Nowy alfabet mafii

Tekst
Z serii: Varia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ali porządkuje skwerek

Kiedy po śmierci Barabasza przywódcą grupy pruszkowskiej został Ali, niektórzy zaczęli pomawiać go o współpracę z policją. Było to o tyle zabawne, że większość członków gangu była zblatowana ze „swoimi” gliniarzami. Prowadzili handel wymienny – informacja za informację. Według ówczesnego szefa wydziału kryminalnego Komendy Powiatowej w Pruszkowie Andrzeja Wielondka, tak naprawdę współpraca Alego, który był właścicielem sklepu monopolowego w centrum miasta, polegała na zaprowadzeniu porządku na skwerku obok sklepu. Gromadziły się tam lokalne męty, wybuchały awantury. Alego wezwano dyskretnie na komendę i zażądano, aby załatwił sprawę, bo inaczej utraci koncesję. I przy sklepie zaraz zapanował spokój, za to na Alego spadły kłopoty. Został publicznie poniżony przez Parasola i po tym incydencie usunął się w cień, odszedł z grupy. Podobno później prowadził hurtownie mebli gdzieś na Mazurach. Jego syn Ireneusz jest szwagrem Masy. Co ciekawe, obaj ożenili się z dwiema siostrami. Kiedy Ireneusz trafił za kraty, pogrążył go swymi zeznaniami świadek koronny Marek S., ps. Sikor. Masa, który wszelkimi siłami próbował chronić szwagra, zrezygnowany machnął ręką. – Jeśli Sikor coś wiedział o Irku, to miał obowiązek zeznać – oświadczył. – W końcu my, świadkowie koronni, jesteśmy od ujawniania prawdy, nawet jeżeli uderza w członków naszych rodzin.

Zakład Karny w Wołowie, fragment rozmowy z Parasolem (wówczas skazanym za założenie i kierowanie grupą pruszkowską):

Podobno między panem a Alim była awantura, nieźle go pan poharatał?

– Gdzie tam awantura! Takie męskie, między nami… Po klapsie sobie daliśmy i to cała sprawa, jak to na podwórku nieraz bywa.

Pan w dawnych czasach [lata 80. – przyp. aut.] nie był bez skazy. Miał pan wyroki, siedział w więzieniu.

– Tak, siedziałem. Podłożył mnie Barabasz. Ja byłem młody chłopak, małolat, jak to się mówi. Pomówił mnie. Wtedy nie było świadków koronnych, ale był artykuł o nadzwyczajnym złagodzeniu kary. W zamian za obciążenie innych dostawało się mniejszą karę, zgodę na paczki, widzenia, przepustki, a Barabasza nawet wożono na widzenia z żoną do hotelu.

W zakamarkach Żbikowa

Parasol, Barabasz, Masa, Dziki – to postacie ze Żbikowa, pruszkowskiej dzielnicy zrujnowanych przedwojennych czynszówek i slumsów. Wieczorami mieszkańcy innych części miasta nie zapuszczali się w ten zakazany rejon. Nawet funkcjonariusze ZOMO, którzy stacjonowali w pobliskich koszarach, omijali ciemne żbikowskie uliczki, bo łatwo było tu dostać po łbie od nieznających lęku oprychów.

Żbików w czasach PRL był miejscem wstydliwym. Tu kryła się bieda. Dla Jarosława S., ps. Masa, właśnie bieda jest najbardziej dojmującym wspomnieniem z dzieciństwa. Pamięta stare meble w mieszkaniu rodziców i obciachowe spodnie z krempliny, w których kazała mu chodzić matka. I koszmarne mikołajki w klasie w podstawówce: – Losowaliśmy nazwiska dzieciaków, którym robiło się prezenty – opowiada Masa. – Kiedy odpakowano moją paczkę, okazało się, że matka zapakowała w ozdobny papier stare książki. Nie miała pieniędzy, więc zawinęła, co miała pod ręką. Nauczycielka wygoniła mnie z klasy, a ja ze wstydu nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić.

Ojciec Masy był bokserem. Trenował w warszawskiej Legii, ale bez sukcesów. Kiedy Jarek miał dwa lata, tata porzucił mamę i odszedł. Mama pracowała w fabryce, ale zarabiała niewiele. Jarek wstydził się swoich marnych ubrań. – Jak kończyłem ósmą klasę, mama szarpnęła się i kupiła mi dżinsy Mastery – opowiada. – Chodziłem po Pruszkowie dumny jak paw. – I dlatego postanowił dojść w życiu do dużych pieniędzy. – Nadszedł czas, że już tylko to mnie interesowało – wyznaje. – Jak zarobić, jak wejść w posiadanie naprawdę dużej kwoty.

Pierwszy poważny zastrzyk gotówki przyniosło udane włamanie do fabryki Mery. Dokonał tego razem z Kiełbasą. – Starczyło na brykę, markowe dżinsy i niezłe żarcie – mówi. Przed pruszkowskim Peweksem, gdzie handlowali walutą, zarabiali po milion starych złotych dziennie. – A pensja górnika nie przekraczała wtedy 50 tysięcy – porównuje. Ale prawdziwe eldorado zaczęło się w 90 r., kiedy wziął udział w kradzieży dwóch traków wypełnionych papierosami marki Prince. Dostał za to należną działkę – 125 tysięcy dolarów. Potem następne traki, legalizowanie kradzionych samochodów (szacuje, że było ich ok. 300), wreszcie udział w zyskach od grup podporządkowanych „Pruszkowowi” (mówi, że w gangu był o szczebel niżej niż zarząd i zajmował się inkasowaniem taksy od innych grup przestępczych). Nie ujawnia wielkości majątku, jakiego dorobił się z przestępstw. Twierdzi, że to trudno wyliczyć, bo kiedy miał już pieniądze, inwestował je w legalne interesy. Posiadał dyskotekę, restaurację i udziały w kilku spółkach, dochody pochodziły więc także z uczciwych źródeł. Jeździł drogimi samochodami, wybudował wspaniały dom, w którym mieszkał wraz z żoną i dwójką dzieci. Rodzinę trzymał z daleka od gangsterskich spraw, nie zapraszał do willi kumpli od czarnych biznesów.

Teren prywatny – wstęp wzbroniony

W połowie lat 90. Masa kupił tysiąc metrów działki w Komorowie pod Warszawą. Postawił na niej dom swoich marzeń: na 440 metrach kwadratowych znalazły się m.in. cztery sypialnie, spory salon, basen i pokój kąpielowy wielkości średniego mieszkania. – W tamtych czasach koledzy wszystko przepijali, a ja budowałem. Miałem wizję i rozmach. Dynastii się naoglądałem.

Atrakcją domu było gigantyczne akwarium o pojemności 1700 litrów. Pływały w nim piranie i pielęgnice pawiookie z dorzecza Amazonki. Jarosław S. karmił je polędwicą. Jego dom wyróżniał się zielono-pomarańczową elewacją. We wnętrzach królowały pastele, na podłogach – marmury i granity. W holu stała siedmiometrowa fontanna. Można ją było podziwiać z każdej z trzech kondygnacji. Jego dom był otwarty dla koleżanek i kolegów jego syna i córki. Dzieciaki lubiły przychodzić na przyjęcia urodzinowe: na stole zawsze były lody, galaretka z bitą śmietaną i owoce południowe. Pewien mieszkaniec Pruszkowa, którego córka chodziła do jednej klasy z córką Masy, wspomina: – Kiedy dowiedziałem się, kim tak naprawdę jest ten pan zwany Masą, zabroniłem dziecku bywać u tej koleżanki. Protestowała gorąco, bo żal jej było.

Dumą gospodarza był barek. Trunki z jego kolekcji warte były jakieś 200 tysięcy złotych. Senator G., częsty gość w tamtych progach, zawsze prosił o koniaczek. Gospodarz preferował niebieskiego johnniego walkera.

Mieszkańcy Komorowa domyślali się, że mają sąsiada gangstera. Przed jego domem pojawiały się najdroższe w okolicy auta. Zatrzymywały się na wyłączonej z ruchu ulicy, z której Jarosław S. zrobił sobie prywatny parking. Z samochodów wysiadali rośli faceci z ogolonymi karkami. Elżbieta, żona Masy, nie życzyła sobie ich wizyt, dlatego interesy załatwiano na parkingu. Jarosław S. mieszkał w Komorowie zaledwie trzy lata. W 2000 roku został świadkiem koronnym. Od tamtej pory willa przez długi czas stała pusta. Bezskutecznie próbowało ją sprzedać kilka biur nieruchomości. Prawnik, który się tym zajmował, twierdzi, że nad tym domem ciążyło jakieś fatum. Pomimo atrakcyjnej ceny przez siedem lat nie można było znaleźć kupca. W 2006 roku Masa miał poważne problemy finansowe. Fundusze od państwa starczały mu podobno wyłącznie na piętrzące się opłaty za dom, gdzie ukrywał się z rodziną, oraz utrzymanie posiadłości w Komorowie. Aby ograniczyć koszty, postanowił wrócić na stare śmieci. – Wystawisz siebie i swoich bliskich na pewną śmierć – ostrzegali policjanci z ochrony. Do przeprowadzki oczywiście nie doszło, a kilka miesięcy później wyceniony na 2,6 mln zł dom sprzedano za 1,4 mln zł.

Żona koronna

Rodzina zawsze była ważna dla Masy, to dla bezpieczeństwa żony i dzieci postanowił diametralnie zmienić swoje życie, zostając świadkiem koronnym. Jego żona Elżbieta nigdy nie trafiła na łamy gazet, nie brylowała po lokalach, nie rozrzucała pieniędzy w ekskluzywnych sklepach. – Nigdy nie była pazerna na pieniądze i nawet wtedy, gdy zarabiałem w gangu dziesiątki tysięcy dolarów, ona wciąż była skromna. Nie szalała z drogimi ciuchami i kosmetykami – podkreśla Masa.

Poznali się w Pruszkowie, gdzie oboje mieszkali. Ona miała czternaście lat, on szesnaście. Jarosław S. przyjaźnił się z jej bratem Koczisem, grali razem w hokeja i chodzili do tego samego technikum samochodowego. – Kiedy odwiedzałem go w domu, zawsze zerkałem na jego młodszą siostrę. Zakochałem się w niej po uszy – wspomina.

Elżbieta pochodzi z katolickiej rodziny. Kiedy pod koniec lat 70. uczyła się w warszawskim technikum gastronomicznym (jest z wykształcenia technologiem żywienia), dobrze zbudowany Jarek już dorabiał na bramkach w dyskotekach. Mieszkał wtedy z matką w pruszkowskich slumsach bez kanalizacji. Kiedy Ela go poznała, był biedny jak mysz kościelna – chodził w jednych spodniach i jednym golfie.

Pobrali się w 1982 roku, po czterech latach znajomości. Przez sąd, bo narzeczony „wykombinował w mieście” zaświadczenie, że jego dziewczyna jest w ciąży. W rzeczywistości ciąży nie było, ale oni naprawdę chcieli być razem. Ojciec Elżbiety nie mógł się z tym pogodzić, doszło do awantury. Ale zakochani i tak postawili na swoim. Po ślubie zamieszkali w domu rodzinnym Elżbiety.

Po roku Jarosław S. wyjechał do Niemiec, żeby – jak mówi – zarobić na lepsze życie. Kiedy pakował swoje rzeczy, Elżbieta była w czwartym miesiącu ciąży. W Hamburgu Masa okradał sklepy z alkoholem, papierosami i skórzanymi kurtkami. Po roku wrócił do domu, do żony i syna. Mówi, że to były jego najpiękniejsze czasy. Po kilku latach na świat przyszła ich córka. – Moja żona jest wspaniałą matką. Całe swoje życie poświęciła dzieciom. Wychowała je na porządnych ludzi. Nigdy nie pogodziła się z moją gangsterską robotą, ani na wizyty moich kumpli w naszym domu, którego strzegła jak twierdzy. Zło musiało zostać za drzwiami – takie były reguły, których nie złamały nawet największe pieniądze. Nie potrafiła być wdzięczna za dostatnie życie, jakie jej zapewniłem. Zamiast „dziękuję” słyszałem tylko wyzwiska, że jestem bandytą i chamem.

 

Nie raz wykrzyczała mu w oczy, że jak nie będzie żył jak człowiek, to od niego odejdzie. Jarosław S. był jednak przekonany, że ona nigdy nie wystąpi o rozwód, gdyż kłóciłoby się to z jej katolickim wychowaniem. Nie chciał awantur, więc kłamał, że pieniądze zarabia uczciwie, że jest biznesmenem.

Spotkaliśmy się kilka lat temu na molo w Orłowie. Żona Masy – podobnie jak Jarosław S. oraz ich dzieci – była już pod parasolem programu ochrony świadków. Szczupła, ubrana na sportowo, z włosami upiętymi w dziewczęcy kucyk, wyglądała jak nastolatka. Jest raczej małomówna, skromna i życzliwa. W niczym nie przypominała np. byłej żony Słowika w ekskluzywnych kreacjach, drogich futrach i nienagannym makijażu. Nigdy też nie brylowała w towarzystwie pruszkowskiego półświatka. Czasami pod presją męża wybierała się z nim na czyjeś urodziny lub imieniny, ale zawsze narzekała, że to strata czasu. Siedziała przy stole milcząca, jakby nieobecna. Miała za złe mężowi, że wyciąga ją z domu.

– To nie był mój świat – mówiła żona Masy. – Buntowałam się, gdy Jarek przekonywał: „Musimy być tam razem, bo tak wypada”. Robiłam to dla niego.

Kiedyś wydawało się jej, że największym zagrożeniem dla męża jest policja. Bała się aresztowania, długiej, więziennej rozłąki. Z czasem zrozumiała, że prawdziwym zagrożeniem są ludzie, z którymi Masa robił interesy.

– Bałam się, że go zastrzelą, tak jak Kiełbasę, którego znałam z dzieciństwa, lub Pershinga. Strach towarzyszył mi każdego dnia, każdej nocy. To był koszmar, nie życie. Kiedy usłyszałam od męża, że poszedł na współpracę z prokuraturą i zostanie świadkiem koronnym, czułam niepokój, ale po raz pierwszy od lat zasnęłam spokojnie. Zrozumiałam, że koszmar się skończył.

Zanim Masa podjął najważniejszą w życiu decyzję, Elżbieta opowiedziała mu, co się działo, gdy na przełomie 1999 i 2000 roku była sama, bo on siedział w celi aresztu w Wadowicach. Bandyci podjeżdżali pod jej dom po nocach, wykrzykiwali pod oknami, że cała rodzina Masy skończy w drewnianych garniturach (tzn. w trumnach). W ciągu dnia blokowali jej samochód, osaczali ją, straszyli także trzynastoletniego wówczas syna, że „będzie leżał koło tatusia”.

Po szczerej rozmowie z żoną Masa zatelefonował do Olafa, przyjaciela-prawnika. „Dzwoń do prokuratora Mierzewskiego” – powiedział. – Przekaż mu, że będę zeznawał”.

Po kilkunastu latach pobytu w programie ochrony świadka koronnego małżeństwo Elżbiety i Jarosława S. przeżywało poważny kryzys. O tym jednak pisać nie będziemy.

U nich najbezpieczniej

W przeciwieństwie do Masy Janusz P., ps. Parasol, od dziecka zaliczał się do żbikowskiej elity, bo jego tata prowadził zakład elektryczny. – Miał produkcję spawarek transformatorowych, w miesiąc potrafił zrobić 6 sztuk, każda kosztowała 5–6 tysięcy, a ludzie zarabiali wtedy po tysiąc sześćset. Tak że my byliśmy zamożną rodziną – wspomina. Parasol twierdzi, że to jest prawdziwe źródło jego finansowego sukcesu, a nie jakieś napady i wymuszenia. Jego żona była współwłaścicielką delikatesów w Piastowie (już padły, bo w pobliżu powstały supermarkety). On sam wspólnie z Ryśkiem P., ps. Krzysiek, prowadził restaurację Kaskada w Brwinowie. Organizowali tam dyskoteki dla młodzieży. W lokalnej gazecie zamieszczali nawet reklamy. Na zdjęciu widać było szeroko uśmiechniętych Parasola i Krzyśka, a hasło brzmiało: „U nas najbezpieczniej”.

Na początku lat 90. media wykreowały obraz hermetycznej i lojalnej wobec siebie mafii pruszkowskiej. Obok siebie wymieniano, jako przyjaciół, Parasola i młodszego o kilka lat Masę. Dzisiaj Parasol i Masa są zaprzysięgłymi wrogami. Jarosław S. w zeznaniach przed sądem najbardziej obciążał właśnie Janusza P., ps. Parasol. – To taki sam troglodyta jak Barabasz – charakteryzuje dawnego wspólnika Masa. – Bezwzględny, wyzuty z uczuć. On mnie też nie lubi, bo jest zawistny. Bo mam za dużo pieniędzy, bo jestem za silny dla niego.

Parasol o Masie: – Nigdy nie był moim przyjacielem. No, muszę przyznać, że parę razy go schlastałem po jełopie, żeby tak brutalnie powiedzieć. On był silny, ćwiczył na sterydach, ale kompletne zero, jeśli chodzi o serce do walki.

W połowie lat 90. wielu domniemanych liderów grupy pruszkowskiej miało zarzuty o dokonywanie gwałtów. Wśród nich Masa, Parasol i jego przyjaciel Krzysiek (Ryszard P.). Po mieście chodziła plotka, że wśród poszkodowanych dziewcząt była też studentka resocjalizacji Małgorzata R., skazana później na dożywocie za udział w zamordowaniu dwóch dealerów Ery. – Zgwałcili ją w Kaskadzie Krzysiek z Parasolem. Krzysiek siedział za to w areszcie, ale jakoś się wykpił – twierdzi Masa. – Ona była dziwna, kochała świat gangsterski, kręciła się przy nas. Kiedyś chciała mi dać kilkanaście tysięcy złotych za zabicie jakiegoś człowieka, który rzekomo czyhał na jej głowę. Oplułem ją i odszedłem. Tak skończyła się moja znajomość z tą R. Potem zaprzyjaźniła się z Krzyśkiem i Parasolem.

Masa jednak odgrzebuje z pamięci zdarzenie, które stawia Parasola w korzystnym świetle: – Kiedyś po pijanemu wykupił cały towar ze sklepu spożywczego na Żbikowie, ja mu pomagałem. I potem tę żywność rozdawaliśmy za darmo staruszkom. Każdy, kto przyszedł, dostawał od nas siatkę z wiktuałami.

Dzisiaj Masa przypisuje Parasolowi współudział w próbie zabójstwa Wariata (szefa „Wołomina”), a Parasol twierdzi, że to Masa zlecił zabójstwo Wojtka K., ps. Kiełbasa.

Przyjaciele

Kiełbasę zastrzelono w lutym 1996 r., w biały dzień, w centrum Pruszkowa. Typowano go na przyszłego bossa grupy. Inteligentny i sprytny, obdarzony charyzmą, potrafił zyskać posłuch. Od początku lat 80. kręcił się przy bandzie Barabasza. Dla policji jego śmierć była sygnałem, że w „Pruszkowie” zaczęła się krwawa walka o władzę.

Masa o Kiełbasie: – Był moim największym przyjacielem, więc może dlatego mogę go tylko chwalić, nie miał złych cech. Był taki, że jak ktoś mu drogę zajechał, to mu urwał ucho, a zaraz potem zatrzymywał auto z piskiem opon, aby staruszkę przez jezdnię przeprowadzić.

Zapamiętał też swoistą uczciwość gangstera Kiełbasy: – Kiedyś przez pomyłkę wypłacono mu za dużo forsy za jakąś robotę dla grupy, a mnie pominięto. Kiełbacha mógł forsę schować, a on oddał mi połowę. Taki to był człowiek.

W gangu akcje Kiełbasy szły w górę. Masa wdrapywał się przy jego boku, był przez pewien czas oficjalnym ochroniarzem Wojciecha K. Obaj ochraniali też związanego z „Pruszkowem” biznesmena Wojciecha P. (jako się rzekło, typowanego na początku lat 90. na wiceministra budownictwa). Według Zygmunta R. (numer jeden na liście oskarżonych w procesie tzw. zarządu „Pruszkowa”) Masa i Kiełbasa po prostu zastraszyli biznesmena i ściągali od niego haracz za rzekomą ochronę.

Kiełbasa pochodził z tzw. dobrego domu, jego mama to szanowana lekarka, specjalistka od medycyny pracy. Dlaczego nie potrafiła upilnować syna, dlaczego pozwoliła, aby wybrał złą drogę?

Helena K., matka Kiełbasy: – Każdy ma swoje życiowe progi, a one potem rzutują na dalszy bieg.

Życiowy próg Kiełbasy

Fragmenty rozmowy z Heleną K., lekarką, matką Kiełbasy:

Jakim Wojtek był synem?

– Jako o synu to ja nie mogę powiedzieć nic złego.

Nie chcemy, żeby pani mówiła cokolwiek złego, raczej o tym, jak go pani zapamiętała.

– Jako syn, jako brat, jako kolega to on był bardzo dobry. Ooo, ale miał swoje wejście w życie dość przykre i później to…

…tak się potoczyło właśnie?

– Tak. W kilku słowach to trudno mówić. Każdy ma swoje życiowe progi, a one potem rzutują na dalszy bieg.

Czyli on miał pecha, że trafił na taki próg, którego później nie przekroczył?

– On miał takiego pecha, że miał bardzo „dobrego” ojca i uciekał z domu, żeby przyjść dopiero wtedy, kiedy ja będę. No i stąd kolegów miał różnych.

Ale chyba do pewnego momentu wszystko było w porządku, przecież on nawet zrobił maturę.

– Doszło do tego momentu, że jak był w piątej klasie, już miał w szkole napady padaczki, które nieraz utrzymywały się 24 godziny, i ja musiałam nieraz jechać na neurologię, tam dawali mu zastrzyk i jakoś to mijało. Później było podejrzenie, ponieważ był pod opieką profesora, było podejrzenie guza mózgu, ponieważ to się nasilało. A profesor wyciągnął ze mnie niechcący, ponieważ ja już pękłam i zaczęłam mówić, co się w domu dzieje. I profesor powiedział wtedy, co myśli o mnie jako o fachowcu. To było w gestii lekarza i ja nim jestem.

Ale pani jest internistą?

– Nie, ja jestem od chorób zawodowych. Zajmuję się medycyną pracy. Tak że profesor był zdziwiony, że ja pozwoliłam, żeby mnie i Wojtka, i córkę ktoś czwarty doprowadził do progu wytrzymałości. No i wysłaliśmy go do sanatorium, gdzie chodził do szkoły, i okazało się, ponieważ on miał wysokie IQ, to on bardzo szybko wyszedł z kłopotów w nauce, no i zresztą tam był spokój, odstawiono leki, nie było napadów padaczki.

Pani powiedziała, że przyczyną był dobry ojciec.

– Ponieważ Wojtek był słaby, mały, on go bił od małego, jak tylko dzieciak zaczął mówić.

Za coś konkretnego czy po prostu bez powodu?

– Bez żadnego powodu. On się urodził, poród był bardzo ciężki, on się urodził w zamartwicy, ja byłam o krok od śmierci. I on miał ileś mikrowylewów w mózgu. I to dawało takie ubytki funkcji. Na przykład miał tak duże drżenie rąk, że w żłobku zabawki nie utrzymał. Miał kłopoty z pisaniem, przez to właśnie dostawał pięścią po głowie. On miał jeszcze coś takiego, że jak widział, że ojciec się szykuje na niego, to miał zacisk krtani, oczy się rozszerzały, on był taki szary i w ogóle nie wydobywał głosu z siebie. A tamtego to do pasji szewskiej doprowadzało, że mały nie żebrze o życie.

A co się stało z tym dobrym ojcem?

– Właśnie wtedy, kiedy profesor mnie tak obrugał, zgodziłam się na wysłanie jego do sanatorium, a moja dyrektor wojewódzka założyła w moim imieniu proces o rozwód. No bo i ja już się nie bardzo nadawałam do pracy.

Pani też była zastraszana przez tego człowieka?

– To nie tylko chodziło o zastraszenie. Ja psychicznie nie wytrzymywałam. Jeżeli wiedział, że ja się nie dam bić, to wtedy mnie psychicznie kończył. To też można zrobić bardzo gładko. Zresztą małżeństwo trwało 18 lat, to był czas na wszystko. I to samo było z córką. To było na takiej zasadzie, że jak kogoś zgnoił, to tańczył, śpiewał, skakał, był szczęśliwy, bo kogoś zgnoił. I zawsze ktoś któregoś wieczoru padał jego ofiarą.

Ale kiedy Wojtek dorastał, to męża już wtedy z wami nie było?

– Nie, Wojtek już chodził do siódmej klasy, jak ten rozwód był przeprowadzony.

A czy Wojtek później, kiedy stał się dorosły, szukał zemsty na ojcu za to wszystko?

– Nie, na ojcu nie.

Jak to się stało, że Wojtek związał się nie z tymi ludźmi, co powinien?

– Bardzo prosto. Poszedł do parku posiedzieć na ławce, nie wiedział, że siedzi na czatach, że ci, co razem z nim siedzą na ławce, patrzą, jak inni włamują się do kawiarni czy jakiegoś kiosku. No i już mieli na niego haka. On nawet chciał z tego wyjść, przejść na współpracę, ale policja nie chciała.

Dlaczego?

Bo już Masa przeszedł.

Przecież Masa przeszedł dużo później.

– On przeszedł w 1980 czy 81 roku.

Czy Wojtek się pani zwierzał ze swoich przygód?

– Wojtek był taki, że się z niczego nie zwierzał. Ja wiem tylko to, co się przypadkowo dowiadywałam.

Kiedy Wojtek się zaprzyjaźnił z Jarkiem Masą?

– On się nie zaprzyjaźnił. On sobie postanowił, że Jarka wyprowadzi na ludzi. A ten go z kolei wyprowadził. Jeździłam do pracy nieraz z Wojtkiem i jechał też z nami nieraz Jarek. Widziałam, że Jarek aż kipi, mówiąc do niego. I stale powtarzał, że Wojtek ma matkę i jest ustawiony, a on, Jarek, niczego nie ma. Nieraz mówił: Bo ja byłem w domu dziecka, a tobie matka wszystko… Z Jarkiem był ten problem, że jak on wypił, to nie panował nad sobą i chodziło o to, żeby go ktoś wtedy stonował. Tylko Wojtek miał jakiś wpływ na niego. Wojtek nie palił i nie pił, jego raził każdy, kto tak robił. Dlatego on tak to zwalczał u Jarka, tym bardziej że to dawało takie skutki.

 

Ale później Wojtek się zmienił i zaczął jednak używać alkoholu?

– On niewiele używał. Wie pan, ja nie jestem zakonnica i ja nie piję, ale jak jestem w towarzystwie, które pije, to trudno jest odmówić.

Czy pani miała do Wojtka pretensje o przyjaźń z Jarkiem, czy pani to tolerowała?

– Nigdy nie ingerowałam w znajomości żadnego z moich dzieci. Nigdy im nie dobierałam znajomych ani nie sugerowałam sposobu życia.

Jarek bywał u was w domu?

– Potem już nie. Był jakiś dziwny, zawsze kipiał jakąś taką zawiścią. Ja nie mogłam tego zrozumieć.

Czy później, kiedy już Wojtek stał się bogatym człowiekiem, bo to, co robił, przynosiło mu spore dochody, pomagał pani finansowo?

– A jaki był bogaty? Miał kawalerkę, i to wszystko.

A dobre samochody?

– Jakie samochody? Passata pierwszego dostał od mojego brata z USA, a później go sprzedał i kupił drugiego. Jaki tam był bogaty? Miał część segmentu na Warszawie i działkę na Mazurach. To wszystko. Niezabudowana zresztą. Ja jestem przyzwyczajona od 10 roku życia, że pracuję na ileś osób, a nikt na mnie.

A kiedy wyjeżdżał na wycieczki zagraniczne, do Turcji, na Dominikanę, czy proponował pani wspólne wakacje?

– Jak on mieszkał oddzielnie, to ja już nie wiem, gdzie on jeździł. Jak jeździł, to ze swoimi dziewczynami, a nie z matką.

Poznała pani towarzystwo, które go otaczało?

– Znałam chyba dwóch albo trzech. Znałam Jarka i tego, którego zabili w Warszawie, chyba Jacka D.

Kiedy już dotarło do pani, czym się syn zajmuje, czy próbowała go pani ratować z tego wszystkiego? Czy były takie możliwości?

– Jakie możliwości? Nie było możliwości.

Kiedy powiadomiono panią o jego śmierci?

– Jeden pan widział Wojtka leżącego koło tego sklepu i on mnie zawiadomił. Poszłam, stałam półtorej godziny, daleko od niego, na drugiej stronie ulicy, bo nie miałam zgody pana prokuratora, żeby podejść. Nie wiem, czego się pan prokurator obawiał. Wszyscy mogli podchodzić, tylko ja nie mogłam. Był mróz, luty, a ja stałam półtorej godziny daleko od mojego syna.

Czy pani się później próbowała dowiedzieć, kto to zrobił?

– Były tutaj takie plotki, krążyły. Ale dla mnie była najważniejsza śmierć jego, a nie, kto to zrobił. Tutaj krążyły różne wersje, zresztą przychodzili różni ludzie i mówili różnie o przebiegu tego wszystkiego. No, ale ja nie jestem człowiekiem mocnym, żeby mi coś dały te wiadomości.