Władcy czasuTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

„Władcy czasu to powieść wyjątkowo dojrzała, fascynująca i dopracowana w najdrobniejszym szczególe. Perfekcyjne zwieńczenie najlepszej trylogii kryminalnej ostatnich lat!”

ASIA WÓJCIAK, INSTAGRAM.COM/ZUPA.CZYTA

„Baskijska przygoda się kończy, ale w jakim stylu! Dwie równoległe opowieści, kryminalna zagadka i bohaterowie, z którymi zdążyliśmy się już zżyć, a z którymi trzeba się pożegnać. Emocje gwarantowane!”

DIANA CHMIEL, INSTAGRAM.COM/BARDZIEJLUBIEKSIAZKI

„Ta książka to genialne połączenie dobrego kryminału, thrillera i powieści historycznej. Fenomenalne zakończenie najlepszej trylogii kryminalnej! Na pewno będę do niej wracać!”

KASIA JAROSIŃSKA, INSTAGRAM.COM/KEJTI.READS

„Zaskakujące zwroty akcji, intrygujący wątek historyczny i przeplatające się ze sobą dwie linie czasowe tworzą niezapomniany klimat. Żałuję, że to już ostatni tom, i Wy też będziecie żałować”.

MIŁKA AWGUL, INSTAGRAM.COM/MAW_READS

„Śledztwo prowadzone na najwyższym poziomie, a do tego wielowątkowa fabuła sprawią, że nigdy nie zapomnicie o tej powieści. Takiego zamknięcia trylogii nikt się nie spodziewał!”

JOANNA ĆWIERTKA, INSTAGRAM.COM/PANDA_ZKSIAZKA_

„Niebanalne zagadki kryminalne i osobliwi bohaterowie to specjalność Sáenz de Urturi! Morderca zabija zgodnie z książkowym pierwowzorem, a inspektor Kraken błądzi między literacką fikcją a historią, by zapobiec kolejnym zbrodniom”.

PAULA SIECZKO, INSTAGRAM.COM/RUDERECENZUJE

„Autorka po raz kolejny mnie zachwyciła! Pomysł na fabułę jest genialny i misternie dopracowany. Od tej historii nie można się oderwać. Jestem pod ogromnym wrażeniem!”

ANIA JAKUBIEC, INSTAGRAM.COM/ANIKADJ.ANA

„Władcy czasu to doskonałe zakończenie trylogii. Wypełnione po brzegi niebanalną i pasjonującą intrygą. Zawile i z dbałością o każdy szczegół autorka snuje klimatyczną opowieść pełną niewyjaśnionych zbrodni i manipulacji”.

ANITA JELEŃ, INSTAGRAM.COM/JELEENKA

„Choć autorka zawiesiła sobie poprzeczkę bardzo wysoko, Władcy czasu przebijają nawet świetne Rytuały wody! To jeszcze lepsza intryga, więcej detali i mistrzowska narracja. Doskonałe zwieńczenie cyklu”.

DANIEL MUNIOWSKI, INSTAGRAM.COM/STREFACZYTACZA

„Oto kryminał idealny. Władcy czasu to godna kontynuacja serii i jej zwieńczenie. Tylko żal ogromny, że to już koniec. Kłaniam się autorce w pas – stworzyła imponującą historię, która pozostanie ze mną na zawsze. Czekam na jej ekranizację. To będzie coś wielkiego. Czapki z głów, moi mili!”

MAŁGORZATA TINC, WWW.LADYMARGOT.PL


Tytuł oryginału: Los señores del tiempo

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/Panczakiewicz Art.Design

Redakcja: Irma Iwaszko

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Lilianna Mieszczańska

Zdjęcia wykorzystane na okładce:

© Ververidis Vasilis/Shutterstock

© Zoia Kostina/Shutterstock

© Eva García Sáenz de Urturi, 2018

All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2020

© for the Polish translation by Katarzyna Okrasko

ISBN 978-83-287-1332-1

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2020

Spis treści

1 PAŁAC VILLA SUSO – UNAI

2 BRAMA PÓŁNOCNA – DIAGO VELA

3 DACHY KOŚCIOŁA ŚWIĘTEGO MICHAŁA – UNAI

4 BRAMA POŁUDNIOWA – DIAGO VELA

5 ULICA PINTORERÍA – UNAI

6 STARA KUŹNIA – DIAGO VELA

7 ARMENTIA – UNAI

8 PAŁAC ÁLAVA-ESQUIVEL – UNAI

9 CAUCE DE LOS MOLINOS – DIAGO VELA

10 WIEŻA NOGRARO – UNAI

11 ULICA CUCHILLERÍA – UNAI

12 GOSPODA LA ROMANA – DIAGO VELA

13 LAU TEILATU – UNAI

14 ULICA HERRERÍA – UNAI

15 WIGILIA ŚWIĘTEJ AGATY – DIAGO VELA

16 SZPITAL ŚWIĘTEGO JAKUBA – UNAI

17 NOWA KATEDRA – UNAI

18 ALKOWA HRABIEGO – DIAGO VELA

19 RZEKA ZADORRA – UNAI

20 K, >N 1 – UNAI

21 PLAC SĄDÓW – DIAGO VELA

22 ARKAUTE – UNAI

23 DAMA Z ZAMKU – UNAI

24 MIĘSOPUST – DIAGO VELA

25 BRACIA DEL CASTILLO – UNAI

26 ANP – UNAI

27 ZAKRYSTIA – DIAGO VELA

28 VALDEGOVÍA – UNAI

29 OGRODY SAMANIEGA – UNAI

30 DĄB SPRAWIEDLIWOŚCI – DIAGO VELA

31 DROGA WŚRÓD SOSEN – UNAI

32 SZPITAL ŚWIĘTEGO JAKUBA – UNAI

33 YENNEGO – DIAGO VELA

34 ZASADA LOCARDA – UNAI

35 QUEJANA – UNAI

36 ZAUŁEK CIEMNEJ BRAMY – DIAGO VELA

37 STARA SALA WYKŁADOWA – UNAI

38 ZA MURAMI – DIAGO VELA

39 STARY CMENTARZ – UNAI

40 CHODNIK OBRONNY NA MURACH – DIAGO VELA

41 PIEC W KUŹNI – ALVAR

42 POSIŁKI – DIAGO VELA

43 ROZBITA PŁYTA NAGROBNA – UNAI

44 KAPLICA KOŚCIOŁA NAJŚWIĘTSZEJ MARII PANNY – DIAGO VELA

45 ZŁAMANY OŁÓWEK – UNAI

46 PERTRAKTACJE – DIAGO VELA

47 KAMELEON – UNAI

48 NA ZIEMIACH ALMOHADÓW – DIAGO VELA

49 PLAC ZABAW W OGRODZIE ETXANOBE – UNAI

50 BURZA – DIAGO VELA

51 ZAUŁEK CARNICERÍAS – UNAI

52 PRZEJŚCIE PODZIEMNE – UNAI

53 WIERNY MUNIO – DIAGO VELA

54 GRÓB Z JABŁEK – UNAI

55 KOŁO SIĘ ZAMYKA – UNAI

56 MORZE BUTELEK – UNAI

57 POD MURAMI DIAGO VELA

58 WARSZTAT SZKLARSKI – UNAI

59 W STRUGACH DESZCZU – RAMIRO ALVAR

60 SALKA PRZESŁUCHAŃ – UNAI

61 ALTAI – DIAGO VELA

62 GRÓB KANCLERZA – UNAI

63 KRAKEN – UNAI

64 RAMIRO – UNAI

65 JEDNO MIASTO – DIAGO VELA

66 WŁADCY CZASU – UNAI

PODZIĘKOWANIA

1

PAŁAC VILLA SUSO

UNAI

Wrzesień 2019

Mógłbym zacząć tę historię od opowiedzenia o wstrząsającym odkryciu w pałacu Villa Suso zwłok jednego z najbogatszych ludzi w kraju, władcy całego imperium sieciówek z ubraniami, który zatruł się kantarydyną – legendarnym średniowiecznym odpowiednikiem viagry. Nie zrobię tego.

Najpierw zrelacjonuję – uważam, że tak będzie lepiej – co wydarzyło się podczas promocji książki Władcy czasu, o której mówiło całe miasto.

 

Ta powieść historyczna zachwyciła wszystkich. Mnie też. Pochłaniałem ją z zapartym tchem, jakby od pierwszego akapitu czyjaś niewidzialna ręka z siłą magnesu wciągała mnie prosto w średniowieczny świat, a mnie nie pozostało nic innego, jak poddać się jej bezwolnie.

Mój brat Germán, nasza paczka… wszyscy rozmawiali tylko o tym. Jedni przeczytali książkę w trzy noce, mimo że liczyła czterysta siedemdziesiąt stron, inni, na przykład ja, dawkowali ją sobie ostrożnie niczym truciznę, której przyjmowanie, choć groźne, niesie rozkosz – i marzyli, by ich przygody w roku Pańskim 1192 trwały jak najdłużej. Ja zanurzyłem się w lekturze tak głęboko, że kiedy nad ranem odbywaliśmy w pościeli nasz zwykły taniec języków i ud, nazywałem Albę „swoją panią”.

Do tego dochodził jeszcze jeden dodatkowy smaczek, zagadka do rozwiązania: tożsamość autora.

Chociaż powieść trafiła do księgarń już półtora tygodnia temu, nikt nie zrobił z nim wywiadu, nie było jego zdjęć ani w gazetach, ani na okładce książki. W świecie cyfrowym nie istniał: nie korzystał z mediów społecznościowych, nie miał strony internetowej. Albo był wykluczony cyfrowo, albo podjął świadomą decyzję, że będzie żył w anachronicznym świecie analogowym.

Domyślano się, że imię i nazwisko autora na okładce – Diego Veilaz – to pseudonim mający się kojarzyć z bohaterem powieści, charyzmatycznym hrabią Diagiem Velą. Ale to były tylko przypuszczenia. Skąd mielibyśmy cokolwiek wiedzieć, dopóki rozłożyste skrzydła prawdy nie załopotały nad brukowanymi uliczkami tysiącletniego średniowiecznego migdała?

Zapadał już wieczór w kolorze sepii. Z Debą na barana przeszedłem przez plac Matxete. Miałem nadzieję, że moja dwuletnia córka – ona uważała się za dorosłą – nie narozrabia za bardzo na prezentacji Władców czasu. Towarzyszył nam dziadek, żeby w razie czego pomóc, chociaż była to wigilia obchodzonego u nas uroczyście Dnia Świętego Andrzeja, patrona Villaverde.

Zjawił się u nas i powiedział: „Zajmę się małą, synku. Potrzebujecie z Albą chwili wolnego”.

Od kilku tygodni pracowaliśmy po godzinach nad śledztwem w sprawie zniknięcia dwóch dziewczynek, sióstr, dwunasto- i siedemnastoletniej, które zaginęły w dziwnych okolicznościach, i bardzo potrzebowaliśmy się wyspać.

Jeszcze parę godzin i będziemy mogli przez chwilę odpocząć po czternastu dniach bezowocnej akcji poszukiwawczej. Po prostu położyć się do łóżka, zasnąć i na chwilę zapomnieć o wszystkim. Sobota zapowiadała się równie frustrująca.

Nic nie osiągnęliśmy, mimo że odrobiliśmy lekcję bardzo starannie: przeczesaliśmy teren z pomocą ochotników i psów, za zgodą sędziego założyliśmy podsłuchy na telefonach członków rodziny zaginionych dziewczynek, obejrzeliśmy nagrania ze wszystkich kamer nadzoru w okolicy, technicy kryminalistyki dokładnie zbadali samochody należące do bliskich dziewczynek, przesłuchaliśmy osoby, które miały z nimi do czynienia w ciągu ich krótkiego życia.

Zniknęły bez śladu… Obydwie.

Sytuacja była zaiste dramatyczna, a presja, jaką komisarz Medina wywierał na Albę, wciąż rosła.

Kilometrowa kolejka chętnych stała w mętnym świetle latarni na placu Matxete.

Kuglarz w stroju z zielonego aksamitu żonglował trzema czerwonymi piłeczkami, mężczyzna o szerokim karku wsadzał sobie do ust głowę boa albinosa. Na brukowanym placu pachniało plackami kukurydzianymi i tortas de chinchorta[1], a piekielne skrzypce odgrywały muzykę z Gry o tron. Średniowieczny jarmark, który odbywał się jak co roku we wrześniu, zbiegł się w czasie ze spotkaniem promocyjnym książki.

Na placu, na którym kiedyś rozstawiano stragany, było ciaśniej niż zwykle. Grupki czytelników oczekujące na Arquillos del Juicio mieszały się ze sprzedawcami glinianych dzbanów i olejku lawendowego.

Zauważyłem Estíbaliz, swoją partnerkę z Wydziału Kryminalnego. Była z mamą Alby, która, odkąd się poznały, traktowała ją jak przybraną córkę i zapraszała na wszystkie nasze rodzinne spotkania i uroczystości.

Moja teściowa Nieves Díaz de Salvatierra była emerytowaną aktorką. Zaczęła występować w latach pięćdziesiątych jako cudowne dziecko. Po wieloletniej burzliwej karierze znajdowała upragniony spokój, prowadząc hotel zlokalizowany w zameczku w Laguardii, pomiędzy winnicami a pasmem górskim Toloño, zawdzięczającym swą nazwę celtyckiemu bóstwu Tuloniowi. Do niego wznosiłem modły za każdym razem, kiedy życie stawało się nie do zniesienia.

– Unai! – krzyknęła Estíbaliz, machając do mnie. – Tutaj jesteśmy!

Alba, dziadek i ja ruszyliśmy w ich stronę. Deba odcisnęła na policzku cioci Esti głośny pocałunek glonojada i weszliśmy wszyscy razem do Villa Suso, renesansowego pałacu górującego od pięciu stuleci nad miejskim wzgórzem.

– No to mamy rodzinę w komplecie! – Wyciągnąłem rękę z telefonem ku niebu przybierającemu chwilami odcień indygo. – Spójrzcie tu wszyscy.

Cztery pokolenia Diazów de Salvatierra i Lopezów de Ayala uśmiechnęły się do rodzinnego selfie.

– Spotkanie odbędzie się w sali imienia Martina de Salinasa, na drugim piętrze. – Alba prowadziła nas uśmiechnięta. – To supersprawa z tą tajemnicą, prawda?

– Jaką tajemnicą?

– Nie znamy przecież tożsamości autora. Dziś dowiemy się wreszcie, kto to jest. – Wzięła mnie za rękę. – Ach, gdyby zagadki, z którymi mamy do czynienia w pracy, były takie niewinne…

– A skoro już jesteśmy przy tajemnicach – przerwała Estíbaliz, popychając ją lekko tuż przed wejściem do sali. – Nie depcz po zamurowanej, Albo. Ochroniarze twierdzą, że jej jęki są przerażające, kiedy pojawia się w nocy na pustym korytarzu prowadzącym do łazienek. Podobno to najrzadziej uczęszczane toalety w mieście.

Alba aż odskoczyła. Popychana przez tłum nadepnęła na przezroczystą podłogę. Pod płytą widoczną niżej spoczywał, jak głosiła tabliczka informacyjna, szkielet kobiety żyjącej w średniowieczu.

– Nie mówcie przy Debie o szkieletach i duchach – powiedziała, puszczając do nas oko. – Nie chcę, żeby tej nocy nie mogła zasnąć. Dziś musi chrapać jak niedźwiedź pogrążony w zimowym śnie. Bo ja pilnie potrzebuję się wyspać.

Dziadek posłał jej uśmiech człowieka, który ma za sobą sto lat obserwowania innych.

– Dajcie spokój, jak dziewczynka ma się przestraszyć kilku kości na krzyż?

W jego zmęczonym głosie pobrzmiewała nutka dumy, bo dziadek uważał, że nikt nie rozumie jego prawnuczki lepiej od niego. Łączyła ich jakaś prosta i niezawodna telepatia, która nie obejmowała ani jej matki, ani babci Nieves, wujka Germana, cioci Esti ani mnie. Deba i dziadek ograniczali się do porozumiewawczych spojrzeń i wzruszania ramionami i, ku naszej rozpaczy, to właśnie on rozumiał różne rodzaje płaczu naszej córki, powody, dla których nie chciała wkładać kaloszy, chociaż lało jak z cebra, a także ukryte znaczenie bazgrołów, jakimi zapełniała każdą napotkaną powierzchnię.

W końcu udało nam się wejść do pękającej w szwach sali i musieliśmy się zadowolić miejscami w przedostatnim rzędzie. Dziadek wziął Debę na kolana i pozwolił jej bawić się beretem. Kiedy go przymierzała, robiła się uderzająco do niego podobna.

Podczas gdy dziadek zajmował się Debą, ja starałem się chociaż na chwilę przestać myśleć o problemach w pracy. Uniosłem głowę: sufit wąskiej sali o kamiennych ścianach opierał się na solidnych drewnianych belkach. Za długim stołem, na którym stały trzy butelki wody, znajdowały się trzy krzesła, a za nimi wyblakły kilim przedstawiający konia trojańskiego.

Spojrzałem na zegarek. Spotkanie powinno było zacząć się trzy kwadranse temu. Mężczyzna siedzący po mojej prawej stronie trzymał na kolanach egzemplarz książki i wiercił się niecierpliwie. Nie on jedyny. Wyglądało na to, że nikt nie ma zamiaru niczego tu promować. Alba spojrzała na mnie wymownie: jeśli potrwa to zbyt długo, będziemy musieli zabrać Debę.

Pokiwałem głową i pogłaskałem ją po dłoni, obiecując wzrokiem przyjemną noc.

Jak cudownie było nie musieć się ukrywać, jak cudownie, że tworzyliśmy rodzinę, jakie dobre było życie, kiedy nie upierało się być paskudne, a moje życie już od długich dwóch lat – odkąd urodziła się Deba – stało się szczęśliwym ciągiem rodzinnych rytuałów.

Bardzo to lubiłem, kolekcjonowałem szczęśliwe dni u boku swoich dam.

Kiedy o tym myślałem, przeszedł obok mnie otyły i spocony mężczyzna, w którym rozpoznałem redaktora naczelnego wydawnictwa Malatrama.

Poznaliśmy się podczas śledztwa „Rytuały wody”, był wydawcą jednej z ofiar, Annabel Lee, autorki komiksów i pierwszej narzeczonej całej naszej paczki. Ucieszyłem się na jego widok. Szedł za nim facet z gęstą brodą, być może nasz nieuchwytny autor, i w kamiennej sali rozległ się pomruk zadowolenia. Wydawało się, że publiczność wybacza prawie godzinne opóźnienie.

– Nareszcie – szepnęła do mnie siedząca obok Esti. – Jeszcze piętnaście minut i musielibyśmy dzwonić po oddział prewencji.

– Nie mów tego na głos, z tymi zaginionymi dziewczynkami już i tak było zbyt wiele zamieszania przez ostatnie dwa tygodnie. – Miałem przed oczami jej rudą grzywkę, chyba chciała szepnąć coś jeszcze, ale poprosiłem ją spojrzeniem o ciszę.

– Wrócą do domu, do mamy i taty – zapewniła mnie jednak.

– Niech bogowie cię usłyszą, a będziemy mogli wreszcie się wyspać. – Z trudem powstrzymałem ziewnięcie.

Na szczęście po tym, jak w 2016 roku zapadłem na afazję Broki, mowa wróciła mi prawie zupełnie. Trzy lata bardzo intensywnej przygody z logopedią sprawiły, że znów stałem się wygadanym śledczym, tylko czasem miewałem chwilowe blokady, najczęściej wtedy, kiedy się nie wyspałem, byłem zmęczony lub zdenerwowany.

– Raz, dwa, trzy, raz, dwa trzy… – rozległ się głos wydawcy. – Czy dobrze mnie słychać?

Publiczność pokiwała głowami.

– Bardzo przepraszam za spóźnienie. Niestety muszę przekazać państwu przykrą wiadomość: autor książki nie mógł zjawić się na dzisiejszym spotkaniu – powiedział, głaszcząc się po bujnej brodzie barda.

Na reakcję nie trzeba było długo czekać: niektórzy słuchacze natychmiast wstali z krzeseł i opuścili salę, nie kryjąc niezadowolenia. Wydawca odprowadzał pierwszych dezerterów smutnym spojrzeniem.

– Proszę mi wierzyć, rozumiem państwa rozczarowanie. Nie było to zaplanowane, ale skoro nie możemy liczyć na obecność autora, chciałbym państwu przedstawić Andresa Madariagę. Jest historykiem i archeologiem pracującym dla Fundacji Katedry Najświętszej Marii Panny, która wiele lat temu prowadziła wykopaliska na terenie pałacu Villa Suso i pod Starą Katedrą. Miał towarzyszyć naszemu tajemniczemu pisarzowi i wyjaśnić państwu niezwykłe podobieństwa pomiędzy średniowiecznym migdałem, jak nazywamy dzisiejszą starówkę Vitorii, a dwunastowiecznym miastem, jakie znamy z książki.

– Tak jest. – Archeolog odchrząknął. – Tę powieść cechuje niebywała precyzja, jakby autor rzeczywiście spacerował ulicami naszego miasta prawie tysiąc lat temu. Tutaj, obok dawnego wejścia do pałacu, a dokładnie tam, gdzie znajdują się dziś Schody Świętego Bartłomieja, w średniowieczu była Brama Południowa prowadząca do obmurowanej części grodu…

– Też nie wie, kim on jest – szepnęła mi Alba na ucho, muskając je ustami.

To wystarczyło, żeby zrobiło się gorące.

– Jak to? – mruknąłem.

– Wydawca też nie wie, kim jest autor. Ani razu nie wymienił jego nazwiska, a także nie powiedział o nim „Diego Veilaz”, bo to na pewno pseudonim. Nie ma pojęcia, kim on jest.

– Albo specjalnie buduje intrygę, żeby ujawnić to na następnej imprezie, na której pisarz się pojawi.

Spojrzała na mnie jak na naiwne dziecko, niespecjalnie przekonana.

– Głowę dam, że nie, że jest równie zagubiony jak my.

– Czy zdają sobie państwo sprawę, że mamy przed sobą mur, który ogradzał osadę, zanim Vitoria stała się pełnoprawnym grodem? Widzą państwo? To ten właśnie mur – mówił archeolog, pokazując na ścianę znajdującą się po jego prawej stronie. – Z datowania radiowęglowego wiemy, że został on zbudowany w jedenastym wieku, czyli sto lat wcześniej, niż przypuszczaliśmy. Można powiedzieć, że siedzimy w miejscu, w którym toczy się akcja powieści. W gruncie rzeczy to tutaj, w pobliżu muru, umiera jedna z postaci książki. Pewnie wielu z państwa zastanawiało się, czym jest kantaryda, hiszpańska mucha: to chrząszcz z rodziny oleicowatych. W powieści pojawia się brązowy proszek, kantarydyna, który ktoś podaje jako afrodyzjak naszemu nieszczęsnemu bohaterowi. To jest prawdziwe… – Zawahał się i poprawił: – Chciałem powiedzieć, prawdopodobne.

Archeolog podniósł głowę. Słuchaliśmy go z wielką uwagą.

– Kantarydyna odgrywała w średniowieczu rolę naszej viagry – ciągnął zadowolony. – Proszek otrzymywano z połyskującego zielonego pancerza pewnego chrząszcza. Kantarydyna była jedynym skutecznym afrodyzjakiem, który zapewniał mężczyznom przyzwoitą erekcję. Bardzo efektywnie rozszerzała naczynia krwionośne, ale zaprzestano jej stosowania, gdyż, jak mawiał Paracelsus, „dawka czyni truciznę”. Dwa gramy kantarydyny zabiją najzdrowszego w tej sali, więc w siedemnastym wieku wyszła z użycia. Wcześniej nazywano ją „cukierkami Richelieu” i wykończyła w jego czasach pół dworu, a sam markiz de Sade napytał sobie biedy, gdy kilka uroczych dam zmarło po zażyciu afrodyzjaku.

 

Rozejrzałem się wokół. Ludzie, którzy zostali na improwizowany występ archeologa, uważnie słuchali jego średniowiecznych anegdot. Deba w berecie dziadka spała, otoczona jego ramionami. Nieves też wydawała się zainteresowana wystąpieniem, Alba głaskała mnie po udzie, a Esti spoglądała rozkojarzona na belki na suficie. Jednym słowem: wszystko w porządku.

Czterdzieści minut później wydawca włożył na czubek olbrzymiego nosa półokrągłe okularki i zabrał głos:

– Nie chciałbym zakończyć tej uroczystości, nie przeczytawszy pierwszych akapitów Władców czasu.

Nazywam się Diago Vela, mówią mi don Diago Vela, mnie wszak tytuły są obojętne. Zacząłem spisywać wszystko, co się tu działo od dnia, gdy po dwóch latach niebytności powróciłem do starej osady Gasteiz, czy też, jak nazywali ją poganie, Gaztel Haitz, Wzgórza Zamkowego.

Wracałem przez Akwitanię i przeszedłszy Dolną Nawarrę…

Nagle usłyszałem, jak za moimi plecami otwierają się drzwi do sali. Odwróciłem się zaintrygowany i ujrzałem siwowłosego mężczyznę, na oko pięćdziesięcioletniego, który wszedł, wspierając się na lasce, i zawołał:

– Jest na sali lekarz? Potrzebny jest lekarz!

Wstaliśmy z Albą i Esti niczym trojaczki połączone telepatią i podeszliśmy do mężczyzny, żeby go uspokoić.

– Wszystko w porządku? – odezwała się Alba, jak zwykle pewna siebie. – Zaraz zadzwonimy na sto dwanaście, ale niech nam pan powie, co się stało.

– Nie chodzi o mnie. Na dole w toalecie znalazłem mężczyznę.

– Co z nim? – zapytałem, trzymając już telefon w ręku.

– Leży na podłodze. Ukląkłem przy nim, żeby sprawdzić, czy żyje, choć z tą laską nie jest mi łatwo, ale mógłbym przysiąc, że się nie rusza. Albo jest nieprzytomny, albo martwy – ciągnął mężczyzna. – Tak naprawdę myślę, że go poznałem, wydaje mi się, że to… Chociaż nie jestem tego pewien.

– Proszę się teraz tym nie martwić – ucięła Estíbaliz zniecierpliwiona.

Cała sala przyglądała się nam w milczeniu, przysłuchując się rozmowie. Wydawca chyba przestał czytać. Ale nie dałbym głowy. Spojrzałem jeszcze na dziadka, który obiecał mi bez słów: „Zajmę się Debą, zabiorę ją do domu i położę spać”.

Pobiegłem z Esti w kierunku schodów. W pośpiechu oboje nadepnęliśmy na szklaną taflę, pod którą znajdował się szkielet zamurowany kiedyś w Villa Suso. Nawet nie zdążyłem o tym pomyśleć. Dotarłem na miejsce szybciej niż moja partnerka i zastałem na podłodze wysokiego, dobrze ubranego człowieka. Nie ruszał się, a jego twarz zastygła w grymasie bólu, który poczułem i ja.

Łazienki były nieskazitelnie czyste, otaczała nas aseptyczna biel i fototapeta na drzwiach do kabin, z dachami i czterema wieżami Vitorii.

Wyjąłem z kieszeni telefon, włączyłem latarkę i przytrzymałem ją tuż przy jego twarzy. Nic. Źrenice się nie skurczyły.

– Kurwa – zakląłem pod nosem. Poszukałem tętnicy szyjnej, licząc na cud. – Źrenice nie reagują, Esti. Brak tętna. Ten człowiek nie żyje. Niczego nie dotykaj i przekaż wiadomość podkomisarz, niech zawiadomi komendę.

Moja partnerka pokiwała głową i wzięła telefon, żeby zadzwonić do Alby.

Pociągnąłem nosem.

– Pachnie śmierdzącą bombą – zauważyłem. – Ten człowiek używał drogich perfum, ale nie wystarczą, żeby zamaskować ten okropny zapach.

– To męska ubikacja, czego się spodziewałeś?

– Nie o to mi chodzi, mówię o tym, że pachnie śmierdzącymi bombami w saszetkach, jakie sprzedawano w sklepach z zabawkami, kiedy byliśmy mali, pamiętasz? Były w paczkach z wizerunkiem mandaryna.

Wymieniliśmy się spojrzeniami: nie, nie chodziło mi o zabawne skojarzenia z dzieciństwa.

– Chcesz powiedzieć, że został otruty? – zapytała.

Nie byłem pewien, czy leżący przed nami mężczyzna zmarł śmiercią naturalną, czy został otruty, ale jestem ostrożnym facetem i nie lubię żałować później, że coś zaniedbałem. Z szacunku dla zmarłego olbrzyma ukląkłem obok niego na jedno kolano i wyszeptałem swoje zaklęcie:

– Tu kończy się twoje polowanie, tutaj zaczyna się moje.

Przyjrzałem mu się uważnie i przeszedłem do kwestii praktycznych.

– Myślę, że świadek miał rację. Nieczęsto pokazywał się na zdjęciach, ale wygląda bardzo szczególnie i zawsze podejrzewałem, że cierpi na fibrylinopatię.

– Mów po ludzku, Kraken.

– Ten mężczyzna choruje, a raczej chorował na zespół Marfana. Długie kończyny, wyłupiaste oczy. Spójrz na palce, na wysoki wzrost. Jeśli to naprawdę on, rozpęta się piekło. Zostań z ciałem, a ja pójdę do Alby, żeby zamknęła wejścia do budynku. Musimy przesłuchać dwieście osób. Skoro ten człowiek dopiero co zginął, zabójca musi być w środku.