Zielona mumiaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Fergus Hume

Zielona mumia

Warszawa 2016

Spis treści

Rozdział I. Zakochani

Rozdział II. Profesor Bradock

Rozdział III. Tajemniczy grób

Rozdział IV. Straszna niespodzianka

Rozdział V. Tajemnica

Rozdział VI. Śledztwo

Rozdział VII. Kapitan Hervey

Rozdział VIII. Baron Frank Random

Rozdział IX. Plany pani Jascher

Rozdział X. Peruwiański hidalgo i jego córka

Rozdział XI. Rękopis

Rozdział XII. Nowe odkrycie

Rozdział XIII. Z tajemnicy w tajemnicę

Rozdział XIV. Zwrot nieprzewidziany

Rozdział XV. Oskarżenie

Rozdział XVI. Jeszcze rękopis

Rozdział XVII. Przypadkowy zbieg okoliczności

Rozdział XVIII. Odkryty

Rozdział XIX. Obok prawdy

Rozdział XX. List

Rozdział XXI. We własnych sidłach

Rozdział XXII. Podarek ślubny

Rozdział XXIII. Nowy mord

Rozdział XXIV. Wyznanie

Rozdział XXV. Wyroki boskie

Rozdział XXVI. Nad rzeką

Epilog

Rozdział I

Zakochani

Oburzona jestem na pana!

– I za cóż to, wielki Boże?

– Za to, że poważyłeś się kupować mnie za pieniądze!

– Byłoby to przecież niemożliwe, jesteś bez ceny w moich oczach.

– A przecież za tysiąc funtów!

– Stokrotnie większa nawet kwota nie wystarczyłaby nigdy na zrównoważenie setnej części wartości, jaką przedstawiasz dla mnie, Lucy.

– Wszystko to bardzo ładnie brzmi, nie zmieni jednak faktu, żeś ofiarował za mnie tysiąc funtów.

– Czyż nie znajdziemy przyjemniejszego tematu do rozmowy od tej gminnej kwestii pieniężnej.

– O czymże mamy mówić?

– O miłości, droga Lucy. Widzisz to niebo błękitne, jak twoje oczy, to słońce błyszczące, jak twoje włosy...

– I palące jak miłość twoja – wiem już z góry, co mi powiesz.

– Nie wierzysz więc w miłość moją?

– Owszem. Aż do wysokości tysiąca funtów.

– Jesteś kobietą, Lucy, nie podobna więc walczyć z tobą rozumowaniem. Wiesz przecie, że nie kupiłem cię wcale, a tylko pożyczyłem twemu ojczymowi tysiąc funtów, za co pozwolił mi starać się o twoją rączkę.

– Nie miał żadnego prawa pozwalać albo nie pozwalać! Jest tylko przecie moim ojczymem. Dziwię się, że prosiłeś go o to niepotrzebne zezwolenie.

Widząc, że nie dojdzie do ładu z dziewczyną, dopóki jej wszystkiego nie opowie, Archibald Hope zdecydował się zdać dokładnie sprawę narzeczonej ze sposobu, w jaki zdobył sobie jej rękę.

– Gdy oświadczyłem profesorowi, że chcę się z tobą żenić, odpowiedział mi, że daleko bardziej by wolał, abyś została żoną barona Randoma, niż takiego malarza bez grosza, jakim ja jestem. Zwróciłem wówczas jego uwagę, że to ja cię kocham a nie Random, że zresztą Random pojechał właśnie swoim jachtem w daleką podróż, która Bóg wie jak długo potrwa, podczas kiedy ja jestem na miejscu. Po głębszym namyśle profesor powiedział mi, że da mi możność zdobycia twojej ręki.

– Co przez to rozumiał?

– Wiesz, do jakiego stopnia ojciec twój rozmiłowany jest w mumiach.

– Wiem, to przecie egiptolog.

– A właśnie. – Uczony jest bardzo i dziwię się, że nie ma tyle sławy i uznania, na ile zasługuje. Otóż, wracając do rzeczy, ojczym twój wyznał mi, że pragnie gorąco nabyć mumię peruwiańską, o której wie, że jest na sprzedaż za tysiąc funtów. Mumia ta ma być obandażowana zielonymi wstążkami i zamknięta w zielonej skrzynce.

– Wiem już, wiem. Po nią to posłał ojciec Boltona na Maltę przed sześciu tygodniami.

– Tak. Sydney Bolton jest tak samo zwariowany na punkcie mumii, jak twój ojczym. Otóż zdobyłem te pieniądze i ofiarowałem je profesorowi, a wówczas on zezwolił na nasze zaręczyny i na ślub nasz, który ma się odbyć za pół roku.

– Czy przynajmniej jesteś pewien, że w ciągu tych sześciu miesięcy nie rozporządzi inaczej moją ręką?

– Zmienna jesteś, jak chorągiewka, Lucy. Przed chwilą mówiłaś, że pozwolenie to jest całkiem zbyteczne, a teraz boisz się, aby ci go nie cofnął?

– Lubię dosyć profesora – odparła dziewczyna. – Był zawsze dla mnie bardzo dobry, pomimo swoich dziwactw. Przekonana jestem przecież, że będzie uszczęśliwiony, skoro się mnie raz z domu pozbędzie. Pojedzie wtedy natychmiast ze swoim Boltonem do jakiegoś tajemniczego grobu, o którym ciągle marzy.

– Ta wyprawa kosztować go będzie więcej niż tysiąc funtów. Na szczęście to już nie nasza rzecz. Dajmy zresztą pokój profesorowi i jego mumiom, kiedy Bogu dzięki jesteśmy zdrowi i szczęśliwi.

– To prawda! Jak to przecie dobrze, że przez całe sześć miesięcy nikt nam spokoju nie zakłóci.

– Co pięć minut zmieniasz zdanie, droga Lucy. Widzę, że nie można liczyć na twoją stałość.

– Czy wolałbyś, abym się stała podobna do wdowy Bolton, która od dwudziestu pięciu lat zdania nie zmieniła? Oto właśnie zbliża się tu jak sztandar żałobny.

Wdowa Bolton była matką Sydneya Bolton, sekretarza profesora Bradocka. Straciwszy przed dwudziestu pięciu laty męża, nosiła po nim grubą żałobę, z tego powodu wszyscy w okolicy nazywali ją wdową Bolton, z czego zresztą była bardzo dumna.

Mimo tak bezprzykładnej wierności dla zgasłego małżonka, wdowa Bolton wygłaszała chętnie opinie bardzo niepochlebne dla rodu męskiego. I teraz, spotkawszy młodą parę, zauważyła grobowym głosem:

– Och! moi młodzi państwo cieszycie się teraz pierwszą miłością, ale to prędko minie.

– Dla nas nigdy nie minie – odparła Lucy lekko urażona.

– To samo mówiliśmy nieboszczyk mój Aron i ja, a przecież w sześć miesięcy po ślubie mąż mój bił mnie żelazkiem do prasowania. Wszyscy mężczyźni są jednacy.

– Ładną ma pani o nas opinię – zaśmiał się Archie.

– Bo żyję długo i dużo widziałam, mój młody panie. Wszyscy mężczyźni to łotry, moja panienko – dodała, zwracając się do Lucy.

– A syn pani Sydney? Przecież go pani nie nazwiesz łotrem?

– Byłby nim niezawodnie, gdyby tylko mógł, bo podobny jest jak dwie krople wody do mojego Arona.

– Wstydziłaby się pani mówić tak, o własnym synu. Sydney jest bardzo porządnym chłopcem i mój ojciec bardzo go ceni, inaczej nie posłałby go na Maltę. Zobaczy pani, ile ciekawych historii opowie nam po powrocie.

– Jeżeli tylko powróci – jęknęła grobowo stara.

– Dlaczego pani tak mówi?

– Z pewnością wdzięczna jestem panu profesorowi, że dał edukację memu synowi i nauczył go, jak ma chodzić koło zakamforowanych nieboszczyków, chociaż ja sama nie patrzyłabym za nic w świecie na te maszkary. Ale po tym, co mi się dziś śniło, wiem dobrze, że darmo bym czekała na powrót mego chłopca.

– Cóż się pani takiego śniło? – pytała ciekawie Lucy.

– Okropne rzeczy, panienko. Wojna, mordy, krew. Widziałam mego Sida, jak leżał w grobie z harfą w ręku i grał na niej, jak grają aniołowie. Tak, tak – mówiła dalej, otulając się swoim wytartym szalem. – Widziałam mego Sida, jak leżał w trumnie piękny jak cherubin, a ciało miał posiekane na kawałki.

– Jak pani może pleść takie głupstwa! – zawołał Archie z gniewem, widział bowiem, że gadanina starej wywierała wrażenie na Lucy, która zbladła jak ściana i zdawała się być bliska omdlenia.

– Czarownica z Endor mówiła mi, że taki sen musi się sprawdzić.

– Niech diabli porwą czarownicę z Endor razem z jej głupimi proroctwami! Weź pani tych kilka pensów – dodał, wręczając wdowie Bolton srebrną monetę – i zapij w szyneczku twoje troski, a przestaniesz nam zawracać głowę swoimi snami. Wiemy przecież wszyscy, że Bolton powróci tu za parę dni, razem z mumią. To sprytny chłopak i można być pewnym, że da sobie radę w każdym położeniu.

Wdowa Bolton przyjęła z dygnięciem ofiarowane sobie pieniądze ucieszona widocznie nadzieją paru szklaneczek grogu, którym miała zamiar uraczyć się w pobliskiej szynkowni.

 

– Dobry pan jesteś, panie Hope – rzekła do narzeczonego Łucja. – Jak przywiozą tu ciało mego syna, to pan przyjdziesz na pogrzeb! Prawda?

To rzekłszy podreptała w stronę gospody.

– Kracze złowrogo jak wrona – zawołała po jej odejściu Lucy oburzona tak niedorzecznym przypuszczeniem, wygłoszonym przy tym z taką obojętnością. – Trudno doprawdy uwierzyć, że ta stara wariatka może być matką tak miłego i inteligentnego chłopca jak Sidney.

– Sidney zawdzięcza wszystko profesorowi, dzięki jemu tylko stał się tym, czym jest obecnie. Przed dziesięciu laty był to zwyczajny włóczęga bez wykształcenia. Dziś prezentuje się doskonale i nie dziwiłbym się wcale, gdyby został mężem pani Jascher.

Tylko że pani Jascher wolałaby mego ojczyma – zauważyła Łucja.

– Za to on nie zwraca na nią żadnej uwagi. Gdyby była mumią, traktowałby ją o wiele lepiej. Tak jak jest, zdaje się jej wcale nie widzieć.

– Nie mów tego z taką pewnością – zauważyła Łucja. – Pani Jascher jest bardzo powabna, a przy tym ma pieniądze. Kto wie, jak się to skończy.

– Widzę, że chcesz bawić się w swaty, ale chodźmy już, bo spóźnimy się na obiad.

– Archie – spytała po chwili Łucja – czy wierzysz w sen pani Bolton?

– Wierzę w to, że się upiła i miewa halucynacje. Bolton powróci tu za parę dni zdrów i cały a ty droga nie zaprzątaj sobie głowy paplaniną starej pijaczki.

– Wolałabym jednak, aby mi nie opowiadała takich rzeczy – rzekła Łucja z drżeniem w głosie.

Rozdział II

Profesor Bradock

Znany miłośnik i znawca starożytności profesor Bradock mieszkał wraz ze swą pasierbicą Łucją we wsi Gartleg, w starym opustoszałym domu.

Dom ten wynajmował profesor za bardzo niską cenę, a to dlatego, że nikt inny mieszkać w nim nie chciał z powodu, że okolica była błotnista i niezdrowa. Budynek to był okazały, ale bardzo brzydki, za to wygodny wewnątrz.

Zbudowany z czerwonej cegły obramowanej białym kamieniem, położony był trochę za wioską, niedaleko gościńca łączącego Gartleg z pobliskim fortem, gdzie mały oddział wojska stał zawsze załogą.

Profesor urządził sobie na parterze (dom był trzypiętrowy) całe muzeum starożytności i wykopalisk egipskich i peruwiańskich, tam też zainstalował swój gabinet do pracy.

Jadał i sypiał pośród swoich mumii i hieroglifów, ukazując się bardzo rzadko w sali jadalnej, położonej na pierwszym piętrze. Profesor nie był bogaty i sam się chętnie przezywał gołym mędrcem. Pozbawiony zupełnie zmysłu praktycznego, wiecznie roztargniony i zamyślony, zaniedbywał się w ubraniu, zapominał o jedzeniu, słowem żył w jakimś świecie zupełnie odrębnym, obojętny na codzienne wypadki życia. Trudno było zrozumieć, jakim sposobem taki człowiek mógł się ożenić, a przecież stało się to przed piętnastu laty.

W tym czasie profesor Bradock został mężem dość młodej jeszcze i dosyć majętnej wdowy, która była matką pięcioletniej córeczki imieniem Łucja. Po pięcioletnim pożyciu matka Łucji umarła, zostawiając profesorowi dożywotnią rentę pięciuset funtów, reszta jej majątku przypadała w dziedzictwie córce.

Wtedy to profesor osiedlił się w Gartleg, oddawszy poprzednio pasierbicę na pensję, gdy zaś Łucja dorosła, zabrał ją do siebie, oddał jej klucze od gospodarstwa, wyznaczył miesięczną pensję i wrócił do swoich egipskich badań, którym się oddał z większym niż kiedykolwiek zapałem.

Pewnego dnia Łucja, spodziewając się na obiad pani Jascher, nadobnej wdowy, która była najbliższą ich sąsiadką, pobiegła na dół do ojczyma, prosząc go, aby ogarnął się cokolwiek i przyszedł zjeść obiad wspólnie z nimi.

Otrzymawszy żądane przyrzeczenie, Łucja wróciła na górę i zajęła się wykwintniejszym przybraniem stołu, który suto ustroiła kwiatami. Sama szczęśliwa miłością swą dla Archibalda, pragnęła uszczęśliwiać wszystkich dokoła, na pierwszym zaś planie postawiła połączenie ojczyma swego z panią Jascher, która zdawała się gorąco pragnąć tego związku.

Urocza wdówka przybyła punktualnie na zaproszenie, a zamiast udać się na górę, weszła odważnie do jaskini lwa, czyli innymi słowy, wstąpiła do pracowni profesora.

Bradock siedział z lupą przy oczach całkiem pogrążony w studiowaniu jakiegoś egipskiego skarabeusza. Nie zwrócił najmniejszej uwagi na wchodzącą, która nie obraziła się tym wcale, przyzwyczajona będąc do dziwactw uczonego. Usiadła więc naprzeciw niego i przypatrywała mu się równie uważnie, jak on badanemu żukowi.

Pani Jascher wyglądała najwyżej na lat trzydzieści, mimo że metryka jej wykazywała ich już czterdzieści pięć. Rysy miała delikatne, kształty powabnie zaokrąglone, oczy duże o powłóczystym wejrzeniu i bujne ciemne włosy cokolwiek pokręcone. Słowem w całości przedstawiała się jako kobieta wcale piękna, może nawet bardzo piękna, gdyby nie to, że była nieco za mała w stosunku zwłaszcza do rosnącej z wiekiem tuszy.

Profesor Bradock wyglądał także bardzo młodo na swoje lata. Miał ich już pięćdziesiąt z okładem, a nikt by tego po nim nie poznał, tak świeżą miał cerę, tak żywe i błyszczące oczy. Średniego wzrostu i tuszy, miał piękne myślące czoło, oczy niebieskie jak turkusy, ręce i nogi drobne jak u kobiety. Dolna część twarzy nie harmonizowała z całością; było w niej coś brutalnego, a szczęka dolna wysunięta naprzód i silnie rozwinięta, byłaby raczej na miejscu w twarzy cyrkowego atlety, nie zaś człowieka oddanego wyłącznie nauce.

– Nie musi być łatwy w pożyciu – myślała pani Jascher – a gdybym wyszła za niego, żyć bym musiała wciąż wśród tych egipskich nieboszczyków, których towarzystwo nie nęci mnie bynajmniej. Za stara już jestem na takie próby.

Srebrne wygładzone zwierciadło wiszące na przeciwległej ścianie odbijało wdzięczną jej postać jak niegdyś zalotnych Egipcjanek, z których grobu było dobyte. Patrząc w nie, pani Jascher musiała przyznać sama, że jest jeszcze bardzo ponętna i uśmiechnęła się z lekka na myśl, jak dalece przymiotnik stara nieodpowiednim był w zastosowaniu do niej.

Poruszyła się z wdziękiem, szeleszcząc fularową suknią, z której wydzielała się delikatna woń chińskich perfum.

Perfumy te otrzymywała urocza wdówka prosto z Chin od jednego z przyjaciół zmarłego jej męża. I nikt w całej Anglii nie używał podobnych. Woń ich była bardzo przyjemna, a tak charakterystyczna dla pani Jascher, że znajomi jej utrzymywali, że poznać ją mogli po nich wśród największej ciemności lub pod najdziwaczniejszym przebraniem.

Profesor podniósł wreszcie wzrok od mistycznego skarabeusza i raczył zauważyć obecność swego gościa. Powstał wtedy z miejsca i postąpił na spotkanie wdowy, która wstała także wyciągając ku niemu rękę.

Stojąc tak naprzeciw siebie, wyglądali jak dwie figurynki saskie zdjęte na chwilę z etażerki.

– Czy pani do nas na obiad? – pytał bez wstępu profesor.

– Lucy zaprosiła mnie od tygodnia, czyżbyś pan o tym nie wiedział – odparła wdowa lekko urażona tą krótką pamięcią swego wielbiciela.

– Czy tak? A to zjesz pani doskonały obiad, bo Lucy jest wyborną gospodynią, chociaż jest bardzo uparta. Wyobraź pani sobie, że pasierbica moja nie chciała w żaden sposób sporządzić egipskiej potrawy, której przepis znalazłem w jednym z papirusów.

– I doskonale zrobiła – zawołała żywo pani Jascher. – Nie mam zupełnie zaufania do tych egipskich specjałów, tak samo jak nie pragnęłabym wcale zostać mumią, zanim moja godzina nadejdzie.

– A jednak jaka by to z pani była wspaniała mumia! Z jaką przyjemnością podjąłbym się balsamowania ciała pani po śmierci, o ile by pani nie wolała zostać spaloną w piecu kremacyjnym.

– Okropny pan jesteś – zawołała pani Jascher, blednąc mimo woli. – Widzę, że zapakowałby pan mnie bardzo chętnie do jednego z tych ohydnych sarkofagów.

– Ohydne sarkofagi! – krzyknął profesor z oburzeniem, które nie wróżyło pomyślnego końca rozmowy, gdyż uczony był niezmiernie prędki i zapalny jak siarka. – I pani śmiesz się tak wyrażać o arcydziełach starożytnej kultury? I cóż cię upoważnia do tego, atomie mułu i gliny?

Na szczęście w tej chwili właśnie wpadła Łucja z Archibaldem, wołając, że obiad na stole.

– Ratuj mnie pan! – zawołała wdówka, ujmując ramię Archibalda. – Profesor chce mnie za życia balsamować!

Rozdział III

Tajemniczy grób

W domu profesora znajdowała się jeszcze jedna dziwaczna istota, wyglądająca tak fantastycznie, jak gdyby jedno z bóstw wyrzeźbionych na sarkofagach zstąpiło nagle pomiędzy żyjących.

Był to Kanak, pochodzący z wysp polinezyjskich, którego Bradock przywiózł z jednej ze swych podróży. Dziwny ten człowiek był właściwie karłem o długich muskularnych rękach i krótkich mocnych nogach. Cerę miał jasnobrązową jak wszyscy Polinezyjczycy, a ciało jego było tatuowane w rozmaite desenie mające, jak twierdził profesor, głębsze symboliczne znaczenie. Twarz miał wcale piękną, mianowicie wspaniałe oczy, czarne jak aksamit i bardzo melancholijne. Najbardziej zaś uderzała w nim strzępiasta kędzierzawa czupryna pomalowana na kolor płomiennożółty jakąś szczególną farbą, której sekret on sam tylko posiadał.

Z powodu tego żółtego czuba, przezwano go Kakatoes i w istocie ubrany całkiem biało z swoją żółtą głową przypominał australijskie papugi noszące to miano.

Kakatoes pochodził z Wysp Salomona koło Australii. W dziecinnym jeszcze wieku sprzedany został przez ludzi swego plemienia do robót na plantacjach. Tam poznał go profesor, a wykupiwszy, wziął do siebie jako służącego. Kakatoes umiał już wtedy po angielsku, a przywiązał się tak do swego nowego pana, że, nie chcąc go opuszczać, popłynął wraz z nim do Europy.

Obcując wciąż z ludźmi oświeconymi, przejął od nich pewną zewnętrzną cywilizację, zachował jednak zawsze na dnie wrodzoną dzikość, która wybuchała niekiedy na zewnątrz w atakach strasznego gniewu. Wtedy jedno słówko profesora wystarczało, aby go uśmierzyć; poza tym jednak nikt inny nie miał na niego wpływu. Bradocka czcił jak bóstwo i był mu na skinienie posłuszny.

Spędzał też całe dnie w muzeum profesora, utrzymując w porządku jego zbiory, lecz nie był dopuszczany do innych usług, bo Łucja miała do niego odrazę i nie pozwalała mu stanowczo uwijać się po pokojach górnych pięter. W rzadkich tylko wypadkach usługiwał przy stole, najczęściej wtedy, gdy był kto z gości.

Tak też było i dziś. Kakatoes roznosił cicho i zręcznie półmiski, czujny na każde życzenie biesiadników. Pani Jascher dzieliła wstręt Łucji do niego i obie usuwały się ze wstrętem, ile razy, przechodząc, otarł się o ich suknie.

– Nie znoszę tego karła! – szepnęła pani Jascher gospodarzowi. – Po prostu wzdrygam się, ile razy do mnie się zbliży.

– Uprzedzenie, łaskawa pani – odparł Bradock. – Korzysta przecież pani z usług domowych zwierząt, a czymże jest on innym, jeśli nie cywilizowanym zwierzęciem.

– Może być czasem niebezpieczny.

– Wtedy tylko, gdy w złość wpadnie, ale w takich nawet chwilach ulega mojej władzy.

– Prawdę mówiąc – zauważył wesoło Hope – byłby o wiele wyżej na swoim miejscu, obsługując ucztę ludożerców.

– Nie mów tak, bo wstanę od stołu – zagroziła Łucja.

– Ależ owszem, możemy rozmawiać o czym innym, na przykład o tutejszej okolicy, która nie jest wcale wesoła. Nie rozumiem doprawdy, co może tu robić osoba tak światowa jak pani – dodał, zwracając się do pani Jascher.

– Jest widocznie jakiś magnes, który mnie tu przyciąga – odparła zalotnie wdowa, rzucając powłóczyste spojrzenie w stronę profesora. – Żart na stronę – dodała po chwili – dworek mój jest bardzo miły, a płacę bardzo tanio za jego najem. Teraz zmuszona jestem oszczędzać, bo mąż mój, który był konsulem w Chinach, nie zostawił mi żadnego majątku. Wkrótce jednak położenie moje się zmieni, czeka mnie bowiem znaczne dziedzictwo po bracie.

Łucja słuchała z pewnym zdziwieniem tych wynurzeń zalotnej wdowy.

Profesor za to nie zwracał na nie uwagi, kreśląc z roztargnieniem jakieś hieroglify widelcem po obrusie.

– Czy to już koniec obiadu? – spytał nagle Łucji – bo jeżeli tak, to pójdę do siebie. Mam dziś bardzo wiele do roboty. Ileż to skarbów mieści w sobie ten stary Egipt! Na przykład grobowiec królowej Tahazar, ulubionej żony biblijnego faraona.

– Tego, co zginął w Morzu Czerwonym? – spytał naiwnie Hope.

– Właśnie tego, tylko że stało się to w jakiś czas dopiero po śmierci królowej Tahazar. Znalazłem w muzeum w Kairze ciekawe dokumenty, które dowodzą, że królowa ta pochowana została w Etiopii, ze wszystkimi swoimi klejnotami i z częścią skarbów faraona. Znajdować się tam mają również dokumenty nieoszacowanej wartości. Cóż, kiedy taka wyprawa kosztowałaby najmniej pięć tysięcy funtów – westchnął profesor, wstając od stołu i chodząc wielkimi krokami po pokoju. Widoczne było, że zapomniał zupełnie o obiedzie i gościach.

 

– Bardzo bym chciała widzieć te egipskie klejnoty – mówiła pani Jascher. – Skoro tylko odziedziczę spadek po bracie, pożyczę panu pieniędzy na tę wyprawę.

– Czy tak? – rzekł żywo Bradock. – W takim razie chwytam panią za słowo. – Mówiąc to chwycił rękę wdowy, ściskając ją z całej mocy.

– Ależ owszem, nie cofam się – odrzekła wdowa trochę jednak zmieszana tak obcesową propozycją.

Łucja była bardzo niezadowolona z takiego obrotu rozmowy.

– Siadaj ojcze! – rzekła niecierpliwie – skończ wreszcie obiad. Będziesz miał i tak dość do roboty, skoro ci przywiozą twoją mumię.

– Jaką mumię? – zapytał z roztargnieniem profesor, nabierając śmietany.

– Mumię peruwiańską Inki...

– Inka Kaksas. A tak, Sidney przywiezie mi ją wkrótce z Malty. Gdy odwinę ją z zielonych powijaków, znajdę...

Tu profesor zatrzymał się nagle.

– Cóż pan tam znajdzie? – pytał Archie, widząc, że profesor nie kończy rozpoczętego zdania.

Bradock spojrzał na niego z ukosa.

– Prawdopodobnie znajdę tam zupełnie nowy przepis balsamowania ciał na sposób peruwiański.

Archie był prawie zupełnie pewny, że profesor nie powiedział prawdy i ukrywa coś przed nimi.

– No! odbyłem wreszcie tę pańszczyznę – rzekł Bradock, wstając od stołu i kierując się ku drzwiom. – Chodź, Kakatoes! Czas już nam zabrać się do roboty.

I odszedł, nie zadając sobie trudu usprawiedliwienia się przed panią Jascher. Kakatoes poszedł za nim.