ObietnicaTekst

Autor:Ewa Pirce
Z serii: Zrodzeni z zemsty #1
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

PUNKT
8

Never back down – Linkin Park


Zdezorientowanie. Dokładnie to czułem, widząc Olivię w szerokich, podartych jeansach i workowatej koszulce. Wyglądała zdecydowanie inaczej niż na przyjęciu. Wprawdzie już wtedy wiedziałem, że jest piękna, ale to dopiero była próbka jej urody. Makijaż, droga sukienka, wysokie szpilki i wystylizowana fryzura ujmowały jej wdzięku. W tak naturalnej wersji jak teraz nikt ani nic nie mogło się z nią równać.

Delikatna, gładka cera z drobnymi piegami, rozsypanymi po małym zadartym nosku. Kuszące intensywnie malinowe usta, które miałem ochotę pocałować od momentu, gdy je zobaczyłem. I te lekko zaróżowione policzki, jakby cały czas była zawstydzona. Wszystko zdawało się tak subtelne i naturalne, że aż urzekające. W tym wydaniu była kwintesencją piękna, dziewczęcości i klasy.

Olivia z przyjęcia to łatwiejszy cel, pionek, karta w grze. Została wykreowana na kogoś, kogo nie chciałem polubić. Zdecydowanie łatwiej przyszłoby mi zrównanie z ziemią pustej, powierzchownej Hendersonówny niż uroczej i naturalnej Olivii.

Ta druga wersja była znacznie bardziej niebezpieczna. Tej powinienem zacząć się obawiać. W tej mógłbym się… Nie, nie mogłem nawet dopuszczać do siebie takiej myśli. To ostatnia rzecz, jakiej bym chciał i na jaką mógłbym sobie pozwolić. Ostatnia, na jaką bym przystał. Przysiągłem sobie, że nigdy już nie wystawię serca na zranienie. Nie byłem już ani tak głupi, ani bezmyślny. Wiedziałem doskonale, czego chcę. Nic nie było w stanie mi przeszkodzić. Stałem się na to za dobry. Nie zniweczyłbym tylu lat ciężkiej pracy i poświęceń dla ładnej buzi i seksownego ciała, choćby nie wiem, jak cholernie mnie kręciły.

Ciszę, która między nami zaległa, zmącił melodyjny głos Olivii:

– Brianie?

Potrząsnąłem nieznacznie głową, żeby wrócić do rzeczywistości.

– Przepraszam. Odleciałem na chwilę.

– Nic się nie stało. – Jej usta rozciągnęły się w pokrzepiającym uśmiechu. – Po prostu… gapiłeś się na mnie i poczułam się trochę nieswojo.

Zaśmiałem się, kiwając z niedowierzaniem głową.

– Gapiłem się, no tak. Wybacz. – Nie żałowałem tego, ale nie chciałam już na wstępie wprowadzać Olivii w zakłopotanie.

– Nie szkodzi, czasami też lubię się pogapić. – Uśmiechnęła się szeroko.

– Zauważyłem – zażartowałem, starając się nie roześmiać. – Jesteś gotowa?

Jej policzki mocniej się zaróżowiły i odwróciła głowę w bok, by to ukryć. Nie przeszkadzało mi, że mnie obczajała. Wręcz przeciwnie, będzie mi łatwiej nią manipulować, jeśli już na wstępie doceni moje atuty, począwszy od wyglądu.

– Jak najbardziej. Podejrzewam, że nie powiesz mi, dokąd mnie zabierasz? – Odwróciła się i ruszyła ku wyjściu. Podążyłem za nią.

– Jedziemy za miasto – powiedziałem ogólnikowo, kiedy wyszliśmy na zewnątrz. Nie chciałem od razu wykładać wszystkich kart na stół. Pragnąłem ją zaskoczyć, wprawić w zdumienie.

– Spoko. Mam tylko nadzieję, że nie zamierzasz przerobić mnie na karmę dla robaków. Na resztę się zgadzam.

Moja brew poszybowała do góry. Nie wiedziałem, czy pogratulować jej odwagi, czy zganić za głupotę.

– Powinnaś być chyba nieco przestraszona, w końcu się nie znamy. Może jestem psychopatycznym gwałcicielem, który robi sobie z kobiecej skóry rękawiczki.

– Ale na pewno zgwałcisz mnie przed ich zrobieniem? – wypaliła z pełną powagą. – No wiesz, chciałabym mieć z tego jakąś przyjemność. – Wzruszyła nonszalancko ramionami.

– Boisz się, że zgwałcę cię po oskórowaniu czy dlatego, że w ogóle to zrobię? – Starałem się być opanowany, choć w środku aż mnie skręcało z rozbawienia.

– A co cię bardziej podnieci? – kontynuowała tę absurdalną i trochę straszną rozmowę.

Ta dziewczyna była szalona, zabawna i inteligentna, a do tego cholernie piękna. Stanowiła mieszankę wybuchową, która uderzyłaby do głowy nawet najtwardszemu facetowi. Cholera, miałem problem.

Otworzyłem jej drzwi samochodu, wsiadła i od razu zapięła pas. Kiedy okrążałem auto, żeby zająć miejsce za kierownicą, kątem oka wychwyciłem, że z zaciekawieniem oglądała luksusowe wnętrze. Po jej minie wywnioskowałem, że wywarło na niej wrażenie, z czego byłem cholernie dumny. Też uwielbiałem mojego rovera.

– Nie będzie ci przeszkadzała muzyka? – zapytałem, gdy usadowiłem się na swoim siedzeniu. Chciałem, żeby od samego początku wiedziała, że troszczę się o każdy, nawet najdrobniejszy szczegół.

– Absolutnie, uwielbiam muzykę – odrzekła z ożywieniem. – To nieodłączna część mojego życia.

– To powinno ci się spodobać. – Celowo musnąłem jej dłoń, kiedy się pochyliłem, żeby wyciągnąć ze schowka iPoda. Włożyłem go do konsoli na miejsce tego, który do tej pory był podpięty.

– Jejku… ile ich masz? – Na czole, gdy je zmarszczyła, pojawiła się pionowa kreska.

– Trzy. Na tym mam nieco więcej klasyki niż na pozostałych. – Nacisnąłem przycisk na urządzeniu i z głośników popłynęła spokojna, nostalgiczna melodia.

– My Way! Kocham ten utwór najbardziej ze wszystkich. – Zareagowała, jakbym podarował jej wymarzony prezent. Poczułem się jak pan świata, wiedząc, że sprawiłem jej przyjemność czymś tak banalnym jak muzyka. – Wychowałam się na nim. Uwielbiam Franka, jest mistrzem frazowania, a poza tym to Europejczyk, więc jak go nie kochać? – Westchnęła z rozmarzeniem.

– Lubisz Europejczyków? – Rzuciłem jej przelotne spojrzenie.

– A ty nie? Są przyjaźni, uczciwi, otwarci, uczynni i niesamowicie grzeczni…

– Chyba mówimy o dwóch różnych kontynentach o tej samej nazwie – przerwałem. – Nawet z tymi uczciwymi nie mogę się zgodzić. Pracowała u mnie kiedyś Tatiana Horoszenko, z pozoru miła i grzeczna. Sądziłem również, że jest uczciwa, dopóki nie zobaczyłem, ile jest w stanie wynieść mi z mieszkania jednego dnia i co robi na moim łóżku. Wierz mi, do grzecznych nie należała, ale po jej „otwartości” – jedną ręką pokazałem znak cudzysłowu – sądzę, że mogłaby okazać się nawet zbyt przyjazna.

– Chyba nie chcę znać szczegółów. – Skrzywiła się na moje słowa.

– Twój ojciec lubi Sinatrę? – Chciałem dowiedzieć się czegoś o jej relacjach z Hendersonem, żeby zweryfikować zebrane przeze mnie informacje.

Ukradkiem zauważyłem, że jej śliczna twarz wykrzywiła się w jeszcze większym grymasie.

– Nie, dlaczego tak sądzisz?

– Ty go lubisz, a chwilę wcześniej przyznałaś, że się na nim wychowałaś.

– Steven, nasz kamerdyner, uwielbia Sinatrę – wyjaśniła.

– No tak, Steven. – Uśmiechnąłem się z rozrzewnieniem na wspomnienie starego, poczciwego majordomusa, który towarzyszył mi w pierwszych nastu latach życia.

– Znasz naszego lokaja? – Poczułem na sobie jej wzrok.

Kurwa. Musiałem zachować większą ostrożność i zważać na słowa. Olivia była bardzo inteligentna i wyłapywała każdy niuans, który mógłby mnie zdradzić.

– Poznałem go na przyjęciu – wypaliłem, naprawiając tym wcześniejszą wpadkę.

– A no tak… – Zapatrzyła się przed siebie. – Jako mała dziewczynka zakradałam się pod drzwi jego pokoju i słuchałam każdej piosenki. To on nauczył mnie większości rzeczy, których powinien nauczyć mnie ojciec, i to on zaraził mnie dozgonną miłością do tego niezwykłego muzyka. Do muzyki w ogóle.

– Mówisz tak, jakby ojciec nie uczestniczył w twoim życiu. On natomiast sprawia wrażenie, że jesteś dla niego najcenniejsza na świecie. Więc jak to jest w rzeczywistości? – drążyłem.

Odwróciliśmy się jednocześnie, nasze spojrzenia się spotkały.

– Wiesz co, Brian – zaczęła. – Ty wydajesz się cichy, wyniosły i zdystansowany, ale po tych kilkunastu spędzonych z tobą minutach mam wrażenie, że jesteś zbyt ciekawski i dość luzacki. Więc jak to jest? – Założyła ręce na piersiach. – Może powiesz mi w końcu coś o sobie, ponieważ jak na ten moment znasz przynajmniej trzy szczegóły dotyczące mnie, natomiast ja o tobie nie wiem nic.

Ponownie skoncentrowałem się na drodze, w myślach analizując swoje dotychczasowe zachowanie. Może faktycznie działałem zbyt nachalnie i bezpośrednio. Ale przy niej nie potrafiłem inaczej. Opuszczenie maski było dla mnie naturalne jak oddychanie. Powinienem bardziej się kontrolować, bo w końcu zrobię coś, co zdradzi moje motywy.

– No więc? – naciskała, gdy nie udzieliłem odpowiedzi.

– A tak, przepraszam, odpłynąłem na moment – zreflektowałem się.

– To widzę, a teraz zdradź mi coś o sobie. Może być coś, o czym nie wie nikt inny.

Niezła była.

– Zrobię to, jeśli ty zaczniesz. Sekret za sekret. – Odbiłem piłeczkę w jej kierunku. Nie miałem zamiaru nic powiedzieć, jeśli nie zdradziłaby mi czegoś naprawdę osobistego.

– Ma to być coś, co bardzo, bardzo głęboko skrywamy? – Przygryzła opuszkę kciuka. Intensywnie nad czymś rozmyślała.

– Tak, coś, co trzymamy w tajemnicy i o czym nikt nie wie.

– Hmm… Ale nie pomyślisz o mnie źle?

– Nie, obiecuję. – Gorzej już się nie da.

– No dobrze… – Wzięła głęboki wdech, jakby zbierała się na odwagę, po czym wypuściła powoli powietrze z płuc. – Na pierwszym roku nauki w Oksfordzie Theodor Beans, chudy rudzielec z najwyższą średnią w klasie, rozdziewiczył mnie w męskiej toalecie, dlatego że go zaszantażowałam.

Jej wyznanie wytrąciło mnie z równowagi na tyle, że straciłem panowanie nad kierownicą i delikatnie zarzuciło samochodem.

– Hej, uważaj! Chcę dożyć wieczoru, żeby sprawdzić, co zaplanowałeś! – powiedziała najzwyczajniej w świecie. Jakby to, co przed chwilą mi wyjawiła, było przyznaniem się do zerwania jabłka z ogródka sąsiada bez pytania o zgodę.

Wyprowadziłem samochód na prostą i zerknąłem na nią z ukosa.

– Co zrobiłaś?! – Mój głos podniósł się o oktawę. – Chyba coś źle usłyszałem, więc gdybyś była tak miła i wyjaśniła mi swoje wcześniejsze słowa…

– Może później, jeśli zasłużysz. – Wzruszyła luzacko jednym ramieniem. – Twoja kolej. Zdradź mi coś, co skrzętnie ukrywasz. Tylko proszę, by było to pikantne i warte mojego wyznania.

 

Patrzyłem przed siebie, rozważając uważnie, co jej wyznać. Wiedziałem, że to, co powinienem jej zdradzić, musiało być na tyle intymne, żeby uwierzyła w moją szczerość. Przeanalizowałem szybko w głowie, który z moich brudów z przeszłości by się do tego nadawał.

– Miałem dziecko, córkę – wyrzuciłem z siebie na jednym wydechu. – Teraz byłaby już nastolatką, gdyby żyła. Miała ciemne włosy, zupełnie jak ja. – Stłamsiłem w sobie ból, który rozdzierał moje serce za każdym razem, kiedy wspominałem tę małą dziewczynkę, krew z mojej krwi. – Urodziła się zbyt wcześnie, nie przeżyła…

– O Boże… – Czułem, jak jej wzrok palił moją skórę. Miałem ochotę zatrzymać samochód i wybiec z niego, żeby opróżnić zawartość żołądka, która podchodziła mi do gardła. Uciec od litościwego spojrzenia i natłoku kotłujących się we mnie emocji.

Gdybym trzymał język za zębami, nie obudziłoby się we mnie jedno z najgorszych wspomnień. Zawędrowałem myślami do dnia, kiedy moje życie po raz kolejny legło w gruzach.

– Łachmaniarzu, gdzie tak pędzisz? – przeszył mnie głos znienawidzonego Alberta Monterno.

– Nie teraz, Monterno – syknąłem, odwracając się do niego. – Tylko, kurwa, nie teraz!

– No, no, patrzcie państwo, jaki prostak – zadrwił. – Nie znasz bardziej cywilizowanych słów? Jasne, że nie, przecież nie miał cię kto nauczyć. – Jego śmiech był podobny do chrumkania świni. Rozbawiłoby mnie to, gdyby nie powaga sytuacji, w jakiej się znalazłem.

– Proszę was. – Głos mi się załamał. – Muszę iść, nie mam czasu na zaczepki. Później zrobicie ze mną, co chcecie. – Starałem się bardziej nie drażnić grupy chłopaków, którzy mnie już otoczyli. Wiedziałem, że źle się to skończy.

Minęło dziesięć minut, od kiedy zadzwoniła Kathy. Strach palił każdą komórkę mojego ciała i ściskał serce, ledwo mogłem oddychać. Miałem przeczucie, że dzieje się coś złego, że moja dziewczyna potrzebuje mnie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Musiałem jak najszybciej się do niej dostać i nic nie mogło stanąć mi na drodze.

– Czyżby nasza droga Kathrine potrzebowała swojego Romea? – kolejna kpina opuściła usta Monterno, a we mnie aż się zagotowało. Zacisnąłem pięści, żeby go nie walnąć. – Nie gorączkuj się tak, mam ochotę się nieco zabawić, a jeśli chcesz do niej dotrzeć, to będziesz robił, co ci każę.

Te słowa stały się zapalnikiem, który uruchomił mojego wewnętrznego wojownika. Wystarczająco długo mną pomiatano, znosiłem to z godnością, ale nie zamierzałem pozwolić, by szydzili z Kathy. Mojej Kathy.

– Albert, puść mnie, do kurwy, bo inaczej cię zabiję! – Rzuciłem się do przodu i nie czekając na ripostę, odepchnąłem go na bok.

Zacząłem iść przed siebie, nie bacząc na konsekwencje swojego czynu. Zdążyłem odejść ledwie trzy kroki, kiedy Monterno odezwał się ponownie.

– A co, jeśli powiem, że tej małej dziwki nie ma w waszym gniazdeczku? Co, jeśli wije się z bólu z tym pasożytem, którego jej sprezentowałeś?

Czerwień przesłoniła mi pole widzenia. Obróciłem się gwałtownie w jego stronę.

– Już nie żyjesz! – Ruszyłem na niego niczym nosorożec. Byłem wściekły, przerażony i zbyt nabuzowany, żeby zauważyć srebrne ostrze, które trzymał w dłoni.

Ktoś zaczął szarpać mnie za ramię. To w jakimś stopniu przywróciło mnie do rzeczywistości. Zamrugałem gwałtownie, kiedy moje spojrzenie trafiło na zatroskany wzrok siedzącej obok dziewczyny.

– Hej – odezwała się cicho Olivia. – Co to było? Miałam wrażenie, że odleciałeś gdzieś myślami. Mówiłam do ciebie…

– Wybacz – przerwałem jej, aby nie próbowała drążyć tematu. – Co mówiłaś?

– Twój sekret będzie u mnie bezpieczny. Nie wiem, co się stało, i nie nalegam, żebyś zdradził mi szczegóły, ale nie sądzę, by to była twoja wina, Brianie.

– Nie znasz mnie. – Zacisnąłem palce na kierownicy tak mocno, że pobielały mi knykcie.

Ucichła, słysząc lodowaty ton mojego głosu. Wyprostowała się na siedzeniu, ułożyła dłonie na kolanach i wbiła przed siebie wzrok. Nie zamierzałem wdawać się w żadne szczegóły, a ona najwyraźniej nie miała ochoty na dyskusję. Dalszą część drogi pokonaliśmy w milczeniu, słuchając muzyki z mojego iPoda. Pasowało mi takie rozwiązanie, mimo że przez cały ten czas walczyłem z myślami, które stanowiły mieszaninę przeszłości, teraźniejszości i potencjalnej przyszłości.

Kiedy wjechaliśmy na teren mojej posiadłości w położonym trzy godziny od Nowego Jorku Berne, Olivia wyciągnęła szyję. Spojrzałem na nią z ukosa i zauważyłem, że oniemiała wpatruje się w widok za szybą. Zewsząd otaczały nas rozmaite drzewa w pełnym rozkwicie. Lubiłem je, dawały poczucie intymności, chroniły przed ciekawskimi spojrzeniami, pozwalając cieszyć się swobodą. Soczystozielona trawa była krótko przystrzyżona, a wzdłuż wyłożonej kamieniem drogi ciągnął się strumień. Dach ze strzechy i urocze drewniane okiennice, które chyba według niej nie pasowały do mojej aparycji – pewnie spodziewała się surowości i prostoty – nadawały miejscu domowej atmosfery i swojskości. Połączenie kamienia i drewna było jednak tym, co podobało mi się najbardziej. Uciekając tu, chciałem otaczać się czymś pięknym, czymś, co stało w opozycji do gigantycznych biurowców, szklanych budynków i metalowych konstrukcji, które władały Nowym Jorkiem. Po ścianach wspinały się pnącza bluszczu, jakby chciały skryć dom w gęstwinie liści. Czuło się wokół coś podniosłego, magicznego i kojącego. Zaszywałem się tutaj, gdy tylko miałem okazję.

– Gdzie jesteśmy? – zapytała, rzucając mi szybkie spojrzenie, a potem wróciła do zachłannego oglądania tego, co nas otaczało, jakby bała się, że coś przeoczy.

– Chciałbym ci coś pokazać. Mam nadzieję, że spodoba ci się to, co zobaczysz. – Uśmiechnąłem się do niej życzliwie, żeby na powrót wprowadzić przyjazny nastrój.

Zatrzymałem auto na podjeździe przed dużym domem w stylu rustykalnym. Wyskoczyłem na zewnątrz i obszedłem samochód, żeby pomóc Olivii. Przyjęła moją dłoń i wysiadła z auta.

– Ślicznie tu – stwierdziła, chłonąc każdy szczegół. – Cicho i spokojnie, zupełnie inaczej niż w mieście. Już lubię to miejsce. – Po raz pierwszy od kilkunastu minut poświęciła mi dłuższe spojrzenie, a jej wargi uniosły się w olśniewającym uśmiechu.

– Miałem nadzieję, że ci się spodoba. Cieszy mnie to. – Odwzajemniłem uśmiech. – Ale sądzę, że za chwilę twoja ocena wzrośnie dwukrotnie…

Nie dokończyłem, ponieważ za naszymi plecami zabrzmiał męski głos:

– Panie Wild, miło pana widzieć.

Kiedy się odwróciłem, mój wzrok spoczął na mężczyźnie, który od lat podczas mojej nieobecności zajmował się domem i całą resztą. Zamknąłem drzwi samochodu i chwyciłem Olivię za rękę. Nasze palce splotły się ze sobą, jej mała dłoń zatopiła się w mojej dużej, pasowały do siebie idealnie. Starałem się ignorować dreszcz, który przebiegł wzdłuż mojej ręki, co wcale nie było łatwe. Przepłynął aż do serca, gdzie się zagnieździł, przyspieszając jego rytm.

– Michaelu, mnie również miło cię widzieć. – Podałem mu wolną dłoń. – Czy wszystko jest już gotowe?

– Oczywiście, tak jak pan prosił – potwierdził, zerkając na Olivię.

– To panna Olivia Henderson – powiedziałem. – Olivio, to zarządca tego miejsca, Michael Clarks – zwróciłem się do dziewczyny.

– I jak widać na załączonym obrazku, wywiązuje się znakomicie ze swoich obowiązków – dodał zuchwale Michael. Zbeształbym go, gdyby nie miał racji.

– Panie Clarks, miło mi pana poznać, proszę mi mówić Liv. – Olivia wyciągnęła rękę w stronę Michaela, który rzucił mi szybkie spojrzenie. Skinąłem głową na znak, że może ująć jej dłoń.

– Mnie też niezwykle miło panienkę poznać.

– Liv – poprawiła go.

– Takie spoufalanie się jest nie na miejscu. Michael będzie mówił do ciebie „panienko Olivio” – wtrąciłem się do ich konwersacji. Uważałem, że między pracodawcą a pracownikami powinna istnieć pewna granica, a zwracanie się do Olivii per „ty” było jej przekroczeniem.

Popatrzyła na mnie rozeźlona, po czym przeniosła wzrok ze mnie na Clarksa i z powrotem.

– Żartujesz sobie, prawda?! – Spojrzała na Michaela. – Michaelu, proszę mi mówić Liv. Pan Wild nie będzie decydować, jak kto ma się do mnie zwracać – powiedziała z naciskiem, nie czekając na moją odpowiedź.

Uformowałem dłonie w pięści, słysząc jej niesubordynację. Czułem, jak ze złości drga mi mięsień żuchwy. Wbiłem wzrok w jej śliczną twarz.

– Yyy… przepraszam państwa… – wciął się Clarks. – Panie Wild, jeśli pan pozwoli, odejdę i zajmę się wykonywaniem reszty pańskich poleceń.

– Idź – syknąłem, nie patrząc na niego.

Oddalił się. Kiedy odgłos szurania po żwirowym podłożu ucichł, wiedziałem, że zostaliśmy sami.

– Co ty sobie… – zaczęła Olivia, ale pchnąłem ją na drzwi rovera, przyciskając jej ciało swoim i kładąc dłonie po obu stronach jej twarzy.

– Pierwsza zasada, Olivio. – Pochyliłem głowę, by nasze spojrzenia znajdowały się na tym samym poziomie. – Nigdy, ale to nigdy nie podważaj mojego zdania przy pracownikach. – Oddech jej się rwał, a piersi ocierały się o moją klatkę piersiową, wywołując mrowienie w ciele. – Zasada numer dwa. – Obniżyłem głowę tak, że mógłbym ją pocałować. – Moi pracownicy zachowują się tak, jak ja chcę, a jeżeli któryś z nich złamie tę zasadę, wylatuje z hukiem na bruk. Chcesz pozbawić któregokolwiek z nich pracy?

– Nie – wyszeptała, wpatrując się w moje oczy, a ciepło jej oddechu pieściło delikatnie moje usta.

– Więc zastanów się, proszę, kilka razy, zanim znów zaczniesz się z nimi bratać. – Tracąc resztki samokontroli, dotknąłem jej warg swoimi. Tylko lekkie muśnięcie.

Przymknęła oczy, rozchylając usta, zachęcając mnie tym samym do zrobienia następnego kroku. Odsunąłem się jednak szybko.

Zaczerpnęła głośno powietrza. Uśmiechnąłem się do siebie. Uwielbiam takie zabawy. Po jej minie wnioskowałem, że nie podziela mojego zdania, ale nie odezwała się słowem. Odepchnęła się od samochodu i stanęła prosto, obciągając koszulkę, która nieznacznie podjechała do góry. Wyglądała na dumną, ale i zranioną.

– Chodź, buntowniczko, przygotowałem coś, co poprawi ci humor. – Wyciągnąłem ku niej dłoń, której tym razem nie przyjęła. Prychnęła nieelegancko i wyminęła mnie łukiem.

– Dokąd teraz? – zapytała, nawet się za mną nie oglądając, kiedy odeszła parę kroków.

Co za irytująca dziewczyna. Zrównałem się z nią i złapałem jej dłoń, mocno. Próbowała się wyrwać, ale rzuciłem jej ostrzegawcze spojrzenie.

– Zawsze musi być tak, jak ty chcesz?! – warknęła, patrząc na nasze złączone dłonie.

– Zawsze – odparłem spokojnie, zmierzając w stronę stajni.

Pokonaliśmy kilkadziesiąt metrów. Ciszę, która między nami powstała, zakłócały tylko ciche prychnięcia, stanowiące oznakę niezadowolenia Olivii. Powstrzymywałem się, żeby nie wybuchnąć śmiechem.

– Niemożliwe! – zapiszczała, kiedy wyszliśmy za dom. – Niemożliwe… Czuję konie! Mam rację? – Jej oczy błyszczały podekscytowaniem, gdy wylądowały na mojej twarzy.

Jakieś nieznane uczucie zakiełkowało w moim sercu. Jej entuzjazm i mnie się udzielił, a po napięciu sprzed paru minut nie było już śladu.

– Tak, jesteśmy w moich stajniach – potwierdziłem. – Chciałem pokazać ci kilka moich zdobyczy.

– Ojejku, to cudownie. Tu są konie! – Wyrwała swoją dłoń z mojej i puściła się biegiem w kierunku majaczących nieopodal stajni.

– Zaczekaj! – zawołałem, ale w ogóle mnie nie słuchała. Wbiegła do pierwszego boksu, ale musiał być pusty, ponieważ ruszyła do kolejnego, a potem do następnego.

Kiedy do niej dołączyłem, stała zdezorientowana pośrodku ogromnego pomieszczenia, pachnącego końmi i sianem. Oparłem się o futrynę przy wejściu i przyglądałem się jej z rozbawieniem.

– Hej, co jest?! – zapytała niemal z wyrzutem, rozkładając szeroko ręce.

– Gdybyś mnie posłuchała, wiedziałabyś, że konie są na pastwisku. – Pokazałem na teren po prawej stronie. Roześmiałem się na widok jej zawiedzionej miny.

Podbiegła do mnie. Lekko zdyszana, zatrzymała się niecały metr przede mną i złożyła ręce w błagalnym geście.

– Zabierz mnie tam, proszę, proszę, proszę…

Ująłem ją za łokieć i wyprowadziłem ze stajni. Parę metrów dalej stały dwa potężne konie czystej krwi angielskiej, osiodłane i gotowe do drogi.

– Co powiesz na to? – Poczułem satysfakcję, gdy jej oczy się rozszerzyły, a usta ułożyły w nieme „o”, wyrażające zaskoczenie i podziw.

– O Boże, są takie piękne! – powiedziała podniesionym głosem, ale na tyle cicho, by nie spłoszyć zwierząt.

Wyswobodziła się z mojego uścisku i podeszła powoli do koni. Wyciągnęła ostrożnie ręce i jednocześnie pogłaskała obydwa po pyskach. Shadow cofnął się od razu, lecz wiedziałem, że tak zrobi. Gwizdnąłem i kiedy do mnie podszedł, trącił mnie łbem.

 

– Witaj, przyjacielu. – Z czułością pogładziłem go po czarnej grzywie. Daję słowo, że zamruczał, zadowolony z pieszczoty. Wyciągnąłem z kieszeni kostkę cukru i podałem mu ją. – Nie przyzwyczajaj się, łobuzie, to tylko dlatego, że dawno się nie widzieliśmy. – Pokręcił łbem, rżąc cicho i uderzając mnie nim delikatnie w ramię. – Też za tobą tęskniłem, przystojniaku – zapewniłem. Poruszył niespokojnie nogami, żeby pokazać mi, że się niecierpliwi i chce udać się na przejażdżkę.

Poklepałem konia po grzbiecie i dopiero, kiedy pochylił się do przodu, przypomniałem sobie, że nie jestem sam. Olivia stała przy Lady, głaszcząc ją i patrząc na mnie w taki sposób, że poczułem się skrępowany.

– To było słodkie – stwierdziła.

Prychnąłem.

– Wydawało ci się. Nie ma we mnie nic słodkiego. Zapomnij o tym. Wsiadaj na Lady, czeka nas przejażdżka – nakazałem. Nie dając jej szansy na odpowiedź, a raczej na odpyskowanie mi, kontynuowałem: – Jest spokojna i potulna, tak że nie masz się czego obawiać.

– W przeciwieństwie do ciebie, panienko Wild – sarknęła. Odwróciła się ostentacyjnie i bez niczyjej pomocy wskoczyła na Lady. Umościła się w siodle i posłała mi wyzywające spojrzenie.

– Coś ty powiedziała?! – Nie mogłem uwierzyć w jej bezczelność.

– Teraz możesz się ugryźć… gdzieś. – Wbiła pięty w boki mojej angielki i ruszyła w stronę lasu. – Złap mnie, jeśli potrafisz! – krzyknęła, nim przeszła do galopu.

– Obyś tego nie pożałowała! – odkrzyknąłem.

Jedną ręką chwyciłem za siodło i przerzuciwszy nogę przez mojego ogiera, usadowiłem się wygodnie. Podniecony perspektywą przejażdżki Shadow wyrwał się agresywnie do przodu.

– No dalej, kolego, pokaż, co potrafisz. – Szarpnąłem lejce, pochyliłem się i pognałem przed siebie, wpatrując się w plecy Olivii, która galopowała już kilkadziesiąt metrów przede mną.

Musiałem przyznać, że podczas jazdy konnej Olivia prezentowała się bezbłędnie. Widać było, że to jej pasja. Wyprostowana postawa, wysoko uniesiona głowa, sposób, w jaki utrzymywała się w siodle i kierowała Lady, były imponujące. Wyobraziłem sobie, że tak samo by wyglądała, gdyby zamiast konia ujeżdżała mnie. Szybko odegnałem ten obraz sprzed oczu, ale i tak poczułem erekcję.

Na szczęście Shadow to szybki i silny koń, więc choć nie było łatwo, udało mi się ją dogonić. Mimo tego, że próbowała mi czmychnąć, nie zdołała. Złapałem za uzdę angielki, która gwałtownie zahamowała.

– Hej! Odczep się! – Olivia chciała mi się wyrwać.

– Zapomniałaś chyba dodać „panienko” – zadrwiłem.

– Panienko – powtórzyła z emfazą, po czym parsknęła perlistym śmiechem.

Zeskoczyłem zwinnie z konia, objąłem ją za biodra i ściągnąłem na ziemię. Zachwiała się i poleciała na mnie. Nie zdążyłem jej złapać i runęliśmy razem na twarde podłoże tak, że wylądowała na mnie.

– Kto teraz góruje nad kim? – Chwyciła moje nadgarstki i przycisnęła je do ziemi. – Mam cię, Wild. – Triumf przebijał się przez jej głos, kiedy pochyliła się nade mną. – Mam cię – powtórzyła ciszej. Jej usta zawisły nad moimi, jakby chciała mnie pocałować, ale coś ją powstrzymywało.

Wykorzystując moment jej zawahania, uniosłem ręce i obróciłem swoim ciałem tak, że po sekundzie to ona leżała pode mną. Usiadłem na niej okrakiem, ująłem jej nadgarstki i przyszpiliłem nad głową.

– Kto teraz dzierży władzę? Jak się uwolnisz? – Uśmiechnąłem się zwycięsko. – Musimy coś sobie wyjaśnić, moja buntowniczko. – Pochwyciłem jej wzrok. – To ja całuję jako pierwszy, ja wychodzę z inicjatywą. Nikt nie robi tego bez mojej zgody.

Jej policzki oblały się pąsem, przygryzła wargę i uciekła spojrzeniem w bok. Delektowałem się widokiem jej długiej, wyeksponowanej teraz szyi, na której szybko pulsowała żyła. Pochyliłem się i przejechałem po niej językiem. Jej ciało się spięło, ale nie odepchnęła mnie. To było sygnałem, bym nie przestawał. Ugryzłem ją w zagięcie między szyją a obojczykiem, niezbyt mocno, ale na tyle, że z pewnością zostanie jej po mnie pamiątka. Jęknęła cicho i poruszyła się, odchylając bardziej głowę. Pocałowałem ją w to samo miejsce, w którym wcześniej zatopiłem zęby, i powędrowałem językiem w dół. Moja wolna dłoń znalazła się pod jej bluzką, pieszcząc nagą, rozpaloną skórę brzucha. Koniuszkami palców musnąłem jej piersi. Dotykałem jej ciała niby przypadkiem, starając się nie przekroczyć granicy. Z jej gardła wydostał się prawie niesłyszalny jęk.

– Dlaczego oddałaś dziewictwo jakiemuś imbecylowi? I to w tak prymitywny i mało romantyczny sposób? Czy dziewczyny nie pragną, by ta chwila była jedną z najpiękniejszych w ich życiu? – Te słowa samoistnie wyleciały z moich ust. Nadal pieściłem jej brzuch, chwyciłem między zęby płatek ucha i zacząłem go ssać. Poruszyła biodrami. Ewidentnie podobało jej się to, co z nią robiłem. A mnie podobało się to, że tak łatwo mi ulega. – Olivio… – Uwolniłem jej dłonie i podciągnąłem koszulkę. – Dlaczego? – naciskałem.

– Pokłóciłam się z ojcem – wydukała, zahipnotyzowana moimi pieszczotami.

Tego się nie spodziewałem.

Spojrzałem na nią, zastanawiając się, czy jest tą samą osobą, na której temat zbierałem informacje. Bo jak na dziewczynę, o której sądziłem, że wiem wszystko, nie wiedziałem nic. Idealna, ułożona, ambitna i nieodrodna córka swojego ojca. Na ten właśnie typ byłem nastawiony, to taką Olivię zamierzałem zmanipulować i posłać do piekła. Okazało się, że dziewczyna, z którą spędziłem kilka ostatnich godzin, to ktoś zupełnie inny. Jakiś wredny głosik z tyłu mojej głowy podpowiadał mi, że z tą Olivią będzie dużo trudniej.

– Zadowolony? – odezwała się chrapliwym głosem, przerywając moją gonitwę myśli. – Zrobiłam to zaraz po jego telefonie do mnie. Nieustannie powtarzał, abym była rozsądna i nie przyniosła mu wstydu. No i w końcu najlepsze, musisz to usłyszeć. Powiedział, żebym nie zrobiła z siebie używki na pociechę innych, którzy wezmą, co zechcą, a potem wymienią na coś znacznie lepszego. – W jej tonie słychać było ból i rozgoryczenie. – Więc wzięłam sprawy w swoje ręce. Żeby nie dopuścić, by jakikolwiek facet się mną zabawił, ja postanowiłam bawić się nimi. Chciałam również w ten sposób udowodnić sobie, że moje ciało jest moje. Ojciec mógł ingerować w każdą inną sferę mojego życia, ale to było coś, co należało wyłącznie do mnie. I pozbyłam się dziewictwa, bo właśnie tego chciałam. Nikt inny, tylko ja. – Jej policzki przybrały ciemniejszą barwę, jakby się zawstydziła.

Starałem się zrozumieć jej postępowanie, ale przychodziło mi to z trudem. Nagle coś we mnie przeskoczyło i zdałem sobie sprawę, jak się zachowuję. Jej uległość też mogła być związana z tym, przed czym ostrzegał ją ojciec. Opuściłem jej koszulkę, by zakryła nagie ciało, i zszedłem z Olivii. Nie sprawiło mi to satysfakcji ani nie przyszło łatwo, bo byłem nieźle nakręcony. Ale po jej wyznaniu doszedłem do wniosku, że jest za wcześnie, by przenieść naszą znajomość na kolejny poziom. Byłem draniem, ale nie bydlakiem.

– Jedziemy dalej – zdecydowałem, wstając. Podałem jej dłoń, którą niepewnie ujęła, i pociągnąłem, by stanęła na nogach.

– Jesteś dziwny – wymamrotała, otrzepując się ze ździebeł trawy. – Zachowujesz się, jakby siedziały w tobie dwie różne osoby.

– Nie tylko dwie, buntowniczko. – Nie drążyłem tematu. Poszedłem po konie, które pasły się nieopodal.

Przez ponad godzinę jeździliśmy po okolicy. Na życzenie Olivii spędziliśmy dłuższą chwilę przy krzaku bezpańskich malin. Osobiście nie skusiłbym się na coś, co rośnie dziko, bez atestów i wcześniejszego przebadania, jednak Olivia uparła się, że musi ich spróbować. Coś, co ja uważałem za obrzydliwe, dla niej było rarytasem, ponieważ pomrukiwania i jęki, jakie z siebie wydawała, ogołacając krzak, bezapelacyjnie na to wskazywały.

– Najedzona? – zapytałem, kiedy zaczęła oblizywać zabarwione czerwonym sokiem usta.

– Nie, ale i tak już nie mogę żadnej znaleźć – odrzekła z zawodem.

– W takim razie możemy wracać. Dotrzemy w sam raz na kolację.

– Okej. Co powiesz na wyścigi? Ten, kto dotrze do domu pierwszy, będzie mógł poprosić przegranego o cokolwiek zechce – zaproponowała, szeroko się uśmiechając, dumna ze swojego pomysłu.

– Jesteś tego pewna? – Musiałem wiedzieć, że wie, o co prosi.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?