Z art. 78 KKKTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Z art. 78 KKK
Z art. 78 KKK
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 17,98 14,38
Z art. 78 KKK
Z art. 78 KKK
Z art. 78 KKK
Audiobook
Czyta Katarzyna Puchalska
9,99
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ewa Siarkiewicz

Z art. 78 KKK

Saga

Z art. 78 KKKZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1988, 2020 Ewa Siarkiewicz i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726524413

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

W romantycznych czasach pionierów kolonizacji, gdzieś w drugiej połowie XXII wieku, kiedy tłumy ludzi uciekały z Ziemi, by odnaleźć sens życia na dalekich planetach, grupa sześciuset młodych Polaków kupiła niewielki statek transportowy. Przystosowała go do swych potrzeb i wyruszyła w daleką podróż.

Pragnęli oni całkowicie odciąć się od Ziemi, od jej problemów, przeludnionych miast i biurokracji. Dlatego nie zgłosili się do Ministerstwa Kolonizacji i wyruszyli bez pozwolenia, nie podając trasy przelotu ani celu podróży. Odlecieli i wszelki słuch po nich zaginął.

Kilkadziesiąt lat później do Ministerstwa Kolonizacji wpłynął anonim opowiadający o wyprawie uciekinierów z RP „Kopernik”. Akuratni urzędnicy Ministerstwa zanotowali fakt hipotetycznego (mogło się im przecież nie udać) istnienia kolejnej, niezarejestrowanej kolonii. Przez następne stulecia ziemskie statki zwiadowcze i transportowe oprócz swych głównych zadań miały jeszcze jedno: meldować o wszystkich niezarejestrowanych koloniach. Ministerstwo Kolonizacji, a następnie Ministerstwo ds. Badań nad Koloniami Oderwanymi, niezmordowanie szukało odszczepieńców...

* * *

Gwiazdy wcale nie są milczące. One trzeszczą, krzyczą, wrzeszczą nawet. Trzeba tylko umieć słuchać... lub mieć odpowiednie do tego przyrządy. Piotr miał. Siedział w sterowni niewielkiego transportowca i słuchał hałaśliwych kłótni dalekich gwiazd. Strasznie chciało mu się spać, a do końca wachty miał jeszcze godzinę. A gwiazdy nie pozwalały zasnąć. Czas wlókł się niemiłosiernie.

W piski i trzaski dobiegające z głośnika wdarł się obcy dźwięk. Piotr poderwał się i wcisnął guzik selektora. To był ich kod wywoławczy. Włączył nadajnik.

– RP „Jantar” na odbiorze – wychrypiał i odkaszlnął.

– Tu DR „Nibelung”. Nawigator Hans Weiger. Przyjmij meldunek. Twoje nazwisko?

– Piotr Rowicki, drugi pilot. Włączam zapis.

– RN „Nibelung” melduje, że w sektorze 465N/c według mapy Darensa natknął się na układ planetarny gwiazdy o typie widmowym G. Druga planeta okrążana jest przez wrak statku o nazwie „Kopernik”. Zgodnie z Konwencją o Koloniach Niezarejestrowanych zgłaszamy fakt odkrycia pierwszej napotkanej jednostce kraju, z którego pochodzi statek. Koniec meldunku. Kopia zostanie przesłana na Ziemię. Powodzenia RP „Jantar”.

– Powodzenia DR „Nibelung” – powiedział Piotr i wyłączył nadajnik.

Wiedział, że Rostów będzie wściekły. Bosman też będzie wściekły. Ten meldunek psuł im wszystkie plany. Połączył się z kabiną Bosmana. Tak długo wciskał sygnał wywołania, aż wreszcie ekran rozjaśnił się i ukazał zaspaną twarz okoloną kłębowiskiem zmierzwionych, ciemnych włosów.

– Dopiero szósta – z pretensją w głosie powiedział Bosman.

– Wiem, ale muszę iść do szefa.

– No to idź!

– Bosman, na miłość boską! – zdenerwował się Piotr. – Tylko nie zaśnij w sterowni.

– Dobra, dobra – twarz zniknęła z ekranu.

Rostów, siedząc w samych kalesonach na skraju łóżka, długo czytał krótki tekst na ekranie tabletu. Podniósł wreszcie wzrok.

– Czego sterczysz? Siadaj. Diabli to nadali.

– I co teraz?

Max wzruszył ramionami.

– Trzeba lecieć. No co się tak gapisz. Artykuł 78 KKK – „Jeśli po przyjęciu meldunku o odkryciu niezarejestrowanej kolonii do-wódca jednostki nie podejmie określonych w art. 77 działań, podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech i grzywnie w wysokości połowy wartości statku, którym dowodził”. Koniec cytatu.

– Ale w naszej sytuacji... – Piotr nie dawał za wygraną.

– Właśnie w naszej sytuacji nie możemy sobie pozwolić na jakikolwiek konflikt z policją. Przecież lecimy zupełnie legalnie, z praworządnym zezwoleniem, a że w niecnych celach to już zupełnie inna sprawa – zaśmiał się cicho. – Musimy być kryci, ten legalny transport diamentów przemysłowych to dobry powód wyprawy. Ale jak się przyczepią o tę kolonię, to mogą nas przenicować i nici będą z następnego kursu po uran. Sewer nie będzie z nami gadał.

– No właśnie, co będzie ze spotkaniem?

Rostow potarł wskazującym palcem koniec nosa. Za dwa tygodnie mieli zjawić się na Koryntli po ładunek uranu.

– Trzeba ich zawiadomić o zmianie terminu. Zaraz, w jakim to jest sektorze? – zerknął ekran i wywołał komputer, który monotonnym głosem zaczął podawać dane.

Rostów chwilę pomyślał.

– Masz jakieś informacje o wyprawie „Kopernika”? – Rzucił kolejne pytanie.

– Statek wyruszył z Ziemi w roku 2192 i udał się w nieznanym kierunku. Na pokładzie było około 600 osób w wieku od 6 do 35 lat. Bliższych danych nie posiadam.

– Co wiesz na temat samego statku?

– Transportowiec typu F7, wyprodukowany w 2115 roku przez Korporację HX. Latał na długich trasach. W 2178 wycofany z eksploatacji. Sprzedany na złom.

– Wszędzie HX – mruknął z niechęcią Piotr.

– Kiedy dotrzemy do sektora 465 N/c lecąc na pełnym ciągu? – indagował dalej Max.

– Za 78 godzin i 37 minut przy natychmiastowej zmianie kursu.

– No to do dzieła – Rostów klepnął zamyślonego Piotra po ramieniu, wyrywając go z kręgu nieprzyjemnych wspomnień związanych z Korporacją HX.

* * *

Pracowicie pochylone głowy sześciu uczniów znamionowały wielkie skupienie. Pióra poruszały się szybko po papierze, notując słowa nauczyciela.

– Idee nie poparte realną siłą szybko się wypalają. Każda władza posługuje się siłą, dlatego jej idee są wciąż żywe. Życie idei nie zależy od przekonania o jej słuszności, lecz od siły, która ją popiera i chroni. Jeśli więc za królem Cargo stoi tajemnicza siła Magów, której żaden człowiek nie jest w stanie się przeciwstawić, to nikt nie będzie łamał Prawa zabraniającego występować przeciw władcy, choćby najbardziej niesprawiedliwemu – Ferda stał odwrócony od uczniów i mówił prosto w przestrzeń otwartego okna. – Odmianą siły opartej na przemocy fizycznej jest siła przekonywania, która nie może jednak istnieć bez siły realnej. I dlatego choć słuchacie mnie i zgadzacie się ze mną, nic zrobić nie możecie, gdyż jesteście za słabi.

Na horyzoncie pojawił się szybko przybliżający się punkt. Ferda zmrużył oczy i rozpoznał w nim jeźdźca, który wyraźnie zmierzał w ich kierunku.

– Przemyślcie to sobie – odwrócił się i obrzuciwszy szybkim spojrzeniem mężczyzn prostujących zgarbione plecy, wyszedł przed dom.

Jeździec zatrzymał spienionego konia tuż przed Ferdą. Odrzucił zmierzwione wiatrem ciemne włosy z czoła i spojrzał na nauczyciela piwnymi, zmęczonymi oczyma.

– Mistrzu, król Ahran nie żyje. Lara poleciła mi powiedzieć, że nad Wyspą Mgieł kłębią się chmury, a znad Seanu przylatują vergi i kołują nad Wooden. Książę Kitaru wzmocnił patrole straży granicznych.

– Mówisz, że Wyspa Mgieł – Ferda zacisnął na moment wargi. – Ciekawe.

– Mistrzu – jeździec ze zmęczenia pochylił się nad końskim łbem.

– Jedź do mojego domu i wypocznij – polecił Ferda i znów pogrążył się w niewesołych myślach. – Ciekawe – powtórzył bezwiednie.

W Irden wrzało. Nastąpił okres bezkrólewia. Na zamku przestały odbywać się bale, na ulicach miasta zbierały się grupki ludzi roztrząsających szanse poszczególnych osób na objęcie tronu. Każdy miał nadzieję, że Magowie będą dlań łaskawi. A kiedy kupcy wrócili z Seanu, zaczęto bać się Cargo, władcy północnego państwa.

W zamkowej krypcie Icu Garbus, były doradca Ahrana, przysiadł na brzegu rzeźbionego krzesła i wpatrywał się w trumnę zmarłego króla. Tulej głaskał swą długą, czarną brodę.

– I co dalej? – spytał.

Garbus wstał i położył na trumnie dłonie o długich, nerwowych palcach.

– Nad Wyspą Mgieł kłębią się chmury – powiedział cicho. – Coś się wydarzy...

– Nie wiedziałem, że jesteś wróżbitą – ironiczny głos Tuleja rozwiał tajemniczy czar wypowiedzianych przez Icu słów.

– Nie jestem – sucho odparł Icu. – To słowa Lary.

Tulej gwałtownie chwycił go za ramię.

– Widziałeś się z nią? Kiedy? Co ci jeszcze mówiła? – Głos nadwornego medyka drżał z podniecenia.

– Spokojnie – Icu delikatnie strząsnął dłoń. – Uważasz, że ma największe szanse? Chcesz być przy niej, gdy dokona się wybór?

Tulej zmrużył oczy jak głodny kot.

– Przestań – powiedział. – Jestem na to za stary. Chodzi mi o Cargo. Obawiam się, że zanim nastąpi wybór, Sean ruszy. A wtedy Prawo odda władzę w jego ręce. Wiesz, co się dzieje w Seanie. To samo będzie u nas. Lara ma szansę z nim wygrać.

– Nie wiem, czy będzie chciała walczyć. Jest za młoda. Ja stawiam na Ferdę.

– Na tego przybłędę nie wiadomo skąd? A jeśli to szpieg Cargo?

Icu zachichotał złośliwie.

– Ładną by sobie żmiję wychował na własnym łonie król Cargo! A poważnie. Byłby dobrym władcą. Gdyby tylko zechciał stanąć do walki i... wygrać – powiedział cicho i ze smutkiem.

– A co z tą Wyspą Mgieł? – przypomniał sobie Tulej.

– Nie wiem – Garbus wzruszył ramionami. – Myślę, że znaczenie tego faktu pojmuje jedynie Ferda.

 

Icu niewiele się mylił. Jadąc stępa przez plażę, Ferda czuł wzbierający w sercu niepokó. Mógł się jedynie domyślać przyczyn aktywności Wyspy. Czyżby jakiś patrol? – Myślał z lękiem. Wszystko zwaliło się jednocześnie. Śmierć Ahrana rozwiązała ręce Cargo. W czasach bezkrólewia mógł sobie pozwolić na atak bez narażania się Prawu. A Irden jest wewnętrznie skłócone, walka z Seanem trudna i nie rokuje zbyt wielkich nadziei na zwycięstwo. Kto w takiej sytuacji podejmie się przywództwa? Proces wybierania nowego władcy w czasach niepewnych politycznie zwykle trwał krótko, zaledwie parę godzin. Teraz minęło ich kilkanaście i nic. Magowie kierują się prawami, które trudno pojąć, a tym bardziej wykorzystać do własnych celów. Przeklęta planeta.

Zatrzymał konia przed starą, rzadko używaną przystanią. Morze miało nieprzyjemną, siną barwę. Słońce nie złociło fal, zimny, przenikliwy wiatr chłodził rozpalone czoło Ferdy. Fala nie była duża, widoczność dość dobra – na horyzoncie majaczyła Wyspa Mgieł. Ferda zsiadł z konia i przywiązał wodze do palika. Wsiadł do starej, ale jeszcze mocnej łodzi i ujął wiosła. Westchnął cicho i odbił od mola. Poruszając rytmicznie wiosłami, skierował łódź ku wyspie.

* * *

Sala tronowa zamku królewskiego w Seanie znów pogrążyła się w ciszy. Dowódcy wojska właśnie wyszli, zamierał powoli odgłos ich kroków w korytarzu. Cargo, król Seanu z wyboru Magów, siedział na swym tronie z wyciągniętymi nogami. Był zmęczony i trochę zaniepokojony. Co prawda wszystko jak dotąd przebiegało zgodnie z planem, ale... Jeszcze raz przypomniał sobie rozmowę z Oltho.

Wtedy jeszcze Ahran żył, jego doradcy usilnie starali się nie dopuścić do rozgłoszenia wieści o chorobie. Cargo wiedział, że coś się dzieje w Irden, ale nie miał pewności; jego informatorzy milczeli.

Wędrując od ściany do ściany swej sypialni, rozważał możliwość połączenia Irden z Seanem. Było to trudne, prawie niemożliwe. Był pewien, że Magowie orientują się w jego zamiarach, że doskonale wiedzą, że on, Cargo, chce być jedynym władcą niziny. Świadomość istnienia samodzielnego państwa na południu, innego króla równie potężnego jak on, doprowadzała go do pasji. Ale co mógł zrobić? Magowie szybko uporają się z wyborem nowego władcy Irden i to będzie koniec jego marzeń.

Następnego dnia postanowił pojechać na Wyspę i poprosić Oltho, by zechciał poinformować go o sytuacji w Irden. Dwa dni później miał już przed oczyma kryształowy obelisk Oltho. Dookoła wszystko zatopione było w gęstej mgle, wilgotnej i lepkiej. Absolutna cisza, nie zmącona nawet najlżejszym podmuchem wiatru, wytwarzała atmosferę dziwnego oczekiwania i napięcia.

Ukląkł przed kryształem i przyłożył doń obydwie dłonie. Wpatrzony w jeden punkt powierzchni cicho wyszeptał:

– Oltho, wzywam cię w imię Prawa.

Zawirowało mu w głowie, poczuł lekkie mdłości, które po chwili zniknęły i w mózgu usłyszał ciche słowa Oltho.

Witaj, królu. Co cię sprowadza?

– Co się dzieje z Ahranem, panie?

Umiera. Czuję, że jesteś z tego zadowolony, prawda?

Przerażenie ścisnęło mu żołądek.

– Nie, panie, jakżebym...

Nie kłam, przy mnie nie musisz. Długo czekałem na tę chwilę. Chcesz władzy nad całą niziną, prawda? Nie musisz odpowiadać, wiem, że tak jest. Mogę ci w tym pomóc.

– Jak, przecież Magowie...

Ostre światło rozbłysło mu wewnątrz mózgu, sprawiając ból. Chciał chwycić dłońmi skronie, lecz ręce nie dawały się oderwać od kryształu, nie mógł nawet jęczeć.

Rozmawiasz ze mną, a nie z nimi. Ze mną! Ja mogę wiele, coraz więcej. Nie tylko ty pragniesz władać niepodzielnie. Gotuj się do wojny, Cargo. Postaram się, by Magowie tak szybko nie wybrali króla. Nie wybiorą go na pewno...

Cargo klęczał, ciężko dysząc, pełen strachu i zdumienia.

– Co chcesz w zamian, panie?

Twego posłuszeństwa, Cargo. Jesteśmy do siebie podobni, nie będziemy się kłócić o drobiazgi. Ja wiem o rzeczach, o których ty nie masz pojęcia. Mam wiedzę i władzę, jestem od ciebie potężniejszy. Ja mogę cię zniszczyć, ale ty mnie nie. Jestem nieśmiertelny, choć byłem kiedyś człowiekiem. Mogę karać i nagradzać. Cargo, kiedy zostaniesz jedynym królem, zbudujesz mi wielki dom, a ja będę tam mieszkał duchem. Zakażesz też przeszkadzania mi tu, na Wyspie. Masz syna, będzie królem po tobie. A teraz idź, idź...

Dłonie same zsunęły się z kryształu...

Cargo wzdrygnął się, wspomnienia były tak wyraźne. Wstał z tronu i podszedł do wysokiego, kwadratowego okna z widokiem na dziedziniec. Tam, w dole, równe szeregi wojska w milczeniu wysłuchiwały słów dowódców. „O czym oni im mówią? Czy o tym, że walka jest obowiązkiem wobec króla, czy wobec Seanu? Sean to ja. A może mówią im o chwale, o bohaterstwie, o wdzięczności? A może o łupach? Dlaczego oni są tacy ponurzy?”

Odwrócił się i objął wzrokiem komnatę. Drewniane, ładnie rzeźbione krzesła stały w rzędach po obu stronach tronu oddzielonego od nich podwyższeniem. Bazaltowa posadzka odcinała się wyraźnie od jasnych, marmurowych ścian. Wykute w srebrze chwytaki do pochodni lśniły w blasku wpadających przez okno promieni słońca. Cisza.

„Czegoś nie rozumiem – jego myśli krążyły wokół Oltho. – Z jego słów wynika, że... walczy z nimi? Z Magami? Trudno w to uwierzyć, a jednak... Czyżby się pomylili, przyjmując go do siebie? Nie poznali się na nim, oszukał ich?” Zaśmiał się cicho. – „Na to wygląda, mam nadzieję, że wygra. Jego zwycięstwo będzie moim zwycięstwem. Król Cargo, jedyny król. Tak będzie”.

Zdecydowanym krokiem ruszył do drzwi. Wyprężony wartownik za drzwiami stuknął obcasami. Idąc korytarzem, nie zwracał uwagi na schylone głowy przechodzących dworzan. Przepełniała go radość i podniecenie. Wyszedł na krużganek otaczający zamek kilkadziesiąt metrów nad ziemią i spojrzał przed siebie. Chmury zasłoniły słońce, chłodny, jesienny wiatr rozwiał mu długie, ciemne włosy. Daleko, jak okiem sięgnąć, wiła się wstęga idącego w równym szyku wojska.

Szli na południe.

Do Irden.

* * *

Pusty, wypatroszony wrak „Kopernika” płynął leniwie w niewielkiej odległo¬ści od „Jantara”. Rostow, oparty o ścianę sterowni, przyglądał się przebiegającym szybko po klawiaturze skanera palcom Piotra. Ekrany pozostawały jednak puste.

– Nic, żadnych śladów fal radiowych, skupisk energii, dosłownie nic – Piotr z niechęcią wyłączył skaner.

– Widzę – mruknął Max. – Tylko te dwa miasta i ludzie. Widać cofnęli się w rozwoju. To było do przewidzenia. Bez kontaktów z metropolią... – wzruszył ramionami.

– Trochę ich za dużo – zauważył Bosman, odwracając się od ekranu optycznego. – Taki przyrost? – pokręcił z powątpiewaniem głową.

– Pewnie postawili na rozwój ilościowy – powiedział Rostow. – Sam bym się porozwijał. Trzeba sprawdzić. Piotr, lecisz ze mną.

– Ja też się chcę porozwijać! – W głosie Bosmana zabrzmiało rozżalenie.

– Ktoś musi nas ubezpieczać, na wszelki wypadek – stanowczy głos szefa nie pozostawiał żadnej wątpliwości co do zmiany decyzji. – Pamiętaj, żadnych akcji bez porozumienia ze mną. Piotr!

Pilot ochoczo poderwał się z miejsca, a wychodząc ze sterowni, zagrał Bosmanowi na nosie.

– No, no, poczekaj, smarkaczu, jeszcze zobaczymy! – krzyknął Bosman za nim.

Kilkanaście minut później mały orbitalny prom wypłynął z otwartego luku transportowca i ruszył w kierunku planety.

Rostów delikatnie „grał” na klawiaturze sterowania, Piotr regulował ostrość obrazu powierzchni planety. Na ekranie widniała rozległa nizina, poprzecinana kilkoma nitkami rzek, ozdobiona okami jezior. Z zachodu otaczało ją morze, ze wschodu i północy góry, na południu panował las. Sama nizina była przedzielona prawie na pół szarym pasem kamiennej pustyni ciągnącej się ze wschodu na zachód. Miasta umiejscowiły się po obu stronach pustyni, oddzielającej je jak gdyby naturalną granicą. Obydwa leżały w odległości najwyżej kilkudziesięciu kilometrów od morza. Max skierował prom na północ, gdyż tamto miasto było większe, a w tłumie łatwiej jest się ukryć.

Lecieli tuż pod pułapem chmur, które, nad niziną białe i pierzaste, powoli przechodziły w ciemne i zwarte nad morzem. Widoczność była dobra, odprężyli się obaj, wyciągając wygodnie w fotelach. Nagle w tę sielską atmosferę wdarł się przenikliwy dźwięk alarmu. Wszystkie światła kontrolne zamigotały, rozległ się głos komputera.

AWARIA BEZPIECZNIKÓW STEROWANIA AUTOMATYCZNEGO. PRZYCZYNA – INGERENCJA Z ZEWNĄTRZ.

– Cholera – Rostów jednym ruchem ręki wyłączył wyjący sygnał i przeszedł na ręczne sterowanie.

– Schodzimy z kursu w lewo – krzyknął Piotr.

– Napęd awaryjny – spokojnie powiedział Max.

– Jest!

– Lewy ciąg!

– Jest! Nadal schodzimy z kursu – Piotr gorączkowo wystukiwał informacje dla komputera i odczytywał wyniki.

– Widzę – flegmatycznie odparł Max, podczas gdy jego palce błyskawicznie przebiegały po klawiaturze sterowania. – Pełny ciąg na lewą dyszę.

– Jest! – Po chwili: – Odchylenie rośnie.

- Komputer, jaki rodzaj siły ingeruje?

BRAK DANYCH.

- Dokąd nas ściągają?

W REJON ZBIORNIKA WODNEGO NA ZACHODZIE

- Źródło siły?

BRAK DANYCH.

– Kretyn – warknął Max. Już chciał zadać kolejne pytanie, gdy nagle światła w kabinie zgasły, ekran komputera ściemniał, przestała się palić jakakolwiek lampka kontrolna. Pogrążyli się w ciemnościach. Ustała również delikatna wibracja silnika.

– I co teraz? – spytał napiętym głosem Piotr.

– Nic – mruknął Rostow. Wczuł się w przestrzeń wokół. - Lecimy dalej – skonstatował.

– Jak?!

– Nie wiem – Max wzruszył ramionami. – Jeszcze nie wiem – dodał, kładąc szczególny nacisk na słowie „jeszcze”.

Wyciągnął z kabury pistolet laserowy, lecz lampka kontroli naładowania również była ciemna.

– Szmelc.

Zastanowił się chwilę, po czym sięgnął do kieszeni i wyjął starą zapalniczkę gazową, którą traktował jak talizman. Już niejeden raz uratowała mu dupę w różnych dziwnych sytuacjach. Czasem stare sposoby były najlepsze. Zapalił ją i w nikłym świetle płomienia rozejrzał się po kabinie. Przy okazji rzucił okiem na nieco zestrachaną twarz Piotra, który z całej siły starał się utrzymywać pozory spokoju. Potem podniósł się i podszedł do tylnej ściany kabiny. Otworzył ukryte drzwiczki. W środku znajdował się kolejny przedmiot, który czekał na swoją chwilę. Taką jak ta. Wyjął niedużą, metalową skrzynkę.

– Potrzymaj zapalniczkę – powiedział do Piotra. – I poświeć mi tu!

Otworzył zwykłym kluczem skrzynkę i wyjął z niej przedmiot owinięty w śmierdzące smarem szmaty.

– Kupiłem go od pewnego handlarza na targu w Ibsen – wyjaśnił Piotrowi. – Choć jest cholernie stary, to wciąż działa. Dobrze o niego dbałem. Powinien teraz zapłacić za pamięć – odwinął broń, wytarł, załadował i wsadził do kabury na miejsce lasera. Kilka paczek naboi w metalowych pudełkach schował do plecaka.

Piotr przyglądał się jego czynnościom z mieszanymi uczuciami.

– Ty chcesz strzelać? – spytał.

– Nie, tańczyć – Max spojrzał na niego z uwagą. – Coś nie tak?

– Tego nie mogli zrobić ludzie – krzyknął, pokazując ręką martwy komputer i ekrany. – Przecież wiesz... – głos mu się załamał. – Na planecie nie ma sygnatur elektronicznych, technologii, więc niemożliwe jest, by ktoś wyłączył nam… wszystko. A mimo to ktoś to zrobił.

– Tym bardziej będę strzelać w razie potrzeby.

– Max – Piotr był bardzo wzburzony, oczy płonęły mu gorączkowym blaskiem. – To być może jest Kontakt, a ty, ty chcesz strzelać? Chcesz zaprzepaścić szansę? Być może jedyną? Max! – brakowało mu słów, widział sceptyczny wyraz twarzy szefa, nie wiedział, jak przekazać mu swoje uczucia, przekonać.

– Słuchaj, szczeniaku – Max mówił wolno. – Tylko tacy jak ty, marzyciele, na sam widok Obcych rozebraliby się do naga, by pokazać im, że mają pokojowe intencje i nic nie kryją w zanadrzu. Ja nie wierzę nikomu. Nie jestem dzikusem, który strzela do wszystkiego, co się rusza, ale przygotowanym trzeba być na wszystko. Zapamiętaj to sobie, jeżeli chcesz żyć – przerwał, a po chwili roześmiał się przyjaźnie i poklepał pilota po policzku. – Poza tym, nie wiadomo, czy to – dotknął kabury – jest odpowiednią bronią przeciw Nim. Wiem tylko, że przeciw ludziom na pewno. I to jest pocieszające. Chodź, wyłazimy – wziął plecak.

– Gdzie? – Piotr otworzył szeroko oczy.

Rostów spojrzał na niego z politowaniem.

 

– Nawet nie wyczułeś, że wylądowaliśmy. Przemytnik to z ciebie żaden. Tacy jak my nawet w czasie orgazmu powinni trzymać palec na cynglu.

– TO się teraz TAK nazywa? – ironicznie zmrużył oczy Piotr. Max roześmiał się.

– Ruszaj – pchnął lekko pilota i westchnął z komicznym żalem. –Ty się tego nigdy nie nauczysz.

Nałożyli lekkie kombinezony, zasunęli hełmy i po pneumatycznym otwarciu drzwi wyszli na zewnątrz.

Otoczyła ich gęsta, mleczna mgła. Żaden dźwięk nie zakłócał idealnej ciszy. Max rozsunął kupkę drobnych kamieni znajdującą się obok jego prawego buta. Spojrzał na analizator powietrza umieszczony na rękawie, lecz i to urządzenie było zupełnie martwe. Z wahaniem, powoli ściągnął hełm. Wilgotne powietrze było zupełnie przyzwoite. Odetchnął kilka razy i kiwnął przyzwalająco głową. Piotr poszedł w jego ślady. Rostow, trzymając pistolet w ręku, powoli ruszył do przodu. Gdzieś we mgle majaczyły nieruchome, wysokie kształty. Ruszyli w ich kierunku. Przebijali się przez tę mgłę, która otaczała ich szczelnym kokonem.

Niesamowita cisza i nierealny wygląd tego miejsca pobudziły wrażliwą wyobraźnię Piotra. Wydało mu się, że za chwilę te nieruchome, wysokie słupy o przedziwnych kształtach, spowite mgłą, ruszą w jakiś upiorny, bezgłośny i hipnotyczny tan. Że spętają go niewidzialnymi więzami i sam zamieni się w jeden z nich. Poczuł, że oblewa go zimny pot, drżą dłonie, zaczął słyszeć szepty, jakieś nieznane słowa muskały jego mózg, zawirowało wszystko, mgła rozświetliła się przed nim i zobaczył postać kobiety o płomiennych włosach i oczach jak polerowany obsydian. Kobieta rozchyliła wargi i już, już miało wypłynąć z nich jakieś słowo, gdy poczuł gwałtowne szarpnięcie i zaniepokojony głos Rostowa:

– Piotr, co się z tobą dzieje, obudź się!

Spojrzał na niego na wpół przytomnie.

– Widziałeś? – wyszeptał.

– Co?

– Kobietę – dotknął dłonią czoła mokrego od potu.

– Nikogo nie widziałem. Nie podoba mi się to miejsce...

Max nagle stężał. Za jednym z posągów dostrzegł ruch jakby przebiegającej postaci. Odbezpieczył pistolet i kocim krokiem począł się skradać.

– Max! – wyszeptał błagalnie Piotr, lecz Rostow uciszył go rozkazującym gestem dłoni i wpatrzył się w mgłę.

Znów to samo.

– Jest tam kto? – zawołał.

Dookoła wszystko stężało w oczekiwaniu na odpowiedź. I z mgły nadleciał cichy głos:

– Max? Max Rostow?

Rostow w napięciu wpatrywał się w białą watę aż do bólu oczu.

– Tak! – odkrzyknął. – A ty kim jesteś?

Postać zaczęła się przybliżać, przybierać kształt mężczyzny. Wyszedł wreszcie spoza białej zasłony, wysoki, o poczerniałej od słońca i wiatru twarzy. Ciemne, długie włosy poprzedzielane miał pasemkami siwizny, jasne oczy patrzyły na Maxa ze wzruszeniem i ulgą. Rostow przyglądał mu się z natężeniem. Wreszcie wyszeptał niepewnie.

– Michał Ferda? – Widząc, jak okolona brodą twarz poszerza się w radosnym uśmiechu, krzyknął: – Rany boskie!

Mężczyźni padli sobie w objęcia. Piotr ze zdumieniem przyglądał się tej scenie. Nigdy nie przypuszczał, że chłodny i cyniczny przemytnik może być zdolny do takich wzruszeń...

– Żyjesz, draniu! – Wykrzyknął Max radośnie.

– Ciszej – Ferda położył palec na wargach. – Tu nie powinno się mówić głośno. Weźcie ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy, zabieram was stąd. I żadnej elektroniki, na tej planecie to szmelc.

– Zauważyłem – mruknął Rostow z przekąsem.

Ferda skinął na nich dłonią i ruszył pierwszy. Piotr dogonił go.

– Czy to dzieło Obcych? – wskazał dłonią słupy.

– Tak.

Piotr przełknął ślinę.

– A są?

– Są i jednocześnie nie ma ich. Sam tego nie bardzo rozumiem. Wyspa Mgieł jest stolicą ich królestwa, które rozciąga się na całej planecie – mówił szeptem. – Musimy wejść na to wzgórze. Innej drogi nie ma.

Wzgórze wyrosło przed nimi nagle ciemną ścianą skał, wśród których pięła się do góry wąska ścieżka. Poszli nią aż na sam szczyt. I wtedy okazało się, że wzgórze było skalnym grzbietem otaczającym dolinę. Mgła kończyła się kilkanaście metrów przed szczytem i teraz, spoglądając w dół, widzieli tylko nieprzenikniony dla wzroku dach kłębiącej się z lekka białej waty. Kiedy odwrócili się, ujrzeli spokojną taflę wody, siną i surową. Twarze owiewał ostry wiatr, niosący dziwną, zapomnianą woń gnijących wodorostów i rybiej ikry. Piotr oblizał wargi i poczuł ich słony smak.

Zeszli podobną, zagubioną wśród wysokich skał ścieżką na plażę. W milczeniu podeszli do łodzi, Rostów zepchnął ją na wodę, wsiedli i skierowali się ku widocznej na horyzoncie poszarpanej linii kontynentu. Kiedy wydostali się na brzeg, słońce już zachodziło, rzucając silne refleksy. Koń zarżał, rozpoznając pana, Ferda poklepał go po szyi i cicho zagadał.

Ciemność zapadała szybko. Zdążyli wyjść zaledwie poza linię wydm oddzielających plażę od stepu, gdy na niebie ukazały się pierwsze gwiazdy, wyglądające spoza ciemnych chmur.

Usiedli między karłowatymi drzewkami. Ferda rozwiązał jeden z przytroczonych do siodła juków i wysypał na ziemię kilkanaście kawałków drewna. Ułożył je w stos i zapalił. Przysunęli się bliżej do ciepłego kręgu i dopiero wtedy przerwali milczenie.

– Co się z tobą działo przez te... dziesięć, chyba, lat? – Rostow spojrzał na Michała grzejącego nad ogniem dłonie.

– Dziesięć – powiedział Ferda w zamyśleniu. – To już dziesięć lat... Pamiętasz, wtedy poleciałem na Felicję po ładunek. W drodze powrotnej natknęliśmy się na patrol kosmopolu. Rozbili mi cały konwój, dziesięć transportowców, rany, Samuraj chyba popełnił samobójstwo?

– Nie – roześmiał się Max. – Gryzł ściany z rozpaczy i wściekłości, po czym z całą resztą statków, jakie mu zostały, zrobił zasadzkę na konwój, już nie pamiętam czyj, i odkuł się.

Ferda roześmiał się jasnym, czystym głosem.

– Wspaniały Tata Samuraj! Żyje jeszcze?

– A jakże! Niektórzy nawet boleśnie to odczuwają. Ale miałeś mówić o sobie.

– O sobie... Pilotowałem konwój na moim „Feniksie”. Kiedy to się zaczęło, prysnąłem, lecz zdążyli uszkodzić mi silniki. Na ciągu awaryjnym doleciałem w te rejony i postanowiłem wylądować. Tak jak i was, ściągnęło mnie na Wyspę Mgieł. I już zostałem – spojrzał na nich ironicznie. – Was też to czeka.

Rostów zacisnął wargi.

– Nie ma mowy. Nie mam ochoty zdychać na jakiejś zawszonej planecie, gdzie nie ma nawet holowizji.

– Ale są inne, równie ciekawe rzeczy – tajemniczo powiedział Ferda. – O nich właśnie chcę mówić. Ale nie teraz i nie tutaj. Jutro ruszamy do Wooden. A teraz spać.

Mimo twardej ziemi zasnęli niemal natychmiast.

* * *

Tego dnia niebo nad morzem wyglądało bardziej ponuro niż zazwyczaj. Ciemne, burzowe chmury kłębiły się groźnie nie przepuszczając najmniejszego promienia słońca. Lecz nad Wyspą niebo było spokojne i jasne. Jak zawsze, a przecież jeszcze wczoraj Lara widziała kłębiące się chmury. Odbierała wtedy wyraźny zakaz wstępu. Coś się stało. Coś, o czym nie miała najmniejszego po-jęcia.

Stojąc na pustej, kamiennej plaży, owiewana zimnym, mokrym wiatrem, Lara oddychała spokojnie i głęboko. Z oczami utkwionymi w daleką Wyspę, gdzie znajdowała się Dolina Posągów, starała się zapomnieć o wszystkim, co mogłoby wzbudzić podejrzenie Magów.

Pamiętać tylko o Irden i Seanie. Myśleć tylko o Irden i Seanie. Irden i Sean...

Wsiadła do łodzi i popłynęła.

Pamiętać tylko o Irden i Seanie. Myśleć tylko o Irden i Seanie. Irden i Sean...

Z cichym chrzęstem dno łodzi przesunęło się po piasku plaży na Wyspie. Lara odszukała wzrokiem ukrytą ścieżkę wiodącą na szczyt wzgórza i poszła nią powoli. Po godzinie wędrówki zanurzyła się w mlecznej mgle po drugiej stronie grani. Jak zwykle wyczuła delikatne prądy, które otoczyły ją, obmacywały, ślizgały się po powierzchni jej myśli, które wystawiła na pokaz, głęboko skrywając te, które powinny pozostać w ukryciu. Wiele lat treningu wydawało teraz owoce. Stała nieruchomo, póki nie wyczuła akceptacji. Ruszyła wtedy dobrze znaną drogą, między nieruchomymi obeliskami o przedziwnych kształtach, wprost do kryształowego posągu Oltho.

Przystanęła przed nim, uklękła, dłonie przyłożyła do zimnej powierzchni kryształu. Skupiła się w sobie.

– Oltho – powiedziała napiętym głosem. – Wzywam cię w imię Prawa.

Mgła nad obeliskiem zgęstniała i zafalowała.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?