W nadziei na lepsze jutroTekst

Autor:Ewa Bauer
Z serii: Kolory uczuć #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
W nadziei na lepsze jutro
W nadziei na lepsze jutro
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
W nadziei na lepsze jutro
W nadziei na lepsze jutro
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część ni­niej­szej książ­ki nie może być re­pro­du­ko­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie i w ja­ki­kol­wiek spo­sób bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy.

Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych

Ilo­na Go­styń­ska-Rym­kie­wicz

Redakcja

Ju­sty­na No­sal-Bart­ni­czuk

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład, łamanie oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bociek

Korekta

Bar­ba­ra Ka­szu­bow­ska

Ni­niej­sza po­wieść to fik­cja li­te­rac­ka. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do wy­da­rzeń lub po­sta­ci au­ten­tycz­nych jest zu­peł­nie przy­pad­ko­we.

Wy­da­nie II po­pra­wio­ne i roz­sze­rzo­ne, Ka­to­wi­ce 2017

Wy­daw­nic­two Sza­ra Go­dzi­na s.c.

biu­ro@sza­ra­go­dzi­na.pl

www.sza­ra­go­dzi­na.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

ul. Ka­ba­re­to­wa 21, 01-942 War­sza­wa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­cja@dic­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Sza­ra Go­dzi­na, 2017

ISBN 978-83-65684-51-6

Bli­skim

Na­dzie­ja przy­cho­dzi do czło­wie­ka wraz z dru­gim czło­wie­kiem.

Dan­te Ali­ghie­ri

Od Autora

Zwiel­ką przy­jem­no­ścią po­wra­cam do Was, Dro­dzy Czy­tel­ni­cy, z no­wym wy­da­niem mo­jej de­biu­tanc­kiej po­wie­ści. Pierw­sza wer­sja wy­da­na była nie­wiel­kim na­kła­dem w 2011 roku, więc bar­dzo ogra­ni­czo­na licz­ba Czy­tel­ni­ków mia­ła szan­sę do niej do­trzeć. Czy­ta­li­ście moje ko­lej­ne po­wie­ści, wie­lo­krot­nie py­ta­jąc o wzno­wie­nie pierw­szej. I wresz­cie jest! Mam na­dzie­ję, że nowa po­sze­rzo­na wer­sja W na­dziei na lep­sze ju­tro przy­pad­nie Wam do gu­stu i się­gnie­cie tak­że po kon­ty­nu­ację lo­sów Anny. Cały cykl Ko­lo­rów Uczuć skła­da się z trzech czę­ści, a ostat­nia z nich ni­g­dy do­tąd nie była pu­bli­ko­wa­na.

Przy oka­zji chcia­łam po­dzię­ko­wać wszyst­kim, któ­rzy wspie­ra­ją mnie w pi­sa­niu, mo­ty­wu­ją i po­cie­sza­ją w chwi­lach zwąt­pie­nia.

Wy­daw­cy – Panu Ire­ne­uszo­wi Go­da­wie – za to, że za­pro­po­no­wał re­ak­ty­wa­cję po­wie­ści, a tak­że Re­dak­tor­ce – Pani Ju­sty­nie No­sal-Bart­ni­czuk – za to, że po­zor­nie zre­da­go­wa­ne­mu już tek­sto­wi po­tra­fi­ła nadać nową ja­kość.

Wspa­nia­łym pi­sar­kom i do­brym ko­le­żan­kom – Agniesz­ce Wal­czak-Cho­jec­kiej, Agniesz­ce Lin­gas-Ło­niew­skiej, Kry­si Mi­rek, Izie Frą­czyk i Mag­dzie Wit­kie­wicz – za wie­le do­brych słów i cią­głe mo­ty­wo­wa­nie mnie do pra­cy.

Mo­jej ro­dzi­nie – za to, że mi wy­ba­cza­ją, kie­dy krad­nę ich czas, by spo­żyt­ko­wać go na pi­sa­nie, ale też za wspar­cie i dzie­le­nie ra­zem ze mną ra­do­ści na­wet z ma­łych suk­ce­sów.

A przede wszyst­kim Wam, Dro­dzy Czy­tel­ni­cy, bo bez Was i Wa­szych próśb o wzno­wie­nie pierw­szej po­wie­ści przy­krył­by kurz. To dzię­ki Wam hi­sto­ria Anny Ka­li­now­skiej wciąż żyje, a ja mogę po­wę­dro­wać z nią do mo­jej uko­cha­nej Bar­ce­lo­ny.

Rozdział 1

– Paamb to­ma­qu­et i el fuet de Vic, per fa­vor – za­mó­wi­ła chleb z pa­stą po­mi­do­ro­wą i kieł­ba­skę w ma­leń­kiej knajp­ce przy pla­ży, po raz ko­lej­ny cie­sząc się, że zna już co­raz wię­cej słów po ka­ta­loń­sku.

Kie­dy wio­sną tego roku przy­je­cha­ła do Bar­ce­lo­ny, mimo że zna­ła hisz­pań­ski, czu­ła się obco w tym mie­ście. Cho­ciaż ze wzglę­du na dużą licz­bę imi­gran­tów za­rob­ko­wych ję­zyk ka­ta­loń­ski uży­wa­ny jest tu ra­czej rzad­ko, w fir­mie Anny więk­szość pra­cow­ni­ków sta­no­wi­li rdzen­ni miesz­kań­cy pro­win­cji, któ­rzy na co dzień po­ro­zu­mie­wa­li się wła­śnie w tym ję­zy­ku.

Anna – pięk­na bru­net­ka o smu­kłej fi­gu­rze, buj­nych krę­co­nych wło­sach i prze­ni­kli­wym spoj­rze­niu brą­zo­wych oczu – zwra­ca­ła na sie­bie uwa­gę oto­cze­nia. Wieść o no­wej atrak­cyj­nej pra­cow­ni­cy roz­nio­sła się z pręd­ko­ścią hu­ra­ga­nu. Le­d­wie po­ja­wi­ła się w Or­te­ga Espa­ña, a do jej dzia­łu zaj­mu­ją­ce­go się ana­li­zą ryn­ku nie­ru­cho­mo­ści w Eu­ro­pie Środ­ko­wej i Wschod­niej za­glą­da­ły rze­sze cie­kaw­skich chcą­cych zo­ba­czyć nową ko­le­żan­kę. Nie prze­kła­da­ło się to jed­nak na re­la­cje to­wa­rzy­skie, gdyż wo­kół Anny da­wa­ło się od­czuć aurę nie­do­stęp­no­ści, jak­by wy­ty­czy­ła gra­ni­cę, któ­rej le­piej nie prze­kra­czać. Trud­no po­wie­dzieć, czy było to za­mie­rzo­ne. Być może ko­bie­ta pod­świa­do­mie wy­sy­ła­ła in­for­ma­cję, że nie jest go­to­wa na nowe zna­jo­mo­ści. Przy­cią­ga­ją­ca uwa­gę uro­da fa­scy­no­wa­ła, a jed­no­cze­śnie po­wo­do­wa­ła dy­stans. Mło­da Po­lka nie zna­ła ka­ta­loń­skie­go – ję­zy­ka żar­tów, zwie­rzeń i plo­te­czek po­zo­sta­łych pra­cow­ni­ków. Już to stwa­rza­ło pro­blem. Anna róż­ni­ła się od nich tak­że tem­pe­ra­men­tem. Za­wsze ci­cha, spo­koj­na, sku­pio­na na pra­cy, stro­ni­ła od im­prez. Za­zwy­czaj od­ma­wia­ła, gdy ktoś za­pra­szał ją na wie­czor­ne spo­tka­nie czy dys­ko­te­kę.

Co­dzien­nie punk­tu­al­nie o czter­na­stej pra­cow­ni­cy Or­te­ga Espa­ña opusz­cza­li swo­je biu­ra, któ­re zaj­mo­wa­ły sie­dem­na­ste i osiem­na­ste pię­tro wie­żow­ca Map­fre, i wy­bie­ra­li się do Map­fre Cu­ina – baru znaj­du­ją­ce­go się w tym sa­mym bu­dyn­ku na niż­szej kon­dy­gna­cji, co uła­twia­ło pra­cow­ni­kom kil­ku­na­stu firm do­stęp do po­sił­ku bez ko­niecz­no­ści wy­cho­dze­nia na mia­sto. Mia­ło to swo­je za­le­ty szcze­gól­nie la­tem, kie­dy tem­pe­ra­tu­ra po­wie­trza na ze­wnątrz prze­kra­cza trzy­dzie­ści stop­ni Cel­sju­sza, a w wie­żow­cu dzię­ki kli­ma­ty­za­cji utrzy­mu­je się na zno­śnym po­zio­mie.

Anna nie lu­bi­ła ja­dać w ba­rze pra­cow­ni­czym. Nie ze wzglę­du na ofe­ro­wa­ne po­sił­ki, któ­re bez wąt­pie­nia były bar­dzo smacz­ne, ale wła­śnie z po­wo­du pa­nu­ją­ce­go tam gwa­ru. Wo­la­ła te dwie go­dzi­ny wol­ne­go cza­su spę­dzić na pla­ży, prze­gry­za­jąc spe­cja­ły kuch­ni ka­ta­loń­skiej. Do­pie­ro wie­czo­rem w domu szy­ko­wa­ła so­bie po­tra­wy, do ja­kich była przy­zwy­cza­jo­na. Jak­kol­wiek sma­ko­wa­ła jej hisz­pań­ska kuch­nia, to naj­bar­dziej lu­bi­ła tra­dy­cyj­ne pol­skie zupy, któ­rych nie­ste­ty nie ser­wo­wa­no w żad­nej tu­tej­szej re­stau­ra­cji. Co kil­ka dni go­to­wa­ła w swo­im przy­tul­nym miesz­kan­ku gar­nek po­mi­do­ro­wej, grzy­bo­wej lub ro­so­łu, ma­jąc na­miast­kę tra­dy­cyj­nych pol­skich sma­ków i za­pa­chów. Z ra­cji upa­łów pa­nu­ją­cych w Bar­ce­lo­nie cie­pły po­si­łek ja­da­ła wie­czo­ra­mi, a w cią­gu dnia za­spo­ka­ja­ła głód sa­łat­ką, chle­bem z po­mi­do­rem, kieł­ba­ska­mi czy pa­ta­tas bra­vas.

Do­sko­na­le ra­dzi­ła so­bie w pra­cy. Jej zna­jo­mość hisz­pań­skie­go wy­star­cza­ła do ko­mu­ni­ko­wa­nia się z klien­ta­mi oraz z więk­szo­ścią współ­pra­cow­ni­ków, do spo­rzą­dza­nia do­ku­men­tów i ra­por­tów dla sze­fa. Mia­ła już do­świad­cze­nie w pra­cy z wy­ko­rzy­sta­niem tego ję­zy­ka, bo jej po­przed­nia fir­ma sta­le współ­pra­co­wa­ła z kon­tra­hen­ta­mi z za­gra­ni­cy. Po­mi­mo że ukoń­czy­ła kla­sę hisz­pań­ską, to płyn­ność w mó­wie­niu osią­gnę­ła do­pie­ro dzię­ki re­gu­lar­nym kon­tak­tom za­wo­do­wym.

W biu­rze była lu­bia­na i ce­nio­no ją za pro­fe­sjo­na­lizm, jed­nak z cza­sem ko­le­dzy i ko­le­żan­ki prze­sta­li się nią in­te­re­so­wać, a na­wet za­czę­li jej uni­kać. Jej nie­śmia­łość, brak prze­bo­jo­wo­ści oraz skłon­ność do me­lan­cho­lii, któ­rej pod­da­wa­ła się cał­kiem nie­spo­dzie­wa­nie, nie po­zwa­la­ły na zna­le­zie­nie w Bar­ce­lo­nie praw­dzi­wych przy­ja­ciół. Fakt, że nie zna­ła ka­ta­loń­skie­go, tak­że od­su­nął ją od to­wa­rzy­stwa.

Od cza­su do cza­su któ­raś ko­le­żan­ka pro­po­no­wa­ła An­nie wspól­ne wyj­ście do klu­bu czy do re­stau­ra­cji. Ko­bie­ta kil­ka razy sko­rzy­sta­ła z za­pro­sze­nia, ma­jąc na­dzie­ję, że ode­rwie się od mę­czą­cych ją wspo­mnień i kło­po­tów, któ­re zo­sta­wi­ła w Pol­sce. Nie­ste­ty te spo­tka­nia je­dy­nie uświa­da­mia­ły jej, że w Bar­ce­lo­nie prze­by­wa tym­cza­so­wo i że w koń­cu na­dej­dzie dzień, kie­dy bę­dzie zmu­szo­na roz­li­czyć się z prze­szło­ścią i pod­jąć ja­kieś de­cy­zje. Ko­le­żan­ki Hisz­pan­ki, za­ję­te dys­ku­sja­mi o nad­cho­dzą­cym week­en­dzie lub za­ku­pie no­wej su­kien­ki, nie pró­bo­wa­ły do­cie­kać, z ja­ki­mi pro­ble­ma­mi zma­ga się Anna. Rzecz ja­sna roz­ma­wia­ły po ka­ta­loń­sku, a Po­lka, mimo sta­rań, ro­zu­mia­ła pią­te przez dzie­sią­te z tych kon­wer­sa­cji. Nie mo­gła po­zwo­lić so­bie na płat­ną na­ukę no­we­go ję­zy­ka, a fir­ma nie za­pew­ni­ła jej tego. Ko­bie­ta dys­po­no­wa­ła je­dy­nie roz­mów­ka­mi i słow­ni­kiem hisz­pań­sko-ka­ta­loń­skim, a to ogra­ni­cza­ło znacz­nie jej moż­li­wo­ści ucze­nia się. Mia­ła wpraw­dzie na­dzie­ję, że im czę­ściej bę­dzie prze­by­wać w to­wa­rzy­stwie ro­dzi­mych miesz­kań­ców tego re­gio­nu, tym szyb­ciej za­ła­pie ję­zyk, jed­nak w prak­ty­ce oka­za­ło się to o wie­le trud­niej­sze, niż my­śla­ła.

Po­nie­waż nie była du­szą to­wa­rzy­stwa, za­pra­sza­no ją co­raz rza­dziej, aż po­go­dzi­ła się z przy­krą praw­dą, że już do koń­ca po­by­tu w Bar­ce­lo­nie po­zo­sta­nie sama. Na­wet Xa­vier – ko­le­ga z dzia­łu mar­ke­tin­gu – zre­zy­gno­wał po kil­ku nie­uda­nych pró­bach umó­wie­nia się z nią na rand­kę. Nie mo­gła za­prze­czyć, po­do­bał się jej. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści tu­tej­szych męż­czyzn Xa­vier był wy­so­ki i szczu­pły, a jego ciem­ne wło­sy kon­tra­sto­wa­ły z nie­zwy­kły­mi u Hisz­pa­na nie­bie­ski­mi ocza­mi. Ostat­nią jed­nak rze­czą, na jaką Anna mia­ła ocho­tę, to wi­kła­nie się w nowy zwią­zek bez przy­szło­ści. Zo­sta­ła okrut­nie zra­nio­na i wąt­pi­ła, by po­tra­fi­ła za­ufać jesz­cze ja­kie­muś męż­czyź­nie. Nie te­raz. Zresz­tą Xa­vier miał opi­nię pod­ry­wa­cza i, jak plot­ko­wa­no, do­tych­czas nie prze­pu­ścił żad­nej no­wej pra­cow­ni­cy. Cóż, wi­docz­nie Anna mia­ła być pierw­szą, z któ­rą mu się nie uda.

 

Po­lka miesz­ka­ła w Bar­ce­lo­nie już od sze­ściu mie­się­cy i choć po­ko­cha­ła do mia­sto, wciąż czu­ła się w nim obco, co tyl­ko po­głę­bia­ło jej izo­la­cję. Zbyt żywe były wy­wo­łu­ją­ce sprzecz­ne uczu­cia wspo­mnie­nia z Pol­ski. Dla­te­go kie­dy tyl­ko mo­gła, ucie­ka­ła na pla­żę, w ustron­ne miej­sce, gdzie ko­ją­cy szum mo­rza ła­go­dził ból zra­nio­ne­go ser­ca i uspo­ka­jał my­śli.

Tak samo zro­bi­ła dziś. Wy­bie­gła z biu­ra i uda­ła się na po­bli­ską pla­żę, gdzie w ma­łej knajp­ce z ta­pa­sa­mi ku­pi­ła prze­ką­ski i coś do pi­cia. Wo­kół ro­iło się od lu­dzi, bo choć koń­czył się wrze­sień, to po­go­da do­pi­sy­wa­ła, a mo­rze było spo­koj­ne i wy­jąt­ko­wo czy­ste jak na miej­skie wy­brze­że. Jed­nak tu­ry­ści byli dla niej je­dy­nie tłem.

Pla­że w Bar­ce­lo­nie – sze­ro­kie i piasz­czy­ste – przy­po­mi­na­ły jej te w Pol­sce. Nie­ste­ty za­zwy­czaj było tu dużo śmie­ci, nie­do­pał­ków i resz­tek je­dze­nia, co znie­chę­ca­ło do wy­po­czyn­ku. La­tem zna­le­zie­nie miej­sca z na­praw­dę czy­stym pia­skiem gra­ni­czy­ło z cu­dem. Ina­czej było poza mia­stem – na Co­sta Bra­va – gdzie za­rów­no pla­ża, jak i woda były czyst­sze. Anna nie mia­ła cza­su, żeby wy­jeż­dżać z Bar­ce­lo­ny, zwłasz­cza że nie po­sia­da­ła wła­sne­go auta, a po­dróż po­cią­giem, a tym bar­dziej za­tło­czo­ny­mi au­to­bu­sa­mi, w tłu­mie ha­ła­śli­wych tu­ry­stów, nie uśmie­cha­ła się jej i za­bie­ra­ła spo­ro cza­su. Nie wy­bie­ra­ła się więc na sa­mot­ne wy­ciecz­ki do pięk­nych miej­sco­wo­ści Ca­stel­l­de­fels, Tos­sa del Mar, Be­gur czy któ­rej­kol­wiek z ma­leń­kich prze­ślicz­nych za­to­czek na Co­sta Bra­va.

W ta­kich dniach, kie­dy nad mo­rzem ro­iło się od przy­jezd­nych i miej­sco­wych pla­żo­wi­czów, Anna wę­dro­wa­ła nie­co da­lej na wschód, roz­glą­da­jąc się za ka­mien­nym fa­lo­chro­nem, na któ­ry – mimo że obo­wią­zy­wał za­kaz – mo­gła­by wejść. Cza­sem do­cho­dzi­ła aż do koń­ca dłu­giej na ki­lo­metr pla­ży Bo­ga­tell, nie­da­le­ko miej­sca, gdzie za­czy­na­ły się pia­ski Mar Bel­la, naj­pięk­niej­szy we­dług Anny ka­wa­łek wy­brze­ża w ob­rę­bie mia­sta, któ­ry li­czył je­dy­nie dwie­ście me­trów dłu­go­ści i był pla­żą dla nu­dy­stów. Za­trzy­my­wa­ła się na gra­ni­cy Mar Bel­la i Bo­ga­tell. Nie gor­szył jej wi­dok na­go­ści, jed­nak sama nie mia­ła od­wa­gi się ro­ze­brać. Spa­ce­ro­wa­ła wzdłuż Mar Bel­la tyl­ko raz, w maju, kie­dy po­go­da nie za­chę­ca­ła jesz­cze ama­to­rów nu­dy­zmu do wy­stę­po­wa­nia nago.

I tym ra­zem, od­da­liw­szy się od biu­row­ca, na koń­cu pla­ży Nova Ica­ria wspię­ła się na ka­mien­ny mur wy­su­nię­ty w mo­rze na ja­kieś pięć­dzie­siąt me­trów. Oprócz niej prze­by­wał tam tyl­ko star­szy pan ło­wią­cy ryby. Roz­ło­ży­ła na ka­mie­niu ser­wet­kę, któ­rą do­sta­ła wraz z pie­czy­wem i kieł­ba­ską. Usia­dła obok i za­czę­ła jeść, pa­trząc w dal. Mo­rze ko­ły­sa­ło się ła­god­nie, nie­wiel­kie fale ude­rza­ły o fa­lo­chron, de­li­kat­nie zra­sza­jąc An­nie sto­py. Wie­le da­ła­by za to, żeby jej uczu­cia były tak ła­god­ne i cie­płe jak ta woda. Do oczu na­pły­nę­ły jej łzy. Dzia­ło się tak za każ­dym ra­zem, kie­dy wspo­mnie­nia­mi wra­ca­ła do Kra­ko­wa, w któ­rym prze­ży­ła naj­wspa­nial­sze chwi­le swo­je­go trzy­dzie­sto­pię­cio­let­nie­go ży­cia, do mia­sta, z któ­re­go ucie­kła ze zra­nio­nym ser­cem. Zda­wa­ła so­bie spra­wę, że na­dej­dzie dzień, kie­dy bę­dzie mu­sia­ła wró­cić i spo­tkać się z Ro­ber­tem. Dzień, w któ­rym bę­dzie trze­ba pod­jąć wła­ści­we de­cy­zje. W tej chwi­li jed­nak nie czu­ła się na si­łach, by co­kol­wiek po­sta­no­wić. Nie pa­mię­ta­ła już, kie­dy ostat­nio śmia­ła się szcze­rze, ra­do­śnie. Była jak więd­ną­cy, po­zba­wio­ny wody i ko­rze­ni kwiat. Bez wi­do­ków na to, że kie­dy­kol­wiek się pod­nie­sie. Je­dy­nie kie­dy pa­trzy­ła na mo­rze, bez­kre­sne, o trud­nej do okre­śle­nia, lecz prze­pięk­nej bar­wie, w jej ser­cu tli­ła się iskier­ka na­dziei, że jesz­cze kie­dyś po­czu­je we­wnętrz­ny spo­kój, od­naj­dzie ra­dość w co­dzien­nych czyn­no­ściach, być może zno­wu się za­ko­cha. Czę­ściej jed­nak do­pa­da­ły ją chwi­le me­lan­cho­lii i uwa­ża­ła, że mi­łość nie ist­nie­je, a je­śli na­wet po­ja­wia się ja­kaś che­mia po­mię­dzy ludź­mi, to dzia­ła wy­łącz­nie de­struk­cyj­nie. Po­wta­rza­ła so­bie, że musi być opty­mist­ką i dziel­nie sta­wiać czo­ła prze­ciw­no­ściom losu, że nade wszyst­ko po­win­na wresz­cie skoń­czyć z roz­trzą­sa­niem przy­czyn, dla któ­rych zna­la­zła się w Bar­ce­lo­nie.

Dość roz­pa­mię­ty­wa­nia wszyst­kich ge­stów i słów, ja­kie po­ja­wi­ły się w ich wie­lo­let­nim związ­ku, po­sta­no­wi­ła. Na­de­szła pora, by za­po­mnieć o męż­czyź­nie, któ­re­go ko­cha­ła i nie­na­wi­dzi­ła za­ra­zem. Nie­na­wi­dzi­ła i ko­cha­ła.

Rozdział 2

Te­le­fon za­dźwię­czał w chwi­li, gdy Sa­bi­na pod­cho­dzi­ła do kasy w ap­te­ce, by za­pła­cić za ma­ści na od­pa­rze­nia dla Ar­tu­ra. W po­śpie­chu się­gnę­ła po apa­rat i za­uwa­ży­ła, że dzwo­ni He­le­na, jej młod­sza o dwa­na­ście lat przy­rod­nia sio­stra. Od­rzu­ci­ła po­łą­cze­nie, bo na­po­tka­ła znie­cier­pli­wio­ny wzrok sto­ją­cej za nią oso­by. Nie mo­gła te­raz roz­ma­wiać. Wy­cią­ga­jąc z port­fe­la kar­tę płat­ni­czą, po­my­śla­ła, że skon­tak­tu­je się z sio­strą, gdy tyl­ko wró­ci do domu. Jesz­cze po dro­dze mu­sia­ła wstą­pić do wa­rzyw­nia­ka oraz ku­pić tro­chę mię­sa na pie­czeń, któ­rą jej mąż tak lu­bił. Za­zwy­czaj go­to­wa­ła opie­ku­ją­ca się Ar­tu­rem pani Ma­rie-Lu­ise. Nie­ste­ty ko­bie­ta wy­je­cha­ła w waż­nych spra­wach ro­dzin­nych do Ber­li­na i Sa­bi­na zo­sta­ła ze wszyst­kim sama. Zmu­szo­na była wziąć w szpi­ta­lu, w któ­rym pra­co­wa­ła, bez­płat­ny urlop i prze­jąć do­mo­we obo­wiąz­ki do­pó­ty, do­pó­ki nie znaj­dzie god­nej na­stęp­czy­ni po­przed­niej opie­kun­ki.

Im dłu­żej opie­ko­wa­ła się mę­żem, tym mniej pil­nie szu­ka­ła po­mo­cy. Była pie­lę­gniar­ką, dla­te­go opie­ka nad cho­rym wy­da­wa­ła się jej na­tu­ral­na. To ona naj­le­piej zna­ła jego po­trze­by i była do­sko­na­le wy­szko­lo­na, by fa­cho­wo się nim za­jąć.

Tego dnia za­pla­no­wa­ła, że przy­go­tu­je pie­czeń z cze­ski­mi kne­dla­mi i za­sma­ża­ną ka­pu­stą, ulu­bio­ne da­nie Ar­tu­ra. Sta­ra­ła się. Cho­ciaż re­la­cje mię­dzy nimi po­lep­szy­ły się, to cią­gle bra­ko­wa­ło w ich związ­ku czu­ło­ści i praw­dzi­wej mi­ło­ści.

Kie­dy się po­zna­li, Ar­tur był pra­cow­ni­kiem bu­dow­la­nym w re­no­mo­wa­nym nie­miec­kim przed­się­bior­stwie zaj­mu­ją­cym się głów­nie sta­wia­niem biu­row­ców. Po­cho­dził z pol­sko-nie­miec­kiej ro­dzi­ny miesz­ka­ją­cej nie­gdyś w oko­li­cach Olsz­ty­na. Oj­ciec Ar­tu­ra, ce­nio­ny le­karz we­te­ry­na­rii, tuż po za­koń­cze­niu spe­cja­li­za­cji przy­je­chał na War­mię, któ­ra w tym cza­sie była ulu­bio­nym miej­scem wy­po­czyn­ku mniej za­moż­nych Niem­ców. Miesz­kał tam w go­spo­dar­stwie agro­tu­ry­stycz­nym, któ­re pro­wa­dzi­ły dwie sio­stry. Dziew­czy­ny bar­dzo dba­ły o wcza­so­wi­czów, a jed­nej z nich – Do­rot­ce – szcze­gól­nie przy­padł do gu­stu przy­stoj­ny Die­ter. Spę­dza­li ra­zem dużo cza­su, spa­ce­ru­jąc nad brze­giem je­zio­ra w bla­sku księ­ży­ca. Wcza­sy Die­te­ra szyb­ko do­bie­gły koń­ca. Mło­dzi ko­re­spon­do­wa­li, aż któ­re­goś dnia kon­takt się urwał. Nie na­de­szły od­po­wie­dzi na dwa ko­lej­ne li­sty z Nie­miec. Mło­dy męż­czy­zna po­my­ślał, że jego urok za­pew­ne już zbladł, a na ho­ry­zon­cie po­ja­wił się ja­kiś nowy wcza­so­wicz. Nie miał wy­bo­ru, mu­siał się z tym po­go­dzić. Zbyt duża od­le­głość ich dzie­li­ła, by po­je­chać i spraw­dzić po­wód bra­ku za­in­te­re­so­wa­nia uko­cha­nej. Kil­ka mie­się­cy póź­niej spo­tkał zna­jo­me­go, któ­re­go po­znał w Pol­sce. Ko­le­ga opo­wie­dział mu, że pod­czas te­go­rocz­ne­go po­by­tu na War­mii był świad­kiem wiel­kie­go po­ża­ru, w któ­rym spło­nę­ło go­spo­dar­stwo Do­rot­ki. Dziew­czy­na za­miesz­ka­ła ką­tem u dal­szych krew­nych, nie ma­jąc ani pra­cy, ani wła­sne­go domu. Jej sio­stra wy­je­cha­ła do Sta­nów Zjed­no­czo­nych w po­szu­ki­wa­niu za­rob­ku, a Do­rot­ka zo­sta­ła, bo oba­wia­ła się, że w ob­cym kra­ju so­bie nie po­ra­dzi. Die­ter upew­nił się co do no­we­go ad­re­su i czym prę­dzej na­pi­sał list, w któ­rym za­pro­po­no­wał, żeby przy­je­cha­ła do nie­go do Nie­miec i po­mo­gła mu w nowo otwar­tym ga­bi­ne­cie we­te­ry­na­ryj­nym, przy któ­rym mo­gła­by rów­nież za­miesz­kać.

Nie­cier­pli­wie cze­kał na od­po­wiedź. W koń­cu mi­nę­ło spo­ro cza­su od ostat­nie­go spo­tka­nia. Ucie­szył się, gdy prze­czy­tał, że dziew­czy­na – nie bez obaw – po­sta­no­wi­ła sko­rzy­stać z szan­sy, któ­rą jej dał. Wy­słał do Pol­ski pie­nią­dze na bi­let i mie­siąc póź­niej ode­brał ją z dwor­ca au­to­bu­so­we­go w Ber­li­nie. Szyb­ko prze­ko­na­li się, że jej przy­jazd był wła­ści­wą de­cy­zją. Do­rot­ka oka­za­ła się do­brą pra­cow­ni­cą i wspa­nia­łą to­wa­rzysz­ką ży­cia.

Nie­dłu­go po­tem na świe­cie po­ja­wił się Ar­tur. Kie­dy syn stał się sa­mo­dziel­ny i nie po­trze­bo­wał już opie­ki ro­dzi­ców, Die­ter i Do­ro­ta po­sta­no­wi­li wy­je­chać na kon­trakt do Re­pu­bli­ki Po­łu­dnio­wej Afry­ki, gdzie na rok przed ślu­bem syna zgi­nę­li w za­miesz­kach ulicz­nych. Tuż przed wi­try­ną ich ga­bi­ne­tu we­te­ry­na­ryj­ne­go wy­buchł gra­nat.

Ar­tur po­zo­stał w miesz­ka­niu ro­dzi­ców, skoń­czył szko­łę i za­trud­nił się w przed­się­bior­stwie bu­dow­la­nym. Jed­nym z pra­co­daw­ców był oj­ciec Sa­bi­ny. Kie­dy cór­ka skoń­czy­ła dwa­dzie­ścia osiem lat i wciąż nie mia­ła chło­pa­ka, oj­ciec po­sta­no­wił sam zna­leźć god­ne­go kan­dy­da­ta na zię­cia. Ar­tur do­sko­na­le się do tego nada­wał. Do­brze się do­ga­dy­wa­li. Pan Ko­nec­ki szyb­ko prze­ko­nał się, że mło­dy Nie­miec ma duże moż­li­wo­ści roz­wo­ju, jest bar­dzo am­bit­ny i zdol­ny. Róż­nił się od in­nych pra­cow­ni­ków bu­dow­la­nych umie­jęt­no­ścią kon­struk­tyw­ne­go my­śle­nia, ta­len­tem do or­ga­ni­zo­wa­nia prac oraz ko­or­dy­na­cji ze­spo­łu w nie­prze­wi­dzia­nych sy­tu­acjach. Oj­ciec Sa­bi­ny nie­jed­no­krot­nie kon­sul­to­wał z nim po­my­sły, a po ja­kimś cza­sie zży­li się tak, że trak­to­wał go nie­mal jak syna. Ar­tur czę­sto od­wie­dzał dom Ko­nec­kich. Znał do­brze cór­kę sze­fa, ta jed­nak nie była nim za­in­te­re­so­wa­na.

Oj­ciec wie­lo­krot­nie po­wta­rzał Sa­bi­nie, że w jej wie­ku on już daw­no miał żonę i pla­no­wał po­więk­sze­nie ro­dzi­ny. Kie­dyś cór­ka w zło­ści wy­krzy­cza­ła, że to przez nie­go zo­sta­nie sta­rą pan­ną, bo zmu­sił ją do wy­jaz­du z Pol­ski, gdzie zo­sta­wi­ła mi­łość swo­je­go ży­cia. Ko­ja­rzył, że mia­ła tam ja­kie­goś chło­pa­ka, ale już daw­no nie pa­mię­tał jego imie­nia. Zresz­tą wy­szedł z za­ło­że­nia, że byli jesz­cze za mło­dzi, by my­śleć o po­waż­nym uczu­ciu.

Kłót­nie po­mię­dzy Sa­bi­ną a jej oj­cem zda­rza­ły się co­raz czę­ściej. Czu­ła się źle z tym, że nie speł­nia jego ży­cze­nia, ale nic nie mo­gła po­ra­dzić, że od cza­su wy­jaz­du z Pol­ski nie na­tra­fi­ła na ni­ko­go in­te­re­su­ją­ce­go. Nie wy­obra­ża­ła so­bie, że wy­bór part­ne­ra mógł­by na­le­żeć nie do niej, a do jej ojca. Wszyst­ko zmie­ni­ło się, gdy ten za­cho­ro­wał. Dia­gno­za była okrut­na. Zo­sta­ło mu nie wię­cej niż pół roku ży­cia. Sa­bi­na mia­ła wte­dy trzy­dzie­ści lat. Wie­dzia­ła, jak bar­dzo oj­ciec pra­gnie po­pro­wa­dzić ją do oł­ta­rza i w ak­cie roz­pa­czy obie­ca­ła mu, że zdą­ży to zro­bić.

Z Ar­tu­rem do­ga­dy­wa­ła się co­raz le­piej. Był dla niej jak brat, wspie­rał ją, zwłasz­cza w chwi­lach gdy oj­ciec czuł się źle. Któ­re­goś dnia zwie­rzy­ła się, jak bar­dzo boli ją to, że nie zdą­ży speł­nić ży­cze­nia ro­dzi­ca. Ar­tur za­żar­to­wał, że osta­tecz­nie może wyjść za nie­go. Za­re­ago­wa­ła śmie­chem, bo prze­cież ślub chcia­ła wziąć z męż­czy­zną, któ­re­go po­ko­cha, któ­ry zo­sta­nie oj­cem jej dzie­ci, z któ­rym bę­dzie chcia­ła się ze­sta­rzeć. Z Ar­tu­rem łą­czy­ła ją bra­ter­ska więź. Nie było mowy o mi­ło­ści. Sko­ro jed­nak bra­ko­wa­ło in­ne­go kan­dy­da­ta, a czas mi­jał nie­ubła­ga­nie, Sa­bi­na pod­ję­ła de­cy­zję, że wyj­dzie za Ar­tu­ra. Jego pro­po­zy­cja zda­wa­ła się ak­tu­al­na.

Pan Ko­nec­ki ucie­szył się ogrom­nie, kie­dy mło­dzi po­in­for­mo­wa­li go o swo­im za­mie­rze­niu. Był szczę­śli­wy, my­śląc, że jego cór­ka na­resz­cie przej­rza­ła na oczy i wy­bra­ła Ar­tu­ra, któ­re­go sam jej su­ge­ro­wał. Lep­sze­go kan­dy­da­ta nie mógł so­bie wy­ma­rzyć.

 

Skrom­ny ślub od­był się w ma­łym ko­ściół­ku pod Mo­na­chium. Za­miast we­se­la zde­cy­do­wa­no się na przy­ję­cie w re­stau­ra­cji, na któ­re za­pro­szo­no za­le­d­wie pięt­na­ście osób. Oj­ciec osta­tecz­nie nie po­pro­wa­dził Sa­bi­ny do oł­ta­rza, bo­wiem cho­ro­ba wy­cień­czy­ła jego or­ga­nizm na tyle, że po­ru­szał się na wóz­ku in­wa­lidz­kim. Po­mi­mo to wi­dząc, jak mło­dzi skła­da­ją so­bie przy­się­gę, na jego twa­rzy ma­lo­wa­ło się szczę­ście. Sa­bi­na i Ar­tur od­no­si­li się do sie­bie uprzej­mie, ale bez wy­lew­no­ści, co nie uszło uwa­dze za­pro­szo­nych go­ści, któ­rzy szep­ta­li, pró­bu­jąc od­gad­nąć, dla­cze­go para mło­da jest tak zdy­stan­so­wa­na. Jed­ni upa­try­wa­li przy­czy­nę w cho­ro­bie Ko­nec­kie­go, inni kła­dli to na karb su­ro­we­go nie­miec­kie­go wy­cho­wa­nia Ar­tu­ra. Pod­czas gra­tu­la­cji wszy­scy ży­czy­li mło­dej pa­rze licz­ne­go po­tom­stwa i wie­lu lat go­rą­cej mi­ło­ści. Kie­dy Sa­bi­na sta­ła na ślub­nym ko­bier­cu, wie­rzy­ła, że może kie­dyś przy­jaźń za­mie­ni się w coś wię­cej.

Je­dy­ną oso­bą, któ­ra wie­dzia­ła, że mał­żon­ko­wie się nie ko­cha­ją, była He­le­na, przy­rod­nia sio­stra pan­ny mło­dej, któ­ra, choć po­ja­wi­ła się w jej ży­ciu do­syć nie­spo­dzie­wa­nie, szyb­ko zo­sta­ła jej przy­ja­ciół­ką i po­wier­ni­cą naj­skryt­szych ta­jem­nic.

Kie­dy Sa­bi­na mia­ła dzie­sięć lat, jej ro­dzi­ce się roz­wie­dli. Mat­ka po­tem dużo po­dró­żo­wa­ła po świe­cie, nie­zbyt in­te­re­su­jąc się dziec­kiem, dla­te­go dziew­czy­na wy­cho­wy­wa­ła się głów­nie u uko­cha­nej bab­ci Mi­cha­si. Z mat­ką wi­dy­wa­ła się spo­ra­dycz­nie, kie­dy ta kil­ka­krot­nie pró­bo­wa­ła roz­krę­cać w War­sza­wie ko­lej­ny świet­ny in­te­res. Pod­czas po­by­tu w Gre­cji po­zna­ła przy­stoj­ne­go, młod­sze­go o kil­ka lat Chri­sto­phe­ro­sa, z któ­rym za­szła w cią­żę. He­len­ka uro­dzi­ła się w War­sza­wie, a póź­niej miesz­ka­ła w Ate­nach. O ist­nie­niu młod­szej sio­stry Sa­bi­na do­wie­dzia­ła się, bę­dąc już od kil­ku lat w Niem­czech, do­kąd oj­ciec za­brał ją, gdy dziew­czy­na zda­ła ma­tu­rę. He­len­ka mia­ła wte­dy dzie­sięć lat i przy­je­cha­ła do nich z mamą na świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia. Dla Sa­bi­ny były to trze­cie „nie­miec­kie” świę­ta.

Ro­dzi­ce po­mi­mo roz­wo­du na­dal się lu­bi­li. Choć wi­dy­wa­li się nie­zwy­kle rzad­ko, kie­dy już do­cho­dzi­ło do spo­tka­nia, od­no­si­li się do sie­bie przy­jaź­nie, wy­cho­dzi­li ra­zem do re­stau­ra­cji czy do kina i dłu­go wspo­mi­na­li daw­ne do­bre cza­sy. Sa­bi­na nie mo­gła się na­dzi­wić, jak to jest, że lu­dzie, któ­rzy nie po­tra­fi­li żyć ra­zem pod jed­nym da­chem, bo nie umie­li się do­ga­dać w co­dzien­nych spra­wach, wra­ca­ją do sie­bie jak bu­me­rang, raz na kil­ka lat, po to, żeby po dwóch wspól­nych dniach znów roz­stać się bez żalu, wręcz z ra­do­ścią. Tak też było w trak­cie tych świąt.

Pod­czas roz­mo­wy te­le­fo­nicz­nej z mat­ką za­pro­po­no­wa­ła jej, by spę­dzi­ła z nimi Gwiazd­kę, sko­ro nie pla­nu­je w tym cza­sie żad­nych da­le­kich wy­jaz­dów w in­te­re­sach. Iwo­na przy­ję­ła pro­po­zy­cję z ocho­tą, za­po­wia­da­jąc, że przy­wie­zie do Mo­na­chium nie­spo­dzian­kę. Nie­spo­dzian­ka to za mało po­wie­dzia­ne! Sa­bi­nie i jej ojcu ode­bra­ło mowę, kie­dy się do­wie­dzie­li, że dziew­czyn­ka, z któ­rą przy­je­cha­ła, to jej cór­ka. Mat­ka była oso­bą dość roz­trze­pa­ną, wiecz­nie gu­bią­cą róż­ne przed­mio­ty, spóź­nia­ją­cą się na spo­tka­nia czy my­lą­cą dni ty­go­dnia, ale żeby za­po­mnia­ła wspo­mnieć, że ma dru­gie dziec­ko, wy­da­wa­ło się nie do po­my­śle­nia. A może z ja­kichś po­wo­dów nie chcia­ła o tym mó­wić? Nie był to jed­nak czas na do­py­ty­wa­nia. Fak­tem się sta­ło, że w ży­ciu Sa­bi­ny po­ja­wi­ła się młod­sza sio­strzycz­ka i wszyst­ko inne prze­sta­ło mieć zna­cze­nie.

Od tego cza­su Sa­bi­na, któ­ra za­wsze na­rze­ka­ła na brak ro­dzeń­stwa, sta­ra­ła się utrzy­my­wać kon­takt z He­len­ką. Za­pra­sza­ła ją do sie­bie na wa­ka­cje, na fe­rie zi­mo­we, sama też od­wie­dza­ła sio­strę w Pol­sce, do­kąd ta wró­ci­ła wraz z mat­ką. W dniu ślu­bu Sa­bi­ny He­len­ka mia­ła już osiem­na­ście lat. Wy­ro­sła na pięk­ną, smu­kłą i cza­ru­ją­cą dziew­czy­nę, za któ­rą wszy­scy męż­czyź­ni wo­dzi­li ocza­mi. Sio­stry sta­ły się so­bie bar­dzo bli­skie. Bez wzglę­du na to, gdzie ak­tu­al­nie miesz­ka­ła He­le­na, po­zo­sta­wa­ły w sta­łym kon­tak­cie te­le­fo­nicz­nym i ma­ilo­wym.

Nie­ca­łe dwa lata po ślu­bie Ar­tur do­znał po­waż­ne­go ura­zu krę­go­słu­pa. Inny mło­dy pra­cow­nik po­peł­nił błąd przy mon­ta­żu rusz­to­wa­nia i kon­struk­cja się za­wa­li­ła. Ar­tur spadł z wy­so­ko­ści czwar­te­go pię­tra. De­ski za­mor­ty­zo­wa­ły ude­rze­nie. Na szczę­ście kask ochro­nił mu gło­wę, ale krę­go­słup nie­ste­ty ucier­piał. Do­szło do prze­rwa­nia rdze­nia krę­go­we­go. Le­ka­rze orze­kli, że ten typ uszko­dze­nia jest nie­od­wra­cal­ny i Ar­tur bę­dzie do koń­ca ży­cia jeź­dził na wóz­ku in­wa­lidz­kim.

Męż­czy­zna po­cząt­ko­wo się za­ła­mał. Prze­ra­ża­ło go to, że nie bę­dzie mógł cho­dzić. Stra­cił czu­cie w no­gach, a do­dat­ko­wo na­stą­pi­ły za­bu­rze­nia spraw­no­ści sek­su­al­nej. Sa­bi­na, któ­ra ukoń­czy­ła szko­łę pie­lę­gniar­ską i mia­ła kil­ku­let­nią prak­ty­kę w szpi­ta­lu, tro­skli­wie opie­ko­wa­ła się mę­żem, dba­ła o jego kon­dy­cję psy­chicz­ną i stan emo­cjo­nal­ny. Było dla niej oczy­wi­ste, że w ta­kiej sy­tu­acji zo­sta­nie przy nim na za­wsze, bo choć ich mał­żeń­stwo moc­no od­bie­ga­ło od ide­ału, czu­ła się za nie­go od­po­wie­dzial­na. Przy­się­ga­ła przed Bo­giem i swo­im oj­cem, że go nie opu­ści.

Ar­tur cięż­ko zno­sił ka­lec­two. Stał się zgryź­li­wy, ma­rud­ny, na­wet płacz­li­wy. W chwi­lach gor­sze­go na­stro­ju Sa­bi­na sta­ra­ła się zor­ga­ni­zo­wać ja­kiś wy­jazd, wy­pad do kina lub choć­by wy­kwint­ną ko­la­cję. Po­ka­zy­wa­ła mu, że wy­star­czy odro­bi­na sta­rań, a na­dal mogą żyć jak nor­mal­na para. Ar­tur, choć nie przy­zna­wał się do tego, wdzięcz­ny był żo­nie za jej do­broć, tro­skę i po­świę­ce­nie. Jed­no­cze­śnie zda­wał so­bie spra­wę, że sko­ro ni­g­dy go nie ko­cha­ła, to za­pew­ne już nie po­ko­cha, zwłasz­cza że nie mógł dać jej tego, o czym ma­rzy­ła – dziec­ka. Nie za­mie­rzał jej ogra­ni­czać. Chciał, by czu­ła się wol­na, żeby nie od­ma­wia­ła so­bie z jego po­wo­du żad­nych roz­ry­wek. Go­dził się więc na jej wy­jaz­dy z He­le­ną lub na sa­mot­ne wa­ka­cje. Bez nie­go.

Tyl­ko to mógł jej za­ofe­ro­wać.

Sa­bi­na ni­g­dy nie skar­ży­ła się na swo­je ży­cie. Dziel­nie zno­si­ła wszel­kie prze­ciw­no­ści: roz­wód ro­dzi­ców, brak za­in­te­re­so­wa­nia ze stro­ny mat­ki, dla któ­rej po­dró­że i in­te­re­sy były waż­niej­sze niż cór­ka, roz­sta­nie z pierw­szą mi­ło­ścią, prze­pro­wadz­kę do ob­ce­go kra­ju, cho­ro­bę i śmierć ojca, wresz­cie ka­lec­two Ar­tu­ra. Taki los. Przy­wy­kła.

Od­sta­wi­ła za­ku­py na ku­chen­ny blat i się­gnę­ła po te­le­fon. Wy­bra­ła nu­mer sio­stry i spo­koj­nie ocze­ki­wa­ła na po­łą­cze­nie. Tym ra­zem to He­le­na nie od­bie­ra­ła. Sa­bi­na zmarsz­czy­ła brwi. Cze­go mo­gła od niej chcieć? Prze­cież roz­ma­wia­ły dwa dni wcze­śniej i umó­wi­ły się na te­le­fon do­pie­ro w przy­szłą so­bo­tę. Po­sta­wi­ła wodę na her­ba­tę i włą­czy­ła małe ku­chen­ne ra­dio. W po­miesz­cze­niu roz­le­gły się zna­jo­me dźwię­ki pio­sen­ki Tori Amos. Za­my­śli­ła się, roz­pa­mię­tu­jąc wy­da­rze­nia sprzed kil­ku mie­się­cy. Za­sta­na­wia­ła się, jak po­stą­pi­ła­by, gdy­by czas się cof­nął i znów sta­nę­ła­by w drzwiach domu Ro­ber­ta. Czy po­win­na była po­wstrzy­mać to, co się wte­dy wy­da­rzy­ło? A może do­brze zro­bi­ła, bio­rąc od ży­cia tę chwi­lę przy­jem­no­ści? Czy mia­ła pra­wo wy­wró­cić do góry no­ga­mi ży­cie in­nych osób, sko­ro dla niej – poza chwi­lą unie­sie­nia i sen­ty­men­tal­nej po­dró­ży do wspo­mnień – wła­ści­wie nic się nie zmie­ni­ło?