Dziewczynka z ciasteczkami

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Zuzanny, dziecka,

które nawet w najbardziej pochmurny dzień

jest dla wszystkich pięknym promykiem słońca.

PROLOG



Gdańsk, rok 1944

Zima w tym roku obficie przybieliła miasto, bajkowo przykrywając wszystko mięciutką pierzynką. W niektórych oknach, ale tylko w tych niezbyt dokładnie zacienionych, przez szczeliny w kotarach radośnie migały świeczki. Wprawny obserwator, gdyby się uważnie przyjrzał, rozpoznałby, które okna należą do rodzin niemieckich, a które do polskich. I chociaż jedni i drudzy przygotowywali się do świąt na swój sposób, to chyba w polskich rodzinach nie widać było tak szczerej radości jak w niemieckich. Chociaż… tych drugich było już w mieście coraz mniej. Niemcy się wyprowadzali, uciekali.

Dokąd?

Wolne Miasto Gdańsk obwieszone niemieckimi flagami w ostatnich latach bardziej było niemieckie niż „wolne”.

Ingrid Schwartz podeszła do okna i spojrzała na ulicę. Po chodnikach pospiesznie przechodzili ludzie, zarówno cywile, jak i wojskowi. Jej dorosły już syn przebywał gdzieś daleko na froncie i nikła była szansa na to, że tegoroczne święta spędzi w rodzinnym domu. Kobieta miała nadzieję, że jej dziec­ko nadal żyje, bo żadna informacja o jego śmierci do nich nie dotarła.

– Inge! Pić! – Z pokoju dobiegł drżący, cichy, ale władczy głos Helmuta. Postępująca choroba nie pozwoliła mu już na swobodne poruszanie się nawet po mieszkaniu. Siedział otulony ciepłym pledem i nadal wydawał rozkazy. Były wojskowy, kiedyś mężczyzna silny, apodyktyczny i pewny siebie, nagle zaczął się zamieniać w słabego staruszka.

Ingrid podeszła do męża i podała mu kubek z wystygłą już nieco herbatą. Przytrzymała go, aby Helmut wypił odpowiednią ilość, i odstawiwszy naczynie na stolik, wróciła do swojego punktu obserwacyjnego w oknie.

W tym roku mieszkanie rodziny Schwartzów nie było jeszcze przystrojone na święta. Ingrid nie miała ochoty na kolorowe świecidełka, które miały być kamuflażem dla szarej, mrocznej, wojennej rzeczywistości. Nie było nawet wieńca, który zawsze w pierwszą niedzielę adwentu dumnie stawiała na środku dużego dębowego stołu, zapalając pierwszą z czterech świec. Jak można się cieszyć świętami, kiedy tylu ludzi walczy przeciwko sobie na rozkaz chorego człowieka, któremu marzy się czysto aryjski świat?

Ingrid spojrzała na ulicę i zobaczyła małą dziewczynkę. Nie widziała jej wcześniej, musiała być z innej dzielnicy, bo przecież gdyby mieszkała blisko, to Ingrid znałaby ją chociaż z widzenia. Dziewczynka była drobna, chociaż zbyt obszerne palto okrywające jej chude ciałko i duża, workowata chusta zakrywająca głowę powodowały wrażenie, że jest nieco pulchniejsza. Na szyi miała przewieszony koszyczek, w którym trzymała coś, co próbowała sprzedać przechodniom. Jej rumiane od mrozu policzki boleśnie kontrastowały z bielą śniegu. Podchodziła do ludzi i coś im proponowała. Jedni brali, wyciągając z kieszeni lub z pugilaresów jakieś drobne, które ona natychmiast chowała w fałdach palta, a inni odchodzili, ignorując jej obecność. Pewien starszy, elegancko ubrany mężczyzna nerwowo odepchnął ją tak, że omal nie upadła. Ingrid obserwowała ją coraz bardziej ciekawa tego, co oferuje.

Zapadał zmierzch, ulice pustoszały, a dziewczynka wciąż chodziła ze swoim koszyczkiem. Zbliżała się godzina policyjna i Ingrid poczuła lęk, że mała nie zdąży wrócić do swojego domu, zanim miasto pogrąży się w całkowitej ciemności nocy. „Czy ona nie wie, że jest wojna?” – pomyślała i nim dotarło do niej, co robi, narzuciła na siebie gruby wełniany płaszcz, włożyła kapelusz i wyszła z domu. Już za drzwiami usłyszała głos męża:

– Dokąd idziesz o tej porze, kobieto?

Na zewnątrz uderzyło w nią mroźne powietrze, a nagły podmuch wiatru sypnął jej w oczy mokrym śniegiem. Dopiero teraz zauważyła, że pada mocniej. Duże puszyste płatki błyskawicznie zaczęły przyklejać się do jej twarzy i płaszcza. Stała chwilę, próbując zlokalizować dziewczynkę, ale nigdzie jej nie było. Przeszła kilka kroków w stronę przystanku tramwajowego, w którego okolicy ostatnio widziała małą, ale po dziecku nie było śladu.

– Dobry wieczór, Frau Schwartz, czy coś się stało? – Znajoma postać delikatnie dotknęła jej ramienia.

– Nie! Nic się nie stało, wyszłam tylko na spacer.

– Na spacer? W taką pogodę? – Kobieta w długim wełnianym palcie nie potrafiła ukryć zaskoczenia.

– A co, nie wolno? – Ingrid poczuła irytację na myśl o tym, że ciekawska sąsiadka następnego dnia poinformuje o jej niespodziewanym wyjściu resztę mieszkańców.

– Wolno, wolno, oczywiście, ale zaraz godzina policyjna, więc…

– Tak, wiem. Ma pani rację, lepiej wracać do domu, zanim nas zasypie. Pozwolisz, droga sąsiadko, że przytrzymam się pani ramienia. – Ingrid zmieniła ton, aby udobruchać wścibską kobietę. – Chyba to było nieco bezmyślne z mojej strony, ale musiałam się trochę przewietrzyć.

– Oczywiście, pomogę Frau Schwartz, bo trochę ślisko na chodniku – odparła i ruszyły pod ramię w stronę bramy starej niemieckiej kamienicy.

Ingrid jeszcze raz się odwróciła, aby sprawdzić, czy dziewczynka nadal chodzi po chodniku, ale śnieżna zasłona uniemożliwiła jej zobaczenie czegokolwiek. W domu szczelniej zasunęła kotary i usiadła w dużym fotelu naprzeciwko drzemiącego męża. Przypomniała sobie syna, kiedy był w wieku tego dziewczęcia. Teraz to już dorosły mężczyzna, jego córki są pewnie dużo starsze od tej małej z ulicy. Tęskniła za nimi, chociaż wiedziała, że ich również nie zobaczy w te święta. Synowa napisała, że spędzą je z jej rodzicami na południu Niemiec. No cóż, taka kolej rzeczy. Ingrid przymknęła oczy i przypomniała sobie, jak małemu Uwe czytała baśnie i bajki różnych autorów, zarówno niemieckich, jak i obcych. Uwe uwielbiał opowieści braci Grimm, ale ona chętnie czytała mu również piękne baśnie znanego Duńczyka – Andersena. Wspomnienie dziewczynki z ulicy przywiodło jej na myśl baśń o dziewczynce z zapałkami. Ingrid poczuła spływającą po policzku łzę i pomyślała, że może ta dziewczynka w o wiele za dużym płaszczyku również jest jak tamta sierotka sprzedająca zapałki. Postanowiła obserwować ulicę każdego dnia z nadzieją, że mała znów się pojawi. „Muszę się dowiedzieć, kim jest, zanim będzie dla niej za późno” – pomyślała i odpłynęła w sen.

ROZDZIAŁ PIERWSZY



Zosia weszła do domu i rzuciła szkolny plecak na podłogę w przedpokoju. W kuchni pachniało zupą pomidorową, którą mama zdążyła ugotować przed drugą zmianą w pracy. Dziewczynka wiedziała, że zobaczy matkę dopiero rano, bo kiedy mama wróci, to ona będzie już spała. W pokoju panował idealny porządek. Mama nie lubiła bałaganu, ale to głównie Zosia sprzątała, żeby pomóc rodzicielce, która pracowała często nawet na dwie zmiany. Ojciec wyprowadził się dawno temu, zanim zaczęła kojarzyć, że ten mężczyzna pochylający się nad łóżeczkiem powinien być dla niej tak samo ważną osobą jak mama. Nie wiedziała, dlaczego tatuś odszedł, mama nigdy nie chciała rozmawiać na ten temat. Zawsze powtarzała, że jak dorośnie, to jej wszystko wytłumaczy.

Zosia zabrała z przedpokoju plecak z książkami i usiadła przy kuchennym stole. Wyjęła zeszyty i zaczęła odrabiać lekcje. Zawsze sama radziła sobie z zadaniami domowymi, bo kto jej miał pomóc, kiedy mamy prawie nigdy nie było, a gdy była, to… Dziewczynka poczuła ogromny smutek. Zauważyła stojącą między szafkami kuchennymi pustą brązową butelkę, sięgnęła po nią i z wściekłością wrzuciła do kubła na śmieci. Czyżby mama nie wiedziała, że ona zobaczy ją wszędzie? Nawet schowaną?

Zadanie domowe nie zajęło jej zbyt wiele czasu. Zosia podgrzała zupę i zjadła, połykając razem z nią spływające do gardła łzy. Kochała mamę całym swoim małym serduszkiem i bardzo chciałaby, aby w ich domu było normalnie, tak jak u koleżanek. Pragnęła, żeby mama chodziła z nią na sanki, do kina albo do cukierni, ale ona nigdy nie miała czasu, a gdy miała, to leżała na kanapie i mówiła, że jest zmęczona. Dziewczynka wiedziała jednak, że często to zmęczenie spowodowane było tym, co mama piła; co brzydko pachniało i po czym zasypiała nawet bez wieczornej toalety.

Zosia umyła talerz po zupie i schowała garnek do lodówki. Spakowała zeszyty i książki na następny dzień szkolny i postawiła plecak w przedpokoju. Przez dwa dni nie będzie myślała o szkole, bo w soboty i niedziele nie ma lekcji, a pani Ania życzyła im wesołego weekendu. Zosia słyszała, jak jej koleżanki chwaliły się na korytarzu, co będą robić w te dni, a ona zapytana o plany powiedziała z nieukrywaną dumą, że będzie z panią sąsiadką piekła świąteczne pierniki, bo to już przecież czas.

Święta zbliżały się wielkimi krokami. Niektórzy mieli już nawet przystrojone mieszkania, ale w jej domu nikt jeszcze nawet o tym nie pomyślał. Zosia włączyła telewizor i bezmyślnie zaczęła przerzucać kanały. Na jednym z dziecięcych programów pan i pani w przebraniu elfów uczyli dzieci wykonywać świąteczne ozdoby. Dziewczynka ucieszyła się, że może coś zrobić sama. Dla mamy i dla pani Krysi. Wyjęła kolorowy papier, farbki i kredki i zaczęła przygotowywać wycinanki. Pierwszy koszyczek wyszedł jej nieco koślawo, ale kolejne były już coraz lepsze. Potem na stole pojawił się aniołek z rolki po papierze toaletowym i kilka gwiazdek z kartek z bloku. Najlepiej jednak udał się Zosi łańcuch na choinkę, bo sklejanie wąskich pasków papieru było łatwe i przyjemne. Tylko czy będzie na czym go powiesić? Rok temu nie miały choinki, bo mama przyjaźniła się wtedy z pewnym panem, który mówił, że święta to wymysł głupich ludzi. Nie było więc ani drzewka, ani prezentów, ani nawet wigilii. Były tylko świąteczne pierniczki. Podarowała je Zosi pani Krysia, sąsiadka, która czasami opiekowała się nią, kiedy jeszcze była zbyt mała, żeby zostawać w domu sama. Zosia włożyła do woreczka kilka ozdób i postanowiła podarować je pani Krystynie. Dokładnie zamknęła mieszkanie i zeszła na parter.

 

– O! Dobry wieczór, słoneczko! – Starsza kobieta otworzyła drzwi i z nieukrywaną radością przywitała swoją małą sąsiadkę. – A cóż to, mamusia w pracy, że tak sama chodzisz po klatce schodowej?

– Przyniosłam pani prezent. – Zosia majestatycznie uśmiechnęła się do staruszki i podała jej woreczek z ozdobami.

– Wejdź do środka, kochana, bo od tych drzwi na dole strasznie wieje.

Krystyna ostrożnie odpakowała ozdoby i z zachwytu aż uniosła dłonie do ust.

– Jakie piękne! Sama zrobiłaś?

– Tak, dla pani. – Zosia poczuła rosnącą radość w sercu. – Nie mam komu robić prezentów, a pani… pani jest dla mnie jak… babcia.

– Bo ja jestem taką twoją przyszywaną babcią. – Kobieta uśmiechnęła się i pogłaskała Zosię po policzku. – Napijesz się kakao albo herbaty z cytryną? Upiekłam pyszne babeczki, zrobimy sobie podwieczorek.

Zosia skinęła głową i usiadła przy kuchennym stole. U pani Krysi zawsze ładnie pachniało i kiedy by nie przyszła, starsza pani zawsze miała dla niej coś dobrego. Zosia lubiła tę sąsiadkę najbardziej ze wszystkich mieszkających w tym budynku, bo nigdy nie została przez nią potraktowana źle. Inni czasami nawet nie odpowiadali na jej „dzień dobry”, a starszy pan z drugiego piętra patrzył na nią tak jakoś groźnie.

– Proszę. – Krystyna Wolicka postawiła przed małą kubek z parującym kakao i usiadła po drugiej stronie stołu. – Częstuj się. – Przesunęła w stronę dziewczynki talerz z babeczkami, które nie były pięknie udekorowane, ale wyglądały niezwykle ­apetycznie.

– A te ciasteczka to nie są przypadkiem na święta?

– Nie, kochanie. Jak zjemy je teraz, to upiekę następne. – Krystyna się roześmiała.

– Pani Krysiu, czy ja mogłabym z panią takie ciasteczka upiec… dla mamusi, na święta?

– Oczywiście, moje słoneczko. Przecież wcześniej chyba się nawet umawiałyśmy na wspólne pieczenie.

– Ale… – dziewczynka się zasmuciła – ale… ja nie mam pieniążków na mąkę i te inne rzeczy potrzebne do upieczenia, a nie wiem, czy mama mi da.

– Nic się nie martw, u mnie jest tego spory zapas, a jak czegoś zabraknie, to pobiegniesz do sklepu i kupisz.

Zosia kiwnęła głową zadowolona, że pani sąsiadka jej pomoże. Tak bardzo chciała zrobić mamie niespodziankę, żeby poczuła, jak jest dla niej ważna.

Zjadła kilka ciastek, chociaż miała ochotę na więcej, ale wiedziała, że nie może tak bezwstydnie objadać swojej starszej przyjaciółki. Tak, tak właśnie traktowała panią Krysię, nie jak zwykłą sąsiadkę, ale jak przyjaciółkę. W szkole nie miała prawdziwych koleżanek jak inne dziewczynki. Jej nikt nigdy nie zapraszał na żadne urodziny ani imieniny, bo ona też nikogo nie zapraszała. Koleżanki na korytarzu umawiały się ze sobą, czasami nawet na noc, ale jej nikt nigdy nie zaproponował czegoś takiego. Zresztą czy mama by się zgodziła?

– Pani Krysiu. – Odsunęła talerzyk z ciasteczkami, żeby jej więcej nie kusiły, i wstała z zamiarem powrotu do domu. – Czy ja mogę do pani mówić „babciu”?

Krystyna popatrzyła na małą i poczuła napływające do oczu łzy. Kochała tę dziewczynkę całym sercem, chociaż miała troje swoich wnucząt, ale tamte były daleko. A Zosia była tu, na miejscu, i tak właściwie miała z nią lepszy kontakt niż z rodzonymi wnukami, z którymi najczęściej rozmawiała tylko telefonicznie. Jej syn z rodziną mieszkał w Szwecji i nic nie wskazywało na to, aby chciał wrócić do Polski. Jego dzieci widniały na zdjęciach w całym domu, ale nie było ich fizycznie, nie mogła ich przytulić. Kiedy przyjeżdżali do Gdańska, to całe dnie spędzali na plaży albo odwiedzali znajomych, a do niej wracali tylko na noc. A dzieci? Dzieci nie lubiły, kiedy je przytulała, ich kontakt fizyczny był bardzo ograniczony. Nie mogła nawet z nimi normalnie porozmawiać, tak jak to robiła z Zosią, bo tamte bardziej ceniły sobie telewizję, tablety i telefony niż rozmowę ze starą babcią. Tęskniła za nimi, kochała je, ale one były takie inne, niby bardzo bliskie, ale trochę obce.

– Będzie mi bardzo miło, Zosieńko. – Podeszła do dziewczynki i przytuliła ją do siebie, z trudem panując nad wzruszeniem. – Jeżeli tylko twoja mama nie będzie miała nic przeciwko temu, możesz mnie nazywać babcią.

Zosia uśmiechnęła się i uniosła na palcach, żeby cmoknąć sąsiadkę w policzek.

– To ja jutro przyjdę na pieczenie ciasteczek. Dobrze, babciu?

Krystyna zamknęła za dziewczynką drzwi i dopiero wówczas pozwoliła sobie na łzy wzruszenia. Otarła dłonią mokry policzek i weszła do pokoju.

ROZDZIAŁ DRUGI



Zosia obudziła się wyjątkowo szczęśliwa. Śniła, że stoi w mieszkaniu sąsiadki nad stołem zapełnionym różnymi wzorami ciastek, a potem pięknie dekoruje je różnymi kolorowymi kuleczkami, białym lukrem i jeszcze czymś innym. Usiadła na łóżku i zasmuciła się. Skąd weźmie te kolorowe kuleczki? Przecież babcia Krysia – na myśl o tym, że pani Krystyna już nie jest panią, tylko babcią, poczuła przyjemne ciepło – z pewnością takich nie ma.

Pomaszerowała do kuchni i wyjęła z lodówki karton z mlekiem, a z szafki płatki kukurydziane. Na palcach weszła do pokoju mamy i z czułością popatrzyła na śpiącą rodzicielkę. Mama musiała niedawno wrócić do domu, bo w pokoju unosiła się jeszcze woń pachnącej wody, którą się spryskiwała, zwłaszcza kiedy wychodziła z pracy, żeby nie było czuć na niej zapachów restauracji. Na stole obok łóżka stała pusta szklanka. Zosia zabrała ją i wstawiła do zlewu z zamiarem umycia, ale najpierw postanowiła się ubrać i zjeść śniadanie. Wróciwszy do pokoju, okryła mamę kocem i z miłością spojrzała na zastygłą we śnie twarz. Przygotowała w kuchni kilka kanapek i przykryła je talerzykiem. „Mama się ucieszy, gdy zobaczy śniadanie” – pomyślała.

Wskazówki zegara informowały, że jest bardzo wcześnie, dlatego Zosia z przykrością stwierdziła, że nie może iść do babci Krystyny, bo ta zapewne jeszcze śpi. Usiadła przy stole w kuchni i zaczęła rysować. Rysowanie i kolorowanie było jednym z tych zajęć, które uwielbiała. Rozsypane kredki były jak kwiaty w małym ogródku babci Krystyny. Znajdował się on bezpośrednio pod jej oknami, a starsza pani z miłością go pielęgnowała. Dziewczynka czasami pomagała jej wyrywać te niepotrzebne rośliny, które Krystyna nazywała chwastami, chociaż nie do końca rozumiała, dlaczego jedne kwiatki mogą rosnąć w ogródku, a inne nie, chociaż też są ładne.

– Ślicznie – usłyszała za sobą zaspany głos mamy. – Tęsknisz za latem, co? Ja też chciałabym, żeby już było ciepło, chociaż w sezonie letnim w naszej restauracji jest dużo więcej ludzi i więcej pracy. Ale lato to lato. – Mama zmierzwiła włosy na głowie córki i usiadła z parującym kubkiem czegoś, co ładnie pachniało. Podniosła talerzyk przykrywający kanapki i z zachwytem zaczęła jeść. – Dobrze, że mam taką córkę jak ty. Kto by mi zrobił tak pyszne śniadanie, gdybym ciebie nie miała?

Zosia popatrzyła na mamę i się uśmiechnęła. Lubiła jej sprawiać drobne przyjemności i zawsze była z siebie dumna, gdy udało jej się wywołać na twarzy rodzicielki chociaż mały uśmiech.

– Co masz dzisiaj w planach? – Izabela Górecka patrzyła na córkę smutnymi, zmęczonymi oczami.

– Umówiłam się z babcią Krysią na pieczenie ciasteczek. – Zosia zerknęła na zegar wiszący na ścianie w pokoju. Było jeszcze trochę wcześnie, a czas płynął zbyt wolno.

– Babcią Krysią? – Izabela uniosła brwi i się uśmiechnęła. – Fajnie. Dam ci kilka groszy, żebyś mogła kupić jakieś potrzebne produkty, gdyby wam zabrakło. – Wstała i podeszła do leżącej na fotelu torebki. Wyciągnęła ładny czerwony portfel i wysupłała z niego dwadzieścia złotych. – Więcej nie mogę ci dać, bo…

– Ale mamusiu! Nie trzeba, babcia Krysia powiedziała, że wszystko ma!

– To znaczy, że nie chcesz tych pieniędzy. – Izabela figlarnie spojrzała na córkę.

– No… może wezmę tak na wszelki wypadek? – Zosia wyciągnęła rączkę po banknot, który mama już chowała z powrotem do torebki. – Dziękuję! – Przytuliła ją. – Mamusiu, a dlaczego ty nigdy nie pieczesz ciasteczek na święta?

Izabela odsunęła córkę od siebie i głęboko spojrzała w małe, błyszczące oczka.

– Pewnie dlatego, że nie potrafię. Nikt mnie nigdy nie nauczył.

– Ja cię nauczę, ale najpierw muszę się nauczyć sama. Będę dokładnie się przyglądała, jak robi to babcia Krysia, a potem razem upieczemy więcej ciasteczek. Dobrze?

– Dobrze, dobrze. – Izabela potarmosiła włosy małej i sięgnęła po kubek z kawą. Zauważyła, że córka mówi o sąsiadce „babcia”, ale wcale jej to nie przeszkadzało. Cieszyła się, że mała ma tak dobry kontakt ze starszą panią. – Idę do pokoju jeszcze się trochę położyć. Gdybym zasnęła, to zamknij dokładnie drzwi na klucz, jak będziesz wychodziła.

Zosia usiadła na parapecie okna i zaczęła przyglądać się coraz bardziej zaludnionej ulicy. W nocy napadało jeszcze więcej śniegu i teraz chodniki przypominały tunele, bo duży samochód jadący ulicą zgarniał cały ten śnieg na pobocze. Dziewczynka chętnie poszłaby na sanki, ale po pierwsze, nie miała sanek, a po drugie, nie miała z kim iść. Przypomniała sobie, jak pewnej zimy wracała ze szkoły, jak zwykle sama, bo mama nigdy jej nie odbierała. Ale to nie był problem, bo szkoła znajdowała się tylko dwie przecznice od ich domu, a ona już była wtedy dużą dziewczynką. Wracała do domu powoli, bo nie miała się dokąd spieszyć. Mama była w pracy, a babcia Krysia, wtedy jeszcze pani Krysia, wyjechała gdzieś daleko, podobno aż za morze, i na bardzo długo. Zosia zboczyła z głównej drogi i postanowiła przejść przez park, gdzie były małe górki. Stała dłuższą chwilę i przyglądała się, jak dzieci zjeżdżają na sankach. Jedne same, inne z dorosłymi. Dzieci śmiały się w głos, a ona razem z nimi, chociaż trochę było jej smutno, że nie może tak poszaleć jak one.

Zeszła z parapetu i zajrzała do pokoju. Mama leżała na kanapie i cichutko pochrapywała. Zosia jeszcze raz popatrzyła na dwudziestozłotowy banknot, który wcześniej schowała do kieszeni spodni, i się uśmiechnęła. Najciszej, jak potrafiła, włożyła kurtkę i buty, dwa razy przekręciła klucz w zamku i zeszła do babci Krysi.

– O, już jesteś, moje słoneczko! – Starsza pani uradowała się na widok sąsiadki.

W kuchni na stole znajdowały się już potrzebne do robienia ciasteczek produkty.

– Ojej, jakie śliczne! – Zosia z zachwytem wzięła do ręki jedną z foremek w kształcie choinki. – Tym będziemy robić?

– Tak. Ale najpierw przygotujemy ciasto. – Babcia Krysia pogłaskała małą po główce. – Zobacz, po pierwsze trzeba utrzeć masło z cukrem na gładziutką masę. Proszę. – Podała Zosi drewnianą łyżkę i podsunęła wielką miskę, do której wsypała odpowiednią ilość cukru. Później dołożyła do niego dość miękkie masło. – Teraz mieszaj powoli i pamiętaj, w jednym kierunku.

– Dlaczego? – Dziewczynka popatrzyła na starszą panią.

– Nie wiem, ale tak zawsze robiła moja babcia i tak robiła moja mama. Mówiły, że ciasto nie lubi zbytniego bałaganu.

– A nie możemy tego zrobić taką maszynką, co sama kręci? Widziałam kiedyś u cioci Ani, jak robiła naleśniki, nie musiała się tak męczyć, tylko cyk do prądu i samo się kręciło.

– Mikserem? – Krystyna się roześmiała. – Oczywiście, że mogłybyśmy, ale powiem ci w sekrecie, że takie kręcone ręcznie są smaczniejsze. Daj, teraz ja trochę pomieszam, a ty w tym czasie przygotuj sitko i powolutku będziesz przesiewała przez nie mąkę z tych dwóch garnuszków, które wcześniej przygotowałam.

– A gdzie mam to… wsiewać?

– Nie wsiewać, tylko przesiewać. – Krystyna mrugnęła porozumiewawczo i wbiła do masy jajka. – Tutaj, do tej miski. No, zaczynaj, dokładnie i powolutku, a ja będę dalej mieszała.

 

Zosia zrobiła wszystko, jak nakazała babcia Krysia, ale widząc gęstniejącą masę, posmutniała. Zauważyła, że starszej pani coraz trudniej jest mieszać, jednak nic nie powiedziała. Kiedy cała mąka została przesypana do miski, Krystyna odłożyła drewnianą łyżkę i zaczęła wygniatać ciasto rękami.

– Chcesz spróbować? – zapytała, odłamując kulkę ciasta i podając ją dziewczynce.

Zosia ochoczo przystąpiła do dalszego etapu pracy, chociaż szybko stwierdziła, że to jednak trudne zadanie, bo rączki zaczęły ją trochę boleć.

– Dobrze. Teraz podaj mi tę folię. – Krystyna wskazała na srebrny rulon leżący na szafce. Zawinęła ciasto w folię spożywczą i wstawiła do lodówki. – Teraz pół godzinki sobie odpoczniemy.

– A ja myślałam, że ciastka piecze się w piekarniku, a nie wkłada do lodówki. – Zosia poczuła się trochę zawiedziona.

– Ależ, kochanie, my je będziemy piekły w piekarniku, ale najpierw ciasto musi się trochę schłodzić. Cierpliwości, moja mała kuchareczko. – Krystyna roześmiała się w głos. – Czy zapamiętałaś, co robiłyśmy po kolei?

Dziewczynka kiwnęła głową.

– Wiesz, pierwszy raz piekłam ciasteczka na święta, jak byłam taka mała jak ty. – Krystyna nalała do dwóch kubków gorącego kakao i usiadła wygodnie przy stole. – Ale to było trochę później. Najpierw… Była wojna, zbliżało się Boże Narodzenie, a ja bardzo chciałam kupić mojej mamusi i braciszkowi jakiś prezent. Pomagałam czasami w sklepie u pana Schultza, a on dawał mi za to kilka drobniaków. Chowałam je w woreczku, który wieszałam w szafie na grubym gwoździu. Mojego tatka już z nami nie było, zabrali go na wojnę, a mama, jak mogła, starała się, żebyśmy ­mieli w domu co jeść. Dużo pracowała, bo sprzątała w domu pewnej Niemki, przerabiała ubrania bogatym paniom, wieczorami też pomagała sprzątać w sklepie pana Schultza, a ja opiekowałam się młodszym braciszkiem. – Krystyna się zamyśliła. – Tamtej zimy mamusia zachorowała i widziałam, jak ma coraz mniej siły. Dużo kaszlała i rzadziej chodziła do pracy, a więcej przebywała w domu. Lekarz w ogóle zabronił jej wychodzić na dwór, ale przecież pieniądze na ulicy nie leżały i ktoś musiał je zarobić, żebyśmy mieli na jedzenie. W naszym domu mieszkało kilka rodzin niemieckich i nie mogę powiedzieć, niektóre panie były bardzo miłe i czasami przynosiły nam coś do jedzenia, czasami dały jakiś grosz. Ale… – Zosia zobaczyła, jak oczy Krystyny zaczęły się dziwnie świecić. Sąsiadka pociągnęła nosem i starając się zrobić to niezauważalnie, starła z policzka malutką łzę. Wyciągnęła z rękawa chusteczkę i mocno wydmuchała nos.

– I co z tymi ciasteczkami, które wtedy piekłaś, babciu?

– Z ciasteczkami? Jeszcze chwilkę muszą być w lodówce.

– Ale ja mówię o tych, co je piekłaś, jak byłaś mała, taka jak ja.

– A… Na czym to ja skończyłam? Ach, tak. Mamusia zachorowała i mieliśmy coraz mniej pieniędzy. Prawie codziennie wyciągałam z mojego woreczka jakiś grosz i kupowałam coś do jedzenia, żeby mama nie musiała się tak męczyć w pracy. Pewnego razu nasza sąsiadka, Polka, mieszkająca w drugiej klatce zawołała mnie przez okno. Kiedy podeszłam bliżej, poczułam cudowny zapach pieczonego ciasta. Byłam głodna, a ta woń spowodowała u mnie istny ślinotok. Starsza pani podała mi szmaciany woreczek, który pachniał… jak nie wiem co. – Krystyna się uśmiechnęła. – Kiedy przyszłam do domu, okazało się, że w środku były jeszcze ciepłe ciasteczka. Wyjęłam po dwa dla każdego z nas, a resztę schowałam. Mama i braciszek bardzo się ucieszyli z tych ciasteczek i chociaż Franuś prosił mnie, żebym mu jeszcze dała, ja się zaparłam i schowałam je do szafy. W nocy wpadł mi do głowy pomysł, żeby te ciasteczka sprzedać, a za zarobione pieniądze kupić kawałek mięsa albo chociażby kości i trochę marchewek, żeby mama mogła nagotować zupy. Wiesz, wtedy nie można było tak jak teraz po prostu iść do sklepu i kupić mięsa, bo sprzedawano je na kartki. Były kolejki i to, co najlepsze, zawsze dostawali Niemcy, a jak coś zostało, to dopiero wtedy Polacy mogli kupić. Ale znałam jednego chłopca, którego wuj przywoził mięso ze wsi i sprzedawał głównie Polakom, chociaż robił to po kryjomu. Na drugi dzień poszłam do sklepu pana Schultza i poprosiłam o trochę papieru, w który on pakował często swoim klientom towar. W domu każde ciasteczko zapakowałam osobno, zawiązałam pociętym na małe kawałki sznurkiem i wszystko to włożyłam do koszyka, który zazwyczaj brałam na zakupy. Pamiętam, że zima była wówczas tak śnieżna jak teraz. Nie było dnia i nocy, żeby nie padał śnieg. Następnego dnia postanowiłam pójść na Langgasse. Wiesz, gdzie to jest?

Zosia pokręciła przecząco głową.

– To ulica Długa, tam, gdzie mamy fontannę Neptuna. – Krystyna kiwnęła głową i popatrzyła w stronę zegara. – Jeszcze chwilka i będziemy wykrawać nasze ciasteczka. Wtedy, chociaż było bardzo zimno, a śnieg sypał w twarz tak, że niewiele widziałam, poszłam na Langgasse i pytałam ludzi, czy kupią ciasteczka. Kilka osób chętnie kupiło, dając mi jakieś drobniaki, ale byli i tacy, którzy odganiali mnie jak zapchlonego psa, a nawet straszyli policją. Do domu jednak przyniosłam parę monet. Cieszyłam się jak nie wiem co, chociaż później okazało się, że za te moje pieniądze niewiele kupię, bo żywność była wówczas bardzo droga. No dobrze, zabieramy się dalej za nasze ciasteczka. – Krystyna wyjęła z lodówki kule z ciastem i zaczęła wałkować, wcześniej posypawszy stół mąką. Kiedy placki miały po około pół centymetra grubości, wskazała Zosi foremki. – Teraz robota dla ciebie. Wycinaj dowolne kształty, a ja będę je przekładała na blachę, tylko najpierw muszę ją wyłożyć papierem. Do pieca też ja będę wkładała, bo przy temperaturze stu siedemdziesięciu stopni nie pozwolę ci się do niego zbliżyć.

Po dwudziestu minutach w kuchni pachniało już doskonale, a wyjęta z piekarnika pierwsza blacha prezentowała upieczone na złoty kolor ciasteczka. Krystyna wymieszała coś w rondelku i podała Zosi.

– A teraz maluj, kochana, białe wzorki, tak jakby zima je malowała. Maluj tak pięknie, jak tylko ty potrafisz. Jutro zrobimy kolejną porcję ciasteczek, ale innych, i te będziesz dekorowała posypką. ­Zgoda?

Zosia dawno nie czuła się tak szczęśliwa. Coś w środku brzucha ją mile łaskotało na samą myśl, jak mama się ucieszy, kiedy zobaczy ciasteczka. Krystyna jednak nie pozwoliła jej jeszcze wziąć wypieków do domu, chociaż nie miała nic przeciwko zjedzeniu kilku sztuk. Powiedziała, że Zosia zabierze je wówczas, gdy będą już wszystkie, a to oznaczało kolejne dwa dni pieczenia.

Następnego dnia było trochę trudniej, bo Krystyna przygotowała zupełnie inne produkty i większość robiła sama. Zosia siedziała przy stole, opowiadała o przygodach Muminków, o których przeczytała w książce wypożyczonej ze szkolnej biblioteki, i obserwowała. Sąsiadka najpierw podgrzała miód, do którego następnie kazała wsypywać dziewczynce przesianą mąkę, a sama w tym czasie dodała roztopione masło, potem cukier, jajka i jakieś inne składniki, które dziwnie pachniały.

– No i teraz ciasto myk na godzinkę do lodówki, a my mamy przerwę na kakao.

– Znowu? Nie rozumiem tego pieczenia ciastek, że one muszą najpierw iść do tej lodówki.

– Ale ciasto tego potrzebuje, Zosieńko. Zobaczysz, te dzisiejsze będą jeszcze pyszniejsze niż wczorajsze. – Krystyna mrugnęła okiem i podała Zosi kubek.

Czas z ciastem w lodówce strasznie się Zosi dłużył, ale na szczęście babcia Krysia wróciła do opowieści o ciasteczkach z czasów wojny.

– Pamiętasz, jak wczoraj ci opowiadałam o tym, jak próbowałam sprzedawać ciasteczka na ­Langgasse?

– Pamiętam, tylko wcześniej babcia mówiła, że piekła ciasteczka, jak była tak mała jak ja, a potem powiedziała, że dostała je od jakiejś pani.

– Bo te pierwsze dostałam od pani Kowalikowej i te które, udało mi się sprzedać, to sprzedałam, a resztą… no cóż, podzieliłam się z mamą i Franiem i zjedliśmy je, bo… pieniędzy na kupno innych produktów i tak było za mało. Do tego pani Schultz, żona naszego sklepikarza, powiedziała, że nie będzie mi już mogła płacić za pomoc w sklepie. Było mi z tego powodu bardzo smutno i nawet się rozpłakałam, ale wtedy pan Schultz powiedział, że może mi płacić produktami. Że teraz w jego sklepie częściej idzie handel wymienny. Nie rozumiałam wówczas, co to znaczy, ale się zgodziłam. I tak raz dostałam pół szklanki mąki za swoją pracę, raz trochę ryżu, a czasami jedno jajko, a nawet kilka jaj. Niewiele tego było, ale było. Któregoś dnia pani Kowalikowa widziała, jak pan Schultz daje mi naczynie z mlekiem, i na drugi dzień mnie zaczepiła. Zaproponowała, żebyśmy weszły we współpracę.