Piołun i miód

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


ILUSTRACJA NA OKŁADCE: Bogna Gawrońska

PROJEKT OKŁADKI: Magdalena Zawadzka/Aureusart

REDAKCJA: Paweł Gabryś-Kurowski

KOREKTA: Danuta Szczepańska

SKŁAD I ŁAMANIE: Arkadiusz Zawadzki/Aureusart

Copyright © Ewa Białołęcka 2018

Copyright for the Polish edition © 2018 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7686-715-1

Wydanie pierwsze w tej edycji, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat:jaguar_ksiazki

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

SPIS TREŚCI

Miasto na drzewach

Pani Zielonego Kłosa

MIASTO NA DRZEWACH

El Koret Korin ostrożnie zmienił pozycję. Legowisko z brudnych worków i zeschłych gałązek zachrzęściło cicho. Mężczyzna zmiął w ustach przekleństwo. Sądząc po kolejnym ognisku bólu, dorobił się następnego wrzodu na plecach. Nic dziwnego – od prawie trzydziestu dni nie zdejmował ubrania, nie mógł się umyć ani uczesać. Oblazło go robactwo i drapał się już nawet przez sen, rozdzierając skórę połamanymi paznokciami. Głód nie dokuczał mu tak dojmująco, jak na początku niewoli. Żołądek skurczył się i tylko ciążył mu w brzuchu jak kamień, a Koret starał się nie myśleć o jedzeniu. Myślał o śmierci. Pogodził się z tym, że umrze. Skoro nie mógł żyć, śmierć wydawała się naturalną koleją rzeczy. Nie umierał jednak, trwał tylko w zawieszeniu między oboma tymi stanami, aż czasem miał ochotę krzyczeć i przeklinać swych ciemiężycieli. Żądać, aby wreszcie zakończyli tę okrutną zabawę i zabili go, by mógł odpocząć.

Próbował uciekać. Oczywiście, że próbował… Na samym początku, kiedy byli jeszcze na to dość silni. On, Kewiar i Mess – z osiemnastu ludzi tylko trzech przetrwało atak z zasadzki. Reszta poległa, wystrzelana z łuków jak przepiórki, pozarzynana z zaskoczenia. Kewiar zginął później, przy próbie ucieczki. Mess… biedny, umęczony chłopak. Do tej pory Koret miał w uszach jego krzyki, gdy t a m c i wyrywali mu paznokcie. „Powiedziałem, och el… powiedziałem… nie wszystko, nie…” szeptał bezładnie młodziutki łowca, sztywno rozkładając ociekające krwią palce. Łzy spływały mu po ściągniętej cierpieniem twarzy. „Wiedzą gdzie… jak dojść… nie znają haseł… pułapek… powiedziałem, żeś ty jest el… oszczędzą cię na razie… tak… będziesz żył, el… nie wiedzą ilu ludzi do obrony, myślą że dużo… kłamałem… będą układy…”. Potem okaleczone ręce zaczęły puchnąć i sinieć. Mess długo jęczał, majaczył, aż jeden z bandytów dobił go, rozdrażniony ciągłym mamrotaniem chorego. Koret został sam. Dręczyło go poczucie winy – zakatowany myśliwy przekazał oprawcom fałszywe wiadomości i odroczył w ten sposób wyrok na leśne miasto. W ten sposób został większym bohaterem niż jego przywódca, leżący teraz na kupie liści z nogami uwięzionymi w kłodzie i czekający na swój koniec.

Z początku więzy były ze zwykłego rzemienia. Zdołał je namoczyć w deszczówce spływającej po ścianie ruiny służącej za więzienie, rozciągnęły się i udało mu się uwolnić ręce. A potem pomóc towarzyszom. To był jedyny sukces. Wartownicy okazali się zbyt czujni. Rozszczepiony pień młodej brzozy zamknął jego nogi w drewnianych kleszczach. Luzu było akurat tyle, by powoli, niezdarnie przestawiać nogi. Wgłębienia niedbale obrobiono siekierą i zadziory zdążyły już pozdzierać elowi skórę. Zwłaszcza, że już pierwszego dnia jednemu ze zbirów spodobały się buty Koreta. Więzień owinął stopy i narażone na otarcia kostki szmatami, ale niewiele to pomagało.

Koret jeszcze raz policzył kreski wydrapane na brudnym murze zrujnowanej wieży. Było ich dwadzieścia osiem. Nie do wiary, że aż tyle dni minęło. Grasanci musieli wiązać z nim pewne nadzieje, skoro nadal pozostawał przy życiu. Zdołał ich policzyć, kiedy wychodził pod strażą za potrzebą. Czternastu dorosłych mężczyzn, dwóch wyrostków. Z podsłuchanych urywków rozmów wnioskował, że czekają na inną, liczniejszą bandę. Czterdziestu chłopa obecnie mogło bez większego kłopotu zająć tę dużą osadę, jaką była eliga Koreta i urządzić się tam wygodnie, przemieniając ją w zbójeckie gniazdo. Gdyby wiedzieli, że teraz większość mieszkańców Bukowiny stanowią kobiety, dzieci i starcy, nie wahaliby się nawet chwili. Co prawda, mieszkanki Miasta Na Drzewach radziły sobie z łukami, ale jak długo zdołałyby się opierać? Bohaterstwo Messa okazało się zbawienne przede wszystkim dla leśnego miasta. Tymczasem za przedłużenie życia ela Bukowiny mieszkańcy płacili żywnością i paszą dla koni. Sam Koret wiedział, że nie może to trwać wiecznie. Napisał już trzy listy do żony, na znak, że żyje. W zamian za nie grasanci otrzymywali worki mąki i fasolę. Niedawno postanowił, że nie napisze czwartego pisma. Nie napisze… i umrze. Przynajmniej to wszystko się skończy.

W mieście został Yuron, więc będzie miał kto objąć stanowisko ela po jego śmierci. Yuron jest silny i ma dużo zdrowego rozsądku. Może myśli trochę wolno, ale lepsze to niż za gorąca głowa. Będzie dobrym elem, zaopiekuje się Bukowiną i będzie dobry dla el-len, wdowy po swoim poprzedniku. Może nawet ożeni się z nią. Dobrze by było… Została Lija z trójką dzieci własnych, a jeszcze jest przecież sierota po bracie – Messil. Koret nawet nie zastanowił się nad faktem, że myśli już o sobie jak o martwym.

Jego więzieniem była prastara ruina, zagubiona wśród puszczy na wysoczyźnie. Dawno, dawno temu stała tu potężna wieża strażnicza, sięgająca ponad korony drzew. Strzegła szlaku handlowego przez góry, a na jej wierzchołku nocami rozpalano ognie sygnalizacyjne lub dawano znaki lustrem za dnia. Szlak jednak podupadł, a wieżę opuszczono. Czy to fundamenty były niedobre, czy też wzgórze zaczęło się zapadać – budowla przechylała się z latami coraz bardziej, aż przełamała się na dwie części. Dwie trzecie konstrukcji legło u podnóża urwiska w postaci kupy kamieni i pokruszonych cegieł, które stworzyły przypadkową zaporę na strumieniu. Pozostałość sterczała, smętnie przechylona, jak ostatni wypróchniały ząb w szczęce staruchy. Mury chroniły przed wiatrem, a pochylenie trochę osłaniało przed deszczem. Jednak było to prawie nic. Bandyci pomieszkiwali w szałasach z choiny i pewnie było tam znacznie zaciszniej.

Z zamyślenia wyrwały Koreta głosy na zewnątrz.

– Patrzaj no, com ułowił!

– Po coś go przywłóczył? Ubić trza było i się nie babrać!

– Głupiś, patrzaj na niego. Obcy je, Gardziel go zechce zobaczyć.

– Gardziel na trakt poszedł. Rozeznać się.

– Już on ta się dużo porozeznaje. Na pluchy kupcom nie pora. Chyba że branka idzie, a co komu po brance? A ten tu szczurek po lesie przepatruje i węszy. Jak mu paluchy obłuskam albo uszy obetnę, to zaraz będzie śpiewać na co i po co.

– A może by tak po gardle i do dołu? Na co ci to gówno? Mało roboty masz?

– Nie mądruj się, bo Gardzieli powiem, że się migasz.

Koret pojął, że zbóje mówią o człowieku. Zdjęty trwogą, że w ich łapy dostał się następny mieszkaniec Bukowiny, podczołgał się do szczeliny w murze i wyjrzał na zewnątrz. Niewiele widział, więc zdobył się na jeszcze jeden wysiłek, by podciągnąć się wyżej i zyskać lepszy widok. Dwóch mężczyzn pochylało się nad nieruchomym kształtem, leżącym na ziemi. Trzeci przyglądał się zdobyczy, wsparty rękami pod boki w buńczucznej postawie. Czwarty podnosił właśnie coś w wyciągniętej ręce.

– Pies?

– A co? Jak ci się sarny zachciewa, to se złów. Tłusty jest, na polewkę dobry.

– Ale pies…?

– Jak głód był, to żeśmy z braćmi nietopyrze na strychach spod belek wybierali, a tobie, smarku, pies śmierdzi?

Jeden z pochylonych wyprostował się i wzruszył ramionami.

– Ciężko grabę masz, Wagun. Ubić go na miejscu żeś chciał? Ledwo dycha.

– Ee, trochę się tam szarpał, to mu przylepiłem ździebko – odpowiedzi udzielono lekceważącym tonem.

Koret przygryzł wargę z gniewem. Jeśli nawet nieczuły zbir zwracał uwagę na stan ofiary, to musiała być nieludzko skatowana. Wagun nie miał sobie równych. To on właśnie torturował Messa, a potem dźgnął nożem w serce równie obojętnie, jakby skracał życie zwierzęcia.

– Do wieży?

– Do wieży. Dobra ta wieża, nie?

Koret szybko wycofał się na stare miejsce. Po chwili pojawiło się dwóch bandytów, dźwigających bezwładne ciało. Rzucili je niedbale na pochyłe klepisko wewnątrz ruiny, aż nowy więzień przetoczył się niżej. Tam, gdzie spływająca wilgoć tworzyła małą kałużę. Odeszli, a Koret natychmiast przyciągnął nieprzytomnego na swój nędzny barłóg. Tu przynajmniej było w miarę sucho. El od razu zorientował się, dlaczego bandyci nie zadali sobie trudu, by związać jeńca. Był w takim stanie, że nie tylko nie mógłby uciec, ale nawet utrzymać się na nogach. Pierwsze, co rzucało się w oczy, to zmasakrowana prawa strona twarzy – Wagun był mańkutem, co el ustalił na samym początku niewoli. Koret delikatnie obmacał obrażenia, próbując dojść, czy brutalne ciosy nie naruszyły kości. Sądząc po rozległości krwiaków i opuchlizny, to było całkiem możliwe. Nie ulegało za to wątpliwości, że ranny ma złamaną rękę przynajmniej w dwóch miejscach – zasinienie sięgnęło już palców, a przy poruszeniu ramieniem słychać było cichy chrobot przesuwających się kości. Ranny zajęczał. Oddychał bardzo płytko. Koret był prawie całkowicie pewien, że ma także połamane żebra. Bestia Wagun musiał długo kopać leżącego, rozkoszując się jego bólem, póki chłopak nie stracił przytomności. Właśnie – chłopak. El poznał, że nie ma do czynienia z całkowicie dojrzałym mężczyzną. Z zaciekawieniem przyjrzał się uważniej nowemu towarzyszowi niedoli. Na pewno nie miał jeszcze nawet dwudziestu lat. Nie pochodził z leśnego miasta – tam el znał wszystkich. Nie był nawet mieszkańcem Ogorantu. Pod burą opończą chłopak nosił bluzę z delikatnej, koziej wełny, tkanej splotem właściwym dla hajgońskich wyrobów. Wysokie buty na solidnej podeszwie także wyszły spod ręki szewca z gór. Spodnie z grubego samodziału były równie bezosobowe jak płaszcz i mogły należeć do każdego, bez względu na stan oraz narodowość. Ostatnie wątpliwości znikały, gdy przyjrzeć się bliżej tej szczupłej fizjonomii – jedno oko znikło w wałkach obrzęku, lecz kącik drugiego subtelnym łukiem unosił się ku skroni. Włosy jeńca prezentowały się równie zdradliwie – smoliście czarny „jeżyk”, gęsty i sztywny jak ściernisko. Zbyt wielu Koret widział w życiu legalnych kupców i przemytników przemierzających szlaki przez Góry Zwierciadlane, by nie rozpoznać znajomych cech.

 

– Co tu robi Lengorijen, i to samotnie? – szepnął sam do siebie.

Tknięty pewną myślą, odwrócił dłoń chłopca wnętrzem do góry. Nie, ten młody człowiek nigdy ciężko nie pracował. Zaintrygowany jeszcze bardziej el zaczął przetrząsać jego odzież. Oczywiście kieszenie zostały już opróżnione przez złodziei, lecz Koret miał nadzieję znaleźć cokolwiek, co powiedziałoby mu coś więcej o przybyszu z Południa. Odkrył tylko, że bluza chłopca została ozdobiona na ramionach bursztynowymi paciorkami i jedwabną wstążką, przeplecioną misternie przez wełnę. Był zatem kimś majętniejszym od zwykłego wędrownego rzemieślnika. Ale czemu podróżował samotnie? A może właśnie przeciwnie…?

Koret zamoczył w obtłuczonym dzbanku kawałek gałgana, zaczął wycierać z twarzy chłopaka ślady krwi i błota. Zapewne pod wpływem tego dotyku ten zaczął odzyskiwać zmysły. Ciemne oko otwarło się, chłopiec poruszył głową i znów jęknął głucho.

– Ja mówić lengore – odezwał się Koret szeptem. – Trochę. Ty rozumieć?

Ranny miał problem z otwarciem ust. Koret pomyślał, że Wagun chyba jednak złamał mu szczękę.

– Yhm…

– Ty być cicho. Tu niebezpiecznie.

– Yhm… – Spojrzenie bystrzejsze i zarazem pełne obawy.

Koret usilnie szperał w pamięci, szukając lengorchiańskich słów. Miał kłopoty z odmianą i określaniem czasu, ale tamten powinien zrozumieć, jeśli tylko el będzie mówił prosto i wyuczonymi na pamięć zwrotami.

– Ty być kupiec?

Tym razem chłopiec zaprzeczył ruchem ręki.

– Ty być bogaty człowiek?

Znów zaprzeczenie.

– Źle – zmartwił się mężczyzna. – Ty umrzeć. Oni zabić ciebie. Ty być sam, bez przyjaciel? Niedobrze. Musi być pieniądz. Zabójcy kochać pieniądz. Być pieniądz, wtedy ty żyć.

To legło u podstaw pomysłu Koreta, by przedłużyć życie młodego Lengorchianina. Przekonać wodza grasantów, że można spróbować wymienić chłopca za spory okup. Tylko kto miałby go zapłacić? Niedobrze. Skąd wziął się ten młody kruk i co teraz z nim będzie?

– Kto za ciebie zapłaci? – powiedział w ojczystym języku, patrząc smutno na chłopca.

Lengorchianin spróbował coś powiedzieć. Przez zęby, z trudem poruszając wargami, wykrztusił w northlanie:

– Jest ktoś…

Koret natychmiast zawisł wzrokiem na jego ustach.

– Mówisz w moim języku?

Lengorchianin pokazał dwa palce oddalone od siebie na małą odległość: trochę. Koret nabrał nieco otuchy. Każdy trochę, a ta mieszanina lengore i northlanu da im szansę porozumienia i może razem coś wymyślą. Ranny lewą, zdrową ręką niezdarnie próbował rozpiąć bluzę. El pomógł mu, a chłopak obciągał tkaninę coraz niżej i niżej, aż odsłonił górną część piersi, gdzie widniało niewielkie, zielono-czarne kółko z zawiłym symbolem wewnątrz. Przez moment Koret niczego z tym nie kojarzył, a potem aż syknął.

– Oszszsz… zaraza!

Czym prędzej zapiął chłopcu ubranie i nawet podciągnął skraj opończy aż pod szyję. Pochylił się nisko, prawie dotykając nosem skroni tamtego.

– Nic nie widziałem – wyszeptał gorączkowo do ucha Lengorchianina. – Nic! Masz być cicho. Masz spać. Kiedy źli ludzie przyjdą, masz spać!

Chłopak mruknął na znak zgody. El uspokoił się trochę. Pomyślał, że ranny może być spragniony. Duże naczynie z wodą było nieporęczne, więc spróbował ostrożnie napoić chłopca ze złączonych dłoni. Ten przełknął łyk wody i nie chciał więcej. Potem leżał cicho, nieruchomo – drzemał lub znów popadł w omdlenie. Koret przygryzał paznokieć, ponuro rozmyślając nad niespodzianką, którą sprawił mu los. Czarownik! A niech to… Chyba nie tak znów potężny, skoro Wagun dał mu radę. Coś się tu kroi. Powiedział wyraźnie: „jest ktoś”. To znaczy, że nie jest sam. Dwóch ich? Paru? A może stu? Na północy wojna, w puszczy bandy, a tu Lengorchianie przekraczają granicę. I to nie zwykli Hajgowie śmierdzący baranem, a przybysze z dalekiego Południa, zza gór. Może nawet z samej Zaklętej Twierdzy, co ponoć stoi na wodzie zbudowana.

„Jeden wróg w granicach, a drugi po sąsiedzku nóż w plecy wbija” – pomyślał el z goryczą. Ogorant od zawsze był terenem spornym. Rościł sobie prawa do niego zarówno cesarz Ogniwo, jak i król Northlandu. Żyli tu ludzie mówiący zarówno w skundlonej odmianie lengore, jak i używający w miarę czystego northlanu. Jedni ciemnowłosi o drobnej kości, innych można by wziąć za Hajgów, gdyby nie ich język. Ogorant był garnkiem, w którym warzyła się przedziwna wielorasowa polewka i właściwie przynależność narodowa zależała od zapatrywań konkretnego ela. Koret opowiadał się za królem Ataelem. Skoro w granicach Ogorantu pojawili się czystej krwi Lengorchianie, mogło to znaczyć, że Ogniwo postanowił skorzystać z okazji, jaką były walki na północy Northlandu i przejąć Ogorant.

Przez króciutką chwilę Koreta kusiło, by zacisnąć palce na szczupłej szyi rannego chłopaka. Byłoby jednego mniej. Jednego mniej twórcy „żywych pochodni”, potwora miażdżącego jednym zaklęciem całe regimenty zbrojnych, czarownika zdolnego powołać do życia upiory, bestie i jadowite gady, by pozbawiały życia rodaków Koreta. O tym wszystkim opowiadał mu dziad, który widział wojnę z Lengorchią. A teraz el miał takiego skośnookiego barbarzyńcę przed sobą. Wystarczyłoby na dłużej przycisnąć tę pulsującą żyłę na szyi, albo po prostu rzec słowo jednemu ze zbirów… Koret przetarł oczy palcami. O czym on właściwie myśli, na Łaskę Pana? O zamordowaniu bezbronnego?! Gdyby ten biedny chłopak miał jakiekolwiek nadprzyrodzone moce, to nie leżałby tutaj.

Po pewnym czasie do ułomka wieży zajrzał zbójecki terminator. Szczerząc zęby, postawił na ziemi parującą miskę, wypełnioną nieapetyczną paćką. Sądząc z zapachu, istotnym składnikiem potrawy była stara rzepa, ale przez odór przebijała się także nuta odmiennego zapachu.

– Znaj pana – odezwał się wyrostek. – Dziś mięso.

Koret uniósł brwi w mimowolnym zdumieniu.

– Mięso? – powtórzył.

– Psina – wyjaśnił opryszek i zarechotał szyderczo. – Dobry piesek, dobry… hau hau…!

Poszedł sobie, wciąż rżąc głupio. Koret nie miał nic przeciwko zjedzeniu psa, a nawet czegoś gorszego. Głód był mu nieodłącznym towarzyszem od wielu dni. Zobaczył jednak wyraz twarzy lengorchiańskiego chłopaka, który wpatrywał się w przyniesione naczynie, jakby wił się w nim pęk jadowitych żmij.

– To mięso – odezwał się el, podnosząc miskę. – Ty chory – przeszedł na łamany lengore. – Ty jeść. Potrzeba być silny. Potrzeba być żywy.

Chłopak z niespodzianą energią zamachnął się i omal nie wytrącił Koretowi naczynia z rąk. Twarz wykrzywił mu okropny grymas. Próbował coś powiedzieć, ale zmieniło się to w niezrozumiały bełkot. Koret odsunął się, wyłowił palcami z miski kość z całkiem sporym kęsem mięsa. Mimo wygłodzenia był gotów oddać go chłopcu, jeśli tamten zdoła to przeżuć. Młody czarownik krzyknął rozpaczliwie, zakrył twarz ramieniem. Przewrócił się na bok, tyłem do Koreta i tak już pozostał, jęcząc cichutko. Zdezorientowany el zjadł posiłek samotnie. Pies był całkiem niezły. Czemu chłopak nie chciał spróbować? Może tam, w Lengorchii brzydzono się psami, jak na Północy wężem lub szczurem? Zresztą, z poranionymi ustami pewnie i tak nie mógłby niczego pogryźć. Dopiero po jakimś czasie przyszło elowi do głowy, że do zbójeckiej jamy chłopak i pies przybyli jednocześnie. Możliwe, że zwierzę należało do młodego czarodzieja. Przykre. Bardzo przykre, ale cóż… tak to bywa w tym parszywym życiu.

Chłopiec i jego pies. Ciekawe, jak tu trafili.


Było ich siedmiu: Kamyk, Myszka, Promień, Stalowy, Wężownik, Winograd i Koniec. Trzej pierwsi opuścili góry z powodu tego, że Hajgowie uwielbiali cuda, ale woleli takie, które nie spełniały się na ich oczach. Stalowego wymiotły z Pierścienia wyrzuty sumienia. Choć doszedł do jakiej takiej równowagi, bardzo chciał się na coś przydać. Motywy Końca i Winograda były niejasne. Możliwe, że martwili się o przyjaciół i nie chcieli ich opuszczać w potrzebie, a może zwyczajnie nie odpowiadały im Góry Zwierciadlane – coraz bardziej zimne i mgliste. Wężownik natomiast postanowił zobaczyć większy kawałek świata, skoro nadarzyła się okazja. Nocny Śpiewak bardzo poważnie podchodził do swego obowiązku opieki nad rodziną. W Pierścieniu podobało mu się i miał zamiar zostać na dłużej (może na zawsze) wśród Hajgów. Srebrzanka naturalną koleją rzeczy trzymała się męża. Ona także tęskniła do czegoś stałego. Gryf był zmęczony włóczęgą i wbrew spodziewaniom postanowił zaczekać na powrót zwiadowców. W dodatku hajgońskie dziewczyny były aż nadto łaskawe dla przystojnego Obserwatora. Wiatr Na Szczycie postawił sprawę twardo – on był w domu, wśród swoich i zostanie tam, choćby to miało go zabić! Jagoda nie odzywała się zbyt wiele po zajściach w czasie Strzyży. Omijali się z Kamykiem tak starannie, jakby jedno było ogniem, a drugie beczułką prochu. Czuło się na odległość, że coś niedobrego między nimi zaszło. Było pewne, że nie wybierze się w podróż z grupą, w której znajdzie się Tkacz Iluzji. Pożeracz Chmur wpierw nie mógł się zdecydować, a potem nagle postanowił zostać. Znalazł w Zwierciadlanych Górach znakomite tereny łowieckie. W taki to sposób siedmiu podróżnych znalazło się w imponującej, choć wilgotnej puszczy Ogorantu.

– No i masz ten swój większy kawałek świata. Coś niesamowitego – odezwał się Myszka do Wężownika, z upodobaniem rozglądając się wokoło.

– Pięknie – przyznał starszy z Wędrowców. – Warto było tu skoczyć.

Dokoła nich rozciągała się niewiarygodna dekoracja w kolorach złocistym i purpurowym. Co jakiś czas nadciągał lekki podmuch wiatru, a wtedy z koron drzew sypał się deszcz liści. Cała okolica zasłana była brązowo-złotym dywanem, z którego wyrastały srebrzystoszare pnie buków. Gdzieniegdzie, jak rdzawo łuszcząca się kolumna, tkwiła osamotniona sosna. Tak jakby natura postawiła ją tam tylko w tym celu, by dołem złamać inną barwą jednostajną kompozycję, a w górze podkreślić żałobną purpurę za pomocą zieleni igieł.

– Tak to wygląda, jakby cały świat płonął na stosie – powiedział Myszka.

– Masz teraz dziwnie pogrzebowe skojarzenia – odezwał się Winograd. Dokładał właśnie drewna do ogniska, nad którym gotowała się w kociołku woda na zupę. Uważał przy tym, by gałęzie były podsuszone i nie dymiło się nadmiernie. Szczeniak bawił się liściem u jego boku.

– Dziwisz się? – spytał Promień za jego plecami. Obdzierał ze skóry ubitego zająca, więc Bestiar przezornie wolał się nie oglądać. – Zresztą jesteśmy właśnie w kraju, gdzie pali się magów na stosach!

– Naprawdę?! – Myszka zrobił wielkie oczy.

– Nie słuchaj go. Gada byle co, jakby w Lengorchii nie paliło się nikogo na stosie. W tym magów.

 

– Ale tutaj PRZED śmiercią, a nie PO – zadrwił Promień i z chlupnięciem wrzucił oderżnięte zajęcze skoki do kociołka.

Winograd odwrócił się z krzykiem:

– Co ty robisz?! Gdzie wrzucasz te zwłoki?! Ja też mam to jeść!

– Niech to…! Zapomniałem. Nie ciskaj się. Raz mógłbyś zjeść to, co wszyscy!

– Daruj sobie. Zeżryj i moją część, ludożerco.

– Szczurzy kochanek! Idź modlić się do fasolki!

– Przynajmniej się modlę, a ty wcale! Bezbożnik i ścierwojad do tego!

Promień z pasją rzucił mięsem o ziemię. Winograd nastroszył się. Był głodny, a nieprzemyślany postępek Iskry pozbawił go obiadu.

– Czego?! Twój pies mięso żre, tak?! A mnie nie wolno?! – warknął Promień.

– Z w i e r z ę t a zjadają się nawzajem! Taka ich n a t u r a.

– To może i ja jestem zwierzę, tłumoku!

– Zwierzęta są lepsze od ciebie, Promień! One myślą, czują i okazują to, a ty nie masz pojęcia o uczuciach wyższych! Dla ciebie zwierzę to tylko mięso! Zeżarłbyś własnego brata, gdybyś go miał!

Promień aż spurpurowiał. Myszka próbował załagodzić spór, ale nikt go nie słuchał.

– Nie będziesz mi tu robił wykładów z filozofii, głąbie kapuściany! Ani tykał mojej rodziny. Jarzynki, jarzynki…! A mleko pijesz, co? A jajka..?

– Co mają jajka do rzeczy?

– To, że jesteś hipokrytą, szczurzy pyszczku. Jajko to taki kurczak, któremu się nie powiodło. No pomyśl, ile to życia poczętego pochłonąłeś od chwili, kiedy mamka cię odstawiła od cycka?

Winograd zesztywniał. Spojrzenie, jakim zmierzył Promienia, wyraźnie dawało do zrozumienia, co o nim sądzi.

– Nie odzywaj się do mnie – wycedził. – Mam cię powyżej uszu. Obyś się kością zadławił!

Odwrócił się na pięcie i ruszył w las. Po drodze podniósł szczura i posadził go sobie na ramieniu. Pies jak wierny cień podążył za Bestiarem.

– Hej, dokąd idziesz?! – zawołał zaniepokojony Wężownik.

Winograd machnął ręką, nie oglądając się za siebie.

– Skoro nie ma dla mnie zupy, to idę poszukać orzechów. Może jeszcze jakieś znajdę.


Gdy tylko zniknął kolegom z oczu, Winograd poczuł ulgę. Lubił ich, ale podczas posiłków stanowili męczące towarzystwo. W gospodarstwie, gdzie dorastał, nigdy nie dostał do jedzenia niczego, co przedtem oddychało. Jego talent nie tolerował nawet wywaru z ryby. A potem, w Zamku, skrzętnie przygotowywano Mówcom Zwierząt posiłki całkowicie pozbawione wszelkich zwierzęcych elementów. Jadali też przy zupełnie osobnym stole. Gdyby ktoś podstępem zmusił Bestiara do spożycia kawałka mięsa, skończyłoby się to ciężkim rozstrojem żołądka na tle nerwowym. Tylko ktoś tak pozbawiony wrażliwości jak Promień, nie potrafił zrozumieć, że zwykłe pieczenie kury było dla Bestiara równie potworne, jak dla innych smażenie dziecka. Jeśli chodziło o samego Promienia, Winograd był przekonany, że Iskra kochał zabijać. Gdyby w grę wchodziło jedynie zaspokojenie głodu, Winograd postawiłby go w jednym rzędzie z drapieżnikami takimi jak tygrys, wilk czy pantera… Albo smok. Promień jednak uwielbiał łucznictwo, a polowanie było dla niego doskonałą rozrywką. Mordował zwierzęta nawet wtedy, gdy jego towarzysze mieli inną żywność i lubił chwalić się celnymi strzałami. W dodatku miał chyba rację co do jajek i Winograd był naprawdę wściekły z tego powodu. Pił mleko, lubił śmietanę, jajka jadał odkąd sięgał pamięcią, nie kojarząc ich jakoś z kurą oraz jej sprawami rodzinnymi. Były takie… bezosobowe. A tu – życie poczęte! Niech to! Od tej chwili będzie mu się wydawało, że każde jajko na twardo zawiera ugotowanego żywcem kurczaka. Koszmar! Już zaczynało go mdlić.

Czerwono-złoty las tchnął jednak spokojem i zaczął on udzielać się także Winogradowi. Szedł tak bez pośpiechu, ze szczeniakiem u nogi. Od czasu do czasu sięgał talentem do umysłu psa, a wtedy razem z nim wyczuwał setki fascynujących zapachów. Szczur kręcił się na ramieniu młodego Bestiara, łaskotał go wąsami w ucho. W płytkim parowie kłębiły się kolczaste pędy. Winograd znalazł dwa ostatnie owoce pod zwiędłym liściem i dał je szczurowi, choć nie był pewien, czy są jadalne. Wiedział doskonale, że Niuchacz nie tknie trucizny, ostrzeżony instynktem. Zwierzątko zjadło, po czym dało znać, że chętnie wrzuciłoby do brzucha coś jeszcze. Winograd podrapał szczura po wąskim łbie i karku.

– Cierpliwości. Znajdziemy leszczynę, zjemy orzeszków.

Winograd nie był pewien, czy rozpozna zarośla leszczyny w tym powszechnym zalewie żółci i rudości. W pamięci zapisany miał kształt liści, lecz z i e l o n y c h. Trafił na coś, co było ogromnie podobne do leszczyny z kształtu gałęzi, lecz orzecha nie znalazł ani jednego. Może zaopiekowały się nimi zaradne wiewiórki. Poszli więc dalej. Szczur chciał zejść na ziemię, chłopiec posadził go wśród brązoworudych, wrzecionowatych liści. Niuchacz natychmiast zaczął w nich gmerać. Wygrzebał duże nasiono w kształcie spiczastego grotu i zaczął je obgryzać. Winograd rozgarnął liście za przykładem szczura, znalazł więcej nasion. Brązowe, lśniące łuski dawały się łatwo obierać. Wnętrze było całkiem smaczne. Lekko cierpkie, trochę oleiste, ale niewątpliwie jadalne. I pochodziło z rośliny, co dla Winograda było najważniejsze. Szczur szeleścił wśród liści, pies kręcił się dokoła, ze szczenięcą ciekawością chłonąc świat. Czasem grzebał łapą tuż przy rękach Winograda, chcąc pomóc i przeszkadzając oczywiście z dużym talentem. Winograd zjadł garść bukowych orzeszków. Napełnił nimi kieszeń na zapas. Potem położył się na szeleszczącym kobiercu i patrzył z zachwytem na taniec spadających liści. To było to, co nazywano „nothlandzką złotą jesienią”. Słyszał o niej, ale nawet nie wyobrażał sobie, że może być tak wspaniała. Las wydawał się bezmierną komnatą balową, wyłożoną drogocennymi tkaninami.

Późna jesień w Lengorchii była beznadziejną porą słot, błota i mgieł. Drzewa na południu zrzucały liście, ale robiły to raczej w najgorętszej fazie lata, dla oszczędności na czas suszy. W dodatku każdy gatunek preferował inną porę. Na jesieni wszystkie rośliny pęczniały w deszczu jak gąbki. Listowie było przerzedzone, smętnie oklapłe, ale w ogromnej przewadze zielone. A tutaj wszystkie drzewa naraz, jakby się umówiły, wykładały na pokaz wszelkie wspaniałości w ekstatycznym ataku rozrzutności.

– Jak tu pięknie… – wyszeptał Winograd w podziwie.

Niuchacz wspiął się na jego pierś, a Tajfun wpasował w zgięcie łokcia. Chłopiec pogłaskał szczura, pieścił miękkie uszy psa i był w tej chwili doskonale szczęśliwy. Głupią kłótnię z Promieniem zepchnął na skraj umysłu. To nie wina Iskry, że jest taki. Po prostu nie potrafi być inny. We krwi ma tę arogancję i porywczość. A co tam…

Po chropawym pniu, głową w dół zsunęła się wiewiórka. Tak samo ruda i złota jak otoczenie. Różniła się od krewnych z gór i zza gór. Tamte były bure albo ciemnobrązowe, miały krótsze ogonki, za to większe uszy. Przysiadła między korzeniami buka, zawinęła puchatą kitę ogona nad czołem, patrzy. Winograd uśmiechnął się. Zabawna cwaniara. Nie boi się, tylko ciekawa jest, co to za przybysze wygniatają ziemię pod jej domem. Bestiar powstrzymał chęć, by zespolić się z drobną iskierką jaźni zwierzątka. Mały rudzielec byłby zdezorientowany, może chciałby się poufalić, a to nie było dla niego bezpieczne. Dzikie stworzenia powinny zostawać dzikie. Wiewiórka wygrzebała coś spod opadłego listowia, wpakowała pod policzek i smyrgnęła z powrotem w górę pnia jak rdzawa błyskawica. Tajfun odprowadził ją wzrokiem, a potem kichnął, jakby podkreślając ważność zdarzenia.

– No proszę, jak taki malec sobie tu radzi, to chyba i my nie zginiemy, co pieseczku? – mruknął Winograd, a szczeniak trącił go nosem, domagając się nowych pieszczot.

Po jakimś czasie Winograd zziębnął. Po skromnym posiłku z buczyny zachciało mu się pić. Postanowił przejść jeszcze kawałek, szukając dolnego biegu strumyczka, w górze którego magowie rozbili obóz, a potem wrócić wzdłuż brzegu. Obrany kierunek okazał się dobry. Woda wpływała czystym, wartkim nurtem wprost do jaru o stromych zboczach. Opadłe liście żeglowały na powierzchni strumienia jak maleńkie łódeczki. Gdzie je zaniesie? Jak daleko? Winograd przyklęknął na brzegu i zanurzył dłoń w zimnej wodzie. Z przeciwległego brzegu poderwał się do lotu kruk z głośnym krakaniem. Wiatr znów wpadł między gałęzie i otrząsał z nich liście złotym deszczem. W tym szumie Winograd ledwo dosłyszał głośniejszy szelest za plecami, jednocześnie pies zawarczał i obnażył zęby. Chłopiec poderwał się, obrócił, odruchowo zasłaniając głowę ramieniem. Cios pałki, który miał go ogłuszyć, spadł na rękę. Trzasnęła kość, gorąca fala bólu przebiegła aż do barku. Następne uderzenie trafiło go w twarz. Oszołomiony, upadł na plecy. Tajfun rzucił się z ujadaniem na napastnika, chcąc bronić pana. Tamten mężczyzna jednak bardzo sprawnie posługiwał się kijem. Ogłuszył szczeniaka niewiarygodnie łatwo – szybkim, oszczędnym ruchem, jakby miał do czynienia z kupką liści. Płynnie zmienił kierunek uderzenia i następny cios dosięgnął chłopca. To, co nastąpiło potem, Winograd odebrał jako jedno pasmo udręki. Razy spadały jeden za drugim, a każdy z siłą łamiącą kości. Nie mógł bronić się, ani uciekać. Napastnik katował go z dziką uciechą, roześmiany, jakby świetnie się bawił. Winograd zwijał się jak robak, instynktownie chroniąc brzuch i krocze przed kopniakami. Czuł, jak pękają mu żebra. Ostatnim widokiem, zanim litościwa Bogini zesłała na niego omdlenie, był jego pies leżący bez ruchu z rozbitą głową.