Żal po stracie

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Wciąż. Tu. Jesteśmy

Lekcja utraty, lekcja najdłuższa

Wielka strata czy mała strata?

Co ja takiego zrobiłam, że muszę tak cierpieć?

Cierpienia egzystencjalne a poczucie wartości

Moje lekcje żałoby

Przeżywanie żałoby

Model żałoby i jego wszechstronność

Straty i krzywdy „losowe”

Starość nie radość

Cierpienia (dzieci) starych rodziców

Pytania o sens życia

Superofiara

W pułapce użalania się nad sobą

Tyle uczuć, tyle uczuć

Wsparcie w cierpieniu

Akceptacja a kapitulacja

Duchowy aspekt akceptacji

Wybaczyć ludziom (i sobie)

Przebaczyć losowi

Epilog

Źródła cytatów

Opieka redakcyjna: LUCYNA KOWALIK

Redakcja: MARIA ROLA

Korekta: WOJCIECH ADAMSKI, BARBARA GÓRSKA, MARIA WOLAŃCZYK, MAŁGORZATA WÓJCIK

Projekt okładki: MAREK PAWŁOWSKI

Zdjęcie na okładce: Fot. EWA WOYDYŁŁO-OSIATYŃSKA

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2020

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07176-2

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Wciąż. Tu. Jesteśmy

Świat się zatrzymał. Słońce zgasło. Od tej chwili wszystko trzeba zacząć od nowa.

Tak chciałam zacząć i już włączałam komputer.

Aż tu nagle powiedział mi ktoś: „Będziesz pisać o żałobie? Nie pisz o żałobie. Pisz o…”. I tu usłyszałam listę tematów bezpiecznych, zachęcających, ożywczych. O miłości, o planach życiowych, o poszukiwaniu siebie, o przyjaźni, o wybaczaniu, o rodzinie – właśnie, najlepiej o rodzinie, jaką się ma lub jakiej się nie ma, albo jaką chciałoby się mieć.

Ja jednak chcę pisać o żałobie, ale nie tylko tej najczarniejszej, związanej ze śmiercią. W życiu spotykają nas niezliczone utraty i żałoby, z pozoru całkiem błahe, a jednak dla wielu również trudne do przeżycia. Tak naprawdę chcę napisać o żalu po każdej stracie: małej, większej, największej. Niezbyt uważnie słuchałam więc tej listy weselszych propozycji. W pewnym momencie jednak zastanowiłam się. A może nie ma sprzeczności? Przecież właśnie o tym będę pisać. Bo czyż niejedna strata nie obraca wniwecz planów życiowych? A więc napiszę o tym, jak można na nowo zaplanować dalsze życie po klęsce… Myślałam dalej, czyż żałoba nie wynika z miłości? I czy nie jest początkiem budowania nowej siebie, takiej, która dopiero powstanie w opustoszałym życiu, nagle spowitym w udrękę osamotnienia? Napiszę, jak sama sobie z tym poradziłam. Mnie pomogła przyjaźń bliskich ludzi i życzliwość niebliskich. Bo to właśnie oni, inni ludzie, ścielą naszym żałobom miękkie posłanie, w którym odnajdujemy na nowo chęć życia, bezpieczeństwo i pociechę.

Dobrze, gdy żałoba idzie pod rękę z wybaczaniem – własnych win prawie zawsze, ale nie tylko własnych, niestety. Bo żałoba również może rozbudzić i przypomnieć echa dawnych uraz, złości i niespełnień, z którymi trzeba się na nowo spotkać, by w końcu przekonać się, kto te zapasy wygra: one, te echa minionych cierpień, czy ty i ja – już nie ofiary, lecz wolne i wyrozumiałe westalki przebaczenia. Bo my nadal wszystko możemy, no, prawie wszystko. Wszak zostajemy tu jeszcze na jakiś czas, na czas niewiadomy, podarowany. Mimo że ten czas bywa zrazu darem niechcianym. – „Po co mi czas teraz, kiedy wszystko się skończyło?”

Wszystko? A jednak przecież jesteśmy. Wciąż. Tu. Jesteśmy.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Lekcja utraty, lekcja najdłuższa

Jeżeli ten, kto odszedł, jednak nadal jest,

bo pozostawił ślady, o których tylu ludzi

opowiada, to odszedł czy nie odszedł?

Jeszcze zanim świadomość otworzy się na siebie samą i na świat, już uczestniczymy w lekcji utraty. Wszyscy, każdy. Na przykład, gdy nagle ustaje kołysanie – takie rozkoszne, narkotycznie błogie, nieskończenie miękkie, ciepłe i bezgranicznie bezpieczne. I oto nagle – nic. Kołysanie ustało. Gdzie podziało się TO nienazwanie błogie – miękkie i ciepłe, otulające, bezpieczne? Co się teraz ze mną stanie? Gdzie zaczynam się ja, gdzie się kończę? Może zaraz mnie już nie będzie? Tracę siebie… Jak to przetrwać? Czy przetrwam? Zaledwie przeczucie, jeszcze nie świadomość, ale to ona uczy nas płakać.

Zanim do reszty znuży nas przerażenie, płaczemy. Po swojemu, jeszcze bez słów, wołamy „Wróć!”. I to, czego nie pozwalamy sobie odebrać, przeważnie powraca, dosłownie na nasze zawołanie. Zostaje nam oddane, odzyskujemy to, o co wołamy, czego nie chcemy utracić. Powracają czułe objęcia, kołysanie, cielesna pieszczota, bezpieczeństwo. Pierwsza lekcja odrobiona: wołaj, krzycz, płacz jak najgłośniej, a odzyskasz. Odzyskamy może tylko na chwilę, ale w ten sposób powoli dowiadujemy się, że na tym polega życie, i tak jest dobrze. Tracimy, odzyskujemy, znów tracimy, uczymy się wytrzymywać najpierw krótkie rozłąki, potem coraz dłuższe. I jeszcze dłuższe. Aż kiedyś nasze wołanie i niezgoda na rozłąkę nie zdołają przywołać Utraconego. Staniemy w obliczu straty Nieodwracalnej. Nie do odzyskania. Nie do odwrócenia. To będzie druga lekcja. Musimy ją odrobić, aby się dowiedzieć, że to też można przeżyć.

Razem z tymi ćwiczeniami odzyskiwania lub nieodzyskiwania strat obudzi się i zadomowi w duszy oraz w ciele skomplikowana świadomość, że na świecie jest wiele rzeczy, które nie istnieją wyłącznie dla nas ani z naszego powodu. Że oprócz Ja istnieją inne byty, jacyś Oni, a wśród nich ten On i ta Ona, bez których nie chcemy istnieć. Dowiemy się też i wielokrotnie upewnimy, że Oni mogą pewnego dnia oddalić się, zostawić nas i już nie powrócić. A mimo to będziemy istnieć.

We Francji mówi się partir c’est mourir un peu – oddalić się, odejść, to trochę umrzeć. Czy nie jest też odwrotnie? Umrzeć to trochę odejść, odjechać, oddalić się. Tyle razy słyszałam lub czytałam w zwierzeniach osieroconych osób, osób w żałobie: „Myślę, że gdzieś wyjechał”, „Wyobrażam sobie, że wybrała się gdzieś daleko, tak jak kiedyś, tylko na dłużej”. Niektórzy dodają: „W wyobraźni nadal z nim / z nią rozmawiam. Teraz, mimo osamotnienia, czuję, że jesteśmy bliżsi sobie niż kiedykolwiek za życia, tak jakby nareszcie zniknęły między nami wszelkie bariery. Wydaje mi się, a może wcale mi się nie wydaje, tylko naprawdę słyszę, jak mówi, co mam zrobić, jak postąpić. Opiekuje się mną naprawdę, czuję to cały czas”.

Mnie samej zdarzyła się niedawno dosyć dziwna rzecz. Opracowywałam do druku wybór audycji radiowych mojego męża, Wiktora Osiatyńskiego. Przez kilka tygodni redagowałam w komputerze spisane przez kogoś audycje. W czasie tej pracy towarzyszyło mi halucynogenne wrażenie, że nie czytam dialogów, tylko słyszę je tak, jakby mój mąż rozmawiał ze swoimi gośćmi gdzieś obok, blisko, tylko że poza zasięgiem wzroku, tak jak naprawdę było – przez radio. W tym osobliwym transie, gdy miałam jakieś redaktorskie wahania, przysięgłabym, że wyraźnie słyszałam, jak podsuwa mi „swoją” wersję tekstu. Zapisywałam. Odczytywałam na głos. Brzmiała bezbłędnie. Naprawdę tak, jakby zredagował ją sam autor audycji. Takie metafizyczne przeżycie.

Moc pamięci i wyobraźni jest potężna. Ludzie w żałobie odbierają sygnały niemal rzeczywistej obecności od tych, których utracili. Rozszyfrowują znaki zaklęte w przypadkowym stuknięciu zatrzaskiwanych przeciągiem drzwi lub spadających obrazów zawieszonych na zbyt słabych gwoździach. Albo – jak Jan Kochanowski – posyłają ku niebiosom błagania o takie sygnały. Oto jedno z jego poetyckich westchnień żałobnych, napisanych po przedwczesnej śmierci córeczki Orszulki:

Gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest, lituj mej żałości,

A nie możesz li w onej dawnej swej całości,

Pociesz mię, jako możesz, a staw się przede mną

Lubo snem, lubo cieniem, lub marą nikczemną.[1]

Jan Kochanowski, Tren X

Obecność? Nieobecność? Co jest prawdą? Jeżeli ten, kto odszedł, jednak nadal jest, bo pozostawia ślady, o których tylu ludzi opowiada, to odszedł czy nie odszedł?

 

W gazetach puste miejsca obok nekrologów czasem zapełnia się sentencjami w rodzaju: „Nasi bliscy są z nami, dopóki o nich pamiętamy” lub „Najtrwalszym pomnikiem jest pomnik pamięci”, albo „Być może dla świata jesteś tylko człowiekiem, ale dla niektórych ludzi jesteś całym światem…”, czy też „Nie wszystek umrę…”[2] (to z Horacego). Czasem jakaś filozoficznie usposobiona redaktorka zamieści cytat z Mikołaja Gogola: „Gdyby nie było śmierci, życie nie wydawałoby nam się takie piękne”[3].

Wpisy te to ściągawki do ćwiczeń z ludzkiej żałoby. Zaczynają się w pierwszych chwilach życia i trwają nieprzerwanie do samego końca. Najpierw odkrywamy przerażenie, jakim napawa pauza w kołysaniu. Potem – jedno po drugim – przychodzą odkrycia kolejnych strat. Przeważnie pokazują nam miłosiernie, że można utracić cokolwiek, każdą rzecz, wszystko, ale na chwilę, po której utracone znów się pojawia. Każdego wieczoru światło znika, zapada noc. Ogarnia nas strach, czy światło jeszcze kiedyś rozbłyśnie. Co rano rozbłyska. Jaka ulga! I tak stopniowo coraz łatwiej godzimy się ze zmierzchami, odchodzeniem dnia, znikaniem słońca za horyzontem. Mama wychodzi z pokoju – z miejsca strach, rozpacz, płacz – po chwili mama powraca. Powtarza się to tak wiele razy, że strach już się nie odzywa, nawet gdy mama wydłuża chwile nieobecności. Aż uwierzymy, że powróci zawsze, że wystarczy zawołać, zapłakać. Do czasu. Pewnego dnia żaden płacz już jej nie przywoła.

To trzecia lekcja w szkole życia. Uczy nas oswajania strat i poznawania gorzkiego smaku sieroctwa. A przy okazji jeszcze tego, że strata stracie nierówna. Gdy jest wielka, żal też jest wielki. Gdy mała, żal bywa takim sobie żalikiem. Strata nie chwilowa, tylko wieczna, okrywa żałobą. Strata przejściowa – niecierpliwi. Dopiero co słyszałam o dziewczynce, którą codziennie odwoził do szkoły dziadek. Pod koniec wakacji jednak dowiedziała się, że od września jakaś miła pani Tereska będzie odwozić ją do szkoły, bo dziadek już nie może. Wyręczy też mamę, żeby ta mogła na czas zdążyć do pracy. Dziewczynce świat runął na głowę. Wszyscy dorośli w rodzinie przerazili się jej gwałtowną reakcją. „Nie będę chodzić do szkoły z żadną panią Tereską! W ogóle już nigdy nie będę chodzić do szkoły!”, krzyczała.

Tragedia. Wielka strata. Od czego to zależy? Czy można było inaczej zawiadomić dziewczynkę o nowym planie? Zapewne tak. Ale również nie bez znaczenia jest to, co się stanie teraz. Kto i jak pomoże dziewczynce przejść przez tę stratę? Można różnie. Można tak, że do końca życia będzie źle znosić zmiany. Że będzie jej trudno komukolwiek zaufać, zawierzyć, mieć jakąkolwiek pewność stałości. A można inaczej, tak by tragedia zmieniła się w oczekiwanie i zaciekawienie, może nawet w obietnicę. I wtedy pani Tereska gładko stałaby się przewoźnikiem, dziadek zaś mógłby doskonale wejść w nową rolę, na przykład partnera do warcabów po niedzielnych obiadach albo instruktora przy budowie karmnika dla ptaków. O ile znam małe dziewczynki, sądzę, że takie rozwiązanie każdej by się bardzo spodobało.

Wielka strata czy mała strata?

Choć strata może się w pierwszej

chwili wydawać wielka, niekiedy po pewnym czasie

staje się coraz mniej warta żalu.

Właśnie, od czego zależy indywidualne przeżywanie straty jako wielkiej lub jako niewielkiej? Pytanie ważne, ponieważ każdy, nawet bez wielkiego doświadczenia, niewprawiony w klasyfikację strat, od razu odpowie, że wielka strata wywoła wielki żal, mała zaś niewielki. Że żal niewielki łatwiej przejść, natomiast wielki może odebrać radość życia na długo, niekiedy na zawsze. Może nawet człowieka zabić.

Niedawno przeczytałam światowy bestseller Homo deus. Krótka historia jutra Yuvala Noaha Harariego, jednego z najciekawszych myślicieli XXI wieku. Ogólne przesłanie książki jest tak optymistyczne, że jej autora spotyka mnóstwo oskarżeń o szalbierstwo intelektualne. Zarzuca mu się, że ukazuje zdarzenia historyczne jako wielokrotnie bardziej dotkliwe niż nieszczęścia i straty przeżywane przez pokolenia współczesne. Czytałam to dzieło, nie bacząc na krytykę, tylko odwołując się do tego, co sama wiem o historii, co widziałam na własne oczy wcześniej i co widzę obecnie w moim fragmencie świata. Zresztą ja też pisałam trochę podobnie, na przykład w książkach o depresji lub o pamięci, że sami sobie często odbieramy pogodę ducha, idealizując przeszłość lub rozpamiętując życie pod kątem doznanych strat i krzywd, zamiast doceniać i świętować dary, jakie zsyła nam los. Profesjonalnie, ale również prywatnie, wyznaję wiarę w ludzkiego ducha, dzięki któremu można (i trzeba) poradzić sobie ze wszystkim. Rozumiem to dosłownie.

Książka Harariego mogłaby być lekturą terapeutyczną dla zgorzkniałych pesymistów. Opisuje zjawiska i wydarzenia, które bezlitośnie dziesiątkowały ludzkość w minionych stuleciach. Zarazy, plagi, żywioły i niemożliwe do powstrzymania wojny sprowadzały na ludzi choroby, śmierć i nieszczęścia, wobec których byli kompletnie bezradni. Tymczasem obecnie, chociaż nadal spotykają nas choroby, śmierć i nieszczęścia, to prosta statystyka każe przyjąć optymistyczną ocenę współczesnego świata, w każdym razie naszego zakątka. Dla większości z nas życie stało się nieporównanie bezpieczniejsze, zdrowsze, dostatniejsze i przede wszystkim dłuższe. Nawet ponura liczba śmiertelnych ofiar wypadków samochodowych w czasie każdego weekendu nie wybrzmiewa aż tak tragicznie, jak miliony ofiar dwóch wielkich wojen czy grypy zwanej hiszpanką w czasie wirusowej pandemii na początku zeszłego stulecia, czy epidemii czarnej ospy w XIV wieku.

A mimo to coraz więcej ludzi załamuje się psychicznie z powodu nerwic, depresji i pretensji do losu, że nie żyje im się szczęśliwiej, jeszcze dostatniej i jeszcze dłużej. A przecież, zauważa Harari, dzisiaj w większości krajów objadanie się jest dużo większym problemem niż głód. I najgroźniejsze choroby, będące obecnie głównymi zabójcami, czyli nowotwory i dysfunkcje układu krążenia, wynikają nie z bakteryjnych lub wirusowych zakażeń, lecz z siedzącego trybu życia oraz przesłodzonej i nadmiernie tłustej diety. Chciałoby się powiedzieć: „Ludzie, opamiętajcie się! Zobaczcie, co sami sobie robicie!”. Harari to właśnie mówi i właśnie to niektórzy mają mu tak bardzo za złe. Ja odwrotnie, powołuję się na jego książkę po to, aby zechciał ją przestudiować każdy, kto potrzebuje trochę więcej pogody ducha.

W świetle tych spostrzeżeń można powtórzyć umieszczone powyżej pytanie: Wielka strata czy mała strata? Jak ją oceniać? Czy można tę kwestię zobiektywizować, ustalając jakąś uniwersalną skalę strat oraz żalów, które im towarzyszą? Chyba jednak nie. Wiemy przecież, że bardziej boli własny skaleczony palec niż wiadomość o czyjejś złamanej nodze. Zauważmy też, że „pierwszy siwy włos na skroni” mógł przyprawić o szok i żal za gasnącą młodością lub po prostu za kasztanową czupryną, ale po pewnym czasie biega się ochoczo do fryzjera „zrobić sobie odrosty” nie tylko bez żalu, ale też bez poczucia jakiejkolwiek utraty. Znam osoby, które farbując włosy z powodu siwizny, wręcz się cieszą, ponieważ mogą co sezon wypróbowywać nowe ubarwienie. To się nazywa odrobiona lekcja.

Wracając do poważnych rozważań, zacznę od pewnego truizmu: mała strata własna wywołuje większy żal niż czyjaś wielka, i jeszcze to, że strata może się w pierwszej chwili wydawać wielka, a po pewnym czasie okazuje się coraz mniej warta żalu (jak z tym farbowaniem siwiejących włosów). Co więcej, w miarę przeżywania rozmaitych strat, zgub i rozstań, stopniowo się desensytyzujemy. Zawdzięczamy to specyficznej funkcji neurofizjologicznej naszego mózgu, który u zdrowych osobników pracuje zasadniczo na rzecz przetrwania. Desensytyzację można zastąpić bardziej potocznym słowem „uodpornienie”. Funkcja ta działa jak swoisty proces terapeutyczny polegający na stopniowym redukowaniu intensywności reakcji emocjonalnej na traumatyczne lub przykre przeżycia czy zjawiska wywołujące strach, grozę lub bezradność czy wstręt. Ten neurofizjologiczny mechanizm stopniowego oswajania z antagonistycznymi sytuacjami łagodzi także związane z nimi poczucie winy, rozdrażnienie, irytację oraz żal za czymś lub po czymś.

Ośmielam się postawić tezę, że całe nasze życie jest jednym długim przygotowaniem do śmierci – czyjejś, własnej, w ogóle do śmierci i umierania jako ostatniego etapu życia. Nie musimy o śmierci od samego początku myśleć ani rozmawiać, ponieważ owo przygotowanie to proces składający się z nieskończenie wielu nieuniknionych doświadczeń utraty. Wiedza o śmierci jest w ostateczności również nieunikniona. Pierwszym jej przeczuciem mogła być wspomniana na wstępie chwila paniki po ustaniu kołysania w ramionach piastunki. Mogło też być takim doświadczeniem nagłe zgaszenie światła i owładnięcie przez ciemność. Lub całkiem odwrotnie – gwałtowne rozbłyśnięcie żarówki, które kazało boleśnie zwęzić się jeszcze nie w pełni ukształtowanym źrenicom noworodka. Któż to wie? W gruncie rzeczy nieważne, CZYM będzie ta pierwsza strata – brakiem pieszczoty, brakiem ciszy, brakiem mroku czy brakiem światła… Życie na tym nie poprzestanie. To pewne, jak chyba nic innego w ludzkim losie, że od pierwszego tchnienia tracić będzie różne rzeczy on, człowiek, czyli ja, ty, my wszyscy, nieskończenie wiele razy.

Szeroki horyzont zakreślony przez dostęp do rozmaitych informacji o świecie dawnym i współczesnym pozwala własny skaleczony paluszek umieścić we właściwym miejscu skali cierpień. Tylko dziecku uchodzi zanoszenie się płaczem nad utraconym szpadelkiem czy misiem. Trudno przecież oczekiwać, by miało ono ów szeroki horyzont wynikający z nabywanej w ciągu lat wiedzy o świecie, w tym o wszystkich utraconych rzeczach, z powodu których ludzie od niepamiętnych czasów przeżywali i przeżywają swoje żale i żałoby. Wspomniałam o lekturze Harariego, aby podkreślić znaczenie szerokich horyzontów nie tylko z powodów poznawczych, lecz jeszcze bardziej z powodów emocjonalnych.

Proporcja między stratą wielką i niewielką może ulec zmianie, jeżeli potrafimy porównać nie tylko jedną swoją stratę z drugą swoją stratą, ale każdą swoją stratę z analogiczną, która przydarzyła się komuś innemu. I wcale nie chodzi o zanegowanie własnego żalu po stracie, tylko o to, by nie popaść w swoistą krótkowzroczność i nieracjonalne wyobrażenie o swojej wyjątkowości. Dlaczego? Ponieważ przez uznanie swojej straty za nadzwyczajną i niepowtarzalną łatwo uwierzyć, że jest ona niemożliwa do odżałowania. Zdarza się tak najczęściej dzieciom oraz tym niedzieciom, przekonanym, że zło lub przykrości, które ich spotykają, to jedyne prawdziwe nieszczęścia na świecie. Z takiej perspektywy własne przeżycia muszą wyglądać ekstremalnie i monstrualnie. Cierpienie po stracie jest zwykle również ekstremalne i monstrualne. Może prowadzić do samounicestwienia, głównie z powodu niemożliwości nawet wyobrażenia sobie, by z taką stratą móc się zmierzyć. A co dopiero dalej żyć.

Bo o ile każdą stratę, krzywdę, zawód, porzucenie, chorobę i nawet śmierć można w pierwszej chwili, a nawet w drugiej i kolejnej uznać za najprawdziwszy „koniec świata”, o tyle po tych pierwszych kilku chwilach (niech trwają nawet rok) już trzeba ją – tę krzywdę czy stratę – zobaczyć w odpowiednich proporcjach. Odpowiednich, czyli odpowiadających rzeczywistym losom realnych ludzi. A losy przecież podlegają niekiedy dramatycznym splotom, zawiłościom i wstrząsom. Czasem nawet nam się nie śni, jak niewyobrażalnie skomplikowanym. Właśnie w tym pomocny jest ów szeroki horyzont, czyli zobaczenie, jak ludzkość żyła i radziła sobie z losowymi zawiłościami niegdyś. I jak ludzie radzą sobie w podobnie trudnych lub znacznie trudniejszych sytuacjach również dzisiaj.

Pomoc w nabraniu dystansu do własnych zażaleń na los z powodu rozmaitych niespełnień czy utrat może nadejść z nieoczekiwanej strony. Po obejrzeniu amerykańskiego filmu pt. Trzy kroki od siebie Justina Baldoniego, o dramacie pary zakochanych nastolatków chorych na mukowiscydozę, usłyszałam komentarz: „Moje zmartwienia są niczym w porównaniu z problemami Stelli i Willa. Ciekawe, jak długo będę o tym pamiętać?”. Jak długo? Tyle, ile zechcesz. Żeby coś ważnego zapamiętać, trzeba po prostu pamiętać. Nabywanie wiedzy o życiu wiąże się z zapamiętywaniem tego, co dobre i mądre, i odrzucaniem tego, co małostkowe, głupie i zbyteczne. Ja ten film zapamiętam jako fabułę przypominającą mi, za co w moim życiu mogę czuć wdzięczność. Mądrość życiową pomagającą pielęgnować pogodę ducha można czerpać niekoniecznie z osobistych doświadczeń.

Powtarzamy nie bez przyczyny łacińską sentencję nihil novi sub sole – nic nowego pod słońcem. To jedno z najgłębszych upomnień humanizmu. Człowieku, nie wyobrażaj sobie, że jesteś kimś wyjątkowym i należą ci się szczególne względy lub przywileje. Cokolwiek cię spotyka, już było. Nic nowego pod słońcem. Filozof albo teolog powiedziałby, że w tej sentencji zawiera się istota pokory. Pokora nie oznacza bowiem, że ktoś jest gorszy od innych i zasługuje na cięższą dolę. Oznacza, że nikt nie jest lepszy i nie należy mu się lżejsza dola.