13 pięterTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

13 pię­ter

Fi­lip Sprin­ger

Ka­rak­ter

Kra­ków 2020

Spis tre­ści

Część I. Lu­stro

Mię­dzy czę­ścia­mi. Bu­du­lec i spo­iwo

Część II. Wiel­kie kłam­stwo

Fun­da­men­ty

Piw­ni­ca

Kon­te­ner

Ga­raż

Par­ter

Pię­tro I

Pię­tro II

Pię­tro III

Pię­tro IV

Pię­tro V

Pię­tro VI

Pię­tro VII

Pię­tro VIII

Pię­tro IX

Pię­tro X

Pię­tro XI

Pię­tro XII

Pię­tro XIII

Po­dzię­ko­wa­nia

Bi­blio­gra­fia

Przy­pi­sy koń­co­we

Część I

Lu­stro

Na­resz­cie je­ste­śmy go­spo­da­rza­mi w znacz­nej czę­ści wła­sne­go kra­ju, na­resz­cie po stu dwu­dzie­stu kil­ku la­tach na­de­szła go­dzi­na, że nie ma tu już ob­ce­go na­jaz­du. Je­ste­śmy wol­ni. I tyl­ko ty­go­dnie od­dzie­la­ją nas od bło­go­sła­wio­nej chwi­li, kie­dy wszy­scy znaj­dzie­my się pod jed­nym da­chem.

„Ku­rier War­szaw­ski”, 12 li­sto­pa­da 1918

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

„Mu­si­my ko­niecz­nie umrzeć ra­zem” – mó­wi Zo­fia. Jest zim­na noc z 28 na 29 li­sto­pa­da 1931 ro­ku, po­dej­mu­ją ko­lej­ną pró­bę. Po­przed­nio za­tka­ły ko­min, że­by się za­cza­dzić. Ale po ich dziu­ra­wej cha­łup­ce prze­ciąg ga­nia jak po swo­im, więc obu­dzi­ły się ra­no ca­łe i zdro­we, ty­le że z bó­lem gło­wy. Zo­fia wie­sza się pierw­sza. Po niej mat­ka, twa­rzą do ścia­ny. Młod­sza sio­stra Zo­fii, Ja­dwi­ga, wy­bie­ga w noc. Tłu­cze w drzwi są­sia­da, ra­zem idą do jej do­mu. Są­siad od­ci­na ko­bie­ty i kła­dzie je na łóż­ku. Ja­dwi­ga ro­zu­mie, że nie ma już wy­bo­ru. Wy­pi­ja esen­cję octo­wą i wkrót­ce do­łą­cza do mat­ki i sio­stry.

W ga­ze­tach na­pi­szą, że ja­kiś czas wcze­śniej Zo­fia Fe­tliń­ska stra­ci­ła pra­cę, a tyl­ko ona przy­no­si­ła pie­nią­dze do do­mu. Miesz­ka­ły przy Po­wąz­kow­skiej 30, na bied­nym osie­dlu nie­opo­dal cmen­ta­rza. Ka­wa­łek da­lej, przy to­rach, za­czy­na się ko­lo­nia nor wy­ry­tych w na­sy­pach ko­le­jo­wych i sza­ła­sów skle­co­nych z by­le cze­go. Za ni­mi sza­rze­ją ba­ra­ki dla bez­dom­nych. Fe­tliń­skie wie­dzia­ły, że bez pie­nię­dzy prę­dzej czy póź­niej tam skoń­czą. Dla­te­go po­sta­no­wi­ły ode­brać so­bie ży­cie. To sa­mo zro­bił wcze­śniej uko­cha­ny brat Zo­fii i Ja­dwi­gi. Rok i po czwor­gu Fe­tliń­skich nie ma śla­du1.

W „Ro­bot­ni­ku” czę­sto po­ja­wia­ją się in­for­ma­cje o ta­kich zda­rze­niach. Przy­pad­ko­we nu­me­ry z ro­ku 1931:

Wiel­ka­noc – pięt­na­ście sa­mo­bójstw.

18 sierp­nia – trzy sa­mo­bój­stwa, wszyst­kie zwią­za­ne z eks­mi­sja­mi.

26 sierp­nia – trzy sa­mo­bój­stwa.

28 sierp­nia – czte­ry sa­mo­bój­stwa.

6 wrze­śnia. Uli­ca Pa­wia 64a. Ku­piec Noe Waj­man za­le­ga ze spła­tą ko­mor­ne­go za dzie­sięć mie­się­cy. Wła­ści­ciel gro­zi mu eks­mi­sją. W środ­ku no­cy żo­na Waj­ma­na wy­cho­dzi na klat­kę scho­do­wą, sta­je na pa­ra­pe­cie. Do­strze­ga­ją to Noe i ich sie­dem­na­sto­let­nia cór­ka Lin­da. Ra­zem do­pa­da­ją okna i ła­pią ko­bie­tę za no­gi, ale ta wy­ry­wa im się po kil­ku se­kun­dach sza­mo­ta­ni­ny i ska­cze. Gi­nie na miej­scu.

8 wrze­śnia – czte­ry sa­mo­bój­stwa.

9 wrze­śnia – sie­dem sa­mo­bójstw, w tym dwa sko­ki z mo­stu.

13 wrze­śnia – trzy sa­mo­bój­stwa.

2 paź­dzier­ni­ka – trzy sa­mo­bój­stwa.

7 paź­dzier­ni­ka. Uli­ca Ogro­do­wa 46. Sta­ni­sław Kop­czyń­ski, han­dlarz ulicz­ny i oj­ciec dwoj­ga dzie­ci, za­le­ga z czyn­szem za sie­dem mie­się­cy. Do­wia­du­je się, że za ty­dzień zo­sta­nie wraz z ro­dzi­ną eks­mi­to­wa­ny na bruk. Chce się rzu­cić z okna na trze­cim pię­trze ka­mie­ni­cy, w któ­rej miesz­ka, ale w ostat­niej chwi­li po­wstrzy­mu­je go żo­na. By uzbie­rać na opła­ty, sprze­da­ją wszyst­ko, co ma­ją. Pie­nię­dzy nie wy­star­cza. Sta­ni­sław wpa­da w szał i de­mo­lu­je pra­wie pu­ste miesz­ka­nie. Kil­ka dni póź­niej znaj­dą go tam mar­twe­go. Le­ka­rze stwier­dzą zgon z wy­czer­pa­nia.

15 paź­dzier­ni­ka – czte­ry sa­mo­bój­stwa.

17 paź­dzier­ni­ka – czte­ry sa­mo­bój­stwa.

29 paź­dzier­ni­ka. Uli­ca Mar­szał­kow­ska 137. Ma­ria Złot­nic­ka, od kil­ku dni bez­dom­na, wcho­dzi z dwoj­giem dzie­ci na ostat­nie, pią­te pię­tro ka­mie­ni­cy. Otwie­ra okno na klat­ce scho­do­wej. Wy­rzu­ca przez nie naj­pierw sy­na, póź­niej cór­kę, na koń­cu ska­cze sa­ma.

Na­wet naj­bar­dziej wstrzą­sa­ją­ce przy­pad­ki są re­la­cjo­no­wa­ne w krót­kich, la­ko­nicz­nych not­kach, któ­re wy­peł­nia­ją pu­ste prze­strze­nie mię­dzy więk­szy­mi ar­ty­ku­ła­mi. Gdy­by re­dak­cja chcia­ła z de­ta­la­mi opi­sać każ­de sa­mo­bój­stwo w sa­mej tyl­ko War­sza­wie, na in­ne in­for­ma­cje zwy­czaj­nie nie star­czy­ło­by miej­sca. Trud­no tak po­wszech­ne­mu zja­wi­sku po­świę­cać wię­cej uwa­gi. Ta­kie cza­sy.

2

Bo­że, jak pięk­nie! Wła­śnie zmierz­cha, uli­ce roz­świe­tli­ły się już set­ka­mi neo­nów. Spadł deszcz, as­falt lśni i pa­ru­je. W po­wie­trzu uno­si się lek­ka mgieł­ka. Pod ko­ścio­łem wiatr za­plą­tał się w ko­ro­nach mło­dych drzew. Ka­me­ra za­trzy­mu­je się przez chwi­lę na tej sce­nie, a po­tem ru­sza da­lej i szyb­ko prze­la­tu­je nad mia­stem. W ka­drze po­ja­wia się luk­stor­pe­da. Mknie po to­rach przez bo­le­śnie cu­dow­ny zmierzch. Na pe­ro­nie ele­ganc­ki mło­dzie­niec cze­ka z kwia­ta­mi na dziew­czy­nę. Ka­me­ra znów wę­dru­je nad mia­stem. Jest pięk­nie. Niech ten wie­czór ni­g­dy się nie koń­czy. Niech bruk ni­g­dy nie wy­sy­cha. Niech lśni.

I jesz­cze on – po­tęż­ny, do­stoj­ny, naj­więk­szy. Nasz dra­pacz chmur – Pru­den­tial. U je­go stóp tęt­ni ży­ciem plac Na­po­le­ona. Sa­mo­cho­dy, mo­to­cy­kle, do­roż­ki, lu­dzie. W gó­rze cud­nie skoł­tu­nio­ne chmu­ry, w ko­ro­nach pla­ta­nów wiatr. Wę­dru­je­my uli­ca­mi. Mo­niusz­ki – ele­ganc­kie ka­mie­ni­ce, czy­ste chod­ni­ki. Po­tem Mar­szał­kow­ska. Gra­na­to­we nie­bo prze­glą­da się w ka­łu­żach, gdzie igra­ją z nim re­flek­to­ry ele­ganc­kich aut. Lu­dzie spa­ce­ru­ją, cie­szą się. Jest się czym cie­szyć.

Znów wi­dok z wy­so­ka. Rów­ne kwar­ta­ły ka­mie­nic ską­pa­ne w wie­czor­nym świe­tle. Pa­łac Sa­ski, słoń­ce tak pięk­nie tań­czy na ko­lum­na­dzie. I cią­gle ten mo­kry bruk, pra­wie czuć je­go za­pach. Plac Dą­brow­skie­go, Ban­ko­wy, zno­wu Pru­den­tial (jesz­cze pięk­niej­szy niż przed chwi­lą, jak to moż­li­we?). Przy Ha­lach Mi­row­skich ka­me­ra jak­by przy­spie­sza i nie­co się uno­si, trud­no doj­rzeć de­ta­le. Po­tem Grób Nie­zna­ne­go Żoł­nie­rza, mu­zy­ka po­waż­nie­je. I zno­wu Mar­szał­kow­ska. Ży­cie na chwi­lę za­mie­ra, czas się za­trzy­mu­je – lu­dzie, ko­nie, tram­wa­je i au­ta za­sty­ga­ją w pół ru­chu. Ka­me­ra wę­dru­je środ­kiem uli­cy, mo­że­my zo­ba­czyć, co­śmy stra­ci­li. Te do­my, ten szyk, ten styl. To mia­sto, w któ­rym speł­nia się każ­da za­chcian­ka i każ­de pra­gnie­nie, mia­sto, w któ­rym urze­czy­wist­nia­ją się ma­rze­nia. To mia­sto to per­ła. Klej­not. Skarb.

Pra­ca nad tym fil­mem trwa­ła po­nad czte­ry la­ta. Pik­sel po pik­se­lu, uli­ca po uli­cy kil­ku­dzie­się­ciu ma­gi­ków od ani­ma­cji kom­pu­te­ro­wej bu­do­wa­ło na no­wo na­szą Per­łę Pół­no­cy. „War­sza­wa 1935 to pierw­sza na świe­cie re­kon­struk­cja przed­wo­jen­nych pla­nów mia­sta – mó­wił przy oka­zji pre­mie­ry w sierp­niu 2013 ro­ku je­den ze współ­twór­ców fil­mu, To­masz Go­mo­ła. – Przed­wo­jen­na War­sza­wa to pęd ku no­wo­cze­sno­ści, ka­pi­tał, kla­sa, po­tę­ga i wpły­wy”2.

Kla­sa, po­tę­ga i wpły­wy. Oglą­dam ten film kil­ka ra­zy, kadr po ka­drze, uję­cie po uję­ciu. Wpa­tru­ję się z no­sem przy­kle­jo­nym do ekra­nu. Po­dob­no twór­cy za­dba­li o naj­drob­niej­sze de­ta­le. Na pod­sta­wie sta­rych fo­to­gra­fii zre­kon­stru­owa­li wi­try­ny skle­po­we, mo­de­le sa­mo­cho­dów i stro­je. Oglą­dam tę cy­fro­wą, „wier­nie zre­kon­stru­owa­ną” War­sza­wę z 1935 ro­ku se­kun­da po se­kun­dzie. Kil­ka ra­zy. Chcę zna­leźć choć­by jed­ne­go bez­dom­ne­go al­bo że­bra­ka. Nic z te­go. Są tu ele­ganc­cy męż­czyź­ni w świet­nie skro­jo­nych gar­ni­tu­rach, są ko­bie­ty w zwiew­nych su­kien­kach i fi­glar­nych ka­pe­lu­si­kach. Jest wszyst­ko, na­wet mo­kry bruk3, ale nie ma ani okru­cha bie­dy.

– Trud­no mi so­bie wy­obra­zić, by w 1935 ro­ku da­ło się przejść przez war­szaw­skie śród­mie­ście i nie zo­ba­czyć żad­ne­go bie­da­ka – mó­wi dr Ma­te­usz Ro­dak z In­sty­tu­tu Hi­sto­rii Pol­skiej Aka­de­mii Na­uk, je­den z nie­licz­nych pol­skich na­ukow­ców zaj­mu­ją­cych się pro­ble­mem bez­dom­no­ści w Dru­giej Rze­czy­po­spo­li­tej. – Ofi­cjal­ne da­ne mó­wią o dwu­dzie­stu ty­sią­cach bez­dom­nych w mo­men­cie naj­więk­sze­go kry­zy­su, czy­li w ro­ku 1934. Oczy­wi­ście mó­wi­my o sa­mej tyl­ko War­sza­wie i o lu­dziach, któ­rzy zo­sta­li w ja­ki­kol­wiek spo­sób za­re­je­stro­wa­ni w schro­ni­skach al­bo przy­tuł­kach. – A do­stać się tam, do­da­je Ro­dak, to był praw­dzi­wy przy­wi­lej. – Oprócz za­re­je­stro­wa­nych bez­dom­nych by­ła ca­ła rze­sza ta­kich, któ­rzy nie mo­gli li­czyć na żad­ną po­moc, bo przy­je­cha­li za pra­cą z pro­win­cji4. Nie wia­do­mo, ilu ich do­kład­nie by­ło, ale nie bał­bym się za­ry­zy­ko­wać te­zy, że w cza­sach naj­więk­sze­go kry­zy­su dru­gie ty­le.

 

Czter­dzie­ści ty­się­cy lu­dzi bez da­chu nad gło­wą. I ani jed­ne­go w za­się­gu wzro­ku pod­czas wir­tu­al­ne­go prze­lo­tu nad mię­dzy­wo­jen­ną War­sza­wą.

„Wśród ksią­żek po­świę­co­nych daw­nej War­sza­wie prze­wa­ża­ły opi­sy i wspo­mnie­nia pi­sa­ne, jak­by to moż­na po­wie­dzieć, z po­zy­cji No­wy Świat, pierw­sze pię­tro, front – pod­su­mo­wu­ją Jan Dą­brow­ski i Jó­zef Ko­skow­ski w przed­mo­wie do zbio­ru przed­wo­jen­nych re­por­ta­ży o sto­li­cy Nie­pięk­ne dziel­ni­ce. – Ich au­to­rzy opi­su­ją wciąż ten sam krąg miejsc, rze­czy, tę sa­mą war­stwę lu­dzi, ob­ra­ca­ją się nie­mal bez prze­rwy w sfe­rze okre­śla­nej kie­dyś ja­ko »gór­ne dzie­sięć ty­się­cy«. Te­atry i ka­ba­re­ty, re­stau­ra­cje i ho­te­le pierw­szej kla­sy, lu­mi­na­rze ów­cze­sne­go ży­cia kul­tu­ral­ne­go… To by­ła tyl­ko War­szaw­ka, ten »Pa­ryż Pół­no­cy«, to mia­sto, któ­re­go neo­ny roz­pra­sza­ły mro­ki nad nie­wiel­ką czę­ścią sto­li­cy […]. War­szaw­ka by­ła jed­nak tyl­ko drob­ną czę­ścią War­sza­wy”5.

Ma­ria Bar­ba­sie­wicz do­da­je: „Pra­wie wszy­scy przed­sta­wi­cie­le bur­żu­azji, zie­mia­nie miesz­ka­ją­cy w sto­li­cy, in­te­li­gen­cja, pra­cow­ni­cy umy­sło­wi wyż­sze­go szcze­bla by­li ludź­mi za­moż­ny­mi. W la­tach trzy­dzie­stych war­sza­wia­ków uzy­sku­ją­cych do­cho­dy po­wy­żej dwu­na­stu ty­się­cy zło­tych rocz­nie by­ło nie­ca­łe dwa pro­cent (dwa­dzie­ścia czte­ry ty­sią­ce osób), a spo­śród nich oko­ło czte­ry­sta–pięć­set osób mia­ło śred­ni do­chód rocz­ny prze­kra­cza­ją­cy sto ty­się­cy zło­tych. Ży­cie co­dzien­ne tej gru­py by­ło sta­bil­ne. Ci war­sza­wia­cy miesz­ka­li w wie­lo­po­ko­jo­wych apar­ta­men­tach w cen­trum mia­sta lub wil­lach na Mo­ko­to­wie, Żo­li­bo­rzu, Sa­skiej Kę­pie”6.

To oni by­wa­li w te­atrach i na dan­sin­gach, ja­da­li u Bli­kle­go, ku­po­wa­li bu­ty u Kiel­ma­na. I to oni za­peł­nia­ją kar­ty licz­nych ksią­żek po­świę­co­nych pol­skiej bel­le épo­que. Dwa pro­cent – mo­że tro­chę wię­cej. Resz­ta nie zmie­ści się w ka­drze.

3

W lip­cu 1928 ro­ku sto­łecz­ny ma­gi­strat wy­da­je pu­bli­ka­cję pod obie­cu­ją­cym ty­tu­łem Bu­dow­nic­two miesz­ka­nio­we m.st. War­sza­wy. To bar­dzo pięk­na książ­ka – na kre­do­wym pa­pie­rze, z licz­ny­mi fo­to­gra­fia­mi, szki­ca­mi i pla­na­mi. Mu­sia­ła kosz­to­wać nie­ma­ło cza­su i pie­nię­dzy. Moż­na się z niej do­wie­dzieć, że do koń­ca 1927 ro­ku wła­dze mia­sta wy­bu­do­wa­ły trzy ty­sią­ce sześć­set dwa­dzie­ścia dzie­więć „izb miesz­kal­nych”. Ta licz­ba na pierw­szy rzut oka ro­bi wra­że­nie. Próż­no tu jed­nak szu­kać in­for­ma­cji, jak te ty­sią­ce izb prze­kła­da­ją się na licz­bę miesz­kań.

Kre­do­wy pa­pier mógł­by jej nie udźwi­gnąć. Prze­wa­ża­ją­ca więk­szość owych izb znaj­du­je się w przy­tuł­kach i schro­ni­skach dla bez­dom­nych, któ­rych w War­sza­wie od kil­ku lat la­wi­no­wo przy­by­wa. Wła­dze mia­sta le­czą ob­ja­wy cho­ro­by, za­miast za­jąć się jej przy­czy­ną, choć ta jest prze­cież zna­na.

W kwiet­niu 1924 ro­ku w ży­cie wcho­dzi pierw­sza w wol­nej Pol­sce usta­wa umoż­li­wia­ją­ca eks­mi­sje lo­ka­to­rów. W War­sza­wie miesz­ka oko­ło pię­ciu­set bez­dom­nych – głów­nie po­wo­jen­ne sie­ro­ty, zde­mo­bi­li­zo­wa­ni żoł­nie­rze i re­pa­trian­ci ze wscho­du. Te­raz do­łą­cza­ją do nich eks­mi­to­wa­ni i wciąż ich przy­by­wa. Już po ro­ku pro­blem sta­nie się po­waż­ny, a po dzie­się­ciu la­tach bez­dom­nych bę­dzie czter­dzie­ści dwa ra­zy wię­cej.

Eks­mi­sje sta­ją się dy­żur­nym te­ma­tem pra­sy, opi­su­je się jed­nak tyl­ko te naj­bar­dziej dra­ma­tycz­ne. Po­dob­nie jak w przy­pad­ku sa­mo­bójstw na wszyst­kie nie star­czy­ło­by miej­sca.

„Na skwe­rze Ho­ove­ra przy Kra­kow­skim Przed­mie­ściu prze­chod­nie za­opie­ko­wa­li się trój­ką dzie­ci – to trzy­na­sto­let­ni Sta­ni­sław, dzie­się­cio­let­ni Hen­ryk i pię­cio­let­nia Emi­lia Pie­cho­ciń­scy. Ich mat­ka po­rzu­ci­ła je, bo zo­sta­ła eks­mi­to­wa­na”7.

„Z miesz­ka­nia przy Mo­sto­wej 23 zo­stał eks­mi­to­wa­ny An­to­ni Do­peln­tern, mi­mo że ma cho­rą żo­nę i dwo­je dzie­ci, z cze­go jed­no jest cał­ko­wi­cie spa­ra­li­żo­wa­ne. Wła­ści­ciel do­mu oso­bi­ście wy­niósł na rę­kach cho­rą żo­nę Do­peln­ter­na na po­dwó­rze i tam zo­sta­wił”8.

„Ste­fan Szy­szło miesz­kał od 16 lat w jed­no­izbo­wym miesz­ka­niu przy ul. Wspól­nej 8. Ostat­nio, utra­ciw­szy pra­cę, nie był w sta­nie pła­cić ko­mor­ne­go i na­ro­bił so­bie dłu­gu 360 zł. W po­nie­dzia­łek ra­no przy­szedł do miesz­ka­nia Szy­szły ko­mor­nik i wy­rzu­cił rze­czy bez­ro­bot­ne­go na po­dwó­rze, gdzie wa­la­ją się do dnia dzi­siej­sze­go. Szy­szło za­miesz­kał z dzie­się­cio­let­nim sy­nem na po­dwó­rzu do­mu, z któ­re­go zo­stał eks­mi­to­wa­ny”9.

„Ka­mie­niarz F.J. po utra­cie pra­cy i eks­mi­sji z miesz­ka­nia przez kil­ka ty­go­dni miesz­kał na scho­dach i w bra­mach śród­miej­skich ka­mie­nic. Jed­nej no­cy ktoś go po­lał ben­zy­ną i pod­pa­lił. F. prze­żył cu­dem, na sku­tek cięż­kich po­pa­rzeń stra­cił jed­nak zdol­ność do pra­cy fi­zycz­nej”10.

Głów­ny Urząd Sta­ty­stycz­ny two­rzy no­wą ka­te­go­rię – „bez­dom­ni z po­wo­du klę­ski miesz­ka­nio­wej”. Choć zo­sta­li uję­ci w od­po­wied­nich ru­bry­kach, w mie­ście wła­ści­wie nie ma dla nich miej­sca. Go­rącz­ko­wa roz­bu­do­wa ist­nie­ją­cych schro­nisk i bu­do­wa no­wych do­pie­ro się za­czy­na­ją.

Sku­pi­sko bla­sza­nych ba­ra­ków na Żo­li­bo­rzu, nie­opo­dal Dwor­ca Gdań­skie­go, po la­tach sta­nie się sym­bo­lem war­szaw­skiej bie­dy. Wcze­śniej w ba­ra­kach znaj­do­wa­ła się sta­cja kwa­ran­tan­ny Ko­mi­te­tu do Wal­ki z Epi­de­mia­mi, przez ja­kiś czas miesz­ka­li tu tak­że re­pa­trian­ci ze wscho­du i ucie­ki­nie­rzy z Ro­sji. Te­raz Pol­ski Czer­wo­ny Krzyż po­spiesz­nie ad­ap­tu­je mi­zer­ne bu­dyn­ki, by przy­jąć pierw­szą fa­lę eks­mi­to­wa­nych. W lu­tym 1924 ro­ku w czte­rech ba­ra­kach ży­je sto dwa­dzie­ścia sześć osób. Po kil­ku mie­sią­cach licz­ba miesz­kań­ców wzra­sta do pię­ciu­set. Nie dla wszyst­kich star­cza miej­sca pod da­chem, nie­któ­rzy mu­szą spać w na­mio­tach. W grud­niu 1925 ro­ku sto­ją tu trzy­dzie­ści trzy bu­dyn­ki, po pię­ciu la­tach jest ich już sześć­dzie­siąt sie­dem, plus na­mio­ty. Tło­czy się tu po­nad czte­ry ty­sią­ce lu­dzi. I wciąż bra­ku­je miej­sca11.

W 1934 ro­ku do schro­ni­ska przy­cho­dzi mło­dy re­por­ter „Ty­go­dnia Ro­bot­ni­ka” Jan Dą­brow­ski. Chce zo­ba­czyć i opi­sać ży­cie w osła­wio­nym sie­dli­sku nę­dzy. Nim do­trze do bra­my ogro­dzo­ne­go pło­tem i dru­tem kol­cza­stym osie­dla, mi­nie dzie­siąt­ki pro­wi­zo­rycz­nych bud i sza­ła­sów. Wznie­śli je ci, któ­rym z róż­nych po­wo­dów miej­sce w ba­ra­kach nie przy­słu­gu­je. Przy sa­mym par­ka­nie sza­ła­sy po­sta­wi­li ta­cy, któ­rzy ma­ją szan­sę do­stać miej­sce, gdy ja­kieś się zwol­ni. Z na­dzie­ją spo­glą­da­ją w kie­run­ku sto­ją­cej nie­co na ubo­czu kost­ni­cy. Każ­da śmierć w schro­ni­sku to dla tych pod bra­mą do­bra wia­do­mość.

Dą­brow­ski ma tro­chę swo­bo­dy. Je­go po­ja­wie­nie się nie zo­sta­ło od­no­to­wa­ne przez kie­row­nic­two ośrod­ka, któ­re za­miast ba­ra­ków miesz­kal­nych z pew­no­ścią wo­la­ło­by mu po­ka­zać am­bu­la­to­rium, kuch­nię, żło­bek czy nie­wiel­ką świe­tli­cę dla mło­dzie­ży. Re­por­ter szyb­ko ru­sza na ob­chód. Pierw­sze po­miesz­cze­nie, do któ­re­go tra­fia, ma dwa­na­ście me­trów kwa­dra­to­wych. Miesz­ka tu osiem osób. Są trzy łóż­ka.

„Tam, we dwo­je na jed­nym; my, ot tu na dru­gim, oj­ciec mę­ża na trze­cim, a dzie­ci na pod­ło­dze” – mó­wi jed­na z ko­biet.

W na­stęp­nych izbach nie jest le­piej. Nie­wiel­ką łaź­nię wy­łą­czo­no z użyt­ku i po­dzie­lo­no na osiem czę­ści za po­mo­cą za­słon i fi­ran. Miesz­ka­ją tu sa­mot­ni i bez­dziet­ni. Łącz­nie trzy­dzie­ści trzy oso­by. Dą­brow­ski idzie da­lej. Tra­fia na strych. Po­miesz­cze­nie jest zbyt cia­sne, by sta­wiać w nim prze­pie­rze­nia, trzy­dzie­ści pięć ro­dzin ży­je tu po pro­stu ra­zem. Z me­bli ma­ją tyl­ko łóż­ka i skrzy­nie. Na sza­fy nie star­czy­ło­by miej­sca, zresz­tą i tak nie by­ło­by cze­go w nich trzy­mać. Jest ku­chen­ka wę­glo­wa i kil­ka mi­kro­sko­pij­nych okie­nek.

„Ale szy­by to do­pie­ro od nie­daw­na ma­my” – sły­szy re­por­ter.

Nie ma prą­du, schro­ni­sko jesz­cze dłu­go nie zo­sta­nie ze­lek­try­fi­ko­wa­ne. Miesz­kań­cy ko­lej­nych ba­ra­ków skar­żą się Dą­brow­skie­mu na mi­zer­ne ra­cje żyw­no­ścio­we, wil­goć i du­cho­tę w bu­dyn­kach, brak sa­ni­ta­ria­tów i sta­łej opie­ki le­kar­skiej. Jed­na z ma­tek na­rze­ka na wszę­do­byl­skie szczu­ry krad­ną­ce za­pa­sy je­dze­nia i mle­ka w prosz­ku. Gdy roz­mo­wa scho­dzi na zbyt wy­so­kie ko­mor­ne (czte­ry zło­te mie­sięcz­nie) i dzia­ła­nia dy­rek­cji, jak spod zie­mi wy­ra­sta uprzej­my po­li­cjant i ka­że dzien­ni­ka­rzo­wi opu­ścić obiekt12.

W dru­giej po­ło­wie lat dwu­dzie­stych żo­li­bor­skie schro­ni­sko ma co­raz wię­cej pro­ble­mów i co­raz czę­ściej pi­sze się o tym w pra­sie. Wła­dze mia­sta de­cy­du­ją się na bu­do­wę no­we­go ośrod­ka. Po­wsta­je on po dru­giej stro­nie Wi­sły, na An­no­po­lu. Po­cząt­ko­wo ko­lo­nia skła­da się z dwu­dzie­stu ba­ra­ków, któ­re ma­ją po­mie­ścić pół­to­ra ty­sią­ca bez­dom­nych. W naj­bliż­szych la­tach bę­dzie roz­bu­do­wy­wa­na. Bu­dyn­ki są par­te­ro­we, po­dzie­lo­ne na izby. W każ­dym znaj­du­je się piec ku­chen­ny, be­to­no­wa piw­nicz­ka na wę­giel i ziem­nia­ki, kil­ka schow­ków i nie­wiel­ka sień. Sto­ją w rów­nych sze­re­gach wzdłuż utwar­dzo­nych ulic pro­wa­dzą­cych do du­że­go cen­tral­ne­go pla­cu.

„An­no­pol to już dom, nie bez­dom­ność. To na­wet wy­go­da, czy­stość, to na­wet kom­fort. To są wła­ści­wie ta­nie miesz­ka­nia, a nie przy­tu­łek dla bez­dom­nych”13 – do­no­si en­tu­zja­stycz­nie „Ku­rier War­szaw­ski”.

Osie­dle prze­zna­czo­ne jest przede wszyst­kim dla lu­dzi cie­szą­cych się do­brą opi­nią i ja­ki­mi­kol­wiek do­cho­da­mi, bo ko­mor­ne ma być tu nie­co wyż­sze niż na Żo­li­bo­rzu.

Eks­mi­sje są już praw­dzi­wą pla­gą. Wie­lu ka­mie­nicz­ni­ków za są­do­wą pro­ce­du­rę eks­mi­syj­ną po­bie­ra od wy­rzu­ca­nych lo­ka­to­rów do­dat­ko­wą opła­tę. Bo tyl­ko wy­rok są­du upraw­nia do sta­ra­nia się o miej­sce w schro­ni­sku.

Po­trze­bu­ją­cych cią­gle przy­by­wa. W 1936 ro­ku w schro­ni­sku na An­no­po­lu, prze­wi­dzia­nym po­cząt­ko­wo na czte­ry ty­sią­ce osób, bę­dzie sto pięt­na­ście bu­dyn­ków zaj­mo­wa­nych przez je­de­na­ście ty­się­cy lu­dzi. Ci, dla któ­rych nie star­czy­ło miej­sca w go­to­wych ba­ra­kach, miesz­ka­ją w nie­do­koń­czo­nych, bez okien i pod­łóg, na go­łym be­to­nie. Je­den z bu­dyn­ków jest uszko­dzo­ny, ob­su­nął się pod nim grunt.

W stycz­niu 1928, czy­li nie­ca­ły rok po otwar­ciu schro­ni­ska, w ga­bi­ne­cie wi­ce­pre­zy­den­ta War­sza­wy Win­cen­te­go Bo­guc­kie­go zja­wia się de­le­ga­cja „an­no­po­la­ków”14. Do­ma­ga­ją się za­trud­nie­nia przy pro­wa­dzo­nych na miej­scu ro­bo­tach bu­dow­la­nych oraz ze wzglę­dów sa­ni­tar­nych i mo­ral­nych ka­te­go­rycz­nie sprze­ci­wia­ją się kwa­te­ro­wa­niu kil­ku ro­dzin w jed­nej izbie. Nie zo­sta­ną wy­słu­cha­ni z na­le­ży­tą uwa­gą. Wa­run­ki w schro­ni­sku bę­dą się już tyl­ko po­gar­szać. Bra­ku­je wszyst­kie­go – żyw­no­ści, le­ków, opa­łu i per­so­ne­lu.

„Py­ta pan, co je­my. Śnia­da­nie – ka­wa­łek chle­ba al­bo chleb z her­ba­tą. Za­le­ży, jak star­czy pie­nię­dzy. Cza­sem to i ka­wał­ka go­łe­go chle­ba nie ma. Na obiad go­tu­je się zu­pę kar­to­fla­ną, na ko­la­cję her­ba­tę i je się to, co zo­sta­nie z obia­du. Bie­du­je się i gło­du­je, cze­ka się po­pra­wy i chcia­ło­by się jej do­cze­kać. Ale co to za ży­cie. Ani żyć, ani umrzeć”15 – po­wie dzien­ni­ka­rzo­wi jed­na z miesz­ka­nek An­no­po­la w 1932 ro­ku.

Przy wy­da­wa­niu po­sił­ków nie­rzad­ko roz­gry­wa­ją się dan­tej­skie sce­ny. W cza­sach naj­więk­szych nie­do­bo­rów li­cha zu­pa przy­słu­gu­je tyl­ko dzie­ciom. To one są te­raz ży­wi­cie­la­mi ro­dzin. Czę­sto kil­ka osób dzie­li mię­dzy sie­bie jed­ną, gó­ra dwie por­cje. By za­ro­bić na je­dze­nie, miesz­kań­cy schro­ni­ska wy­prze­da­ją wszyst­ko, co ma­ją. Ple­ni się pro­sty­tu­cja, tak­że wśród naj­młod­szych.

Je­de­na­sto­ty­sięcz­ne mia­stecz­ko bez­dom­nych ob­słu­gu­je tyl­ko jed­na przy­chod­nia, czyn­na sześć go­dzin ty­go­dnio­wo. To­a­le­ty zbu­do­wa­no w ta­ki spo­sób, że dzie­ci i star­cy nie mo­gą z nich ko­rzy­stać, o nie­peł­no­spraw­nych nie wspo­mi­na­jąc. Nie ma łaź­ni, su­szar­ni i pral­ni. Prać i su­szyć trze­ba w miesz­ka­niach. Wszę­dzie pa­nu­ją nie­zno­śna wil­goć i za­duch, ścia­ny ata­ku­je grzyb. Zmo­rą miesz­kań­ców schro­ni­ska są plu­skwy, pchły, wszy i ka­ra­lu­chy.

Z per­spek­ty­wy śród­mie­ścia An­no­pol ma jed­nak pew­ną nie­za­prze­czal­ną za­le­tę. Pi­sze o tym w 1938 ro­ku Elż­bie­ta Szem­pliń­ska-So­bo­lew­ska na ła­mach „Wia­do­mo­ści Li­te­rac­kich”: „An­no­pol jest da­le­ko. Nie ra­zi ni­czy­ich oczu drew­nia­ny­mi, mu­ro­wa­ny­mi, be­to­no­wy­mi schro­na­mi. […] Ta nę­dza jest zlo­ka­li­zo­wa­na jak za­ra­za. Wy­wie­zio­na w szcze­re po­le. Osa­dzo­na na pia­skach. Po­zba­wio­na zę­bów i pa­zu­rów. Ta­ka nę­dza do oglą­da­nia, po­ka­zo­wa, kli­nicz­na, uję­ta w sys­tem, bez­piecz­na jak zwie­rzę­ta w re­zer­wa­cie, za­tru­wa­ją­ca swym ja­dem tyl­ko sa­mą sie­bie. Nę­dza bez po­rów­na­nia i bez kon­tra­stu. Bez­na­dziej­na”16.

 

An­no­pol i Żo­li­borz to dwa naj­więk­sze schro­ni­ska w mie­ście. Miesz­ka tu w su­mie kil­ka­na­ście ty­się­cy lu­dzi, czy­li do­brze po­nad po­ło­wa za­re­je­stro­wa­nych war­szaw­skich bez­dom­nych. Po­zo­sta­łych roz­lo­ko­wu­je się w mniej­szych ośrod­kach. W szczy­to­wym okre­sie jest ich w sto­li­cy aż dwa­na­ście.

Naj­lep­szą opi­nią cie­szy się schro­ni­sko przy uli­cy Pod­skar­biń­skiej, wy­bu­do­wa­ne jesz­cze na po­cząt­ku lat dwu­dzie­stych. To du­ża i cał­kiem so­lid­na na­roż­na ka­mie­ni­ca z od­ręb­ny­mi miesz­ka­nia­mi. Że­by się tu do­stać, trze­ba mieć nie­po­szla­ko­wa­ną opi­nię i udo­wod­nić, że dys­po­nu­je się do­cho­dem umoż­li­wia­ją­cym po­kry­cie ko­mor­ne­go. Miesz­ka tu wie­lu rze­mieśl­ni­ków i niż­szych ran­gą urzęd­ni­ków.

Za do­bre ucho­dzi też schro­ni­sko na Mo­czy­dle, gdzie ży­ją głów­nie ro­dzi­ny wy­pro­wa­dzo­ne z wa­lą­cych się bu­dyn­ków. Oba te ośrod­ki sta­no­wią jed­nak chlub­ny wy­ją­tek od przy­gnę­bia­ją­cej re­gu­ły.

„Zbie­ra­ni­na naj­roz­ma­it­sze­go ty­pu lu­dzi. Co­dzien­ne bój­ki, ha­ła­sy, straż ba­ra­ków jak mo­że re­gu­lu­je po­rzą­dek. Czę­ste ob­ła­wy po­li­cji z mia­sta, wte­dy wy­cią­ga­ją nas w no­cy na dzie­dzi­niec, sta­wia­ją w sze­re­gu, kon­tro­lu­ją do­ku­men­ty i z po­wro­tem pusz­cza­ją do ba­ra­ku – pi­sze w dzien­ni­ku Sta­ni­sław, bez­ro­bot­ny cie­śla, miesz­ka­niec schro­ni­ska przy uli­cy Ko­ziel­skiej, naj­star­sze­go w War­sza­wie. – Na świe­cie cu­dow­nie, w ba­ra­ku po­wie­trze dusz­ne, smro­dli­we, na­ry i ścia­ny peł­ne plu­skiew. Nie moż­na spać. Jak tyl­ko się po­ło­żę, ca­ła ar­mia plu­skiew na­pa­da na mnie i gry­zie nie­mi­ło­sier­nie. Cho­dzi­my spać na dzie­dzi­niec. Pod ba­ra­kiem, na ca­łą dłu­gość, ukła­da­my swo­je po­sła­nia, okry­wa­my się łach­ma­na­mi i tak je­den przy dru­gim śpi­my, do­pó­ki nas deszcz lub po­li­cja do kon­tro­li do­ku­men­tów znów nie zbu­dzi”17.

Przy uli­cy Oko­po­wej znaj­du­ją się dwa schro­ni­ska. Jed­no z nich, tuż przy wiel­kim tar­go­wi­sku – Ker­ce­la­ku, jak ma­gnes przy­cią­ga prze­stęp­ców. Dru­gie, nie­co da­lej, pod nu­me­rem pią­tym, ma tak fa­tal­ne wa­run­ki sa­ni­tar­ne, że przez la­ta sta­no­wi wy­lę­gar­nię lo­kal­nych epi­de­mii. Czte­ry kry­te pa­pą ba­ra­ki z kle­pi­skiem za­miast pod­ło­gi są cał­ko­wi­cie po­zba­wio­ne do­stę­pu do bie­żą­cej wo­dy, a chwi­la­mi po­miesz­ku­je w nich na­wet dwie­ście pięć­dzie­siąt osób. Ko­lej­ne de­zyn­fek­cje nie przy­no­szą re­zul­ta­tów. W 1935 ro­ku obiekt zo­sta­je zbu­rzo­ny.

Nie le­piej jest w Po­lu­sie przy uli­cy Lu­bel­skiej. Schro­ni­sko po­wsta­ło, gdy do Pol­ski do­tarł wiel­ki kry­zys. Mia­sto ku­pi­ło wte­dy i w bły­ska­wicz­nym tem­pie za­adap­to­wa­ło bu­dyn­ki nie­czyn­nej fa­bry­ki obu­wia. Wnę­trza po­szat­ko­wa­no prze­pie­rze­nia­mi z dyk­ty, de­sek, ga­zet i szmat. Są też mniej­sze po­ko­iki, „cia­sne, ni­kłe, brud­ne, któ­rych ca­łe ume­blo­wa­nie sta­no­wi roz­kle­ko­ta­ne łóż­ko, przy­po­mi­na­ją­ce bar­łóg, roz­pa­da­ją­cy się stół i po­wy­krę­ca­ne krze­sła. Na ścia­nach wy­tar­te chod­ni­ki. W jed­nej z kli­tek mie­ści się wspól­na dla kil­ku ro­dzin kuch­nia, przy­czy­nia­ją­ca za­du­chu i go­rą­ca i tak już ście­śnio­ne­mu po­wie­trzu. Ścia­ny po­czer­nia­ły od swę­du”18.

Co­dzien­ność Po­lu­sa to „we­ge­ta­cja i roz­pacz­li­we trzy­ma­nie się ży­cia lu­dzi zbęd­nych – lu­dzi, któ­rych się cho­wa sprzed oka bliź­nich, jak za­kry­wa się ro­pie­ją­cą i cuch­ną­cą ra­nę”. Miesz­ka tu po­nad pół­to­ra ty­sią­ca osób, w tym ca­łe za­stę­py zło­dziei, oszu­stów, su­te­ne­rów i pro­sty­tu­tek. In­ka­sen­ci po­bie­ra­ją­cy od te­go to­wa­rzy­stwa co­mie­sięcz­ne opła­ty ja­ko je­dy­ni w War­sza­wie zo­sta­ją wy­po­sa­że­ni w broń.

„Wy­star­czy prze­kro­czyć próg bra­my, aże­by od ra­zu być wprost prze­ra­żo­nym. Wszyst­ko, co wy­obraź­nia ludz­ka mo­że stwo­rzyć, wi­dzi­my tu ja­ko rze­czy­wi­stość”19 – pi­sał w 1933 ro­ku prze­ję­ty re­por­ter „Ro­bot­ni­ka”.

Je­śli wy­lę­gar­nia cho­rób na Oko­po­wej, za­plu­skwio­ne ba­ra­ki na Ko­ziel­skiej i fa­bry­ka peł­na prze­stęp­ców na Lu­bel­skiej są ko­lej­ny­mi krę­ga­mi pie­kła, to drew­nia­ny bu­dy­nek na Dzi­kiej jest je­go ją­drem. Mi­mo że mó­wi się o nim Cyrk. Bo Cyrk to dno, „strasz­li­wa, otwar­ta ku nie­bu ra­na”20. Tra­fia­ją tu ta­cy, któ­rzy nie mo­gą na­wet ma­rzyć o miej­scu w ba­ra­ku. Przy­cho­dzą się tu prze­spać, gdy z war­szaw­skich ulic spę­dzą ich zim­no i deszcz. Za kil­ka gro­szy do­sta­ną ku­bek her­ba­ty i coś do zje­dze­nia, ale nad ra­nem mu­szą znik­nąć. Wra­ca­ją wie­czo­rem. I tak na okrą­gło. Cyrk nie jest schro­ni­skiem, to dom noc­le­go­wy. Pro­wa­dzą go al­ber­ty­ni. Bu­dy­nek stoi od 1895 ro­ku, ale do­pie­ro w po­ło­wie lat dwu­dzie­stych XX wie­ku za­czy­na być ob­le­ga­ny. I zy­sku­je złą sła­wę. Po­cząt­ko­wo by­ło w nim sto miejsc, gdy oka­za­ło się, że to zde­cy­do­wa­nie za ma­ło, do­bu­do­wa­no dru­gie skrzy­dło na ko­lej­nych sto. W la­tach naj­więk­sze­go kry­zy­su no­cu­je tu jed­nak na­wet i dzie­więć­set osób. „Gdy już za­ję­te są wszyst­kie izby i ko­ry­ta­rze, tak iż o przej­ściu przez po­ko­tem le­żą­ce zwar­to obok sie­bie cia­ła ludz­kie nie­po­dob­na po­my­śleć, po­zo­sta­je jesz­cze 150–200 osób, któ­re śpią, sto­jąc, two­rząc ży­wą ko­lum­nę istot, opie­ra­ją­cych się je­den obok dru­gie­go”21. Miesz­kań­ca­mi Cyr­ku są przede wszyst­kim al­ko­ho­li­cy, że­bra­cy i cho­rzy psy­chicz­nie, nie­ma­ło jest też kry­mi­na­li­stów, zda­rza­ją się tak­że po­zba­wie­ni pra­cy ro­bot­ni­cy se­zo­no­wi i włó­czę­dzy. „Co naj­mniej po­ło­wa bez ko­szul. Wy­star­cza złach­ma­nio­na ka­mi­zel­ka lub rza­dziej ta­ki sam swe­ter wprost na go­łym grzbie­cie. […] Sto­py w szma­tach po­wią­za­nych sznur­ka­mi”22.

Na po­cząt­ku lat trzy­dzie­stych na Dzi­ką przy­pad­kiem tra­fia Zdzi­sław Ka­li­ciń­ski, uczeń Gim­na­zjum Za­moy­skie­go. Na co dzień miesz­ka na Pra­dze, ale aku­rat po­sta­no­wił uciec z do­mu. Po­pchnę­ły go do te­go przej­ścio­we nie­po­wo­dze­nia w szko­le i strach przed gnie­wem ro­dzi­ców. Zdzi­siek uisz­cza od­po­wied­nią opła­tę u dy­żu­ru­ją­ce­go za­kon­ni­ka i o nic nie­py­ta­ny ru­sza w głąb Cyr­ku. Ob­le­pia go pół­mrok i du­szą­cy smród. Cie­pła ciem­ność cuch­nie li­zo­lem, de­na­tu­ra­tem i nie­my­ty­mi cia­ła­mi. A do te­go śle­dzie, ce­bu­la, czo­snek – pod­sta­wa die­ty „cyr­kow­ców”. Mi­mo to chło­piec pró­bu­je zna­leźć so­bie miej­sce. Na­ry, choć trzy­pię­tro­we, są już, rzecz ja­sna, za­ję­te, a i na pod­ło­dze nikt się już chy­ba nie zmie­ści. W koń­cu Zdzi­siek ukła­da się pod oknem; nikt tam nie le­ży, bo w cza­sie desz­czu ro­bi się w tym miej­scu ka­łu­ża. Kła­dzie się w bu­tach, na­kry­wa je­sion­ką, tecz­kę wsu­wa pod gło­wę. Nie mo­że jed­nak usnąć, przy­glą­da się są­sia­dom. „Jed­ni roz­czo­chra­ni, nie­ogo­le­ni, ubra­ni w śmier­dzą­ce łach­ma­ny, cza­sem ka­le­cy – bez rę­ki, no­gi czy oka, star­si wie­kiem. In­ni ubra­ni bied­nie, ale ogo­le­ni, ucze­sa­ni, pod kra­wa­tem przy­po­mi­na­ją­cym ra­czej ko­lo­ro­wą poń­czo­chę pięć lat nie­pra­ną, za­wie­szo­ną pod brud­nym koł­nie­rzy­kiem, któ­ry kie­dyś był bia­ły”23. Nie­któ­rzy w pół­śnie, in­ni za­ję­ci iska­niem się z wiel­kich pło­wych wszy. W ci­szy sły­chać mia­ro­we od­de­chy, po­chra­py­wa­nie i trzask roz­gnia­ta­ne­go w pa­znok­ciach ro­bac­twa. Jed­na noc wy­star­cza, by mło­de­mu Ka­li­ciń­skie­mu wy­pa­ro­wa­ły z gło­wy my­śli o uciecz­ce i wol­no­ści. Na­stęp­ne­go dnia po­tul­nie wra­ca do do­mu.