Greenpoint

Tekst
Z serii: Amerykańska
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Bronisława, 1980

Niepokoję się o córkę moją, Victorię, która ma wrogów w dzielnicy.

Zaczęło się, gdy w 2018 roku zainteresowała się pomnikiem katyńskim, który stoi w New Jersey. Burmistrz powiedział, że ma zniknąć z głównego placu nad rzeką. Victoria chciała, żeby został, bo Victoria czuje się Polką. Zawiadomiła osoby z Polonii i zaczęła pomagać, ponieważ potrafi pisać oficjalne listy i po mnie ma duszę społeczną. Lubi robić ludziom fejwer.

Niestety pomnika broniły dwie polonijne grupy, które się pokłóciły. Kilku panów z jednej grupy zaczęło grozić Victorii. Pani, której prawie nie znam, złapała mnie za rękę na Manhattan Avenue i powiedziała, że córka ma się nie wtrącać, bo może się zdarzyć nieszczęście.

Ale Victoria nie może usiedzieć na miejscu. Jeszcze przed aferą z pomnikiem powiedziała, że chce zostać polityczką, a to przecież nie jest bezpieczne. Zgłosiła się na kandydatkę do rady dzielnicy. Musiała chodzić po domach i po ulicach, żeby uzbierać podpisy. Baliśmy się z mężem o Victorię, więc też chodziliśmy. I jeszcze z moim synem, bratem Victorii, strzeżonego Pan Bóg strzeże. Mamy zajęcie na emeryturze, bo już z mężem nie pracujemy.

Z zawodu jestem szefem kuchni. Urodzona w Sarzynie pod Leżajskiem w 1947 roku. Było nas ośmioro rodzeństwa, związani z ziemią.

Mimo że już pracowałam w kuchni w Leżajsku, często do Sarzyny jeździłam, piętnaście kilometrów, żeby pomóc matce w polu. Żal mi było, że tak ciężko pracuje.

Ojciec z dziadkiem wybudowali pierwszy murowany dom na wsi. Nie brakowało ani jedzenia, ani roboty. Zawsze się pomagało innym. Pamiętam, że brałam z domu ser i chleb, i jak zabili świnię, to brałam też wędlinę i zanosiłam koleżankom. Lubiłam patrzeć, jak szybko jedzą. Że mogę głodne nakarmić.

Inni jeszcze sierpami cięli zboże, kiedy ojciec miał maszyny konne. Dwa konie do pracy na polu i jednego do jazdy na oklep. Dyrektor ze spółdzielni przychodził, chłopy i podziwiali te maszyny.

Nigdy zahukana nie byłam. Odkąd pamiętam, chciałam świat zobaczyć. Byłam w Rosji, w Ukrainie, w Niemczech, gdzie zamieszkała moja najmłodsza siostra. We Francji byłam, a w Ameryce jeszcze nie. Bo za mąż wyszłam i córki się urodziły. Starsze siostry mojej Victorii.

Mojej siostry mąż wyjechał pierwszy. Chciał wziąć mojego brata, napisał nawet list w tej sprawie, ale brat nie chciał jechać. Mówił: za rodziną i dziećmi jestem, będę do nich chciał wracać, nie wytrzymam. Wtedy ja się zgłosiłam do szwagra: „Wyślij zaproszenie do mnie. Ja pojadę”. W maju dostałam zaproszenie, ale poszłam do konsulatu dopiero w październiku. Jaka była kolejka w Krakowie, dwustu ludzi! Pani konsul zajrzała w te moje papiery: a czemu dopiero teraz? Ja, że przecież w żniwa nie mogłam. Mam dwie córki, jakżeż zostawić ich na pastwę losu. Musiałam poczekać, aż matka i siostra po żniwach będą mogły przypilnować dzieci. Pani konsul poruszona była tak, że podpisała dokumenty, i mogłam jechać. Na trzy miesiące do pół roku.

Z siostrą poszłyśmy na milicję, żeby podpisać opiekę nad dziewczynkami, dziewięć i siedem lat. Byłam rozwiedziona, nie mogłam zawierzyć ojcu moich córek.

Czy one się bały albo denerwowały?

Pewnie, że się bały, ale czy ja się nie denerwowałam jako mama? Potem, już w Ameryce, jednego obiadu człowiek nie zjadł, żeby nie myślał, czy te dzieci mają jedzenie. Czy dobrze żyją. Nie zobaczyłam córek osiem lat; takie były nasze czasy.

Na lotnisku odebrali mnie sąsiedzi z mojej miejscowości, zrobili mi fejwer, zawieźli mnie do sabłeja 131 Dupont Street, gdzie zamieszkałam z dwoma paniami. Teresa i Halina były z Biłgoraja. Przyjechały trzy lata przede mną, ciągle pracowały, na szczęście powiedziały też, gdzie można iść po pracę, to znaczy jak trafić do Reginy na Williamsburg. Jak się przyjechało, to od razu pracy nie było, przynajmniej takiej dobrej. Dla mnie nie było, bo ja nie znałam słowa po angielsku.

Na początek Regina dała mi karteczkę z adresem, a nawet zawiozła na Central Park West na Manhattan, 55 Ulica do Jennifer, która była w biznesie i na nic nie miała czasu. Sprzątanie i opieka nad dzieckiem, cały tydzień za sto dolarów. Wytrzymałam tam pół roku. Wolne miałam czwartki, więc poprosiłam Reginę, żeby mi co na czwartek znalazła. Poszłam do chasydów do hurtowni elektronicznej. Na Wszystkich Świętych i w Wielki Piątek też pracowałam. Do tych moich pań w mieszkaniu to przychodziłam może na dwie godzinki. Dzień dobry, dzień dobry, co słychać, czy są jakieś listy? Jak przysiadłam, to już tylko mówiłam: „Boże, żebym ja te pół roku wytrzymała, pracując tak ciężko”.

Pieniędzy, jak mówię, zarabiałam mało. Co tydzień wkładałam wypłatę w książkę, co trzy tygodnie leciałam do polskiego banku, żeby wpłacić na konto. Jak nie pracowałam i nie spałam, to pisałam listy i patrzyłam, żeby co kupić do Polski. Na zakupy i wysyłanie paczek był czas w niedzielę po południu, kiedy się nie pracowało.

Z trudem się dzwoniło, bo nie było telefonów. Tutaj, w Ameryce, były, ale tam może na plebanii i na zakładach chemicznych, może sołtys miał telefon, nie wiem. Pamiętam, jak do Sarzyny na zakłady chemiczne dzwoniłam. Listownie się z siostrą umówiłyśmy na telefon. Moja siostra przyszła z dziewczynkami. Ale nie połączyli, tylko mówili: połączenie, połączenie, połączenie – i nic. Prawie czterysta dolarów zapłaciłam. Po pół roku dodzwoniłam się wreszcie do siostry. Powiedziała, że ekonomia zaczęła lecieć i moją restaurację zamkli: „Jeśli masz okazję zostać – zostań”.

Razem podjęłyśmy decyzję, nie, że ja sama. Dziewczynkom i mnie było przykro. Najbardziej w święta, urodziny, zakończenie roku. Ciężko. W dniu ich pierwszej komunii w Polsce też szłam do kościoła, obiad robiłam, posiedziałam z paniami. Ale to nie to samo, co z rodziną. Te panie były starsze i ich dzieci były starsze, już przyzwyczajone, że mamy nie ma.

Pierwsze pieniądze wysłałam ojcu na traktor. Bo widziałam, jak ten ojciec chodzi za koniem, jak się męczy. Mogłam sobie wpłacić na poloneza albo na traktor – jedna cena była: dwa i pół tysiąca dolarów w 1981 roku.

Po roku ja się wyprowadziłam na 133 McGuinness. Wzięłam sama mieszkanie i dalej pracowałam siedem dni na okrągło. Do pracy dojeżdżałam metrem G oraz autobusem 61. Wyjeżdżałam o siódmej rano, wracałam o dwudziestej trzeciej, prócz niedzieli, kiedy kończyłam po południu.

W 1984 roku w tym autobusie spotkałam Jurka – George’a, z Gwatemali. On studiował na Polytechnic University, po szkole szedł do pracy. Rodzina wysłała go za granicę, ponieważ w Gwatemali był niepokój polityczny i groziło mu niebezpieczeństwo. Tata jego się bał, że mogą go porwać i zabić.

Kiedyś deszcz padał, a Jurek miał parasol. Tak się zaczęło.

Najmował u pani Ireny Klementowicz, którą wszyscy znali, bo walczyła z zanieczyszczeniami środowiska na Greenpoincie. Nie myślałam wtedy, że Jurek to akurat Latynos i mogą być kłopoty. Ja już widziałam, że ludzie ze sobą żyli, mimo że jedno było takie, a drugie inne. Za ulicą Huron mieszkali już przecież prawie sami Latynosi. Moje niektóre koleżanki umawiały się z nimi, a tylko niektóre się ich bały. Nikt nie rozróżniał, z jakiego są kraju.

Zdarzało się, że grupy młodych Portorykańczyków zaczepiały kobiety wracające z pracy. Zwłaszcza w piątek, kiedy miały ze sobą wypłatę. Tłumaczyłam: zapłaćcie dolara i weźcie autobus spod stacji metra. Będziecie bezpieczne, dolar to nie majątek.

Jak zaczęło się wracanie z Jurkiem, to jeszcze nie myślałam o przyszłości, tylko o pracy. Ale polubiliśmy się i rok później Jurek pojechał do Polski, żeby poznać moją mamę, siostrę i córki. Ja nie mogłam wyjechać z Ameryki, bobym nie wróciła. Przyjechał po dwóch tygodniach, bardzo mu się w Polsce podobało. Nie podobało mu się tylko to, że musiał płacić piętnaście dolarów dziennej taksy klimatycznej.

Mama się na Jurka zgodziła i w 1986 roku zostaliśmy małżeństwem. Miałam już zieloną kartę i uczyłam się na obywatelstwo.

Zaczęliśmy się rozglądać za mieszkaniem, bo już nie chciałam wynajmować, nie chciałam, żeby mi ktoś mówił: „A teraz podniosę ci rent”. Miałam doświadczenie w handlu i zrozumiałam kapitalizm. Powiedziałam Jurkowi: „Pójdziemy na swoje”. Jak Jurek dostał państwową pracę, kupiliśmy dom na Franklin: dla nas i jednego lokatora. Kiedy zadzwoniła do mnie Gienia z Sarzyny, wyrentowałam jej ten pokój i pracę znalazłam w kopertowni, bo pracował tam Ricardo, kolega Jurka, i dwie inne koleżanki z naszej miejscowości. Oraz ja się już potrafiłam dogadać, a Gienia nie.

Najważniejsze jest to, żeby jeden drugiemu robił fejwer.

Eryka, 1970

Jestem wdzięczna, że chociaż w małym stopniu Bóg pozwolił mi przybliżyć się do ludzi bezdomnych, aby zrozumieć, że nie nam jest dane ich sądzić. Tylko Bóg osądzi każdego z nas sprawiedliwie, bo tylko on zna nas najlepiej i wszystkie nasze intencje. Boże, kieruj moim życiem!

Kiedyś zwracałam się do niego, tylko gdy czegoś potrzebowałam, szczególnie kiedy nie wszystko się układało według moich myśli. Teraz powtarzam: „Boże, kieruj moim życiem”, ale także: „Pokaż, jak się mam odwdzięczyć” za wszystkie dary, które otrzymałam, za przyjaciół, za zdrowie i dobrą pracę, za rodzinę, dzieci i za wnuki.

Już dawno temu byłam gotowa robić więcej, tylko nie wiedziałam jeszcze co. Zawsze uważałam, że odwiedzanie chorych w szpitalach zaliczane jest do dobrych uczynków. W 1985 roku zadzwoniłam do pobliskiego szpitala, ale niestety sekretarka nie wierzyła w moje dobre intencje, myślała, że mam tam kogoś leżącego, dlatego chcę być wolontariuszką i mieć wolny wstęp do chorego. Było to jak chluśnięcie zimnej wody.

Potem zrodził się pomysł pomocy ludziom bezdomnym. Miałam dwa problemy: jak przezwyciężyć strach, bo zawsze bałam się bezdomnych, a drugi: gdzie ich znaleźć.

Drugi problem rozwiązał się niebawem, kiedy po zaparkowaniu samochodu pod domem zjawił się pan z walizką i płaszczem na ręku, z pytaniem, czy może spać w moim samochodzie. „Pan bezdomny?” – zapytałam. „Tak”. Czyli bezdomni, pomyślałam, byli cały czas obok, tylko ja ich nie zauważałam. Normalnie tobym szybko zamknęła samochód i uciekła. Ale teraz wiedziałam, że to nie przypadek. Poszliśmy usiąść na pobliskiej ławeczce. Dużo opowiedział mi o sobie. Mój pierwszy bezdomny miał na imię Miklos, pochodził z Węgier. Miły człowiek, inteligientny, bardzo schludny i oczytany, definitywnie przewyższał mnie z geografii. Nie wiem, czy był lekarzem, ale coś wskazywało na to, że kiedyś pracował w klinice aborcyjnej. Już w ten wieczór zaniosłam mu jedzenie do parku, później uwielbiał kapuśniak z ziemniakami. Poprosiłam naszego doormana, żeby w nocy pozwolił mu spać w naszym prywatnym parku za budynkiem. Kołdrę, którą mu dałam, zostawiał raniutko mocno przywiązaną do ławki, mył się w parku i przebierał w czystą bieliznę, którą ode mnie otrzymywał.

 

Miał urojenia po śmierci córki. „Julia mówi, że będzie sztorm, Julia powiedziała, że będzie burza”. Nosił przy sobie i dumnie pokazywał jej zdjęcie, jak bardzo była podobna do niego. Na każdą myśl o niej zachowywał się niespokojnie, zaczynał mówić sam do siebie, patrzył w chmury i pytał, czy słyszę, jak woła, jak śpiewa, informuje go, jaka będzie jutro pogoda itp. Jak mu przechodziło, to normalnie rozmawiał. Kiedyś, kiedy odnosił naczynia po posiłku, sąsiedzi zapytali go, czy jestem jego córką. Powiedział, że tak.

Nie godził się na pomoc psychologa. O szpitalu też nie było mowy.

Kiedyś o jedenastej w nocy zerwała się burza i ulewa. Pomyślałam, że Miklos sam na dworze. Wybiegłam z domu z parasolką, którą wiatr mi zaraz z rąk wyrwał, ale Miklosa nie było. Trudno mi było zasnąć tej nocy, więc na drugi dzień powiedziałam, że mój samochód jest otwarty, jak będzie taka burza, to idź tam spać. Miklos jak raz zasmakował, to spał tam każdej nocy.

Namawiałam Miklosa, żeby poleciał do Budapesztu. Obiecałam, że kupię mu bilet. Kiedyś pakuję się do jakiegoś wyjazdu, dzwoni policja z lotniska, że mają człowieka, który przyjechał z ostrzeżeniem dla jakiejś Julii, mówi, że będzie burza i trzeba wstrzymać wszystkie loty. Podał mój telefon. Wyjaśniłam im, że nie jest niebezpieczny, ale żeby go zabrali do szpitala, bo na pewno potrzebuje brać leki, a mnie nie będzie. Zawieźli go do szpitala Creedmoor.

Zdobyłam dużo dobrego doświadczenia i już nie tylko przestałam się bać bezdomnych, ale potrafiłam ich zaobserwować i najserdeczniej im współczułam. Cieszyłam się, kiedy z radością pobierali rzeczy, które im rozwoziłam. Nie zapomnę, kiedy jadąc wieczorem, zobaczyłam siedzącego w parku bezdomnego, który trząsł się z zimna. Kiedy zaniosłam mu kurtkę i spodnie, od razu zaczął się przebierać, ponieważ jego spodnie były mokre. Przechodnie oczywiście tego nie przewidzieli i zaczęli uciekać. Ledwo mogłam powstrzymać się od śmiechu.

Odważnym krokiem był telefon do departamentu Partnership for the Homeless miasta Nowy Jork, utworzonego przez majora Edwarda Kocha, we współpracy z Department of Homeless Services. „Czy to departament ten a ten? Chcę pomagać bezdomnym”.

Wybrałam kościół Immaculate Conception na Astorii. Pomoc polegała na obsłudze bezdomnych przywożonych w okresie zimowym na noclegi do kościoła. Spotkałam grupę wspaniałych wolontariuszy, z którymi szybko się zaprzyjaźniliśmy. Brałam nieraz ze sobą moją dwuletnią wnuczkę, kiedy córka szła do pracy.

Bezdomnych zabierano specjalnymi autobusami wieczorem z dworca Grand Central. Do nas przywożono około dziesięciu osób o godzinie dziewiętnastej, a o szóstej rano zabierano ich z powrotem na dworzec. Organizowaliśmy posiłki, mycie i spanie. Pobudka o piątej rano, później śniadanie. Przywożono mężczyzn i kobiety, które były słabsze i często łapały je skurcze nóg. Pamiętam, że kiedyś około północy z łazienki dobiegł krzyk. „Co się stało?” Pobiegliśmy z kolegą. Ujrzeliśmy kobietę, która wyglądała, jakby mocowała się ze ścianą. Okazało się, że złapał ją skurcz w nodze. Wszystko od siedzenia w kucki na dworcu.

Mile wspominam wieczorne pogawędki z bardzo ciekawymi ludźmi, między innymi z bezdomnymi zasłużonymi weteranami z Wietnamu; oni także lubili, jak ich się słuchało. Z pasją opowiadali o tym, co się działo, kiedy walczyli. Ale potem milkli na dłuższą chwilę, zapewne w refleksji nad swoim życiem. Mam dla nich teraz największy szacunek. Nie zapomnę, kiedy jeden z nich opowiadał o tym, jak podczas świąt Bożego Narodzenia zabrał ze sobą torbę słodyczy i rozdał je wietnamskim dzieciom zebranym pod kościołem. Nagle rozległ się szum, on wiedział, że zaraz spadną granaty, i wołał dzieci do kościoła, ale one rozbiegły się wystraszone. Ze łzami powiedział, że jak wyszedł, dzieci nie żyły. Buzie miały usmarowane krwią i czekoladą. Nie mógł ich zapomnieć. Mimo tego, że miał wszystkiego w bród, także alkoholu i narkotyków. Weterani często mówili również sami do siebie.

Rozmawiałam z matką, której syn wrócił z Wietnamu. Była przerażona, opowiadała, że zachowywał się jak zdziczały. Siedział przy stole bez słów, do dołu głowa, tylko patrzył spod oka, ciągle jakby nieobecny, a najgorszy ten zapach, jak w trupiarni, niczym go nie dało się wyeliminować.

Chętnie jeździłam na Astorię, aby choć troszkę ulżyć tym ludziom. Nieważne, że było daleko. Nieważne, że z poparzoną nogą.

Poparzyłam sobie nogę, kiedy poprzednia zmiana źle postawiła kocioł na gorącym piecu i rano, gdy przechodziłam obok, kocioł się przechylił i ukropem oblało mi prawą nogę. Na szczęście tylko koło kostki. Niesamowity ból, tygodniami nie schodził ogromny bąbel, ale miałam i tak dużo szczęścia.

Tuż przed zimą w 2000 roku program dla bezdomnych został zamknięty, mimo że mieliśmy już zapas bielizny osobistej, skarpet, czapek i szalików. Nie zapomnę tego panu Nashakowi z urzędu miasta, zastępcy szefa DHS, który był za to odpowiedzialny. Kiedyś spotkaliśmy się na bankiecie: „Jak ty mogłeś przed zimą ten szelter zamknąć! Wszystko było przygotowane, nic to urząd miasta nie kosztowało. Komu ty służysz?”.

W 2005 roku przeczytałam, że na Greenpoincie zamarzła kobieta w pudle po lodówce. I dwie osoby w parku. Byłam wstrząśnięta i zdziwiona, że byli to Polacy, których jako bezdomnych nie spotykałam dotąd w sąsiedztwie. Zadzwoniłam do parafii. „Naprawdę macie polskich bezdomnych?” „No przecież” – odpowiedział mi pan Jan Pukianiec, lekarz z Polski, który kiedyś sam był bezdomny. Od razu umówiliśmy się na spotkanie w redakcji „Kuriera Plus” na ulicy Java u bardzo gościnnej pani redaktor naczelnej, Zosi Kłopotowskiej, która jest przewspaniałym duchem Greenpointu. Wszyscy ją uwielbiamy. Postanowiliśmy działać tak, żeby już nigdy nie powtórzyła się tragedia zamarzania naszych rodaków w kartonach.

Nazwaliśmy się Homeless SOS i przy dużym wsparciu księdza Roberta Czoka, proboszcza z kościoła Świętego Antoniego na Manhattan Avenue, zapraszaliśmy bezdomnych do schroniska w podpiwniczeniu kościoła, aby przetrwali bezpiecznie te najzimniejsze dni srogiej zimy. Czyli wtedy, gdy temperatura spadnie w nocy do –3,9 stopni Celsjusza. Udało nam się wynająć pokój w pobliskim hotelu, żeby bezdomni mogli się wykąpać i przebrać. Czysty i ładnie ubrany bezdomny od razu czuje się bardziej pewny siebie niż w łachmanach. Z pokoju hotelowego zrobiliśmy dużą szafę z ubraniami. Po wyjściu chłopcy wyglądali jak nowi! Kiedyś ksiądz Czok mnie zapytał: „Eryka, a gdzie teraz przenieśli się twoi bezdomni, bo tu ich nie widać?”. Miło to było usłyszeć. Niestety, menedżer hotelu powiedział, że hotel to nie łaźnia, i wymówił nam ten pokój.

W sali pod kościołem mieściło się nieraz nawet trzydziestu Polaków. Przeważnie mężczyzn, ale raz trafiła się pani z dwojgiem dzieci. To było wyjątkowo trudne, ale w zimie jest lepiej tam niż na dworze.

Przed spaniem mieliśmy wspólną modlitwę, często ktoś zapłakał. Urządzałam też strzyżenie włosów, oczywiście wszystko w rękawicach. Trzeba było podczas strzyżenia stać na rozlanym chlorku, na wypadek gdyby z głowy coś wyskoczyło. Nieraz widziało się ślady wszy na skórze głowy, wyryte ścieżeczki. Organizowaliśmy prześwietlenia płuc naszym bezdomnym, wykryto wtedy trzy przypadki gruźlicy.

Zwoziliśmy jedzenie z dwóch miejsc na Manhattan Avenue: z delikatesów The Garden oraz Starbucks. Zamykali o ósmej trzydzieści, więc zawsze ktoś z naszych ludzi meldował się o dziewiątej, aby zabrać resztki zup, które nie zostały sprzedane. Przynosiliśmy ze sobą kilka pojemników, ale czasem z konieczności trzeba było zlewać kilka zup razem. Rosół z kluskami z zupą z kapusty czy pomidorową. W końcu po całym dniu na mrozie wszyscy czekali, żeby dostać coś gorącego.

Przyjmowaliśmy zarówno trzeźwych, jak i pijanych. Czasem w bardzo zimne noce szukaliśmy brakujących bezdomnych w parkach czy na ulicach. Na przykład człowiek o ksywce „Kozioł” często się gubił. Kiedyś koledzy zostawili pijanego Kozła pod kościołem, bo nie mieli już sił go transportować. Leżał na ulicy. Zauważyliśmy go, a ponieważ nasza noclegownia była tajna i sąsiedzi nie mogli się o niej dowiedzieć, wyskoczyliśmy, żeby go wciągnąć. Poszło nas czworo wolontariuszy. Janusz i ja złapaliśmy za rękawy grubej kurtki Kozła, a Ania z Czarkiem za nogawki od spodni. Przy wciąganiu na schody wysunął nam się i z kurtki, i ze spodni. Podobnych przypadków nie brakowało, kiedy chciało się śmiać i płakać.

O piątej rano budziliśmy bezdomnych i wyprowadzaliśmy na ulicę. Po cichu, bo nie wszystkich mieszkańców ulicy uszczęśliwiało takie sąsiedztwo.

Największa radość pomagającego jest wtedy, kiedy bezdomny chce wracać do Polski. Robimy wszystko, żeby tę podróż umożliwić. Najpierw szukamy kontaktu z rodziną. Jeśli zgadza się go przyjąć, to staramy się o bilet, nieraz sami chętnie dokładamy, bo są to pieniądze wydane dla uratowania czyjegoś życia. Czasami Konsulat RP w Nowym Jorku udziela pożyczki, pomaga też uzyskać paszport. Przed wylotem staramy się odizolować bezdomnego od kolegów z ulicy, żeby mógł się wykąpać, ogolić, ostrzyc, przebrać i w miarę porządnie wyglądać. Szykujemy walizkę, aby miał wszystkie artykuły potrzebne na pierwsze dni w Polsce, a nawet małe prezenty dla rodziny. Śmiało można powiedzieć, że wysłaliśmy około trzydziestu osób.

W 2015 roku, przebywając w redakcji „Kuriera Plus”, dowiedziałam się o problemach pani Krystyny. Z niedowierzaniem słuchałam o poświęceniu siedemdziesięciosiedmioletniej matki, która drugi rok spędzała w szpitalu przy łóżku syna, Andrzeja. Była tam każdego dnia od dziewiątej rano do dziesiątej wieczorem. Siedziałaby dłużej, ale ją wyganiali. Postanowiłam poznać Krystynę i nawiązać z nią kontakt, żeby przynajmniej nosić jej na wieczór coś do zjedzenia.

Mieszkała na ulicy Java, była biedną wdową. Przyjechała z Ełku, syn urodził się już w Ameryce. Powiedziała, że jej ojciec był generałem, w Ełku jest rondo nazwane jego imieniem. Była z tego bardzo dumna. Powtarzała: „Dlaczego ja się tak męczę w tym kraju”. Nie znałam odpowiedzi.

Kiedyś pracowała w klubie nocnym na Greenpoint Avenue. Andrzej czytał w niedziele w kościele u świętego Stanisława Kostki. Jeszcze przed czterdziestką zachorował, wzięli go do szpitala na Harlem. Coś poszło nie tak z leczeniem, ale pani Krystyna nie wiedziała dokładnie co, bo nie znała angielskiego. Trzy lata leżał Andrzej w szpitalu. Niestety było z nim coraz gorzej, wreszcie podłączyli go do life support. Dzień w dzień jeździła do niego, ponieważ był on całym jej światem. Godzina i pół w jedną stronę. Jeździła tam w Andrzejka butach, dużo za dużych, bo innych nie miała.

Każdego wieczoru wieszałam jej na klamce coś do zjedzenia. Była coraz bardziej zgorzkniała i zmęczona. Raz spróbowała po kryjomu podać synowi troszkę wody. Przy intubacji jest to niedozwolone i zabroniono jej odwiedzin. Wiedziałam, że to jest najgorsze, co może się stać, i kilka razy upraszałam pracownika socjalnego, żeby zmienił zdanie, a jednocześnie prosiłam ją, żeby już więcej Andrzejka nie poiła.

Niestety, to nie był koniec nieszczęść. Kiedyś, gdy wróciła do domu, okazało się, że została okradziona. Zginęły jej dwa zegarki syna, siedemset dolarów renty, łańcuszek i imitujący ludzki głos tłumacz z języka angielskiego. Na koncie zostało jej sześć dolarów. Sercem jej współczułam, ale pocieszyłam, że nawet za te pieniądze życia i zdrowia kupić by nie mogła.

Andrzejek za niedługi czas zmarł w nocy. Czekali na nią do rana i przy niej go zabrali.

Tutaj biednych ludzi chowa się na Long Island na cmentarzu komunalnym, to jest bardzo daleko. Dół kopią, czymś posypią, nie ma pomnika, jest tylko rejestr. Wiedziałam, że na Long Island to ona nie dojedzie, a chciałaby jeździć codziennie. Mam tu pochowanego kuzyna, jest grób rodzinny i są dwa wolne miejsca. Zdecydowałam, że oddam je Andrzejkowi. Na ten cmentarz miała dziesięć minut drogi, nieraz ją wiozłam ja, innym razem ktoś inny. Za każdym razem kładła się na grobie twarzą do ziemi, w trawie, i tak mocno wołała: „Andrzejku, Andrzejku!”…

 

Trudny to był czas, zaniedbała się, przestała się myć, zaczęły się choroby i problemy urologiczne. Tylko jazda na grób ją interesowała. Zmarła rok później, w dzień Andrzejka urodzin. Być może spieszyła się, żeby nikt jej nie zajął drugiego miejsca w moim grobowcu.

Dobrze się stało, bo z pochówkiem i transportem zwłok są kłopoty, zwłaszcza kiedy człowiek nie ma uregulowanego pobytu. Wtedy musimy sobie radzić. Znałam pana, który może nie był bezdomnym, ale nie miał ubezpieczenia. Trafił do szpitala i czekało go dłuższe leczenie. Pracownik socjalny wpadł w panikę i zaczął wydzwaniać do konsulatu, że mają chorego alkoholika z rakiem. I państwo polskie ma go zabrać do Polski, bo hospicjum tutaj dużo kosztuje. Konsul odnalazł w Polsce jego żonę i zawiadomił o sytuacji. Zgodziła się, ale prosiła: jeszcze chwilkę, bo rok szkolny się zaczyna, a ona jest nauczycielką, boi się o pracę, musi też pożyczyć pieniądze na bilet. Poprosiłam w konsulacie o telefon do kobiety. I wtedy się dowiedziałam, że on szesnaście lat temu wyjechał do USA, rozpił się, nic nie pomagał, a ona sama trójkę dzieci wychowywała. Zapytałam ją: czy ty naprawdę chcesz, żeby on wrócił? Będziesz go transportować na leżąco, to dosyć kosztowne. Zaczęła płakać. Powiedziała, że może on nie pomógł, ale Pan Bóg dopomógł, dzieci wyszły na ludzi, są wnuczki, może powinny zobaczyć dziadka. Zdecydowała, że przyjedzie.

Zaczęliśmy wyrabiać paszport Januszowi, potrzebny nie tylko do wyjazdu do Polski, ale i do hospicjum. Leżenie Janusza wciąż mocno denerwowało pracownika socjalnego, który w ramach swoich obowiązków starał się jak najszybciej usunąć Janusza z systemu. Dzwonił do mnie i wykrzykiwał: „Weź go do swojego kraju!”. Któregoś razu nie wytrzymałam, tym bardziej że on też nie był tu urodzony, ponieważ mówił z obcym akcentem. „Co ty wiesz o Polsce? – zapytałam. – Chyba nawet nie wiesz, gdzie jest na mapie. Jak śmiesz! Czy wiesz, że nasz kraj jak żaden inny walczył dla USA w pierwszej linii?! Co twój kraj zrobił dla Ameryki?”. Od tamtej pory było spokojniej, ale Janusz nie doczekał się przyjazdu żony, zmarł po otrzymaniu paszportu.

Zawsze są łzy. Pamiętam, wysłaliśmy do kraju prochy pani Weroniki, która trzydzieści lat mieszkała na Greenpoincie, w tym na greenpoinckiej ulicy. Była cicha, bardzo skromna, spała na schodach, miała wózeczek zawsze przy sobie, trochę alkoholu, ale niewiele. Nie chciała nawet słyszeć o powrocie do Polski. „Ach nie, pani Eryko, nie trzeba”. Mówiła tylko, że ma tam córkę i syna. Pewnego razu pogotowie na Greenpoincie zabrało do szpitala polską kobietę śpiącą na schodach. Tego samego dnia zmarła. Zaczęliśmy sprawdzać, o kogo chodzi, okazało się, że to jest Weronika. Odszukaliśmy rodzinę w Polsce. Nigdy nie zapomnę, jak ta córka rozpaczała. „Mamusiu, dlaczego nas zostawiłaś? Czemu nie dawałaś znaku życia? My od dawna cię szukamy. Masz troje wnuków, mamo!” Błagała, żeby jedną rzecz dostać, której mama dotykała. Opowiadała, że miała cztery lata, jak mama wyjechała, brat sześć. Nie pamiętali jej w ogóle.

Zaczęłam więc szukać czegokolwiek dla tej córki. Najeździłam się po Brooklynie po miejscach, gdzie nocowała, pojechałam do pastorek z Milton, gdzie chodziła na obiady. Nic z tego, nikt jej nie pamiętał. Gdy już prochy czekały na przewiezienie do Polski, wyjęłam z szafy mały szlafroczek, pasowałby na nią. Do kieszonki włożyłam różaniec i szlafroczkiem tym owinęłam urnę Weroniki, z nadzieją, że może chociaż to da jakąś ulgę w cierpieniu jej dzieci.

Mikołaj Maliniak z Homeless SOS zabrał prochy Weroniki do Polski. Na lotnisku przywitała go cała rodzina, wszyscy stali ubrani na czarno, trzymali kwiaty i wieńce. Poszli razem do kaplicy i tam po wspólnej modlitwie zabrali prochy swojej ukochanej mamy.

Pamiętam wiele przypadków, kiedy przekonałam się, że Bóg czuwa nad nami cały czas, a szczególnie daje znak, gdy poświęcamy się dla ludzi potrzebujących. Kiedyś zadzwoniła koleżanka z prośbą, aby bezdomnej w szpitalu ściąć i umyć włosy, ponieważ porobiły się kołtuny, a ja mam praktykę. Pojechałam. Martwiłam się, że nie znajdę parkingu, wiedziałam z doświadczenia, jak długo się czeka na miejsce. Dojechałam i, o dziwo, ktoś wyjeżdżał właśnie, jakby tylko na mnie czekał.

Innym razem wiozłam do dentysty kobietę z bolącym zębem. Po zjeździe z autostrady młody kierowca zablokował mi przejazd i rozwścieczony wybiegł z samochodu z kijem bejsbolowym, obwiniając mnie, że zajechałam mu drogę. Za chwilkę zatrzymał się za nami drugi samochód, w którym jechało dwóch mężczyzn. Zimno mi się zrobiło ze strachu, myślałam o najgorszym. Moja pasażerka głośno się modliła, kiedy ci mężczyźni wyszli z drugiego auta, ja zamarłam w półzgięciu. A oni przeszli koło nas spokojnie. Jeden z nich pokazał młodemu, żeby wszedł do swojego samochodu, powiedział: „Nie zajechała ci drogi, my jechaliśmy z tyłu, wszystko widzieliśmy”. Chłopiec jeszcze coś wykrzykiwał, ale zaraz odjechał, kiedy jeden z nich powiedział mu „do zobaczenia w sądzie”. No i jak nie wierzyć, że anioły są wśród nas?

Moja droga, w szpitalu zmarł właśnie bezdomny Polak, rodzina zgodziła się na kremację, ale nie ma pieniędzy na transport prochów. Zmieszczą się w bagażu podręcznym, w małej urnie, w reklamówce. Kiedyś LOT bardzo dużo liczył za przewóz, więc przyjęło się, że jak rodzina nie ma pieniędzy na przesyłkę, to znajomi wolontariusze przewożą prochy w bagażu podręcznym, co jest legalne. Czy wracając do Polski, mogłabyś przewieźć tego pana?