem przegrał około trzydziestu tysięcy franków, wesoło i bez żadnego wzruszenia. Prawdziwy dżentelmen, gdyby nawet przegrał cały swój majątek, nie powinien być wzruszony. Pieniądze powinny być o tyle poniżej dżentelmeństwa, żeby prawie nie warto było się o nie troszczyć. Naturalnie najarystokratyczniej byłoby zupełnie nie dostrzegać całego tego brudu i całej tej hałastry. Niekiedy jednak niemniej arystokratyczne jest wręcz przeciwne postępowanie, polegające na tym, aby dostrzegać, czyli przyglądać się, a nawet bacznie obserwować, chociażby przez lornetkę, całą tę hołotę; ale nie inaczej, jak traktując całą tę hołotę i całe to błoto jako swego rodzaju rozrywkę, jak przedstawienie urządzone dla zabawy dżentelmenów. Można i samemu przeciskać się w tym tłumie, ale spoglądając dokoła z głębokim przekonaniem, że właściwie jest się widzem i bynajmniej do tłumu się nie należy. Zresztą nazbyt uważnie przypatrywać się nie wypada: będzie to znowu nie po dżentelmeńsku dlatego, że to widowisko w żadnym wypadku nie jest godne zbyt wielkiej i zbyt skupionej uwagi dżentelmena. Zresztą w ogóle mało jest widowisk godnych zbytniej uwagi dżentelmena. Mnie jednak wydało się, że to wszystko bardzo nawet zasługuje na pilną uwagę, szczególnie tego, kto przyszedł nie tylko w celu obserwacji, lecz sam szczerze i z dobrą wiarą zalicza siebie do tej hołoty. Co się zaś tyczy moich najskrytszych pojęć moralnych, to one w niniejszych rozważaniach naturalnie nie odgrywają żadnej roli. Niechże już tak będzie; mówię to, żeby uspokoić sumienie. Dodam tu jednak, że ostatnio wciąż miałem jakiś wstręt do mierzenia moich postępków i myśli jakąś moralną miarką. Co innego mną kierowało…

Hołota istotnie gra bardzo nieuczciwie. Nawet nie jestem daleki od myśli, że tu, przy stole, dzieje się sporo najzwyczajniejszych kradzieży. Krupierzy, siedzący przy końcach stołu, mają bardzo dużo roboty. Ach, cóż to za hołota. Przeważnie Francuzi. Zresztą ja tu obserwuję i robię spostrzeżenia bynajmniej nie po to, żeby opisywać ruletkę; staram się przystosować dlatego tylko, żeby wiedzieć, jak mam postępować na przyszłość. Zauważyłem na przykład, że jest rzeczą najbardziej powszechną, że ktoś spoza stołu wyciąga nagle rękę i zabiera to, co ktoś inny wygrał. Zaczyna się spór, nierzadko krzyk, o – bardzo proszę udowodnić, postawić świadków, do kogo stawka należy!

Z początku wszystko to było dla mnie rzeczą niepojętą; domyślałem się tylko i jakoś rozróżniałem, że stawki były na numery, na parzyste i nieparzyste, i na kolory. Z pieniędzy Poliny Aleksandrowny zdecydowałem się zaryzykować tego wieczoru sto guldenów.

Myśl, że przystępuję do gry za kogoś innego, jakoś odbierała mi pewność siebie. Wrażenie to było bardzo nieprzyjemne i chciałem się jak najprędzej go pozbyć. Wciąż mi się zdawało, że grając dla Poliny, podkopuję własne szczęście. Czyżby naprawdę nie można było dotknąć stołu gry, żeby zaraz nie zarazić się przesądami? Zacząłem od tego, że wyjąłem pięć friedrichsdorów[10], czyli pięćdziesiąt guldenów, i postawiłem je na parzyste. Koło zakręciło się i wypadło trzynaście – przegrałem. Z jakimś chorobliwym uczuciem, jedynie po to, żeby w jakiś sposób wywiązać się z polecenia i odejść, postawiłem jeszcze pięć friedrichsdorów na czerwone. Wypadło czerwone. Po­s­tawiłem całe dziesięć friedrichsdorów – znów wypadło czerwone. Postawi­łem znowu wszystko od razu, znowu wypadło czerwone. Otrzymawszy czterdzieści friedrichsdorów, postawiłem dwadzieścia na dwanaście środkowych cyfr, nie wiedząc, co z tego wyniknie. Zapłacono mi potrójnie. W ten sposób z dziesięciu friedrichsdorów miałem nagle osiemdziesiąt. Było mi tak nieznośnie skutkiem jakiegoś niezwykłego i dziwnego uczucia, że postanowiłem odejść. Wydało mi się, że grałbym zupełnie inaczej, gdybym grał dla siebie. Jednak postawiłem całe osiemdziesiąt friedrichsdorów jeszcze raz na parzyste. Tym razem wypadło cztery, wyliczono mi jeszcze osiemdziesiąt friedrichsdorów – i zabrawszy cały stos, sto sześćdziesiąt friedrichsdorów, udałem się na poszukiwanie Poliny Aleksandrowny.

Towarzystwo spacerowało gdzieś w parku i zdążyłem się z nią zobaczyć dopiero przy kolacji. Tym razem Francuza nie było; generał uznał za stosowne, między innymi, jeszcze raz zwrócić mi uwagę, że bardzo by sobie nie życzył widzieć mnie przy stole gry. Według jego mniemania, bardzo by go skompromitowało, gdybym kiedyś za dużo przegrał; „ale gdyby nawet pan wygrał bardzo dużo, to i wtedy będę skompromitowany – dodał znacząco. – Naturalnie nie mam prawa kierować pańskim postępowaniem, ale sam pan przyzna…” Tu, swoim zwyczajem, nie dokończył. Odpowiedziałem mu oschle, że mam bardzo mało pieniędzy i że, skutkiem tego nie mogę zbyt wiele przegrać, gdybym nawet zaczął grać. Przyszedłszy do siebie na górę, zdążyłem oddać Polinie jej wygraną i oświadczyłem jej, że na drugi raz już nie będę grał dla niej.