Greenpoint

Tekst
Z serii: Amerykańska
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ludwik, 1979

Prowadziłem z żoną gospodarstwo średniorolne, a kiedy na świat zaczęły przychodzić dzieci, rozpoczęliśmy remont domu mieszkalnego, który zbudowali teściowie. Postawiliśmy oborę, stodołę i dwie suszarki do tytoniu, z cegły. W 1973 roku zaczęliśmy budowę nowego domu mieszkalnego z cegły. W 1974 wstawiliśmy wszystkie okna i drzwi, a także doprowadzili prąd. W 1975 roku został kupiony ciągnik używany i kilka maszyn towarzyszących, a w 1978 roku nowy żuk. Wtedy wyniknął kolejny problem, ponieważ moi dorastający synowie nie chcieli jeździć żukiem. Woleli samochodem osobowym, który im obiecałem. Już miałem im kupić, ale trafiła się okazja kupna rozrzutnika do obornika, na który od dawna czekaliśmy. Synowie z tego nie byli zadowoleni, bo na samochód już nie było gotówki. Zostało jedno wyjście – wyjazd do Stanów.

Złożyło się, że na wioskę przyjechał znajomy ze Stalowej Woli. Przyszedł w celu pożyczenia pieniędzy na kupno zaproszenia do USA. Pożyczyłem żądaną kwotę, którą oddał mi po dwóch miesiącach. Kiedy otrzymał wizę do USA, przyjechał w celu pożyczenia na kupno biletów samolotowych. Odjeżdżając do Ameryki, złożył pożegnalną wizytę znajomym. Tak był wniebowzięty, że akurat mnie nie złożył… Zapomniał.

Na szczęście miałem też innego dłużnika, którego syn wybierał się do USA. Pożyczka nie była spłacona. Pojechałem do niego, aby zapytał się syna, czy wyśle mi zaproszenie. Znajomy oznajmił, że zaproszenie będzie kosztowało trzydzieści tysięcy złotych. Zostało mi doręczone i w końcu wybrałem się z paszportem do Warszawy, gdzie konsul zapytał mnie o korespondencję z zapraszającym. Korespondencji nie miałem, ani jednego listu, i wróciłem na wioskę.

Skończyło się marzenie o Wielkiej Wodzie, więc na wiosnę posadziliśmy hektar tytoniu, aby odrobić poniesione straty. Spotkałem znów innego znajomego, który również wiedział o moich staraniach w sprawie wyjazdu. Zadał mi pytanie: „Lutek, a ty myślisz jeszcze o tej Ameryce?”. Kiwnąłem twierdząco, dodając, że żona jest przeciwna. Uważała bowiem, że niepotrzebnie całą rodziną na te wizy, zaproszenia i bilety robimy. Znajomy powiedział, że jest lepszy sposób i że potrzebne jest jedynie konto dolarowe z wkładem dwa tysiące dolarów. Część miałem w domu schowane w stodole, a resztę dokupiłem po sto trzydzieści złotych za dolara.

Pojechałem do urzędu gminy, gdzie opisałem swoje gospodarstwo: ile mam hektarów, jakie posiadam budynki i maszyny rolnicze. Na tej podstawie wójt oszacował, ile co warte. Wybrałem się do ambasady, zabierając również książeczki oszczędnościowe i wyciąg z konta dolarowego, rejestracje żuka i ciągnika. Położyłem te dokumenty w okienku konsula, gdzie usłyszałem, że po godzinie szesnastej mam opłacić wizę. Konsul, cały uśmiechnięty, powiedział: „Szczęśliwego lotu!”.

Następnego dnia po powrocie na wioskę udałem się do biura LOT-u w Rzeszowie w celu zarezerwowania biletów na 28 września. Termin związany był z koniecznością wykopania ziemniaków, zerwania tytoniu i obsiania oziminy. Tak się jednak złożyło, że odwiedził mnie znajomy i zapytał, kiedy odjeżdżam. Bardzo się zdziwiłem i zaniepokoiłem, że wie o zgodzie na wyjazd, więc zapytałem: „Kto ci bajek naopowiadał?”. On na to, że mnie dobrze zna i wie wszystko. Powiedział, że się w kraju robi coraz gorzej i żebym zaraz wyjechał, bo potem nie wyjadę. Na do widzenia ostrzegł, żebym nikomu nie mówił o tym, że przyszedł i wyjawił tajemnicę. Że jeśli komuś powiem, to doniesie na mnie do milicji, która zabierze mi paszport. Odjechał i zostawił mnie w wielkim szoku.

Mając żonę blisko słuchawki, zadzwoniłem do Rzeszowa do biura LOT-u, gdzie powiedziano mi, że nie ma możliwości, by przyspieszyć wylot przed wykopkami, ale poradzono, by ponownie udać się do Warszawy do biura linii Pan Am, bo tam nie ma kolejek.

Kupiłem bilet na 17 sierpnia z lądowaniem w Nowym Jorku z opóźnieniem, o jedenastej w nocy. Po przylocie miałem problem z oficerem służby granicznej, ponieważ zadawał mi pytania. Nie znałem języka, w którym mówił. Z pomocą obcych ludzi udało mi się rozwiązać problem. Oficer pytał się o adres, do kogo jadę, i myślał, że ja nie wiem. Znajomy dwa razy wyjeżdżał na lotnisko. Po przyjeździe do dzielnicy Greenpoint okazało się, że wszyscy już spali. Byłem dziewiątą osobą w tym mieszkaniu.

Rano zrobił się tłum, bo wszyscy do pracy. Czterech było z mojej wioski, a pozostali z sąsiedniej, ale ich bardzo dobrze znałem. Przekazano mi tylko, żebym nie wychodził na ulicę, bo mogę być napadnięty przez Portoryków, których w okolicy dużo mieszkało. Po powrocie z pracy domowników dowiedziałem się dalszych szczegółów, na przykład takich, że zarabiają od dwustu pięćdziesięciu do czterystu dolarów na tydzień. Pracują po dwóch, trzech w jednej pracy. Zapytałem, czybym się może u nich zahaczył, ale powiedzieli, że pracy nie ma.

Chodziłem po Manhattan Avenue i pytałem o pracę przechodniów, po polsku. Nikt nic nie wiedział.

Jeden gość powiedział mi, żebym rano przyszedł na róg Manhattan Avenue i Greenpoint Avenue, to mnie zabierze do pracy. Ponieważ mi obiecywał, kupiłem mu trzy piwa. Następnego dnia czekałem dwie godziny, ale nie przyjechał. Straciłem te trzy piwa. Dzień później przypadkowo spotkałem Polaka z sąsiedniej wioski. Zapytał, gdzie robię. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że nigdzie. Powiedział, że jak chcę, to mnie następnego dnia zabierze. Ten akurat przyjechał, więc go zapytałem, ile zarobię. Dowiedziałem się, że on zarabia sto trzydzieści dolarów, a ja dostanę tylko sto. Wtedy mu odpowiedziałem, że bardzo przepraszam, ale ja nie będę za tak małe pieniądze pracował, i wróciłem do wynajmowanego mieszkania, czym naraziłem się na gniew lokatorów. Ten najważniejszy, z mojej wioski, jak nie krzyknie, że ja jestem tu każdy dzień do tyłu, jeśli nie pracuję. Odpowiedziałem, że wiem o tym, ale na życie mi wystarczy ze względu na to, że przywiozłem tysiąc trzysta piętnaście dolarów z Polski.

Minęło już trzydzieści pięć dni od przyjazdu.

Wieczorem ten, co krzyczał, zlitował się i powiedział, że rano zawiezie mnie do pracy. Nikt w niej miejsca nie zagrzał, ale to będzie na początek. Rano podjechał samochód z innymi Polakami, ten, co krzyczał, kazał mi wsiadać: „Uważaj, jak jedziemy, bo sam będziesz wracał”.

Dojechaliśmy pod szapę [warsztat]. Ten, co krzyczał, wyjął notes, napisał kilka słów i dał mi kartkę. Kazał stać na chodniku i odjechał. Stałem. Po jakimś czasie nadszedł ogromny facet, sto pięćdziesiąt kilogramów żywej wagi. Nic nie powiedział. Wziął kartkę, zaprowadził na taki plac, na którym pracował duży spychacz. Wpuścił i zamknął jak psa.

Stałem i nie wiedziałem, co mam robić.

Obok spychacza była góra śmieci, bo to było wysypisko. W pewnym momencie patrzę, spychacz ładuje stratowany garbage na duże przyczepy. Podszedł do mnie kierowca ze spychacza i pokazał, że mam ze śmieci wybierać drewno, a potem odrzucać je na bok. Potem, że żelazo i wrzucać do kontenera. Pokazał na kartce, że pracuję do szesnastej, a jutro zaczynam o szóstej rano. O szesnastej byłem już bardzo zmęczony, o wiele bardziej niż na polu w czasie żniw w mojej rodzinnej wiosce.

Pracowałem cały rok na wysypisku, zarabiając sto pięćdziesiąt dolarów na tydzień. Żaden Polak nie powiedział mi, że na Manhattan Avenue są agencje, dzięki którym można znaleźć lepiej płatną i mniej męczącą pracę. Żaden.

Sytuacja zmieniła się na lepsze, gdy do USA przyjechał mój młodszy brat. Miał on więcej szczęścia, gdyż znajomi z jego wioski, którzy przebywali już w USA, zabrali go prosto z lotniska do Passaic w stanie New Jersey, gdzie dostał pracę. Pewnego dnia brat spotkał kolegę z sąsiedniej wioski. Od słowa do słowa: gdzie pracujesz, tu i tu, ja tu i tu, a ile zarabiasz, słyszałeś coś o jakiejś pracy? Wyszło, że kolega w rzeźni pracuje i że pomoże starszemu bratu, czyli mnie.

Następnego dnia stanąłem przed budynkiem tej rzeźni. Podjechał facet i zapytał, ile mam lat i czy mam dokumenty. Mówię, że amerykańskich to nie mam, a on, żebym się nie martwił, bo w Polsce jest stan wojenny i takie papiery wydaje teraz rząd amerykański. Jak będę miał papiery, dostanę pracę w rzeźni.

Jak obiecał, tak zrobił.

Po dwóch latach pracy w rzeźni wysłałem ciągnik i dwa samochody do Polski. Żona pisała do mnie, że już zarobiłem to, po co pojechałem, więc czas wracać. Zacząłem jednak lepiej zarabiać. Pomyślałem, że coś odłożę dla dzieci, bo jest ich czwórka.

Synowie zakładali rodziny. Jeden wybrał sobie wielkie miasto, Rzeszów. Razem ze swatami kupiliśmy mieszkanie w bloku. Po jakimś czasie kupiłem działkę i materiał na budowę domu. Po paru latach dzięki mojej finansowej pomocy syn ukończył budowę domu z garażem. Potem drugi syn założył rodzinę w mieście, w Stalowej Woli. I znów zarobiłem na mieszkanie, działkę, materiał na budowę, ten sam schemat. W międzyczasie kupione zostały dwa kombajny, zbożowy i ziemniaczany, dwa ciągniki: zetor i ursus 60, oraz wiele innych, nowych i nowoczesnych maszyn rolniczych.

Po otrzymaniu, już po stanie wojennym, obywatelstwa amerykańskiego wystąpiłem o przyjazd żony z córką. Nastąpiło to po jakimś czasie.

Mój wyjazd do Stanów był tylko po samochód i ciągnik. Tak się złożyło, że trwa ponad trzydzieści lat. Już na emeryturze, choć rolnik, zacząłem pisać wiersze. Dotyczą one wyjazdu z ojczyzny.

Witaj Ameryko

Witaj ziemio Ameryki

Serce moje drży i głos

Chociaż takie samo tutaj jest niebo

To serce gwałtownie kołacze

Tęsknię za Polską

Tam wspomnienia zostały

Gdzie wzrastałem i żyłem

Pod strzechą Lipin Dolnych

Pacierza się uczyłem

W przestworzach skowronki śpiewały

O wszechświecie, Bogu i gaju

Pod niebem na skrawku ziemi

Od zawsze czułem się tam jak w raju

Janina, 1980

Chrzestna odebrała mnie z lotniska ze swoim znajomym. Nie było: „Witaj, Janeczko, dobrze, że jesteś, miło cię widzieć”, tylko: „No to jedziemy do miasta, zawiozę cię na spanie”. Moje mieszkanie, w którym obecnie się znajdujemy, jest perfekcyjne. Ale tamto nie było. U tej znajomej był to sabłej, i to brudny. „Tu będziesz miała łóżko” – powiedziała chrzestna. Co to było za okropne łóżko! Nie jak łóżko, takie twarde!

 

No ale chrzestna dała mi sto dolary i mówi, żebym sobie załatwiła za to soszial sekjury. „Pójdziesz do księdza Tołczyka do polskiego banku, on załatwi”. Jakbym ja wiedziała, kto to jest ksiądz Tołczyk. „Tylko te sto dolary masz mi oddać!” – taka to była chrzestna. Zawinęła się i poszła.

O Boże, trzymałam te sto dolary i siedziałam na łóżku. Ja jestem z małej wioski, nigdzie nie wyjeżdżałam. Nigdzie, nie było kiedy.

Z Polski miałam jeszcze dziesięć. Kobieta mi ani pić, ani jeść nie dała, a ja dumna jestem, więc poprosić – nie poprosiłam. Wtedy sobie pomyślałam: to tak sobie Polacy pomagają? Jak worek ziemniaków nowego wyrzucają? W Polsce, jak nas ta chrzestna odwiedzała, to przywoziła stare lumpy, tyle że z Ameryki, a my o tym, że to stare, nie wiedzieli, tylko się do tych gratów ślinili.

Pracy mi nie załatwili, a ta kobieta w mieszkaniu bardzo złą opinię miała, ale o tym to ja się później dowiedziałam. W nocy do niej młode chłopy przychodzili, głosy słyszałam, ona chwaliła się, że ma młodą osobę. Ja na tym łóżku zwinięta i prawie nie oddycham.

Polacy to byli, niczego niewarci ludzie. Nic się nie dorobili, chorzy, pokrzywieni. Wiem, bo spotykam ich teraz na Greenpoincie.

Jeszcze pani nie powiedziałam, że ja byłam pogryziona przez pluskwy, a prześcieradło to było rano od mojej krwi czerwone. Następnego dnia robiłam w rękach pranie, no bo prześcieradło brudne. Ta, u której spałam, wydarła się, że prać nie wolno, bo jest święto kościołowe. Niedziela to nie była, u nas na Podlasiu takiego święta nie było. To musiało być małe święto.

Tydzień wytrzymałam, aż spotkałam tego pana, który mnie z lotniska przywiózł. Ja jego pamiętałam z mojej miejscowości. Powiedziałam, że strasznie się w tym mieszkaniu boję. On wziął i pojechał ze mną na Bedford, North Siódmą, tam też z naszej wioski mieszkali. Dowiedziałam się, że ta moja chrzestna to jeszcze jednego gościa ściągła, na końcu wioski mieszkał. Potem nie wyjechała po niego na lotnisko. No jak tak można. Powiedziałam jej: „Jak tak możesz?”. Jakoś mogła.

Pan Janusz pracował w żydowskiej piekarni, więc mi bułki żydowskie przynosił. Pyszne. Te bułki miałam, piłam wodę i już, nic więcej.

Na North Siódmej też nie było za dobrze. Strach. O czarnych opowiadali takie cuda-niewidy, a tam czarnych na pęczki latało.

Z taką Wiesią mieszkałam w pokoju, panienka z niej była i szukała sobie męża. Przez nią spotkałam następnego znajomego z naszej wioski. On moją mamusię pamiętał. „Ryszard, musisz mi pomóc znaleźć mieszkanie” – bo Ryszard trochę znał angielski. Za tydzień, dwa zadzwonił do mnie, że jest mieszkanie na ulicy Huron, dwieście trzydzieści dolarów miesięcznie. Tylko trzeba wpłacić kaucję.

No to musiałam na tę kaucję zarobić. Wiesia poradziła: idź do sweterkowni na Driggs. Zaprowadziła mnie, bo skąd miałam wiedzieć, co to sweterkownia. To się dowiedziałam, że u Żyda przy maszynie. Długo w tej sweterkowni robiłam. Dobrze byłam traktowana. Właścicielem był Natan, polski Żyd, i jego żona Luba, Rosjanka. Miał ten Żyd wspólnika Żyda z Izraela. Ten polski Żyd nie lubił tego z Izraela, Lewkowicz miał na nazwisko. „Żydzisko” – tak mówił o tym panu Lewkowiczu. Lewkowicz miał pejsy, a Natan był taki jak my i nie miał pejsów. Tyle że kipę.

Z Żydami bywa różnie. Raz koleżanka ze sweterkowni wzięła mnie ze sobą na sprzątanie do Williamsburga. Zobacz, mówi, może ci się spodoba. Bo ona na dwa etaty robiła. „W sweterkowni – mówi – masz 3,75, a na plejsie pięć dolarów na godzinę”. Inne pieniądze to były wtedy, więcej warte. Chleb kosztował pół dolara, teraz dwa. Ale mi się nie spodobało, Żydówki dzieci za dużo miały brudzących. Żydówka kazała mi na kolanach zmywać podłogę. Tylko na nią popatrzyłam: „Idź ty do diabła”. Ja wtedy młoda i taka byłam bardziej ambicjonalna. Nie dałam się poniżać. Ty jesteś Żydówa i chcesz, żebym ja ci usługiwała? W życiu!

Ja mam przemyślenia dotyczące Żydów. Uczyłam się na obywatelstwo, to tam było napisane, że gdyby nie Żyd, to Ameryka by nie przetrwała. Nikt nie dał Ameryce pieniądza, tylko Żyd rzucał. Tak jak my dziś rzucamy dolara, tak oni rzucali centa, dawno temu. Żyd ma to do siebie, że on rządzi całym światem. To jest po prostu Żyd. A czy trzeba go lubić? Nie, on ma swoje państwo i niech spierdziela. Tak jak czarny na drzewo, tak on do Izraela. W ogóle rasistka jestem. Jak jestem w swoim gronie, a oni mnie denerwują, to mówię: „Małpy na drzewo”.

Dopiero jak poszłam do pracy, to napisałam do mamusi, co przeszłam. Mamusia była niezadowolona, że mi chrzestna nie pomogła, bo przecież z naszej wioski to się ludzie szukali i pomagali. Koleżanka mojego brata się w końcu znalazła i mi załatwiła te soszial sekjury.

Trudno mi było na poniewierce, ale jestem twarda. Odkąd za mąż wyszłam, musiałam dawać radę. Wyszłam z wielkiej miłości, ale mąż był alkoholikiem. Nie bił, pił tylko. Może bym męża nie zostawiła, ale w moim domu rodzinnym nie widziałam ojca pijanego, dlatego mnie to denerwowało. Któż cię podniesie, bydlaku? Bo nie ja. Dwójkę dzieci mieliśmy: chłopiec i dziewczynka, półtora roczku i siedem lat, malutcy jeszcze. Rozwodu nie chciałam brać z litości dla dzieci. Nie po katolicku. Powiedziałam tylko mojej matce: „Patrz na te dzieci”, i wyjechałam. Wiedziałam, że zostawiam męża i już do niego nie wrócę.

Bo ja wyzwolona się poczułam. Małego mi było strasznie szkoda, bo za mną bardzo był. Dziewczynka, co miała siedem lat, to wiedziałam, że da sobie radę. Taka była sytuacja, że koleżanka moja z wioski przyjechała i potem wróciła do Polski. Poszła z prezentem do moich, a mały myślał, że to ja wróciłam do niego. Przytulał się i wołał: „Mamusiu!”. Nie poznawał, że to nie ja, taki był z niego mały głupek.

Ja na Greenpoincie byłam nielegalnie, więc przyjeżdżać nie mogłam.

Ciężko było w święta Bożego Narodzenia. Każdemu. Były telefony, ale tutaj, bo w Polsce nie było telefonów. Mama musiała biegnąć do zakładów mięsnych pod Łomżą, bo tam mieli telefon, i jej koleżanka, co sprzątała w tych zakładach, pozwalała mamie przyjść i mama sobie mogła pogadać ze mną. Ale z dziećmi to już tak często nie mogła. Bo one mieszkały z moim mężem, mąż pił, to jak się dogadać.

Nie zapomniałam o nich. Paczkę każdemu uszykowałam, źle nie miały. Utrzymywałam ich, mąż się prowadził, jak się prowadził, ale posyłałam, bo były dzieci. Zresztą każda jedna osoba tu, na Greenpoincie, miała dzieci w Polsce. Tylko że osoby wracały, a ja nie wróciłam. Bo ja wiedziałam, że muszę się od swojego męża odłączyć.

Po szesnastu latach ich zobaczyłam. Poznali mnie po głosie, bośmy przez telefon rozmawiali raz na dwa miesiące. Ile ja kłopotu potem przez nich miałam, to świat wie.

Jestem osobą spokojną, ale tańczyć lubiłam i do dyskoteki jak najbardziej. W Polsce nie chodziłam, bo mąż i dzieci. Gloria, był taki lokal na ulicy Diamond. Elegancki, coś wspaniałego, w polskim stylu. Prowadziła go pani Gloria z Krakowa. Wchodziło właśnie disco polo, a Gloria trzymała rękę na pulsie. Piątek, sobota, czasem do trzeciej rano. Miała goryli, polskich goryli, co pilnowały, żeby się nie napić za dużo. Wtedy wywalały. Przy barze można było bezpiecznie siedzieć, a sala do tańczenia prima sort.

Mało było eleganckich restauracji, korner na kornerze były tylko bary. Tam, gdzie był bar Ajryszy, to Polaków w ogóle nie wpuszczali. Bo Ajrysz pije i Polak pije, no to potem ciągle coś do siebie mają.

W Glorii poznałam Józefa, który był bardzo nieśmiały. Zaprosił mnie na kawę. A ja: „Tylko na dobrą! Bo złej nie znoszę”. Był rozwiedziony. Miał żonę na wsi pod Rzeszowem i syna. Straszna ta jego była żona, ciągle czegoś chciała. Józef płacił czterysta dolarów alimentów. Plus paczki wysyłał, był bardzo dobrym ojcem. A ona syna nastawiała przeciwko ojcu i jeszcze sprawę założyła, że chce więcej. No ale na to więcej to ja się nie zgodziłam i poszłam do adwokata, żeby babsko się uspokoiło.

Bo my już byliśmy razem.

Dwadzieścia lat z Józkiem przeżyłam. Niby byliśmy amerykańskim małżeństwem, ale to normalne, że jak się tyle lat żyje z człowiekiem, to się go przedstawia jako swojego męża, sama byś tak przedstawiała, ja się mogę założyć.

Jedną wadę miał, że nie mówił po angielsku. Ciężki był do języków.

Bał się też szpitali, bał się lekarzy, bólu i śmierci. Dlatego nie poszedł do lekarza, jak go w boku rwało. Tylko tabletki i na rusztowanie.

Napij się kawy i nie krępuj się tego młodego, który się tu kręci. Podnajmuję mu pokój, musi się pokręcić za potrzebą. Jest Holendrem, ale tak naprawdę to ja nie wiem, kto to jest. Jakby był pomieszany z Japończykiem, coś w tym stylu. Jak go brałam na próbę, to powiedziałam: „Jak przyjdziesz pijany i sprzątać nie będziesz, to out”. A on jest bardzo grzeczny, „haj, haj” zawsze mówi. Rano wychodzi, wieczorem przychodzi. Idealny lokator, chociaż bez wielkiego obycia, ręki nie umie podać, widzisz sama, tylko ucieka.

Zamieszkaliśmy z Józefem przy Huron w północnej części Manhattan Avenue. Polacy tam się wypierali z Kakroczami. Bo my nie lubimy tych Kakroczy, to jest najgorszy naród, taki zaczepny, głośny, barbakju na ulicy, muzykę puszczą, tłucze się obcasami po nocy. Nie wiesz, co to Kakrocz? Oczywiście, że Portoryk. Całkowity brak kultury, więc nie wynajmowaliśmy im mieszkań, jeśli byliśmy właścicielami. Polacy oczywiście.

Oni byli sprytni. Organizowali się w taki sposób, że sami kupowali cały dom. Mają to do siebie, że każdy z nich zbiera olbrzymią familię. W tej familii to może być wiele osób, nawet pięćdziesięcioro ludzi. I oni się wszyscy gnieżdżą w pokoikach, śpią na podłodze. W weekend już Kakrocz nie pracuje, pije margarity, ubiera się odświętnie, spodnie na kancik, koszula, i zaczepia polskie kobiety. A Polacy tego nie lubią, o nie.

Arabów tych, co grosery [sklepy spożywcze] mają swoje, też nie lubimy. Ale gdzie ich nie ma, muslimów pieprzonych. Przychodzi druga po południu, muslim zamyka sklep, bo idzie się czołem modlić. Kto to widział. Prezydent Trump, tak jak ja, nie lubi Kakroczy. Tych, znaczy, malutkich Portoryków. On by ich strzelał, ja też bym ich strzelała.

Przestałam pracować w sweterkowni w roku 1990. Ciężko mi już było. Nakładałam pod parę gotowy sweter, żeby się wyprostował. Za gorąco.

Zaczęłam się starać o budynek. Znaczy o sprzątanie w biurze, nie u kogoś w domu. W szukaniu pracy zawsze jest kłopot z tym językiem angielskim. Prawda jest taka, że ja rozumiem, ale jak natrafię na osobę, która tu jest urodzona, to nie dam rady zrozumieć. A czasem się trafia tu na Amerykanina. Piąte przez dziesiąte coś zrozumiem, ale kto to wie.

Naoglądałam się tu tragedii, jak ludzie wizy powygrywali, przyjechali i – o kurwa, jak to wygląda. I szok, że z domów rodzinnych, gospodarstw trafiali do sabłeja. I bez języka. I co ja tu, kurwa, robię? Ja tłumaczę: przyjechać bez języka to jest bezsens. Po co się tak męczyć. Najpierw trzeba się nauczyć. Żeby nie sprzątać, jak ja.

Dostałam się do ofisu na flory do sprzątania na noce. Szłam do roboty na siedemnastą. Miałam strasznie duży metraż, ale mogłam poobserwować, jak one żyli. Wyżsi rangą mieli pokoje, a średni w open spejsie. Sprząta się prosto. Podchodzi pani do biurka i śmieci pani bierze, biurko przejeżdża szmatą, rusza się rzeczy w zależności: jeden chce, a drugi nie chce. Ja miałam szczęście, bo to nie był flor, na którym trzeba podnieść każden jeden kubek.

Ta praca była dobrze płatna, ale też upokarzająca. Co to jest za przyjemność dla kobiety, jak podchodzi do takiego bydlątka w koszuli przy biurku? Siedzi bydlątko, nogi na biurku założone, a pani podchodzi, mówi „hi” czy „hello”, jak pani woli, schyla się, bierze pani jego garbydż i idzie dalej.

A co się pani naogląda życia w ofisach! W nocy to widać, jak kobiety czekają na bossa, bo im boss każe. Życie jest życiem. Kanapy są wszędzie, jak on jest wajs prezydent albo prezydent, to ma kanapę w gabinecie. Młode są, to se czekają. Jak on ma lepsze stanowisko, to awans dostaną. Albo jak boss była kobietą, to akurat chłopcy czekali. Oni byli w nocy bardzo ostrożni, ale ja nie jestem głupia.

Niestety, po dwóch latach flory się skończyły, bo biznesy złapały zadyszkę i przeniosły się do New Jersey.

Po tych szesnastu latach pojechałam do Polski i ściągnęłam dzieci. Najpierw młodszego. Jak ja się cieszyłam, że je zobaczę. Bo ze zdjęć tylko znałam. I poznałam ich: on ładny, osiemnaście lat prawie skończył, córka zamężna, z dzieckiem. Zięć też w budowlance, niepijący.

Syn na lotnisku powiedział „mamo”, czyli że pamiętał. Córka przy pierwszej okazji powiedziała, żebym się w jej życie nie wtrącała. „Nie chowałaś mnie!”

 

Przykro, bo ja na te paczki dla nich i przekazy ciężko pracowałam.

Zapytałam więc syna, czy chce przyjechać do Ameryki. Chciał. Okazało się potem, jak mnie ocyganił.

Zapłaciłam za bilety, odebrałam z lotniska. Józef go przywitał, ale się nie polubili. Bo syn już wdał się w ojca i zaczął mi pijany do domu przychodzić. Nie powiedział, że w sąsiedniej wiosce w Polsce zrobił dwoje dzieci. Miał szesnaście lat, jak się musiał ożenić z koleżanką, mój mąż podpisał w sądzie, że się zgadza.

Józef po roku czasu od pierwszego bólu powiedział, że go boli, tylko bardziej. Jechaliśmy samochodem, on zbladł i powiedział, że go boli, tak strasznie go boli. Poszliśmy do polskiego doktora na Nassau. Doktor badał i badał. Najpierw mówił, że to nic, a potem, żeby skan zrobić. Poszliśmy. Powiedziałam drugiemu lekarzowi: jak coś źle, pan mu nie mówi. Nic nie powiedział, ale kazał przyjść samej następnego dnia. Poszłam, a on, że już za późno i że dwa lata, i that’s it.

Twarda jestem, więc mu nie powiedziałam, że umiera. Chemię przyjmował, jedną, drugą, potem już odrzuty były.

Nie oddałam go do zakładu, bo nie musiałam, chudy był i lekki. Jak go brali do szpitala, to z nim spałam, tak bardzo się bał. Bólu nie miał, bo ja pilnowałam, żeby morfinę dostawał. Najpierw ogłuszałam tabletkami, później przez kroplówkę. Trzy ostatnie tygodnie się nie podnosił, potem powiedział: „Janeczko, ja umieram”.

I umarł, mój kochany.

Od pięciu lat pracuję u takiego Żyda, wdowca, jestem housekeeper, chociaż oczywiście mam już emeryturę. Znajoma poleciła: nic się nie narobisz, a kasę będziesz mieć. Wchodzę do niego, pranie wrzucę, łóżko zaścielę i szlus, do domu. Nawet kurzy nie ścieram, bo ten idiota tak przyzwyczajony do mnie, że mnie w życiu nie zwolni. Byłam w Polsce, to stary dzwonił: „Dżanina, kiedy ty wracasz? Kiedy ty przyjedziesz?”.

Mieszka na West Side na Manhattanie, gdzie mieszkają bardzo bogaci ludzie. Dla mnie to rozrywka, mogę się ubrać, umalować i po eleganckich sklepach pochodzić. Tak sobie ich obserwuję, czy oni są szczęśliwsi od nas, klasy średniej? Na pewno mają łatwiej. O nic się nie martwią, wszystko mają zapewnione. Ciągle wyciągają kasę i ciągle mają. Człowiek z klasy średniej wyciągnie i nie ma.

Ale czy są naprawdę szczęśliwsi?

Najwięcej lesbijek i pedałów jest u milionerów, więc nie można powiedzieć, że pieniądze zawsze przynoszą szczęście.

Greenpoint kocham. Cicho tu jest, spokojnie, chociaż coraz mniej Polaków. Żałuję sklepu na Nassau, masarni u Steve’a, bo się zamknął. Na Manhattan Avenue jest jeszcze Kiszka, ale to nie ta Kiszka, co była. Ja nawet nie wiem, czy to Polak jest teraz właścicielem.

Wielki problem, że Williamsburg się wciska w postaci Murzynów i pedałów. Jest to okropne, niesmak. Niech sobie żyją, that’s it. Ale niech się dzieci nie patrzą, jak się całują. Dla dziecka to może być wstrząs, szok. Kobieta z kobietą się całować może, ale u siebie w domu.

W życiu bym do Polski nie wróciła, w życiu. Wolałabym tu na schodach siedzieć, niż wrócić. Jak przyjeżdżam do Polski, ludzie mnie bardzo denerwują. Nie umieją docenić tego, co mają, tylko narzekają. Banda nierobów. Co to za ekspedientka, która siedzi dupą na krześle i mówi: „Niech sobie pani poszuka”. Ja bym jednego, drugiego wzięła do Ameryki, żeby zobaczył, jak tu się pracuje.

Mojemu synowi się nie chciało. Po trzech miesiącach powiedziałam: „Bierz się do pracy. Darmo tu nie możesz siedzieć, księciem nie jesteś. Żonę ściągnij”. Z niego była kupa Cygana, co zarobił, to przepił. Ale mówił „mamusiu to, mamusiu tamto”. Miał urok osobisty.

Po roku odwiozłam go do Polski. Wtedy zobaczyłam, że ta jego żona też jest patologia. I te dzieci na to patrzą. Bardzo się rozczarowałam, tyle wysiłku, tyle wysłanych paczek! Więc teraz o młodszym nie chcę rozmawiać, nie wiem, gdzie on jest, nie obchodzi mnie to. Jak ktoś pyta, mówię, że gdzieś tam jest. Zawsze mówię: dzieci się nigdy nie odwdzięczą.

Uważam też, że gdyby nie Polacy, toby w Ameryce było bardzo źle. Bardzo brudno. Wie pani o tym? Polacy wyczyścili Amerykę z kakroczy, ze szczurów, myszy, z pluskiew, z wszystkiego. To Polacy dbali o czystość, kupowali boraksy, płacili za eksterminatorów. Na przykład właścicielka domu, w którym mieszkam, Amerykanka, nie chce wziąć eksterminatora. Mówi: „Dżanina, ty wiesz, ile to kosztuje?”. „Jak chcesz – odpowiadam – to ja eksterminatora zawołam, ale wtedy ci czynszu nie zapłacę”. Powiedziała kiedyś, że więcej by Polaków nie wzięła, bo są zbyt wymagający. Odpowiadam: „Kobieto, jestem emerytka, mnie wyrzucić nie możesz. Rób, co chcesz, aj dont kier”.