Wzlot AniołówTekst

Z serii: Archangel One #2
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Wzlot Aniołów
Wzlot Aniołów
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Archangel Rising

Text copyright © 2020 by Cleigh Currie

All rights reserved

This edition is made possible under a license arrangement originating with Amazon Publishing, www.apub.com, in collaboration with Graal, SP. Z.O.O.

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-66375-48-2

ISBN MOBI: 978-83-66375-49-9

Prolog
Okręt dowodzenia Ósmej Floty Imperialnej

Komandor floty Birch zastanawiała się, czy nie jest nazbyt ostrożna. Wróg był, owszem, przebiegły, ale od pewnego momentu żadna przebiegłość nie mogła już zwyciężyć z przewagą czystej potęgi.

A była całkiem pewna, że dysponowała odpowiednią potęgą… co najmniej. Ale rezerwy wroga powstrzymywały ją przed działaniami.

„Superbroń” – pomyślała.

Istotnie, była dostatecznym powodem, aby ponownie przemyśleć kwestię nadzwyczajnej ostrożności – w tym wypadku „nadzwyczajna” przezorność stawała się „stosowną”. To, czym dysponowała flota wroga, było wprawdzie interesujące, ale nie imponujące. Przestudiowała predyspozycje bojowe nieprzyjaciela i choć wykazywał w bitwie zdolności zdecydowanie przewyższające te, z jakimi mogła spotkać się w siłach Imperium, to jednak zwyczajnie nie dysponowali dostateczną siłą ognia zdolną uczynić ową różnicę czymś, co miałoby znaczenie.

Stawianie im czoła z pomocą równych sił byłoby więc przejawem ostatecznej głupoty, ale komandor nie miała zamiaru do tego dopuścić. Pokonanie ich w sytuacjach bitewnych typu flota kontra flota nie stanowiłoby większego problemu, gdyby nie ta superbroń.

Broń, która – jak zaczęła podejrzewać – była jedynie najbardziej rzucającym się w oczy czynnikiem w arsenale wroga.

– Pokazać mi to jeszcze raz – rozkazała.

– Tak jest, moja pani.

Z ekranu zniknęły dane i ukazało się na nim stylizowane pole gwiezdne, obejmujące region, do którego wysłano jej flotę. Była to mapa poklatkowo ukazująca upływ czasu, zawierająca raporty dostarczone przez zwiadowców oraz znaczniki czasowe pozwalające ustalić precyzyjne okresy, w których przebiegały konkretne incydenty.

Ruchy floty nieprzyjaciela, które widziała, charakteryzowały się pewnym nietypowym wzorcem, którego nie była w stanie rozgryźć.

– Wróg zdaje się dysponować bardziej rozbudowanymi flotami, niż szacowały to nasze poprzednie obliczenia – skomentował miękko stojący obok pierwszy oficer.

Helena pokiwała powoli głową.

– Tak… to akurat nie jest żadną niespodzianką, Robe, ale zdaje się, że dokonali tego dużo szybciej, niż można by oczekiwać na podstawie informacji naszych analityków.

Podkomandor Robe Havreu pokiwał głową.

– Jednakże dane mówią same za siebie – rzekł, wskazując zmieniające się raporty i kolejne znaczniki czasowe. – Tutaj widzimy co najmniej osiem nowych eskadr dających pokaz siły na skraju terytorium Przysiężnych.

Helena niechętnie przytaknęła, pozwalając sobie również na grymas.

– Jest w nich coś, co mnie dręczy – przyznała. – Coś, czego nie potrafię rozpracować.

Robe zmarszczył czoło, rozważając jej słowa.

– Nie jestem pewien, co by to mogło być, ale jedno na pewno muszę przyznać. Dobrze się skoordynowali.

– Że co? – spytała, patrząc na niego surowo.

– Te znaczniki czasowe – wyjaśnił. – W żadnym momencie w systemie nie pojawiają się dwie eskadry naraz. Przybywa jedna, wykonuje zadania patrolowe, opuszcza system. Niemal natychmiast o kilkaset lat świetlnych dalej pojawia się kolejna, a potem odlatuje, następnie trzecia… a potem czwarta… I tak dalej, i tak dalej.

Helena przyjrzała się znacznikom czasowym i zdała sobie sprawę, że podkomandor ma rację.

– Cóż za niezwykły poziom precyzji i zgrania – rzekła po chwili. – Dlaczego mieliby manewrować w taki sposób?

– Nie potrafię pojąć, w jaki sposób funkcjonuje umysł wroga, moja pani – rzekł z nutą goryczy Robe. – Z punktu widzenia taktyki pozostają nieprzewidywalni, z punktu widzenia strategii są unikatowi, a metoda, jakiej użyli, mierząc się z Trzecią Flotą, sprawia, że kwestionuję także ich poczytalność.

– Och? – spytała, rozbawiona. – A to dlaczego?

– Pozostawili tę flotę właściwie w nienaruszonym stanie. – Położył nacisk na dwa ostatnie słowa. – Żaden zdrowy na umyśle dowódca nie zrobiłby czegoś takiego. Dlaczego nie zdecydowali się zniszczyć Trzeciej i bezpośrednio przekazać Imperium swojego ultimatum?

Helena wzruszyła ramionami.

– Zniszczenie Trzeciej nie osłabiłoby znacząco potęgi Imperium, a pozostawienie jej w stanie nienaruszonym pachnie lekceważącym stosunkiem do tejże potęgi. Zapewne był to pokaz ich pewności siebie, nie przejaw obłąkania. Choć kwestia tego, czy ta pewność siebie jest słuszna, czy raczej naiwna, to jedna z rzeczy, które właśnie my powinniśmy wyjaśnić. Po to tu jesteśmy.

Westchnęła, przyglądając się danym raz jeszcze.

– Dziękuję za wskazanie mi tych znaczników czasowych, Robe. Mam poczucie, że są bardzo ważne, choć jeszcze nie mam pewności, dlaczego i w jaki sposób.

Skłonił się lekko.

– Zbadam je jeszcze bardziej drobiazgowo, moja pani. Być może przyjdzie mi do głowy coś więcej.

– Zrób tak – nakazała. – Tymczasem kontroluj także rozmieszczenie naszych sił. Kontynuujemy operację zgodnie z planem.

– Stanie się zgodnie z pani wolą, komandorko floty!

Niszczyciel „Holender”
Wolne Gwiazdy

Steph stał na stanowisku dowodzenia przejętego niszczyciela, przyglądając się ułożonym warstwowo wyświetlaczom, które zapłonęły blaskiem, ukazując obraz systemu. Wolałby znajdować się na pokładzie własnego myśliwca-kanonierki, teraz stosownie nazwanego „Zemstą Gai”, ale obecna misja wymagała od niego czegoś innego.

– Pasywne skany wychwyciły sygnał w typowanym regionie, kapitanie Teach.

Steph zdusił w sobie chęć wyszczerzenia zębów na dźwięk tego przezwiska i pokiwał jedynie głową.

– Dziękuję, poruczniku Kora. Proszę odpowiedzieć kontrsygnałem.

– Tak jest, kapitanie.

Porucznik, jeden z członków załogi, którą Steph i jego marines pojmali wraz z okrętem, zdecydował się pozostać na jednostce z powodów, które jego nowy dowódca jednocześnie doskonale rozumiał, ale w pewnym sensie nie potrafił pojąć. Steph zauważył, że mężczyzna pozostawał w zabawny sposób sztywny, ale tego akurat należało się spodziewać. Próbował sprawić, by nowi rekruci przywykli – czy raczej prawie przywykli – do należytej dyscypliny. Dawne załogi wykazywały się podejściem cokolwiek luźnym, a jeśli zauważał to nawet ktoś taki jak Steph… Cóż, o czymś to świadczyło.

Uderzyło go to jeszcze bardziej, gdy zebrano tubylców, którzy mieli dołączyć do załogi przejętego okrętu. Jego przeczucie, że większość z załogantów miała pecha natrafić na przymusowy pobór, było co najmniej optymistycznym założeniem.

„Dupa tam, a nie żadne Wolne Gwiazdy” – pomyślał z niesmakiem.

Wychodziło na to, że te tak zwane Wolne Gwiazdy stanowiły byt jeszcze bardziej tyrański niż Imperium. Na obszarach kontrolowanych przez Imperium, jak oceniał, istniały przynajmniej jakieś pozory wolności obywatelskiej. Spotykał się z argumentami zdającymi się sugerować, że istotnie tak jest, a także takimi, które przemawiały za interpretowaniem tego jako zaledwie iluzji. Ale takimi sprawami powinni zajmować się filozofowie.

Z jego doświadczeń wynikało, że wolność, gdy łączyło się ją z cywilizacją, stawała się raczej subiektywną wartością. Istniała równowaga między restrykcjami i swobodami – to ona ostatecznie ustalała, czy ludzie faktycznie pozostają wolni.

Miło było po prostu powtarzać, że ludziom „wolno” ciężko pracować, by mogli odnieść osobisty sukces, ale istnienie czynników faktycznie im to umożliwiających to już inna sprawa… A tu dochodziła trzecia kwestia – swobodny dostęp dla większości populacji do tychże czynników.

W wypadku Wolnych Gwiazd właśnie brak restrykcji był źródłem najgorszych aspektów tyrańskiej natury tego miejsca. Prawa nie były tutaj jedynie ograniczeniami – one stanowiły granice, w których obrębie można budować swoją wolność sprawniej, niż robiłoby się to bez nich. Wystarczy zabrać prawo, aby ludzie od razu wzięli się do wykrawania dla siebie, gdzie tylko się da, własnych miniimperiów. Tacy osobnicy nie administrowali już dzięki porządkowi, bo preferowali rządy siły. W arbitralnym chaosie rozwój zaś stawał się właściwie niemożliwy.

 

Szczerze mówiąc, od samego rozmyślania nad tym wszystkim Steph dostawał bólu głowy. Wiedział przecież, jak nieintuicyjnie działa ten system, no ale tak to już z ludźmi bywało. Im więcej ich się ze sobą zetknie, tym większy powstaje z tego bałagan. W takich sytuacjach prym wiodą rozwiązania urągające logice.

– Kapitanie.

Steph z ulgą przyjął to, że ktoś mu przerwał rozważania. Szczególnie że zrobił to znajomy głos. Mężczyzna podniósł się z fotela dowodzenia i odwrócił z uśmiechem.

– Milla, witaj na mostku.

Milla Chans pokiwała głową, uważnym wzrokiem omiatając rozległe pomieszczenie. Spora część pobitewnej odbudowy okrętu przypadła właśnie jej, teraz więc czujnie strzegła owoców swej pracy.

– Widzę, że wciąż niczego nie zepsułeś – rzuciła lakonicznie, choć w jej oczach błyskało rozbawienie.

Steph zacisnął dłonie na oparciu fotela.

– Auć, panno Chans. Po co wygłaszać takie uwagi? Czy zdarzyło się choć raz, żebym obchodził się szorstko z naszym sprzętem…? Nie, proszę, nie odpowiadaj.

Zamknęła usta i opuściła dłoń, bo chciała już na palcach odliczać kolejne przypadki. Westchnęła i rzekła zamiast tego:

– No dobrze. Ograniczę się do poinformowania, że silniki zostały naprawione i „Holender” jest w pełni sprawny.

Steph pokiwał głową.

– Dzięki to. Wiem, że to było dość problematyczne.

Prychnęła.

– Problematycznie bywa wtedy, gdy ma się do czynienia z kłopotem trudnym do rozpracowania – rzekła. – Stan, w jakim był ten okręt, nie był „problematyczny”. On był odrażający.

Te słowa niespecjalnie go zaskoczyły.

– Ten okręt najprawdopodobniej był po terminie standardowych zabiegów serwisowych co najmniej o kilkadziesiąt tysięcy godzin – ciągnęła Milla. – I mogę tak szacować jedynie, jeśli przyjmę założenie, że jego konstruktorzy byli doskonałymi inżynierami. Bardziej prawdopodobne jest to, że okręt ten przez jakieś dwie dekady latał bez przeglądu. Szczerze mówiąc, Stephane, nie jestem wcale pewna, w jaki sposób w ogóle mógł latać. Nie wspominając o tym, że przetrwał to, na co naraziłeś go później.

O tym to już nie chciał słuchać.

Skrzywił się, myśląc o wyzwaniu, przed którym postawił niszczyciel podczas ucieczki przed Imperium w trakcie ich ostatniego przelotu. Naprawdę wolał nie wiedzieć, jak blisko znaleźli się granicy, za którą okręt zwyczajnie rozpadłby się w locie.

– W chwili obecnej systemy są jednak w takim stanie, że nie obawiam się już przebywać na pokładzie – mówiła dalej Milla. – A większość testów struktur wewnętrznych dała satysfakcjonujący wynik… – Pozwoliła sobie na lekki grymas niezadowolenia i ponownie westchnęła. – Co oznacza, że inżynierom, którzy zaprojektowali i zbudowali tę łajbę, faktycznie należy się pochwała. Być może moje wcześniejsze oceny były odrobinę zbyt surowe.

– A czy musimy wykonać jeszcze trochę… właściwych prac konserwacyjnych? – spytał ostrożnie, rozglądając się na boki.

Większość załogi stanowili ludzie ocaleni z bitwy – albo załoganci samego „Holendra”, albo osoby z innych okrętów. Nikt z nich nie miał prawa wiedzieć, że niewielka jednostka najemników, do której się „przyłączyli”, jest powiązana z inną gwiezdną potęgą. A już na pewno tego, że ta potęga zmusiła Imperium do rejterady. Steph nie spodziewał się, by z odkrycia przez załogę prawdy mogło wyniknąć zresztą cokolwiek dobrego. Związki Ziemi z tą misją musiały pozostać tajemnicą.

Milla tymczasem pokręciła głową i odpowiedziała na pytanie:

– Nie. Kadłub i wewnętrzne struktury pozostają spójne, brak śladów mikropęknięć. Projekt i użyte materiały świadczą o wysokiej jakości, nawet jeśli sam okręt był parszywie traktowany już od pierwszych godzin dziewiczego lotu.

– To dobrze – skonstatował.

Steph nie miał pojęcia, co – jeśli w ogóle cokolwiek – byłyby w stanie zrobić dla tej jednostki Kuźnia czy jej terrański odpowiednik. Zresztą znajdowali się o całe miesiące drogi od przestrzeni Priminae, gdyby mieliby się zdać na napęd „Holendra”.

Napędy tranzycyjne mogłyby zabrać ich do domu w ułamku sekundy, ale takie wyposażenie posiadały jedynie Archanioły, które były zdecydowanie mniejsze od krążownika. Nie można więc było liczyć na możliwość holu.

Steph parsknął cichym śmiechem, wyobrażając sobie międzygwiezdną spółkę holowniczą, targającą uszkodzone łajby przez całą Galaktykę. Nie miał najmniejszego pojęcia, czy taki zabieg jest w ogóle możliwy, ale sama myśl jawiła mu się jako niesłychanie zabawna.

– Coś się stało? – Milla spojrzała na niego, nie wiedząc, co wywołało wesołość dowódcy.

– A nic, wyobraziłem sobie po prostu coś zabawnego – wyjaśnił. – Nie masz się czym martwić. Czyli jesteśmy gotowi, by wprowadzić „Holendra” do akcji?

Pokiwała głową.

– Aye, kapitanie. Gotów do lotu.

– To dobrze, bo mamy misję.

Misję, a także, co miało jeszcze większe znaczenie, listy kaperskie.

Imperialne Centralne Dowództwo

Centrum dowodzenia setkami światów stanowiło imponujący widok dla każdego, nieważne, skąd wywodził się obserwator. Jednakże dla Sinthry, nadkomandor floty, było domem. Weszła do głównego obszaru – masywnej, okrągłej konstrukcji z metalu i przejrzystych kompozytów, na wszystkich poziomach nafaszerowanej terminalami. Każdemu przypisano konkretny sektor lub system, w zależności od znaczenia danego miejsca, i każdy otrzymał zadanie nieustannego monitorowania sytuacji.

A Sinthra monitorowała je wszystkie naraz w imieniu cesarzowej, traktując przy tym obowiązki nad wyraz poważnie.

Imperatorka, tak jak i jej poprzednik, nie tolerowała głupców na pewnych stanowiskach. W niektórych dziedzinach sprawa miała się inaczej. Floty, co Sinthra mogła łatwo dostrzec, były głupców pełne, ale pewne pozycje zawsze utrzymywano w tak zwanej czystości. Pewnego razu, zanim cesarz umarł, spytała go, dlaczego egzekwował swą wolę w taki sposób. Dlaczego pozwalał głupcom przebywać w tak wielu miejscach, choć władny był dopilnować, aby to nie miało miejsca?

Jego odpowiedź otworzyła jej oczy, ale przy okazji uczyniła jej spojrzenie na Imperium – oraz na ludzi ogólnie – bardzo cynicznym.

„Głupcy stanowią część życia, Sinthro” – powiedział. „Gdyby zebrać ich w jednym miejscu, jedynym tego rezultatem będzie nieoczekiwane pojawienie się większej liczby głupców w innych obszarach. Wolę więc trzymać ich tam, gdzie mogę ich mieć na oku”.

W trakcie swojej kariery widziała dość, by móc ze smutkiem potwierdzić opinię cesarza. Robiła, co mogła, aby upewnić się, że stanowiska dookoła niej pozostawały tak wolne od głupców, jak tylko się da. Głównym działaniem w tym względzie wydawała się ich identyfikacja.

– Status – nakazała, zbliżając się do konsoli nadzorczej.

– Wszystkie systemy operują w zakresie oczekiwanych parametrów, pani nadkomandor. Żadnych nowych naruszeń przestrzeni, a raporty od Ósmej oraz Siódmej Floty świadczą o przebiegu ich misji zgodnie z wytycznymi.

Sinthra pokiwała głową, myśląc o tych dwóch jakże różnych flotach oraz o wybitnie odmiennych celach misji.

Siódma Flota pozostawała, przynajmniej do niedawna, jednym z największych atutów Imperium. Wzywano ją do największych akcji bojowych i zawsze wierzono, że rozwiąże wszelkie kłopoty bez wsparcia.

„Jakże nisko upaść może potęga” – pomyślała leniwie Sinthra, sięgając ku kontrolkom pozwalającym przejrzeć ostatnie raporty na temat działań.

Czasem wystarczała jedna błędna decyzja – miała tego świadomość.

A jednak to, co sponiewierało Siódmą Flotę, było obecnie źródłem zmartwień dla całego Imperium. Nadkomandor podniosła wzrok na wiszącą powyżej mapę i zauważyła jaskrawożółtą ikonę wciąż pozostającą w miejscu, gdzie niegdyś znajdowała się stocznia.

Imperium bywało atakowane na swoim terenie już nie raz, oczywiście. Z punktu widzenia historii uniknięcie tego typu zdarzeń było właściwie niemożliwe. Tyle że dotąd nigdy nie zdarzyło się, aby zostali uderzeni i nie oddali ciosu. Nigdy też podobny atak nie spowodował równie silnego zamieszania – jasne się stało, że tym razem mieli do czynienia z czymś zupełnie innym i nowym.

Teraz, wiele miesięcy później, wszyscy wciąż oczekiwali, że wróg będzie kontynuował natarcie.

A jednak tego nie robił.

Nikt nie wiedział, co o tym myśleć. Każda imperialna siła uderzeniowa poszłaby za ciosem, niezależnie od okoliczności, chcąc dać wrogowi do zrozumienia, kto jest górą.

Ta absolutna cisza była przerażająca.

„I bardzo dobrze”.

Imperium potrzebowało raz na jakiś czas dobrze się przerazić. Zbyt długo zwyciężało za każdym razem bez większego wysiłku. Sinthra wiedziała o tym lepiej niż ktokolwiek inny, być może nawet lepiej niż sama cesarzowa.

To strach był kamieniem szlifierskim nadającym ostrości głowni, na której polegało Imperium – głowni, którą zbyt wiele łatwych zwycięstw wyraźnie stępiło.

Spojrzała na ikony symbolizujące Ósmą Flotę i systemy w tle. Wiedziała, że nadeszła pora puścić kamień w ruch.

Rozdział 1
„Holender”
Wolne Gwiazdy
Głęboka przestrzeń

Steph pełnił wachtę na mostku „Holendra”, z zazdrością popatrując na smukły profil kanonierki lecącej w pobliżu okrętu.

To miał być jego statek, jego Archanioł.

Tymczasem został dowódcą płaskodennej barki.

To znaczy ten niszczyciel był właściwie całkiem atrakcyjnym sprzętem, przynajmniej według ziemskich standardów. Był szybszy od krążowników, jakich w boju na ogół używała Ziemia, Imperium czy Priminae, ale nie dysponował porównywalną przy tych rozmiarach siłą przebicia.

Ale, tak czy inaczej, nie był Archaniołem.

Steph westchnął ciężko, żałując, że z miejsca nie odrzucił awansu.

Ta myśl nawiedzała go bez ustanku i zdawał sobie sprawę, że Erica martwi ta sama kwestia. Im wyżej człowiek zajdzie w hierarchii, tym mniej ma zabawy z tego, co mu się porucza. Co prawda przy okazji trzeba się zmagać ze znacznie mniejszą ilością bezpośredniej ciężkiej pracy, ale Steph przez większość czasu nie był przekonany, czy taką zamianę można uznać za opłacalną.

A jednak wziął to na siebie i zaakceptował większą odpowiedzialność.

Sprawdził dane z telemetrii, choć wcale nie musiał. Lecieli właściwym kursem, nadążali za harmonogramem, znajdowali się mniej niż dzień od systemu docelowego, a wszystkie układy okrętu działały jak należy.

„Za niespełna dwadzieścia godzin znów trafię w sam środek kotła” – pomyślał. „Och, czego to ja nie zrobię dla swojej planety…”

„Zemsta Gai”

Milla Chans szła korytarzami Archanioła, zdążając do swojej przestrzeni roboczej.

Załogi myśliwców-kanonierek były z konieczności okrojone, co oznaczało, że każda osoba na pokładzie miała różne stanowiska pracy, ludzie musieli być elastyczni. Dla większości załogantów „stanowisko” oznaczało terminal komputerowy oraz biurko, jedno i drugie malutkie. Dla Milli jednak znalazło się coś więcej.

Jej główną funkcją była kontrola uzbrojenia, przynajmniej w sytuacjach taktycznych.

Uważała jednak, że ta jej funkcja, która nie dotyczy sytuacji bojowych, jest ważniejsza.

Była projektantem i inżynierem. Dzięki niej powstał w ogóle okręt nowej klasy, a ten rejs był tak naprawdę lotem testowym, w którym wszystko miało się „dotrzeć”, jak to lubili mawiać Terranie.

Projektowanie nowego typu statku nie było czymś, na co pozwoliliby jej decydenci z floty Priminae, a teraz, gdy już tego dokonała… Milla właściwie nie była w stanie wyobrazić sobie powrotu do poprzednich zajęć.

Utrzymywanie w sprawności systemów uzbrojenia oraz metod wydobywczych, na których te zostały oparte…

„A może było na odwrót?” – pomyślała Milla, nie bardzo już pewna, jak to właściwie przebiegło.

Jej poprzednie zadania były monotonne, choć kluczowe dla sprawy. Najpierw wytworzyć technologie, które ułatwią pozyskiwanie surowych materiałów, co po­zwoli na rozwój kolonii. A później dopilnować, by zawsze pod ręką było uzbrojenie, potrzebne do obrony życia. Jej służba nie bywała specjalnie chwalebna, ale Milla poważnie traktowała swoją pracę.

 

Teraz jednak, choć zadania te były niegdyś ważne – pozostawały zresztą takie i teraz – miała świadomość, że nigdy już nie mogłaby ograniczyć się tylko do nich. Widziała już rzeczy znacznie większe i większych rzeczy również dokonała. A pragnęła dokonać jeszcze więcej i teraz, przy Terranach, miała pewność, że tę możliwość otrzyma. Może byłaby w stanie udowodnić Priminae, że stare zasady nie były jedynymi słusznymi.

A może by nie była.

Tak czy inaczej, teraz podążała nową ścieżką.

Weszła do swojego biura-laboratorium, będącego tak naprawdę „przybudówką” głównej sekcji inżynieryjnej, a właściwie korytarza z panelami dostępu umożliwiającymi wgląd do rdzenia mocy oraz innych systemów. Na szczęście Milla nie należała do osób o pokaźnej posturze, w przeciwnym wypadku nawet podstawowe zadania serwisowe na tak małej jednostce stałyby się źródłem utrapienia.

Dobrze się złożyło, że w tym przypadku oficerowie nadzorujący proces nałożyli bardzo niewiele limitów – a jeśli już jakieś się pojawiały, Milla zazwyczaj znajdowała sposób, by je obejść.

Mniej fortunny był fakt, że pewne fizyczne zasady wszechświata miały tu również coś do powiedzenia, a znalezienie kruczków w fizyce stanowiło o wiele większe wyzwanie.

Ustawiła tablet na biurku, pozwalając magnetycznemu systemowi zablokować go na wypadek, gdyby coś wstrząsnęło okrętem. Na pokładzie krążownika nie musiałaby się przejmować się takimi rzeczami, ale w Archaniołach zabrakło miejsca na instalację pełnego pola inercyjnego.

Luźno leżące przedmioty, a już szczególnie te posiadające twarde krawędzie, należało zabezpieczać. Metoda unieruchamiania ich wcale nie musiała być jakoś szczególnie wysublimowana – gdyby okręt padł ofiarą przeciążeń rzędu większego niż kilkanaście g, wszyscy na pokładzie i tak byliby martwi – ale ponieważ system miał swoje ograniczenia, zaprojektowano go w ten sposób, by „przepuszczał” pewną część sił i pozwalał ich doświadczyć załodze. Pozwalało to uniknąć przegrzania i spalenia kluczowych komponentów. Rezultatem było bardziej „wyboiste” podróżowanie, ale i większe pole manewru przy tworzeniu specyfikacji osiągów.

– Komputer – odezwała się Milla – status głównych systemów.

– Główne systemy pozostają zielone.

Komputer nie był najbystrzejszym z rozmówców. Z tego powodu Chans zaczynała już tęsknić za „Odyseuszem”. Ale i z tym systemem dało się jakoś porozumieć.

– Alerty statusu systemów drugorzędnych – nakazała.

– Jeden alert dla systemów drugorzędnych.

Zmarszczyła brwi.

– Sprecyzować alert.

– Drugorzędne systemy uzbrojenia są żółte. Kod błędu: cztery dziewięć alfa dwa bravo.

Mars Milli jeszcze się pogłębił. Zaczęła grzebać w pamięci, starając się sobie przypomnieć, co oznacza ten kod. Wreszcie westchnęła i podniosła tablet, by wstukać ciąg znaków.

„Hmm… przegrzanie układu przekaźników. Dziwna sprawa. Nic nie powinno obciążać tamtych systemów, więc skąd to ciepło?”

– Tyke, tu Milla.

– Tyke z tej strony – pilot odpowiedział niemal natychmiast.

– Widzę alert w naszym systemie przekaźnikowym broni – wyjaśniła. – Odłączam go od zasilania, żeby sprawdzić, co tam nie gra.

– Przyjąłem. Postaraj się poskładać to do kupy, nim wlecimy do systemu, dobra?

Milla parsknęła śmiechem.

– Został nam niemal cały dzień, nieprawdaż? Jeśli do tego czasu nie zdołam tego naprawić, wierz mi, Tyke, będziemy mieli do czynienia z większymi problemami niż ta cała operacja.

– Przyjąłem. Rób, co w twojej mocy.

Milla zamknęła połączenie i wysunęła walizkę z narzędziami z miejsca, w którym ją przechowywała.

„Zapowiada się raczej długa noc” – pomyślała.