Król złodzieiTekst

Z serii: Star Rogue #1
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Król złodziei
Król złodziei
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,74  47,79 
Król złodziei
Audio
Król złodziei
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
29,95  22,16 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kiedyś, gdy wszedł do laboratorium hydrosonicznego, w które doposażono pokład dowodzenia, musiał się odwrócić i czym prędzej wyjść. Potem musiał wydać rozkaz kilku ludziom, żeby zdezynfekowali całe pomieszczenie. I dopóki tego nie zrobiono, nie zamierzał tam wchodzić, nie po tym, co zobaczył. A biorąc pod uwagę, że widok był cokolwiek intymny, wolałby nigdy więcej nie natknąć się na podobny.

Tym razem wszystko wydawało się na szczęście w porządku. Dezynfekowanie laboratorium w nieważkości stanowiłoby cholerną robotę.

Morgan przez chwilę próbował się zorientować w otoczeniu, a potem przedryfował przez główne pomieszczenie do stanowiska czujników grawitacji. Zatrzymał się dokładnie za plecami dwóch osób, które przyglądały się odczytom, i po prostu słuchał.

– Widzi pani to? Myślę, że to sygnatura gazowego giganta, którego jeszcze nie udało się nam zlokalizować.

– Tak, ale widzimy też wzrost pływu, który wskazuje na coś więcej.

– Może pole asteroid? Dość duże, żeby trudno było określić jego zasięg, i dość ciemne, żebyśmy go nie widzieli na czujnikach elektromagnetycznych?

Morgan chrząknął, czym mocno przeraził obie kobiety.

– Czy jest coś nietypowego, o czym powinienem wiedzieć? – zapytał, gdy badaczki obracały się z wytrzeszczonymi oczami.

– Och nie... To znaczy tak. Nie. Jakie było pytanie? – wyjąkała młoda naukowiec.

– Czy jest coś nietypowego, o czym powinienem wiedzieć? – powtórzył Passer cierpliwie.

– To zależy, co pan ma na myśli, mówiąc „coś nietypowego”. Wszystko tutaj to nowe dane...

– Nie, kapitanie – przerwała kobieta asystentce. – Nie ma tu nic, co choć trochę mogłoby przypominać sygnaturę Drasinów, jaką nam przekazano.

Morgan skinął głową. O tym już wiedział.

– A co z resztą? Jest tu coś, czego nie można wyjaśnić albo wydaje się nie na miejscu?

– Cóż, mnóstwo danych, których nie umiemy oszacować na podstawie dotychczasowych doświadczeń – przyznała kobieta. – Ale nic, co przeczy naszym teoriom.

Morgan rozważył jej słowa.

– Zatem można powiedzieć, że wszystko pasuje do tego, czego się pani spodziewała?

– Mniej więcej. Z pewnością są różnice, ale to nie jest nic dziwnego.

Morgan przypuszczał, że bardziej stanowczej odpowiedzi nie uzyska.

– Dziękuję pani, doktor...?

– Bligh. Miranda Bligh.

– Dziękuję, doktor Bligh – powtórzył Morgan. – I dziękuję za szacunki. Zostaniemy w tym systemie najwyżej parę dni. Proszę dobrze wykorzystać ten czas.

– Tak zrobimy – zapewniła kobieta. – Dziękuję, kapitanie.

– Nie ma za co, trzymam się tylko procedury. Jeżeli nic nas nie zaalarmuje, mamy wykonać standardowe badania, a potem ruszyć dalej. Dlatego proszę, żeby wykorzystać czas jak najlepiej, mamy bardzo napięty grafik.

– Tak, kapitanie.

Morgan zerknął na surowe dane przekazywane przez aparaturę – pozornie przypadkowe serie liczb, które ledwie rozumiał. Wszystko zależało od danych z czujników wykrywających zmiany pola grawitacyjnego. Stanowiły one jedyny trop, który zdradziłby im ruchy Drasinów.

„Oczywiście oprócz planet, które przypadkowo zmieniają się w pasy asteroid, ale byłoby lepiej, gdybyśmy znaleźli Drasinów, zanim do tego dojdzie. O ile tylko się uda”.

– No to do pracy. – Morgan sięgnął do uchwytu.

– Tak jest. Dziękuję, kapitanie.

***

Były miejsca na „Autolikosie”, w których Morgan czuł się źle. Zbyt ciche.

Zanim został przeniesiony do nowej Floty Kosmicznej, był przecież dowódcą atomowej łodzi podwodnej. A tam w tle brzmiał nieustanny pomruk. Reaktora nie można było wyłączyć z oczywistych powodów i żadne wytłumiające hałas technologie ani żadna izolacja akustyczna nie wystarczały – czuło się go w kościach.

Reaktor na „Auto” należał do innego rodzaju urządzeń. Podstawowe paliwo należało wyprodukować na pokładzie, zanim reaktor zacznie działać. Przez większość czasu „Autolikos” korzystał z energii zmagazynowanej w wysokowydajnych kondensatorach, które mogłyby zasilić całkiem duże miasto przez kilka tygodni. Nikt nie chciał się martwić o długoterminowe przechowywanie antymaterii, zwłaszcza ludzie pracujący i mieszkający na okręcie.

Ale bez problemów można było przechowywać komponenty antymaterii. Substancje prekursorów były stabilne, kompaktowe i na szczęście bardzo wysokoenergetyczne. Superschłodzony potas-40 łatwo się dawał magazynować, a wystarczyło tylko zaaplikować kwant promieniowania gamma z mniejszego reaktora cyklotronowego, aby uwolnić antyprotony i pozytrony.

Kolejny etap stanowiło ich połączenie, aby stworzyły antywodór. Wreszcie reaktor mieszał strumień antywodoru z wodorem i produkował energię.

Nie był to ten sam poziom zaawansowania, co kwantowa osobliwość, której moc mierzyło się w masach planetarnych, ale urządzenie spełniało zadanie i nawet dawało nadwyżkę. Reaktor „Autolikosa” stanowił typowy przykład ziemskiej techniki... i zapewne był ostatnim ze swojego rodzaju.

„Jak wielu z nas niewątpliwie”.

Inwazja wiele zmieniła na Ziemi. I nie chodziło tylko o oczywiste zmiany. Rzecz jasna liczba ofiar była monstrualna, a szkody niepoliczalne, ale pojawiły się również inne czynniki, które Morgan wyczuwał głębiej.

Nie miał rodziny. Ojciec zmarł przed wojną, matka w jej trakcie... nie podczas walk, lecz ze starości. Morgan nigdy się nie ożenił, nie miał też rodzeństwa. Rozdzielenie ze światem czyniło z niego idealnego kandydata do pewnych typów służby w marynarce, zwłaszcza we flocie podmorskiej... ale także uniemożliwiało dowodzenie bombowcami.

Kapitanowie, którym powierzano klucze pozwalające odpalić głowice jądrowe, musieli mieć rodziny w ojczyźnie – choćby po to, żeby zachować łączność z rzeczywistością.

Morgan dobrze sobie radził we flocie ofensywnej. Podczas wojny dowodził okrętem zwiadowczym i operacyjnym. On i jego załoga mieli potwierdzone dziewięćdziesiąt cztery zatopienia, gdy walki się skończyły. W tym trzy niszczyciele podwodne.

Nadal czuł się oddzielony od świata. Cholera, teraz nawet bardziej.

Może nie było to jednak takie złe. Nie w głębokiej przestrzeni kosmicznej.

Dla Morgana zawsze najwięcej znaczyła praca. Nie potrzebował powodów, żeby dobrze wykonywać swoją robotę. Wykonywanie pracy, a przede wszystkim wykonywanie jej najlepiej jak umiał, stanowiło wystarczający powód.

Morgan sprawdził zegar pokładowy i uznał, że czas zakończyć na dziś. Następne dni będą zapewne składać się z wlokących się w nieskończoność godzin nudy, przerywanych względnie długimi okresami czystej grozy.

„Boże, jak ja nienawidzę tranzycji...”

Rozdział 4

Morgan przekonał się, że chociaż naprawdę nienawidzi tranzycji, musi przedefiniować pojęcie nienawiści po każdym z udanych skoków. Po prawie dwóch tygodniach misji udało się skreślić cztery gwiazdy z listy.

Dwie zostały przesłonięte gęstymi chmurami pyłu, który krąży w przestrzeni międzygwiezdnej, jedna złapała wędrowną planetę (na ile załoga zdołała określić, bo obiekt miał bardzo ciasną orbitę), a ostatnia wpadła w kolaps grawitacyjny wcześniej, niż przewidywały terminarze dla tego typu gwiazd. Załoga spędziła parę dni na dodatkowych badaniach w tym ostatnim systemie na prośbę astrofizyków i działu astrometrycznego. Morgan zgodził się tylko dlatego, że nie chciał wysłuchiwać ich narzekań.

Naukowcy robili się naprawdę nerwowi, gdy natrafiali na interesujące zjawisko, a wpadali w szał, gdy ktoś próbował im powiedzieć, że nie mogą zbadać tego „rewolucyjnego” znaleziska.

Na nieszczęście to nie była misja naukowa. Przynajmniej nie tym razem.

Kiedy relatywistyczne efekty tranzycji wreszcie go opuściły, Morgan ostrożnie wziął kilka głębokich wdechów, aby oczyścić myśli i opanować mdłości. Jak zauważył, na mostku mniej osób walczyło z torsjami.

Wszelkie myśli na ten temat wyparowały mu z głowy błys-kawicznie, ponieważ „Autolikosem” wstrząsnęło. Morgan nigdy w życiu czegoś takiego nie doświadczył w kosmosie.

Kapitan zerwał maskę z twarzy i wbił oczy w ekrany, a potem w przestrzeń za pancernym szkłem iluminatorów.

– Raport! – rozkazał.

– Odczytujemy mnóstwo pływów grawitacyjnych na naszych akcelerometrach, kapitanie – odpowiedział szybko Kamir. – Dane z prędkości światła wciąż jeszcze napływają.

Morgan zdusił w sobie chęć, aby puścić tachionowy ping na cały pobliski obszar. Nie był pewien, czy powinien zdradzać swoją pozycję – efekty tranzycji i tak częściowo już tego dokonały.

– Wyciszyć główne sekcje – rozkazał szybko. – Włączyć kamuflaż „czarna dziura”.

– Tak jest, kapitanie. Główne sekcje! – powtórzyła Daiyu.

Światła ściemniały i zmieniły barwę na czerwoną, podczas gdy mostek zaczął zjeżdżać w głąb okrętu. Widok z zewnątrz zasłoniły metalowe płyty kamuflażu. Gdy tylko mostek zniknął w kadłubie, każdy z iluminatorów zmienił się w ekran taktyczny, pokazujący widok tworzony na podstawie danych z kamer i innych czujników.

– Płyty poszycia w pełnym kamuflażu – zameldowała chorąży Bonavista ze stanowiska taktycznego. Wyglądała na nieco zdenerwowaną, wierciła się na fotelu.

– Wyłączyć urządzenia łączności – rozkazała komandor Li, sprawdzając przy tym listę procedur. – Chcę, żeby każdy foton, każdy elektron... żeby wszystko było pod kontrolą. Nic nie wychodzi!

Morgan skupił się na sterze.

– Porucznik Mika, zmiana kursu o trzydzieści stopni na bakburtę, plus pięć stopni od płaszczyzny ekliptyki układu – polecił. – Jedna czwarta naprzód, minimalne przyśpieszenie.

– Tak jest, kapitanie – odparła sternik Andrea Mika. – Trzydzieści stopni na bakburtę, pięć stopni w górę. Ładowanie fali... jedna czwarta naprzód. Gotowe, kapitanie.

 

Morgan skinął krótko głową i poprawił się w pasach, które przytrzymywały go przy stanowisku. Nie wiedział, co się dzieje, ale na razie zrobił wszystko, co mógł.

Stała fala grawitacyjna, która popychała „Autolikosa”, mogła zostać wykryta ze znacznej odległości, ale to dało się zminimalizować przez powolne zwiększanie przyśpieszenia. Umiejętne zrównoważenie akceleracji i prędkości zostawiało mniej śladów.

Wszystko, co Passer mógł zrobić, to mieć nadzieję, że takie działanie wystarczy. Nowy kurs ustawi „Auto” na szerokiej orbicie wokół gwiazdy systemu. Oby udało się ominąć zagrożenia. Oczywiście wszystko zależało od danych, jakie uda się zebrać z czujników okrętu. I to jak najszybciej.

– Gotowość do wypuszczenia sond – rozkazał kapitan. – Chcę, żeby ustanowiły BDZ wokół naszej pozycji, gdy tylko będzie potwierdzenie, że nie natrafiliśmy na bezpośrednie niebezpieczeństwo.

– Tak jest, kapitanie. Stanowiska sond w gotowości.

Gdy tylko zakończy się przeczesywanie najbliższej przestrzeni wokół „Auto”, sondy BDZ, czyli bardzo dalekiego zasięgu, posłużą za przedłużenie oczu i uszu w kosmosie. Zwiększą zasięg czujników przynajmniej tysiąckrotnie. Nie było jednak sensu wysyłania tych dość delikatnych urządzeń, jeżeli w pobliżu znajdowało się coś, czym należało się bardziej martwić.

– Co mamy z danych astrometrycznych? – Morgan wbił wzrok w czujniki i skanery bliskiego zasięgu, które pokazywały, że wszystko jest w porządku.

– Wciąż rozszyfrowują trzy sygnały, kapitanie – odparł Kamir. – Coś zupełnie zniekształciło lokalną czasoprzestrzeń. Rozpoznanie pojedynczych sygnałów w tym bałaganie zajmie godziny.

– Świetnie. Co mogło być przyczyną?

– Nic, co znamy. Na pewno nie megastruktury Drasinów.

Morgan zamrugał. Nie to chciał usłyszeć.

– Lokalna przestrzeń?

– Lokalna przestrzeń czysta, kapitanie.

Morgan zacisnął zęby, ale skinął głową.

– Wypuścić sondy, rozmieścić na BDZ.

– Tak jest, kapitanie. Sondy wypuszczone na BDZ.

Przy braku bezpośredniego widoku z pokładu okrętu obecni na mostku musieli się zadowolić obrazem wyświet-lanym na ekranach, w które zmieniły się okna. Czerwone kropki reprezentujące wysłane sondy oddalały się od „Auto”, aby poprawić ostrość i zasięg pokładowych instrumentów.

– Chyba mamy wyizolowane lokalne elementy na naszych skanerach – oznajmił Kamir. – Potrzebuję potwierdzenia z działu astrometrycznego, ale gdy tylko je dostanę, będziemy mogli zacząć rozkładać ten układ na części.

– No to do dzieła – rzucił Morgan.

Przy splątanych i nakładających się sygnałach kluczem było zawsze rozpoczęcie od znanych elementów, podobnie jak przy układaniu puzzli, gdy zaczyna się od krawędzi i rogów. W tym przypadku gwiazda centralna powinna stanowić największe i najbardziej stabilne źródło grawitacji, co da jakiś punkt odniesienia.

– Szlag!

„Albo i nie”.

– O co chodzi, panie Kamir? – zapytał Morgan.

– Niedopasowanie. Wychwyciliśmy tutaj większe pole grawitacyjne niż przypisane tej gwieździe.

– Sprawdź to.

– Pracuję nad tym, kapitanie – zapewnił Kamir. – Ze skanerów nie mamy nic w widzialnym spektrum. Zmieniam na podczerwień. Jeżeli jest tam struktura Dysona, powinna się pokazać.

Obrazy na ekranach zamigotały, jednak nic się nie pojawiło w sprawdzanej lokacji.

– Skanuję promieniowanie gamma. – Kamir przełączył systemy, ale w jego głosie brzmiało zmieszanie.

Znowu nic się nie pojawiło.

Porucznik kontynuował przeszukiwanie spektrum, żeby znaleźć jakieś ślady obiektu tam, gdzie powinno znajdować się źródło grawitacji, ale za każdym razem na próżno.

– Niech pan poszuka promieniowania Hawkinga – rozkazał Morgan. Czuł coraz mocniejszy ucisk w żołądku.

– O Boże – wychrypiał Kamir i znowu przełączył aparaturę. Po chwili jednak westchnął i oklapł na fotelu. – Hawkinga brak.

„Cóż, przynajmniej nie siedzimy na skraju czarnej dziury”.

To byłoby potencjalnie bardzo groźne – mogliby zbliżyć się za bardzo i zostać uwięzieni na setki lat albo więcej, zanimby się zorientowali, że są w niebezpieczeństwie. Z efektami relatywistycznymi w pobliżu tak potężnego źródła grawitacji nie należało igrać.

– Nie rozumiem, kapitanie – westchnął Kamir. – Na moich instrumentach nie pokazuje się nic, ale tam musi coś być. Czujniki pływów grawitacyjnych nie mogą się mylić.

– Kapitanie – wtrąciła Daiyu ze zmarszczonymi brwiami – mogę zasugerować, żebyśmy zrobili porównanie spektrum według każdej częstotliwości?

Morgan wyglądał na zmieszanego.

– Po co?

– Dla spokoju mojego ducha.

Kapitan wzruszył ramionami, ale skinął głową.

– No dobrze, wykonać, poruczniku.

– Tak jest... włączam skan porównawczy... zaraz, co? – Kamir uniósł głowę i odchylił się, na ile pozwalały mu pasy fotela. – To nie ma sensu.

– Nie nakładają się dokładnie, prawda? – zauważyła Li.

– Skąd pani wiedziała? – Kamir z wytrzeszczonymi oczami odwrócił się, żeby popatrzeć na pierwszą oficer.

– Soczewkowanie grawitacyjne – odpowiedziała.

Kamir zaczął przeklinać, barwnie i kwieciście. Morgan uniósł brew. Młody oficer miał dość przyzwoitości, aby robić to na tyle cicho, żeby kapitan mógł udawać, że nie słyszy.

– Poruczniku – przerwał wreszcie Kamirowi – zechce pan się podzielić z resztą klasy?

Kamir zamrugał, jego smagła skóra pociemniała.

– Przepraszam, kapitanie. Po prostu sam powinienem na to wpaść. Niech pani komandor wyjaśni. Mam robotę.

Morgan zerknął na Daiyu. Komandor wzruszyła obojętnie ramionami.

– Soczewkowanie grawitacyjne występuje wtedy, gdy promień światła zostaje zakrzywiony w polu grawitacyjnym – wyjaśniła.

– Tyle wiem. Używamy go w czujnikach o ekstremalnie dalekim zasięgu – odparł Morgan. – Wystarczy przelecieć do odpowiedniego punktu wokół znanego źródła grawitacji i można wykryć bardzo słabe obiekty z całkiem dużych odległości. Szukamy innych przyczółków Drasinów, używając tej techniki, podobnie jak... innych obiektów.

Włącznie z obcymi, którzy trzymali Drasinów na smyczy, ale ta informacja nadal miała pozostać tajna dla pierwszej oficer – przynajmniej tak było, gdy Morgan ostatnio sprawdzał.

– Prawidłowo – zgodziła się Daiyu. – Nie wziął pan jednak pod uwagę, że widzialne światło będzie zakrzywiane inaczej niż, powiedzmy, promieniowanie gamma.

– Zatem skany nie będą pasować. Sprytnie. – Morgan zerk-nął na ekrany. – Czyli mamy tam coś, co dosłownie osłania się, używając grawitacji?

– Na to wygląda, kapitanie. Na to wygląda.

***

– Przepraszam, kapitanie. – Kamir pokręcił głową. – Cokolwiek to jest, znajduje się tuż przed naszym nosem, ale nie możemy przeskanować tego przez zniekształcenie grawitacyjne.

– Ale to daje nam pewne informacje – zauważyła Daiyu.

– Na przykład?

– Cóż, każde źródło grawitacji będzie zakrzywiać czasoprzestrzeń do pewnego stopnia. – Skrzywiła się, a potem westchnęła. – W tym również napęd gwiezdny „Autolikosa”. Co w domu jest, jak się pan domyśla, informacją o najwyższym poziomie tajności.

Morgan zamrugał, a potem cicho gwizdnął.

Wiedział, że Blok nie wyjawił całej swojej wiedzy o wynalezionym przez jego naukowców napędzie Alcubierre’a, ale ta wiadomość była trudna do przełknięcia. Oznaczało to, że okręty Bloku mogą stać się praktycznie niewidzialne, jeżeli zaczną zakrzywiać falę grawitacyjną do siebie, zamiast ją wypychać przed sobą.

– Tak – stwierdziła Daiyu oschle, po czym podjęła: – Jednak stała fala, którą tworzy działający napęd, jest ograniczona przy wykorzystaniu do soczewkowania. Aby działało to jak mechanizm napędowy, fala musi być formowana, a to znaczy, że zakrzywienie będzie tylko na rufie i na dziobie. Pomiędzy to zasięg problematyczny.

– Racja. – Kamir ze zrozumieniem pokiwał głową. – Napęd nie ma wystarczającej siły, żeby soczewkować w tak bliskim zasięgu...

– Ani też w dalszym – przyznała Li. – Ale każdy sygnał będzie tam znacząco osłabiony.

Daiyu dotknęła ekranu, przed którym się unosiła.

– Jednak tutaj mamy do czynienia z doskonałym soczewkowaniem... i możemy zakładać, że prawdopodobnie nie przygotowano tego specjalnie dla nas, zatem zakrzywienie musi być symetryczne. Co oznacza, że to nie jest napęd gwiezdny, ale bardzo silne... zapewne naturalne... źródło grawitacji.

– Naturalne? – zdziwił się Morgan. – Co może tak robić?

– Prawdopodobnie bardzo mała czarna dziura – zastanowiła się komandor Li. – Albo coś, czego nie znamy. Ciemna materia, jak podejrzewam.

– Nikt jak dotąd nie znalazł ciemnej materii – zaoponował Kamir.

– A jednak matematyka dowodzi, że istnieje – odparła Daiyu.

Kamir skrzywił się.

– Matematyka dowodzi, że coś, czego nie znamy, zmienia obraz obserwowanego wszechświata. Nazwanie tego ciemną materią rodzi implikacje, które mi się nie podobają.

– Implikacje, które mogą się okazać wcale prawdziwe, jeżeli okaże się, że to – komandor Li skinieniem głowy wskazała ekran – spowodowane zostało przez ciemną materię.

– Jeżeli już państwo skończyli popisywać się zakresem swojego... słownictwa naukowego – wtrącił Morgan – mamy tu sytuację, z którą chciałbym sobie poradzić.

– Uch, no tak... przepraszam, kapitanie – wymamrotał Kamir i spuścił oczy.

– Ja również przepraszam – westchnęła Daiyu.

– No dobrze – mruknął Morgan. – Zatem z wyjaśnień naturalnych: natrafiliśmy na małą czarną dziurę... którą, jak mi się zdawało, wykluczyliśmy, albo na ciemną materię. Albo na coś zupełnie nowego. A co z tym, co nienaturalne?

– Promieniowanie Hawkinga z małej czarnej dziury może być dość trudne do wykrycia – stwierdziła Daiyu. – Ale powinno być, choć niewielkie. A jeżeli chodzi o źródła sztuczne... cóż, można powiedzieć, że to może być wszystko.

– Niestety – zgodził się Kamir. – Gatunek znający technologię, która pozwala skonstruować coś takiego, może wykorzystać ją dosłownie do wszystkiego. Do maskowania czegoś albo po prostu chodzi tylko o grawitację.

– To znaczy?

– Na przykład boja nawigacyjna? – podsunął Kamir. – Stała fala grawitacyjna o takiej sile może być wykryta z odległości wielu lat świetlnych, nawet nasza ograniczona technika zdoła tego dokonać, gdy już wiemy, że jest tu źródło. Cywilizacje takie jak Priminae pewnie mogą wykryć taką falę z odległości dziesięć lub sto razy większej.

– No dobrze, to ma sens.

– Może to być również broń – dodała Daiyu.

Morgan skrzywił się na tę sugestię.

– Bardziej podoba mi się boja nawigacyjna.

Pierwsza zerknęła na niego przenikliwie, ale nie skomentowała.

– Mina grawitacyjna może rozedrzeć okręt albo flotę, jeżeli zostanie prawidłowo ustawiona.

– Ale do tego chyba byłyby potrzebne przeciwstawne fale? – wtrącił Kamir, który się nad tym zastanawiał. – Wykrywamy tutaj tylko jedno niezidentyfikowane źródło. I trzeba by podejść naprawdę blisko, żeby siła grawitacji zrobiła z okrętu spaghetti.

– Racja. To jednak nie oznacza, że nie ma na tym obszarze innych, uśpionych systemów.

Morgan potarł czoło i policzki. Nie podobała mu się ta sytuacja. Ani trochę.

– Zostaniemy zamaskowani i cisi. Żadnych przyśpieszeń. Nic nie nadajemy – zdecydował. – Sternik?

– Kapitanie? – Andrea odwróciła się od panelu sterowania.

– Proszę wyznaczyć kurs do natychmiastowej ucieczki z systemu gwiezdnego, całą mocą bojową – nakazał jej.

– Tak jest, kapitanie, już się oblicza.

– Dobry chłopak... dziewczyna... kobieta... – Morgan skrzywił się. – Dobra robota.

– Dziękuję, kapitanie. – Porucznik Mika uśmiechnęła się i odwróciła do swojego stanowiska.

Morgan westchnął. Wyczuwał skryte uśmieszki załogi mostka.

– A teraz ta ryzykowna część – podjął, starając się ukryć zawstydzenie. – Potrzebny kurs tylko na silnikach odrzutowych w kierunku źródła grawitacji.

Wszystkie uśmieszki zamarły i spełzły ludziom z twarzy.

– Kapitanie? – zapytała Daiyu z obawą.

– Wciąż mamy misję do wykonania – wyjaśnił spokojnie Morgan. – A to źródło grawitacji należy uznać za anomalię. Musimy ją zidentyfikować, cokolwiek to jest. Jeżeli dobrze zrozumiałem panią i porucznika, jedynym sposobem, żebyśmy mogli to przeskanować, jest dostanie się do środka obszaru zakrzywienia światła.

 

Daiyu skrzywiła się, ale skinęła głową.

– Tak, kapitanie, to jedyny sposób, jaki znam.

Kamir również się skrzywił, ale gdy Passer na niego spojrzał, porucznik potwierdził kiwnięciem.

– Też tak uważam, kapitanie.

– Dobrze. Zrobimy tak. Podlecimy w kamuflażu, bardzo cicho. Będziemy podpełzać. Żadnych przyśpieszeń, transmisji czy choćby pierdnięcia w kierunku tej anomalii. Przynajmniej dopóki nie dowiemy się, co to jest. Czy to zrozumiałe?

– Tak jest, kapitanie.

– Dobrze. No to do bierzmy się do pracy.