Nowy alfabet mafii

Tekst
Z serii: Varia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spirytus rusza do kraju

Początek lat 90. przyniósł zmiany w kodeksie karnym. – Przestał obowiązywać artykuł, który mówił o zorganizowanej działalności godzącej w interes państwa, i drugi o niegospodarności w zarządzaniu mieniem społecznym – mówi Marian Duda, emerytowany policjant, były naczelnik wydziału kryminalnego na Pradze-Południe. – To stworzyło próżnię, w którą natychmiast weszły gangi.

Na początku lat 90. w Polsce odbyła się międzynarodowa narada przedstawicieli resortów spraw wewnętrznych i sprawiedliwości. Delegaci z Europy Zachodniej dociekali, dlaczego Polska nie wprowadza sprawdzonych na świecie narzędzi do zwalczania procederu prania brudnych pieniędzy: prowokacji policyjnej i przesyłki kontrolowanej. Strona polska wyjaśniała, że w społeczeństwie, które właśnie uwolniło się z systemu totalitarnego, takie metody byłyby źle przyjęte. Na dobrą sprawę nie wiadomo, czy taka interpretacja była tylko naiwnością ówczesnych decydentów, czy też stanowiła parawan dla tych, którzy korzystali z braku odpowiednich narzędzi prawnych. Wprowadzono je (a także instytucję świadka koronnego) dopiero w 1997 r. Do tego czasu Polska była potężną pralnią nielegalnie zdobytych pieniędzy. Opłacało się obracać gotówką pochodzącą z nieudokumentowanych źródeł. Na przełomie lat 80. i 90. uchylono furtkę, dzięki której legalnie sprowadzono do Polski miliony litrów spirytusu z Europy Zachodniej. Powstały ogromne fortuny. Zjawisko nazwano aferą alkoholową. I chociaż furtkę zamknięto, transporty wypełnione alkoholem nadal przekraczały granice, teraz już jako kontrabanda. Dla gangów przemyt spirytusu i wprowadzanie go do obrotu w postaci fałszywej wódki stały się złotą żyłą. Gang z Pruszkowa jako pierwszy opatentował własny wynalazek. Po co ryzykować wpadkę na granicy, kiedy bezpieczniej po prostu okradać przemytników? Zaczęto na masową skalę napadać na należące do różnych szemranych biznesmenów tiry z nielegalnym spirytusem. Poszkodowani swoich strat nigdzie nie zgłaszali.

Styl pruszkowski szybko podchwycili gangsterzy z innych części Polski. Przez prawie dziesięć lat trwała hossa świata przestępczego. Inaczej niż za PRL, przestępcy trafiali teraz na czołówki największych gazet, sponsorowali imprezy, bawili się w vipowskich salach najlepszych klubów, zamieszkiwali w najdroższych apartamentowcach, obok polityków, znanych aktorów i biznesmenów. Odpoczywali na egzotycznych wysepkach, weszli do kultury masowej, powstały o nich dziesiątki filmów i artykułów. Mit twardych, bezlitosnych facetów, którzy niczego się nie boją, stał się atrakcyjny w wielu zaniedbanych społecznie środowiskach. Bycie gangsterem wręcz nobilitowało, wydawało się świetnym sposobem na łatwe, choć często krótkie życie. W czasie, kiedy status materialny stał się najistotniejszym wyznacznikiem sukcesu, wielkie pieniądze mafiosów przemawiały do wyobraźni.

Kapiszon ma broń

Styl pruszkowski stał się – dosłownie i w przenośni – modny. Dosłownie, bo każdy początkujący bandyta nosił się, jak kazała moda: dresik, adidasik, złote ozdoby. Dopiero po latach dresy zastąpiły skórzane kurtki i szykowne garnitury. Standardowe wyposażenie gangstera pierwszej połowy lat 90. to bmw albo mercedes, obowiązkowo z przyciemnianymi szybami. No i klasyczna sylwetka: gruby kark, mięśnie nadmuchane sterydami. Obowiązkowym atrybutem mafiosa była też broń. Dostęp do niej okazał się powszechny. Towar w postaci pistoletów, karabinów, a nawet granatów oferowano na każdym bazarze. Ceny niewygórowane. Bazarowy arsenał pochodził głównie z przemytu i z magazynów stacjonujących w Polsce jednostek armii radzieckiej. Sołdaci postradzieccy w szaleńczym tempie wyprzedawali wszystko, co mieli na stanie, kiedy było już pewne, że niedługo opuszczą Polskę. Prezydent Wałęsa chlubi się do dziś, że to on wyprowadził z kraju armię radziecką, ale już przemilcza fakt, iż nie potrafiono wtedy kontrolować czarnego rynku broni. Wojsko wyjechało, karabiny przejęły gangi.

Niejaki Kapiszon z Targówka, który za zastrzelenie na początku lat 90. dwóch praskich bandytów (Szajby i Leona) trafił do kryminału, mówił nam, że kupił sobie pistolet Makarow na straganie przy Stadionie Dziesięciolecia. – Dałem Ruskiemu 600 dolarów – przekonywał. Kapiszon został skazany na 15 lat, wyrok przyjął z pokorą, ale twierdził, że zabił w obronie własnej. Gdyby nie sięgnął po broń, sam padłby ofiarą.

O Szajbie, Leonie i Kapiszonie szybko zapomniano, bo to nie byli gangsterzy z top listy, ale zaledwie podoficerowie w armii świata przestępczego. Przez kroniki kryminalne lat 90. przewinęły się tysiące takich funkcjonariuszy mafijnych średniego szczebla. Jedni w roli sprawców, inni jako ofiary. Ginęli jak muchy, i to przeważnie z ręki własnych kumpli, bo we wzajemnych sporach po broń sięgano równie szybko jak na Dzikim Zachodzie. Policja z ukrytych kamer filmowała ich pogrzeby. Kobiety lamentowały, mężczyźni dyskretnie ronili łzy. Ta rozpacz nie była udawana. Podczas pogrzebów silni ludzie przeżywali prawdziwe chwile refleksji. Ale poza murami cmentarza wzruszenie przemijało, wszystko wracało do normy. I znów chwytano za broń i naciskano spusty.

Uważany za przywódcę grupy wołomińskiej Dziad, który wśród swoich rozlicznych biznesów miał też zakład kamieniarski, wyliczył kiedyś, że na zmarłych kamratach dorobił się niezłej sumki, bo postawił bodajże siedemdziesiąt nagrobków. Mawiał, że wojna gangsterska w Warszawie to był mały Wietnam.

Kobiety na celowniku

„Mafia to męski świat, tutaj nie strzela się do kobiet”. Starej zasady cosa nostry nie udało się przeszczepić na polski grunt. Jedną z pierwszych w kraju śmiertelnych ofiar mafijnych porachunków była przyjaciółka złodzieja samochodów ze Szczecina, Waldemara S., ps. Gruby Janek. Miała na imię Agnieszka, kochała Grubego Janka i gangsterskie filmy, które oglądała nawet po kilka razy. Znała na pamięć scenę z sagi Sergia Leonego Dawno temu w Ameryce, w której od kuli ginie dziewczyna głównego bohatera, granego przez Roberta De Niro. Wzruszała się, bo ta piękna kobieta straciła życie przez miłość do mężczyzny uwikłanego w mafijne porachunki. Agnieszka miała 21 lat. Została zabita w październiku 1993 roku, w ten sam sposób jak dziewczyna z tamtego filmu. Razem z nią zginął Gruby Janek.

Zabójcy działali profesjonalnie, strzelali z przerobionego, gazowego walthera. To był szok dla służb kryminalnych w Polsce – wprawdzie egzekucje zdarzały się wcześniej, ale dochodziło do nich w lasach, hotelach, a nie w domowym zaciszu i z broni palnej. I nigdy dotąd w przestępczych rozrachunkach nie strzelano do kobiet.

Agnieszka pracowała w nocnym klubie jako kelnerka, przyciągała wzrok wielu mężczyzn, tracili dla niej głowę. Zbierała wysokie napiwki, ale nigdy nie flirtowała z gośćmi klubu. Wystawali pod lokalem, czekając, aż skończy pracę. Sprytnie się im wymykała, tłumacząc, że „pada z nóg” i że „wyleci z pracy, jeśli szef zobaczy”. Przez wiele lat, już po jej śmierci, w lokalu wisiały na ścianach zdjęcia Agnieszki. Gruby Janek musiał się sporo natrudzić, zanim umówiła się z nim na pierwszą randkę. Był od niej o dziesięć lat starszy, miał nie najlepszą reputację, sporą nadwagę i żonę, prawniczkę. Wmówił Agnieszce, że pracuje w „zagranicznej spółce joint venture” w branży motoryzacyjnej. W rzeczywistości handlował kradzionymi w Niemczech autami, miał na to zielone światło od Nikosia z Gdańska – króla złodziei samochodów. W półświatku cieszył się szacunkiem, budził respekt.

Kiedy na początku lat 90. z jednego z urzędów wojewódzkich skradziono kilkaset pasków do paszportów, podejrzewano, że trafiły one w ręce Grubego Janka. Chciał je sprzedać wysoko postawionemu w gangsterskiej hierarchii przestępcy z Gorzowa Wielkopolskiego. Umówili się w lesie na transakcję. Waldemar S. oszukał kontrahenta. Odjechał z paskami i kasą. Potem cały półświatek miał nielegalne paszporty z paskami od Grubego Janka.

Agnieszka szalała z niepokoju, bo Waldek znikał na całe dnie i noce, co rusz wynajmował nowe mieszkania, ukrywał się, i to nie przed organami ścigania. Prokuratura oskarżyła Waldemara S. o przestępstwa samochodowe, odpowiadał z wolnej stopy. Przed pierwszą rozprawą planował spotkanie ze swoim adwokatem, jednak nie przyszedł. – Wtedy zadzwoniła do mnie Agnieszka i powiedziała, że Waldek jest w Warszawie, ale o terminie rozprawy pamięta i z pewnością stawi się w sądzie – wspomina mecenas Andrzej Mataj. – Mówiła spokojnie, nie wyczuwałem w jej głosie strachu czy niepokoju. Ale on nie przyszedł na rozprawę. Poprosiłem sędziego o krótką przerwę. Chciałem skontaktować się z klientem i wyjaśnić przyczynę jego nieobecności. Telefon odebrał jakiś policjant, który powiedział, że Waldek nie przyjdzie do sądu. Pomyślałem, że go zatrzymali za jakąś inną sprawę, zatem od razu dodałem, że jestem jego obrońcą. „Teraz już mu żaden obrońca nie będzie potrzebny” – usłyszałem.

Gruby Janek musiał znać zabójców, bo obcych nigdy nie wpuściłby do domu. Po pierwszych strzałach próbował uciekać na klatkę schodową (na ścianach była jego krew), wołał o pomoc, ale nikt z sąsiadów nie otworzył drzwi. Agnieszka szukała schronienia w łazience, ale i ona była bez szans. Dostała prosto w głowę. Mordercy sporo wiedzieli o szczegółach prowadzonego śledztwa, grozili śmiercią policjantom przydzielonym do tej sprawy, znali ich nazwiska, adresy, imiona dzieci.

Rok po tamtym zabójstwie zastrzelono w Szczecinie 21-letnią Agnieszkę B. – barmankę z Royal Pubu, powiązaną z handlarzami narkotyków, potem 23-letnią Iwonę M., która zginęła ze swoim chłopakiem Rambo – jednym z bossów tamtejszego półświatka. Do dziś nie udało się ustalić, kto dokonał egzekucji. To nie koniec czarnej serii. 20 lipca 1999 roku w szwedzkiej miejscowości Malmö Jacek N., ps. Kato, z „Pruszkowa” zastrzelił Monikę H. Dziewczyna chciała ułożyć sobie życie z Piotrem R., gangsterem z grupy Oczki.

 

Wciąż widzę ją martwą

Z Piotrem R. spotkaliśmy się w więzieniu w Nowogardzie, gdzie odsiadywał wyrok za udział w zbrojnym gangu Marka M., ps. Oczko. Oto fragment tamtej rozmowy:

– Jak pan i Monika znaleźliście się w Szwecji?

– Monika mieszkała tam od ponad dziesięciu lat. Wyjechała z Polski z mamą, po rozwodzie rodziców. Miała swoje mieszkanie, pracowała w restauracji, zarabiała jako modelka. Robiła karierę, jej twarz pojawiała się na okładkach popularnych magazynów mody. Ja uciekłem z kraju przed policją, wiedziałem, że mam być zatrzymany, miałem fałszywy paszport. To Monika sprawiła, że przestępcze interesy i zasady straciły sens. Chciałem żyć normalnie.

– Wiedziała o pana przeszłości?

Nie wszystko. Postawiła mi twarde warunki: „Zrywasz z przeszłością albo odchodzę”.

– Jaka była Monika?

– Zjawiskowa, piękna, zgrabna. Miała 21 lat, długie, jasne włosy, czarujący uśmiech. Chciałbym pamiętać ją żywą, ale wciąż widzę ją martwą, jak na tych zdjęciach, które zrobiła policja. Zabójca strzelił trzy razy. Jedna z kul roztrzaskała jej czaszkę.

– Pan też miał wtedy zginąć.

– Miałem wiele szczęścia, właściwie to był cud. Jedna kula drasnęła mnie w skroń, druga przebiła plecy, na chwilę straciłem przytomność. Kiedy się ocknąłem, udawałem martwego, chyba tylko dlatego żyję. Widziałem, jak Kato strzela do Moniki. Uciekłem, kiedy wymieniał magazynek.

– Kim jest Kato?

– Był moim dobrym znajomym. Znaliśmy się z Warszawy, pracował tam dla grupy pruszkowskiej. Monika nie miała pojęcia, kim jest ten człowiek. Tamtego dnia, właściwie było to późno wieczorem, siedziała na kanapie, w dresach, miała na głowie ręcznik, suszyła włosy. Kiedy Kato nacisnął domofon, rzuciła mu z okna klucze, żeby otworzył sobie drzwi klatki. Zamykano je na noc.

– Wpuściła mordercę…

– Była ufna jak zawsze, pewnie nawet przez chwilę nie podejrzewała niebezpieczeństwa. Tymczasem on wyciągnął broń, powiedział: „No” i zaczął strzelać. Najpierw do mnie, potem do niej. Do końca życia będę żył ze świadomością, że ta piękna, dobra jak anioł dziewczyna zginęła przeze mnie. Jej rodzina nigdy mi tego nie wybaczy.

Po ekstradycji do Polski milczał pan prawie dwa lata.

– …

– Prokurator oskarżający „Pruszków” pokazał panu zeznania, z których wynikało, że to dawni przyjaciele z gangu nasłali na pana zabójcę.

– …

– Dopiero wtedy powiedział pan, kto strzelał, ale nigdy, nawet podczas procesu sądowego, nie ujawnił pan motywów, dla których dawni koledzy chcieli pana zlikwidować. Dlaczego?

– Znałem zbyt wiele tajemnic gangu. Moi dawni kumple obawiali się, że zacznę sypać. Sam przecież miałem zostać killerem i tylko przypadek sprawił, że w Antwerpii, dokąd mnie wysłano na „mokrą robotę”, nie wykonałem egzekucji.

– Jaki przypadek?

– Na granicy wpadła broń, która miała być użyta do wyeliminowania bogatego Żyda, powiązanego interesami z moim szefem. Zabito go kilka tygodni później. Kiedy do moich kompanów doszły pogłoski, że chcę się wycofać z gangu, potraktowano mnie jak zdrajcę i wydano wyrok. Zabójca nie mógł zostawić żywego świadka. Dlatego zamordował Monikę.

– W procesie karnym mordercy Moniki wystąpił pan w podwójnej roli: kluczowego świadka i oskarżyciela posiłkowego.

Zażądałem dożywocia, tyle dostał. Od dnia jej śmierci wciąż zastanawiałem się, dlaczego Bóg pozostawił mnie przy życiu. Teraz to wiem: przeżyłem, aby Kato już nikogo nie zabił.

– Jak przyjął wyrok?

– Z kamienną twarzą.

– A pan?

– Chyba płakałem.

Kilka miesięcy po zabójstwie Moniki H. polska policja znalazła w lesie pod Chociwlem ciało 30-letniej Ewy M., dziewczyny kolejnego gangstera. W sylwestrową noc 2003 roku w pewnym mieszkaniu na Mokotowie znaleziono martwą Annę S. – dziewczynę warszawskiego przestępcy Piotra Sz. Zginęła wraz z ukochanym. Miała 27 lat.

Pięć lat później, 10 stycznia 2008 roku, nieznani sprawcy dokonali egzekucji na żonie Krzysztofa M. Bajbusa z grupy mokotowskiej. Anna miała 35 lat i dwójkę małoletnich dzieci, zginęła od strzałów w plecy. Bajbus siedział wtedy w więzieniu. W półświatku mówiono, że układa się z prokuraturą na świadka koronnego. Egzekucja na Annie miała być ostrzeżeniem. Bajbus i tak zeznawał.

Wojna „Pruszkowa” z „Wołominem”

Grupy przestępcze swoje nazwy wzięły od miast okalających Warszawę. Lokalni złodzieje z przedmieść stolicy nagle przemienili się w gangsterów działających w związkach mafijnych nazywanych swojsko: „Otwock”, „Żyrardów”, „Wyszków”. Na tej samej zasadzie ochrzczono „Pruszków” i „Wołomin” – dwie największe organizacje przestępcze, które początkowo zgodnie ze sobą współpracowały. Niejaki Ceber, który wspólnie z Dziadem prowadził kantor i lombard w Ząbkach, jednocześnie pracował dla grupy pruszkowskiej. Inny wspólnik Dziada, Lutek, aż do dnia swojej śmierci w 1999 r. (zastrzelony w barze Gama na warszawskiej Woli) krążył między Wołominem a Pruszkowem. Sam Dziad też miał wspólne interesy z pruszkowskimi. W 1992 r. został nawet aresztowany razem ze Słowikiem i Oczkiem – przyłapano ich wraz z transportem nielegalnego spirytusu. Aż nagle na przełomie 1992 i 1993 r. zgoda się skończyła. Wybuchła krwawa wojna. Powód? Jak zawsze, pieniądze.

Stroną atakującą był przeważnie „Wołomin”, a właściwie Ząbki. W tym czasie bowiem gangi z prawej strony Wisły podzieliły się na mniejsze struktury. „Wołominem” rządzili Lutek i Klepak, osobno hasała grupa Kikira, a osobno ludzie Dziada. Do dzisiaj trwają spory, kto tak naprawdę rządził mafią: Dziad czy jego starszy brat, słynny Wariat. To Wariat porwał Ryśka Sz., ps. Kajtek, próbował porwać pruszkowskiego bossa Wańkę i zastrzelić Pershinga. Ksywkę Wariat nadano mu właśnie z powodu gwałtownego charakteru – decyzje podejmował raptownie i bez specjalnego namysłu. Kiedy zamiast Pershinga postrzelił jego kierowcę i ochroniarza Florka, miarka się przebrała. „Pruszków” szukał odwetu. Dopadli Wariata dopiero w 1998 r. – zginął od kul na ul. Płowieckiej, pod sklepem nocnym. Do dzisiaj jednak nie jest pewne, czy strzelali pruszkowscy, czy też ludzie z jego otoczenia, dawni kumple, którzy stali się wrogami. Zanim do tego doszło, przez Warszawę przetoczyła się fala wybuchów bomb podkładanych pod auta i knajpy, w ulicznych strzelaninach śmierć poniosło kilkadziesiąt osób. Dziad, który w tamtym wybuchowym okresie trafił za kraty, z jednej strony narzekał, że to kara za niewinność, ale refleksyjnie zauważał przy okazji, że być może dzięki pobytowi w kryminale uratował życie.

Tego szczęścia nie mieli bohaterowie „Pruszkowa”: Kiełbasa, Pershing, Dreszowie (ojciec i syn), Junior, Ksiądz, Kciuk, Klajniak, Zwierzak i dziesiątki innych. Ginęli przeważnie z ręki własnych kamratów – tak ostro walczono o władzę. W Pruszkowie było zresztą o co walczyć, bo ta grupa podporządkowała sobie większość przestępczej Polski. Nie bez powodu Jarosław S., ps. Masa, późniejszy świadek koronny, nazywał gangsterską mapę kraju Polską pruszkowską.

Mapa Polski pruszkowskiej

Mafia rozpełzła się po kraju. Małe, lokalne grupy przestępcze kolejno przystępowały do większych struktur. Bossowie „Pruszkowa” mieli w zwyczaju wspólne wyprawy do innych miast. Wystarczyło, że pokazali się w Szczecinie, Zgorzelcu, Suwałkach czy Lublinie, a już miejscowi gangsterzy na wyścigi deklarowali poddaństwo. Za „Pruszkowem” szła bowiem legenda. – Bardzo pomogli nam dziennikarze – przyznaje Jarosław S., ps. Masa. – Pisali, jacy to jesteśmy groźni, jacy krwawi. Mieliśmy dobrą prasę.

W Polsce lat 90. funkcjonował twór, który można określić mianem międzymiastówki gangsterskiej. Cały krąg postaci z różnych części kraju pozostawał ze sobą w bliskich relacjach. Ludzie ci znali się, współpracowali ze sobą, razem organizowali różne przedsięwzięcia. W siatce wspólnych powiązań byli Pershing, Bolo, Malizna, Wańka czy Słowik ze strony „Pruszkowa”, Oczko ze Szczecina, Simon z Katowic, Dziad i Ceber z Ząbek, Lutek i Klepak z „Wołomina”, Nikoś z Gdańska, Carrington i Lelek ze Zgorzelca, Wiesław P. z Kurowa, a obok niego sam Bogusław B. (znany z afery Art-B), Orzech z Poznania, Uchal z Wyszkowa, Dziuniek z Lublina, Sandokan z Gliwic i dziesiątki innych, drobniejszych przestępców z Suwałk, Bydgoszczy, Opola, Wrocławia, Krakowa i Częstochowy. Ludzie ci przyjaźnili się z tzw. uczciwymi biznesmenami, robili z nimi interesy, bywali u siebie nawzajem w domach, wyjeżdżali na wspólne wakacje. Pozostawali w bliskich związkach z wieloma politykami. Znane są kontakty, jakie z mafiosami utrzymywali wicepremier z czasów rządu Mieczysława Rakowskiego, a potem szef GUC i działacz SLD Ireneusz Sekuła i nieżyjący już poseł Tadeusz Kowalczyk z Radomia (BBWR). Z Pershingiem przyjaźnił się senator i biznesmen Aleksander G., który dostał wyrok za przestępstwa podatkowe. Podobny los spotkał współpracującego z „Pruszkowem” b. posła AWS Marka K.

W wyniku wojny między gangami stworzono nową mapę Polski. Ustalił się następujący podział: „Pruszków” rządził terenami na zachód, północ i południe od Warszawy; „Wołomin” nadzorował granicę wschodnią. Tej mapy już nie ma. Starzy pruszkowscy – jak nazywany jest zarząd gangu – dostali i odsiedzieli swoje wyroki, a większość starych wołomińskich jest już w grobach, m.in. Lutek, Klepakowie, Kikir, Wariat. Zginęli Simon i Nikoś. Dziad zmarł w kryminale, a jednego z jego synów zastrzelono pod Warszawą. Ale natura nie znosi próżni, miejsce starych zajmują młodzi, chociaż ich kariery nie są już tak błyskotliwe. Szybko zaczynają i szybko kończą. Nowi giną w wymianie ognia z innymi młodymi bandziorami albo trafiają za kraty, bo policja już nauczyła się skutecznie z nimi walczyć, choć mafia broni się wszelkimi sposobami.

Rozdział II
O miłości, przyjaźni i nienawiści

Kiedyś istniały zasady. Wyznaczała je grypsera. Obowiązywał podział na ludzi, frajerów i cweli. Ludzie ludzi szanowali, frajerów olewali, a cweli upokarzali. W grupie pruszkowskiej świat zasad przestał istnieć, bo trzymanie się grypsery ograniczało zyski. Nie zajmowano się już gnojeniem frajerów i cweli, ludzie zaczęli zabijać ludzi.