Zrozumieć zbrodnię

Tekst
Z serii: Varia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zagadki ludzkiej psychiki

Ludzki umysł to wciąż obszar nieodgadniony. Zdaniem naszego eksperta jednym z największych fenomenów psychiki człowieka w ubiegłym wieku była histeria.

– W XVIII i XIX wieku panowało przekonanie, że dotyczy ona tylko kobiet – opowiada doktor. – Już w starożytności uważano, np. Hipokrates, że histeria to wścieklizna macicy (histerus po łacinie oznacza macicę). Mężczyzna, jako że nie ma tego narządu, nie może popadać w histerię. Oczywiście widywano mężczyzn z charakterystycznymi dla tego stanu objawami, ale zaprzeczano faktom.

Kiedyś, a było to dawno, dawno temu, napady histerii budziły zainteresowanie i współczucie, co było mechanizmem napędzającym zjawisko. Tymczasem w latach 60. i 70. XX wieku nastawienie społeczne w tej kwestii uległo radykalnej zmianie. Kiedy w 1968 roku zaczynałem pracę w klinice psychiatrycznej, w tygodniu przywożono nam na noszach nawet do dziesięciu pacjentów z porażeniami na skutek histerii, niedowładem, afonią – gdy człowiek nie mógł mówić – albo ślepotą histeryczną.

Podawaliśmy im wtedy na izbie przyjęć „cudowny, zagraniczny lek ABD”, który – tak mówiliśmy – mieliśmy w Polsce tylko my, na naszym oddziale. Po tym zastrzyku pacjenci wstawali z noszy i o własnych siłach opuszczali szpital. Wszystkie objawy ustępowały jak ręką odjął.

Imponowałem tym mojej żonie, która przyszła do nas na praktykę i widziała tamte cudowne ozdrowienia. Nie mogła uwierzyć, że jesteśmy w stanie tak spektakularnie kogoś wyleczyć ze ślepoty czy głuchoty.

– Co to za lek? – spytała.

– Bardzo dobry, amerykański – odpowiedziałem enigmatycznie.

– No tak, ale jaki jest skład tego ABD? – drążyła temat.

– Musiałabyś dochować tajemnicy.

– Dochowam – zapewniła.

W końcu jej powiedziałem, że to… woda destylowana. Aqua b destillata, czyli ABD. Trudno w to uwierzyć? A jednak! Siła sugestii czyni cuda. Uzdrawia, ale też zabija, np. w plemionach, w których klątwa rzucona przez czarownika potrafi doprowadzić do śmierci.

W dzisiejszych czasach histeria praktycznie nie istnieje.

Kolejnym fenomenem ludzkiej wyobraźni, który zaskoczył psychiatrów i psychologów około 70 lat temu (i zaskakuje do dziś), jest tzw. osobowość mnoga, występująca głównie w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych Ameryki, najczęściej u kobiet. Objawia się tym, że człowiek nagle, zupełnie poza świadomością, staje się kimś innym: podaje nieprawdziwe dane, ma inny wiek, iloraz inteligencji, preferencje seksualne, zapis EEG, a w przypadku kobiet – inny cykl miesiączkowy. Takich wcieleń w jednym człowieku jest nawet kilkanaście, a w najgłośniejszych, opisywanych w prasie medycznej przypadkach – ponad 20 (!)

Pacjentka (lub pacjent) z zaburzeniami tożsamości nie jest świadoma, że żyje równocześnie więcej niż jednym życiem, jej prawdziwa osobowość nie wie o istnieniu pozostałych. Często te wcielenia są skrajnie różne. Mają odrębne wspomnienia, życiorysy, a także upodobania, choroby i talenty.

W latach 50. ubiegłego stulecia, kiedy amerykańska psychiatria zaczęła analizować i opisywać pierwsze takie przypadki, policja odkrywała sekrety kilku tajemniczych zaginięć. Okazywało się bowiem, że w oddalonych od swoich domów miastach i stanach przebywały osoby od dawna uważane za zmarłe. Jedna z nich wróciła do męża i dwóch dorosłych córek po 19 latach. Zachowywała się tak, jakby nic się nie stało, tymczasem wszyscy dookoła niej byli w szoku. Nie mogła zrozumieć zdziwienia rodziny i znajomych, ale też nie potrafiła pojąć, dlaczego jej córki tak szybko urosły i wyszły za mąż. Jeszcze rano były małe, chodziły do przedszkola, a teraz jechały do pracy. Lekarze podejrzewali schizofrenię, ale ostatecznie wykluczyli chorobę psychiczną. Niestety, kobieta nie potrafiła sobie przypomnieć, gdzie spędziła wszystkie te „zgubione” lata.

Doktorze, na czym polega to zjawisko?

– Takie osoby doświadczyły w przeszłości silnego urazu psychicznego, głównie na tle seksualnym. Były gwałcone i maltretowane albo przeżyły tragiczną śmierć kogoś bliskiego. Po traumie ich psychika „uciekła” od realnego bytu, zepchnęła dramatyczne wydarzenia do nieświadomości i osoba zaczęła prowadzić zupełnie odrębne życie.

W Europie wielu lekarzy kwestionuje istnienie osobowości mnogiej, ale jest ona faktem. W Kanadzie i USA powstało wiele książek i filmów z bohaterami cierpiącymi na te zaburzenia, co nie pozostało bez wpływu na nowe przypadki. Zachowania postaci filmowych i literackich zostały przez część odbiorców nieświadomie skopiowane.

Mechanizm w mózgu włącza i wyłącza wspomnienia, także prawdziwe imię i nazwisko, dlatego osoby z osobowością mnogą podają inne dane.

Posługiwanie się fałszywymi danymi to przecież oszustwo.

– Nie w tym przypadku, bo wszystko dzieje się poza świadomością i kontrolą, mamy do czynienia z automatyzmem, działaniem wbrew woli. Oni wcale nie chcą być kimś innym. Niczego nie udają, nie symulują. To mechanizmy obronne, ich psychika ucieka w inną osobowość. „Przecież ty jesteś Merlin z Chicago” – mówią kobiecie znajomi. „Nie, nie, ja jestem Kristin z Nowego Jorku” – zaprzecza faktom.

Ale przecież to nie jest normalne. Taka osoba musi być chora.

– Tak, w międzynarodowej klasyfikacji chorób osobowość mnoga została określona jako jedno z zaburzeń psychicznych.

Do czego można to zaburzenie porównać?

– Do ciąży urojonej, czyli stanu, gdy kobiecie rośnie brzuch, nabrzmiewają piersi, odczuwa zawroty głowy i wiele innych objawów, jakby spodziewała się dziecka. Teoretycznie wszystko się zgadza, z jednym wyjątkiem – ciąży nie ma.

W 1957 roku ukazał się film Trzy oblicza Ewy, oparty na prawdziwej historii 25-letniej Chris Sizemore – pierwszej pacjentki z osobowością mnogą zdiagnozowanej i opisanej przez amerykańskich lekarzy. Pięć lat wcześniej kobieta zgłosiła się do terapeuty, mówiąc, że znajduje w domu mnóstwo nowych rzeczy, których nie kupiła ani ona, ani jej mąż. Podczas sesji terapeutycznych okazało się, że żyją w niej dwie obce sobie istoty. Pierwsza to szczęśliwa mężatka, stateczna gospodyni domowa i świeżo upieczona matka zdrowej dziewczynki. Druga zaś to bezdzietna, rozrywkowa dziewczyna, która sporo pije, spędza czas na zakupach i nie ma męża. Ta druga traktowała partnera tej pierwszej jak zupełnie obcego człowieka. Z czasem okazało się, że w Chris Sizemore ukrywają się… 22 osobowości. Każda miała swój odrębny życiorys i pojawiała się znienacka. Jedna z nich chciała zabić jej niemowlę, i to był sygnał, aby zgłosić się do psychiatry.

Pierwsze zaburzenia zauważono u niej, gdy była jeszcze dzieckiem. Zachowywała się tak, jakby w jej ciele obecnych było kilka dziewczynek. Nikt z tym nic nie zrobił. Dopiero w dorosłym życiu przyszedł czas na leczenie. Okazało się, że kobieta nie cierpi na schizofrenię, co początkowo podejrzewano, lecz zaskakujące zaburzenia tożsamości. Laik nie widzi różnicy, ale jest ona oczywista – w przypadku schizofrenii chory jest świadomy, że „ktoś siedzi w jego głowie”, natomiast tutaj kobieta nie uświadamiała sobie innych postaci, które w niej żyły.

Rozpoczęła się wieloletnia terapia Chris Sizemore. Szukano przyczyn tej – niezwykłej w jej przypadku – ucieczki od prawdziwej osobowości. Odpowiedź kryła się w dzieciństwie pacjentki. Lekarze wydobyli z jej nieświadomości dramatyczne wspomnienia, od których wszystko się zaczęło.

Miała zaledwie kilka lat, gdy bawiąc się w tartaku, zobaczyła, jak piła tarczowa przecięła wpół jej wujka. Krótko potem znalazła na polu rozkładające się ludzkie zwłoki. Tego psychika dziecka już nie wytrzymała, tamte wydarzenia odmieniły ją na zawsze. Lekarze opisali stan kobiety jako zaburzenia dysocjacyjne i nazwali jej przypadek osobowością mnogą.

Dwadzieścia lat później media w USA rozpisywały się o 23-letnim kryminaliście, który po raz pierwszy w historii Stanów Zjednoczonych został uniewinniony od popełnionych przestępstw właśnie z powodu osobowości mnogiej. Nazywał się Billy Milligan. W 1977 roku aresztowano go za gwałt i napaść z bronią w ręku. Psychiatra odkrył w nim ponad 20 osobowości – mężczyzn i kobiet. Każda miała odrębne życie i nie podejrzewała „sąsiedztwa” kolejnych. Jedna z tych postaci dokonywała gwałtów, inna napadów, a pozostałe prowadziły uporządkowany żywot, z poszanowaniem prawa.

Chociaż prokuratorom i biegłym trudno było w to uwierzyć, to badania psychiatryczne potwierdziły istnienie w nim wielu osobowości. William Milligan był jako dziecko maltretowany przez ojczyma. Podobnie jak u Chris Sizemore, traumatyczne dzieciństwo spowodowało u niego późniejsze zaburzenia. Daniel Keyes we wstępie do swojej książki Człowiek o 24 twarzach napisał:

„W odróżnieniu od innych ludzi cierpiących na osobowość wieloraką, opisywanych w literaturze psychiatrycznej i popularnej, którzy początkowo zachowywali anonimowość, Milligan stał się kontrowersyjną osobą już od chwili, gdy został aresztowany i oskarżony.

Jego zdjęcia pojawiały się na pierwszych stronach gazet i okładkach czasopism. Wyniki badań przeprowadzanych przez psychiatrów omawiano w wieczornych programach informacyjnych, pojawiały się też one w tytułach prasowych na całym świecie.

Po raz pierwszy spotkałem go w Ośrodku Zdrowia Psychicznego w Athens w stanie Ohio wkrótce po tym, jak go tam umieszczono na polecenie sądu. Gdy poprosił mnie, żebym napisał historię jego życia, odpowiedziałem mu, że moją zgodę uzależniam od tego, czy dowiem się o nim więcej, niż opublikowano w mediach. Zapewnił mnie, że głębsze tajemnice dotyczące jego poszczególnych osobowości nigdy nie zostały nikomu ujawnione, nawet adwokatom i psychiatrom, którzy go badali. Pragnął, żeby świat zrozumiał jego chorobę.

 

Kiedy rozmawiałem z nim na osobności, podczas wizyt w szpitalu psychiatrycznym, bardzo różnił się od opanowanego człowieka, którego poznałem podczas naszego pierwszego spotkania. Mówił z wahaniem, kolana mu nerwowo drżały. Pamięć miał słabą, nie pamiętał długich okresów ze swojego życia, głos często mu drżał pod wpływem bolesnych wspomnień. Po daremnych próbach wydobycia z niego informacji na temat przeszłości doświadczeń byłem gotów zrezygnować.

Wtedy stało się coś zaskakującego.

Pewnego dnia w Billym Milliganie po raz pierwszy dokonała się całkowita integracja, ujawniła się nowa osoba, amalgamat wszystkich jego osobowości. Zintegrowany Milligan w sposób jasny i niemal doskonały przypomniał sobie wszystkie swoje wcielenia od chwili ich powstania. Wszystkie ich myśli, czyny, związki z innymi ludźmi, tragiczne doświadczenia i komiczne przygody”1.

Bohater książki Daniela Keyesa spędził w szpitalu psychiatrycznym 10 lat. Po wyjściu na wolność trafił na długie lata do domu opieki społecznej, gdzie zmarł w 2014 roku w wieku 59 lat.

Prasówka:

„Kolejny przypadek osobowości mnogiej: znany gracz futbolu amerykańskiego Herschel Walker w dzieciństwie miał problemy ze zbędną wagą. Wtedy to właśnie w tłuściutkim Herschelu zamieszkały dwie osobowości – «wojownik», który zdobywał sukcesy sportowe, i «bohater», który bawił się na imprezach. Dopiero po upływie wielu lat, zmęczony chaosem we własnej głowie, udał się do lekarzy.

29-letnia Karen Overhill z Chicago skarżyła się psychiatrze na bóle głowy, depresję, amnezję. Po jakimś czasie lekarz zrozumiał, że w jego pacjentce żyje 17 różnych osobowości. Wśród nich – 2-letnia Karen, czarnoskóry nastolatek Jensen i 34-letni ksiądz Holden. Każda miała własny głos, charakter, umiejętności, styl zachowania. Na przykład tylko jedna z osobowości umiała jeździć samochodem, dlatego wszystkie inne musiały cierpliwie czekać, gdy ona je gdzieś odwiezie. Niektóre z nich były leworęczne, inne praworęczne.

Okazało się, że w dzieciństwie ojciec i dziadek gwałcili Karen. Później oferowali ją za pieniądze innym mężczyznom. Aby jakoś poradzić sobie z tym horrorem, dziewczynka stworzyła wirtualnych przyjaciół, którzy pomagali jej poradzić sobie w trudnych sytuacjach.

Leczono ją ponad 20 lat, w końcu udało się zintegrować wszystkie osobowości w jedną.

Kim Noble – malarka z Wielkiej Brytanii, przez całe swoje życie cierpi na rozdwojenie jaźni. W jej głowie mieszka 20 osobowości – maleńki chłopak Diabalus, który zna język łaciński, dziewczynka Judy, która ma anoreksję, 12-letnia Ria, która odtwarza w głowie okropne sceny gwałtu. Każda osobowość może się pojawić w dowolnym momencie, zazwyczaj codziennie.

Lekarze obserwują kobietę już od kilku lat, ale na razie nie mogą jej pomóc. Malarka ma córkę, która przyzwyczaiła się do dziwnego zachowania swojej matki. Kim Noble nie wie, kim jest ojciec dziewczynki, nie pamięta okresu ciąży i porodu. Wszystkie jej osobowości dobrze traktują dziecko.

Z kolei Truddi Chase z Nowego Jorku miała koszmarne dzieciństwo, znęcali się nad nią matka i ojczym. Aby jakoś poradzić sobie z okrutną realnością, dziewczynka stworzyła w swojej głowie ogromną ilość nowych osobowości, które przechowywały różne wspomnienia. Truddi Chase zdobyła popularność po opublikowaniu swojej książki When Rabbit Howls i udziale w talk show Oprah Winfrey”.

(źródło: http://womanadvice.pl/10-najbardziej-znanychprzypadkow-rozdwojenia-osobowosci)

1 Daniel Keyes, Człowiek o 24 twarzach. Billy Milligan – najcięższy przypadek rozszczepienia osobowości w dziejach, przeł. Anna Bartkowicz, Wielka Litera, Warszawa 2015. [wróć]

Rozdział 2
„Umrę, ale nie sam”, czyli samobójstwo rozszerzone

– Wyobraźcie sobie osamotnionego, przestraszonego człowieka, siedzącego w ciemnym pokoju, z którego nie ma wyjścia – proponuje czytelnikom tej książki Katarzyna Kolasińska, doświadczona psycholog i biegła sądowa. – W pomieszczeniu jest coraz mniej powietrza, trzeba podjąć próbę ucieczki. Przestraszony człowiek tylko wciska się w kąt i zamyka oczy. Poczucie beznadziejności i niemocy skutecznie odbiera mu chęć do jakiegokolwiek działania. On zwyczajnie nie ma sił, by boksować się ze światem.

Człowiek w „ciemnym pokoju” jest przekonany, że tylko śmierć jest sposobem na rozwiązanie jego problemów.

– Właśnie tak czuje się ktoś, kto już nie chce żyć – porównuje psycholog, z której doświadczenia zawodowego i rad korzystać będziemy na kartach niniejszej książki jeszcze nie raz.

Jeżeli samobójca nie pozostawi listu pożegnalnego z wyjaśnieniem „dlaczego”, jego najbliżsi, a także policja i prokuratura dociekają przyczyn desperackiej decyzji. Niektórych popycha do śmierci zawiedziona miłość. Wielu samobójców rozstaje się z życiem w wyniku nieuleczalnej choroby (także psychozy) lub głębokiej depresji. Coraz częściej przyczyną samobójstw jest strach przed przyszłością – szczególnie gdy brakuje środków do życia, z powodu utraty pracy, przedłużającego się bezrobocia i braku perspektyw na poprawę losu.

Często słyszymy, że ktoś, kto nosi się z zamiarem popełnienia samobójstwa, zachowuje się inaczej niż zazwyczaj. Osoba z natury otwarta i towarzyska nagle zamyka się w sobie, a człowiek dotychczas powściągliwy i małomówny zaczyna opowiadać o swoich problemach. Nawet gdy zmiany w zachowaniu są wyraźne, mało kto kojarzy je ze śmiertelnymi planami.

Znawcy ludzkich dusz podkreślają, że człowiek planujący śmierć „wysyła sygnały”: porządkuje swoje rzeczy, rozlicza się z bankiem, oddaje przyjaciołom najcenniejsze przedmioty. Czasami mówi, że się zabije, ale nikt nie traktuje tego serio.

Samobójstwo jest procesem trwającym latami: to nie tylko końcowy czyn, ale stan, który go poprzedza. Ten proces zaczyna się w momencie, gdy człowiek po raz pierwszy trafia do „ciemnego pokoju” i wyobraża sobie swój pogrzeb. Z czasem, gdy zabraknie pomocy ze strony bliskich i terapeutów, myśli o śmierci nasilają się, a definitywna ucieczka od problemów staje się pragnieniem. Na tym etapie pomoc jest jeszcze możliwa, jednak gdy nie nadejdzie w porę – człowiek podejmuje pierwsze próby samobójcze. Nie zawsze są one skuteczne, ale w końcu dopina celu.

Dramat staje się koszmarem, gdy desperat decyduje się na tzw. samobójstwo rozszerzone – zanim sobie odbierze życie, zabija swoich najbliższych, aby uchronić ich przed niesprawiedliwością tego świata.

Pod koniec lat 90. niedaleko Limanowej w beczkach z wodą natrafiono na zwłoki czterech chłopców. Najstarszy miał osiem lat, najmłodszy rok. Ich 33-letnia matka nie zdążyła odebrać sobie życia. Ktoś ją powstrzymał, gdy próbowała się powiesić. Zatrzymana przez policję trafiła najpierw do aresztu, a potem do szpitala psychiatrycznego. Tłumaczyła, że bardzo kochała swoich synów. Nie chciała, by ktoś skrzywdził ich w życiu, tak jak ją skrzywdzono. Kiedy funkcjonariusze wprowadzali ją do radiowozu, uzbrojeni w kije sąsiedzi krzyczeli: „Morderczyni! Powiesić ją!”. Nie znajdowali wytłumaczenia dla tego, co zrobiła swoim synom. „Chciała do piekła – mogła się powiesić, a nie dzieci do piekła posyłać!”

Kiedyś takie przypadki należały do rzadkości. Ostatnio słyszymy o nich raz za razem.

Fiolka z trucizną

Sala zabaw na warszawskim Bemowie tętniła życiem. Była handlowa niedziela, w sklepach już grali Last Christmas, chociaż do świąt Bożego Narodzenia pozostawał jeszcze miesiąc. Któreś z dzieci obchodziło urodziny, mali goście szaleli z balonikami i trąbkami.

Krótko przed osiemnastą w toalecie utworzyła się kolejka. Jedna z kabin przez długi czas była zajęta, oczekujący zaczynali się niecierpliwić. Ktoś się pochylił i dostrzegł pod drzwiami dziecięcą rączkę. Ktoś inny wyważył zamek i otworzył drzwi. Na podłodze leżeli mały – czteroletni, jak się wkrótce okazało – chłopiec i mężczyzna po trzydziestce, jego ojciec. Przed chwilą obaj byli jeszcze w sali zabaw, trzymali się za ręce. Teraz obaj leżeli bez śladów życia.

Sześcioletnia siostra chłopca, która przyszła razem z nimi, błąkała się po sali zabaw, niczego jeszcze nie rozumiejąc. Jej ojciec był już martwy, a braciszek zmarł w szpitalu.

Policja od pierwszych chwil była oszczędna w komentarzach, zasłaniała się „delikatnością sprawy”. Ktoś w toalecie zobaczył na podłodze fiolkę, którą funkcjonariusze natychmiast zabezpieczyli. Zrodziły się podejrzenia, że była w niej trucizna. „Ojciec zaprowadził syna do toalety, a następnie podał mu trującą substancję i sam ją zażył” – takie były pierwsze oficjalne informacje w tej sprawie.

Pięć dni wcześniej w programie TVN Uwaga! wyemitowano reportaż, którego bohaterką była żona desperata. Opowiadała, że mąż wielokrotnie tracił panowanie nad sobą, miał sprawę w prokuraturze o uporczywe nękanie bliskich i tzw. porwania rodzicielskie (wywoził syna za granicę i prosił o azyl). Małżonkowie byli w trakcie burzliwego rozwodu, kobieta wręcz drżała o bezpieczeństwo dzieci. „Jak mam je dawać pod opiekę człowiekowi, który groził samobójstwem i trzy razy wchodził z synem na dach w środku nocy?” – mówiła przed kamerami świadoma zagrożenia.

Sąd ograniczył jej mężowi prawa rodzicielskie, a w kontaktach z synem i córką ustanowił nadzór kuratora.

– To był dla mnie taki szok – mówił w reportażu Uwaga! TVN-u przyszły samobójca. – W nocy wsiadłem z synem w samochód i pojechałem przed siebie. Dojechałem do Monachium […]. No nie zakończyło się to dla mnie zbyt przyjemnie. Zostałem zatrzymany, a syn zabrany do jakiegoś punktu opieki.

W tamtą niedzielę po raz pierwszy – zgodnie z zaleceniami sądu – spotkanie ojca z dziećmi odbywało się pod okiem kuratora sądowego. Nic nie zapowiadało tragedii. Kurator – cichy uczestnik wydarzeń – był kiedyś policjantem. Miał spore doświadczenie w pracy z tzw. trudnymi przypadkami, cieszył się zaufaniem podopiecznych i przełożonych. Obowiązki służbowe wykonywał sumiennie, tamtego dnia również. Nie należało przypisywać mu winy za to, co się stało.

Śledczy od początku mówili o samobójstwie rozszerzonym i podkreślali, że takim dramatom trudno zapobiec. W obliczu depresji, bo to ona jest przyczyną, nieistotne jest wykształcenie i wykonywany zawód. Tu nie ma mądrych. Wobec choroby wszyscy jesteśmy równi. Zaledwie kilka miesięcy wcześniej w Lublinie pediatra specjalizujący się w medycynie rodzinnej zabił z broni myśliwskiej swoją żonę i córkę, a potem strzelił sobie w głowę. „Był cenionym lekarzem, doświadczonym samorządowcem i radnym Platformy Obywatelskiej. Broń posiadał legalnie, ponieważ był myśliwym” – informowała lokalna prasa. Sąsiedzi i znajomi opowiadali policjantom, że lekarz troszczył się o rodzinę. Chcieli racjonalnie wytłumaczyć sobie i innym, dlaczego tak postąpił. Spekulowali, że być może miał długi związane z hazardem, ale to i tak – ich zdaniem – nie tłumaczyło czegoś tak strasznego.

Prasówka:

„Rodzina pochodziła ze Świdnika, ale do Lublina przeniosła się na czas remontu swojego mieszkania. 72-letni Wojciech B. był lekarzem i radnym miejskim w Świdniku. Należał do Platformy Obywatelskiej, był jedynym reprezentantem tej partii w Radzie Miasta Świdnik. Radnym w mieście był kilka kadencji.

– To ogromna tragedia rodzinna. To był lekarz o wielkim doświadczeniu, gotowy nieść pomoc o każdej porze, w dzień i w nocy. Nie szczędził czasu, aby pomóc innym – mówi wicestarosta Waldemar Białowąs, szef świdnickich struktur PO. – To dla nas wielki smutek i żal. Trudno cokolwiek więcej powiedzieć.

– Jestem w szoku – mówi Janusz Królik, przewodniczący Rady Miasta Świdnik. – To był bardzo uczynny i pomocny człowiek, nie tylko dla mnie, ale też innych osób. Mam o nim jak najlepsze zdanie”.

(Agnieszka Antoń-Jucha, Paweł Buczkowski, Rodzinna tragedia w bloku w Lublinie. Ciała trzech osób, „Dziennik Wschodni”, 7.04.2018)

W podobnych zdarzeniach ludzie na siłę szukają powodu. Bez tego nie potrafią zrozumieć, a tym bardziej wybaczyć. Szczególnie wtedy, gdy samobójstwo dorosłej osoby poprzedza zabójstwo dzieci. Tak jak przed laty w Chwarstnicy (woj. zachodniopomorskie), gdy młody mężczyzna poderżnął gardła trzem synom. Ułożył ich ciała w swoim samochodzie dostawczym, otulił kocem, a potem rzucił się pod pociąg. Nikt nie mógł pojąć przyczyn tragedii. „Był przecież porządnym człowiekiem, bez zgubnych nałogów” – mówili autorce jego znajomi. „Poświęcał synom wiele czasu, okazywał im miłość, dbał o żonę”. Mężczyzna od paru miesięcy miał problemy ze znalezieniem pracy, nie był w stanie zapewnić rodzinie stałych dochodów. Chodził przygnębiony, ale nikomu się nie żalił, wszystko tłumił w sobie.

 

Nigdy nie zapomnę pogrzebu w Chwarstnicy – widoku małych białych trumien i płaczu matki nad grobem. Doktorze, jak to możliwe, że samobójcy zabijają tych, których kochają?

– Myślenie w depresji jest takie, że bliską osobę czekają same złe rzeczy, ból, cierpienie, nieszczęście i że nie ma ona perspektyw na przyszłość. Życie na ziemi jest piekłem, więc trzeba je przerwać. Jedynym sposobem na wyzwolenie się z bólu jest śmierć. Nie ma innego rozwiązania niż samobójstwo, a że nie można zostawić w tym piekle ukochanej osoby, za którą jest się odpowiedzialnym, chory uznaje, że najrozsądniejszym, a zarazem najbardziej humanitarnym wyjściem z sytuacji jest zabicie również tej osoby, najczęściej dziecka. Stan totalnego zmęczenia życiem jest nie do zniesienia, śmierć naprawdę wydaje się ukojeniem.

Zabijają prewencyjnie? Żeby uchronić osoby ukochane przed złem tego świata?

– Samobójstwo rozszerzone popełnia się z miłości, z prawdziwej troski. U chorego motywem może być chęć chronienia bliskich przed sytuacją bez wyjścia, prześladowaniem, wyśmiewaniem, dręczeniem.

Na taki ostateczny krok częściej decydują się kobiety, ponieważ mają zwiększoną emocjonalność, są bardziej wrażliwe i częściej zapadają na depresję. Statystycznie co dziesiąta kobieta i co piętnasty mężczyzna ma depresję, czyli kobiet jest aż o połowę więcej. Ryzyko samobójstwa rozszerzonego wzrasta, gdy jest to samotna matka, a dziecko niepełnosprawne, ponieważ szanse takiego dziecka na przetrwanie bez matczynej opieki drastycznie maleją. Pamiętam samotną matkę, która popełniła samobójstwo rozszerzone, odkręcając kurki z gazem. Dzieci umarły w jej ramionach, wcześniej przywiązała je do siebie i tuliła do serca. Inna samotna matka wsiadła z córką do samochodu, rozpędziła się i umyślnie uderzyła w drzewo. Dziewczynka zginęła, a kobieta miała sprawę karną, którą ostatecznie umorzono. Uznaliśmy, że była niepoczytalna.

Kobiety poprzez instynkt macierzyński związane są z dziećmi w sposób szczególny, dlatego „zabierają” je ze sobą. Do dziś wspominam pielęgniarkę z Koszalina, która samotnie wychowywała opóźnioną w rozwoju córkę. Dbała o nią jak tylko mogła, pracowała po godzinach, aby sfinansować korepetycje wyrównujące oczywiste różnice na tle klasy. Prowadziła szkolny sklepik, żeby być bliżej dziecka, a popołudniami dorabiała jako pielęgniarka. Miała problemy finansowe, zachorowała na depresję. Była leczona, niestety nieskutecznie. Lekarze często przepisują zbyt małe dawki leków, potem tego nie kontrolują, nie korygują. U pielęgniarki nie było żadnej poprawy. Któregoś dnia kobieta podcięła żyły córce, potem sobie – i to dużo głębiej, do tego stopnia, że poprzecinała sobie ścięgna. Straciła przytomność, tymczasem dziewczynka zdołała wykręcić numer na pogotowie. Przyjechała karetka, podjęto skuteczną reanimację, obie przeżyły. Córka wróciła do domu, matka trafiła do więzienia, na nasz oddział psychiatrii sądowej.